ISLANDIA - 2007




XXI dzień - Keflavik

Dzisiejszego dnia chciałem się "na pusto" wybrać na wycieczkę dookoła półwyspu Reykjanes (przez Hafnir i Grindavik) - ale, że lało całą noc i leje również cały dzień jestem zmuszony siedzieć w namiocie, bo moknięcie przez 50-60km i jazda po rozmoczonych gruntówkach z czarnego piachu mi się nie uśmiecha (dostałem już dobrą lekcję pierwszego dnia wyprawy). Wynudziłem się setnie, przewodnik przeczytałem niemal w całości, na krótki spacer po Keflaviku wybrałem się ok.17 - bo dopiero wtedy przestało padać.

XXII dzień - Keflavik - [samolot] - Berlin



DST 24,2 km - AVS 19,7 km/h - MAX 30,8 km/h - ALT 50 m

Rano bez pośpiechu po raz ostatni zwijam namiot i pokonuję 3km dzielące kemping od lotniska. Robię jeszcze zdjęcie przy jak to określono w przewodniku "jednych z najwspanialszych rzeźb na Islandii" (nie będę komentował :))). Na zewnątrz - bo na drzwiach do terminalu jest znak z zakazem dla rowerów (tak Islandia kocha rowerzystów) rozkręcam i pakuję do torby rower. Ledwo skończyłem robotę - a tu znów zaczęło padać - ale tym razem już mi to dokładnie wisiało :)). Czekam ze dwie godziny na odprawę, która przeszła zupełnie bezproblemowo, nawet nie musiałem płacić 20E za rower. No i wreszcie nadszedł ten moment, który w najgorszych chwilach na trasie był moją największą motywacją - samolot odrywa się od wyspy, szybko przebija się przez chmury i wychodzi na pełne słońce. Po 3,5h lotu lądujemy w Berlinie, gdzie jest już ciemno (niestety tu białych nocy nie ma), ale mimo że jest po godzinie 22 temperatura przekracza 20'C! - a tyle na Islandii nigdy nie było. Po odebraniu bagażu okazało się, że metalowy bacik do wielotrybu, który miałem na dnie bagażu przebił mi sakwę - choć na szczęście dziura nie jest wielka, teraz to się da to jeszcze przeżyć - dużo gorzej byłoby gdyby taka sytuacja przytrafiłaby się podczas pierwszego lotu. Tym razem z Schonefeld na Dworzec Główny w Berlinie jadę drogą 179 przez centrum - i wyszło ponad 10km mniej niż trasa na lotnisko sprzed 3 tygodni. Mimo, że gdy jadę jest już po północy rowerzystów w mieście nie brakuje, choć oświetlenie ma nie więcej niż 50% (a więc pod tym względem od Niemców nie odstajemy). Na dworcu idę do McDonalda na pierwszy solidny obiad po 3 tygodniach, po czym aż do 6.30 muszę walczyć ze snem (zrobiłem sobie też nocną przejażdżkę po centrum Berlina). Pociąg aż do Poznania mam puściutki - tak więc podróż do Warszawy schodzi całkiem przyjemnie, nawet mi się spać specjalnie nie chciało (pewnie zbawienny efekt 3 tygodni białych nocy:)).

Podsumowanie

Była to zdecydowanie najtrudniejsza z wszystkich moich wypraw, przed wyjazdem oczywiście liczyłem się z tym, że nie będzie łatwo - ale nie sądziłem, że będzie aż tak... W ciągu całej wyprawy przejechałem 1849,6 km, największa prędkość to 69,5 km/h (wietrzny zjazd z Krafli), najdłuższy dystans to 125,6 km (do Husaviku) - mało imponujący, ale na Islandii o długości tras decyduje pogoda. To właśnie od pogody wszystko na Islandii zależy - jeśli trafi się nieźle - jest spora szansa na fajną wyprawę, ale jeśli trafi się jak ja w tym roku - to jazda w dużej części zamienia się w walkę o przetrwanie. Wiatry i niska temperatura - to islandzka codzienność, jadąc na wyprawę po wyspie nie ma się co łudzić, że z tym nie będzie się trzeba zmagać. Natomiast w tym roku dodatkowo było sporo deszczu - i to chwilami bardzo mocnego i długotrwałego. A to w zestawieniu z lodowatym wiatrem i temperaturą ok. 10'C to już pogodowe ekstremum zamieniające wyprawę w mordegę. Miałem wyjątkowego pecha - moja mama była na Islandii na autokarowej wycieczce miesiąc wcześniej - i pogodę miała niemal idealną, prawie cały czas słońce - i widać limit na ten rok już się wyczerpał :) Z opisów wielu wypraw, które miałem okazję czytać też wynika, że tegoroczny przełom lipca/sierpnia był ponadprzeciętnie deszczowy. Generalnie na Islandii druga połowa czerwca/pierwsza lipca - to lepsza pogoda niż przełom lipiec/sierpień, z tym że na rzekach w interiorze z reguły jest trochę wyższy poziom wody.
Planowanej trasy do końca nie udało mi się zrealizować - zakładałem przejazd z Landmannalaugar do Askji szlakiem Sprengisandur i drogą F910, ale po fatalnym pierwszym dniu po rozmokniętych gruntówkach - dałem sobie z tym spokój. I myślę że była to słuszna decyzja - bo ta droga jest jeszcze sporo cięższa niż te z którymi zmagaliśmy się w rejonie Askji, przede wszystkim słynie z bardzo długiego odcinka czarnej piaszczystej pustyni (aż 15-20km), gdzie nie da się jechać nawet na góralu. A ja już po 2-3km pchania przed Askją miałem serdecznie dość. W sumie nie ma czego żałować - bo na trasie z Landamannalaugar nie ma nic specjalnie ciekawego (oczywiście poza samym Landmannalaugar). Za to zaliczyłem Husavik, Asbyrgi i wyprawę na wieloryby - a tego w ogóle nie planowałem. Choć lekka zadra została - bo jednak najcięższego kawałka nie zaliczyłem - i niewykluczone, że za parę lat wybiorę się na taką trasę (ale tym razem na góralu z szerokimi oponami) - i to na najbardziej ekstremalną wersję przejazdu przez interior, którą nawet Przemek Pawłucki (rower.orbit.pl) nie jechał - a więc tzw starą drogą Gaesavatnaleid.
Kilka uwag co do sprzętu i wyposażenia. Nie da się ukryć, że najlepszym rozwiązaniem na interior jest klasyczny rower górski z najszerszymi oponami jakie da się założyć. Ja jechałem na trekingu - i mimo, że miałem dość terenowe opony Marathon XR 622-42 - to na piaszczyste szlaki w rejonie Askji było to za mało. Misza i Ondrej, z którymi jechałem tym odcinkiem na góralach ryli się w znaczący sposób mniej niż ja, choć oczywiście nie brakowało odcinków, gdzie i oni musieli pchać.Niestety do większości trekingów opon 2.0 i szerszych nie da się założyć (chyba, że w dość rzadkich w Polsce ramach pod koła typu 29 cali), w góralach nie ma z tym problemu. Natomiast model opon - Marathon XR na Islandię polecam każdemu (są bardzo szerokie modele jak 622-50, czy 26x2.0 i 26x2.25) - w pełni niezawodne, nawet na takich szlakach miałem zero gum, czego Ondrej i szczególnie Misza nie uniknęli. Posiadając taki sprzęt spokojnie można się obejść bez konieczności wożenia zapasowej opony (bo jak widać z doświadczeń Miszy rozwalona opona to ogromny problem na Islandii, gdzie sklepy rowerowe są tylko w dwóch miastach). Także i amortyzator na takich szlakach nie zaszkodzi, choć ja ze sztywnym widelcem dawałem sobie bez większych problemów radę, niestety często na widelcach amortyzowanych (szczególnie tych wyższej klasy bez piwotów i dolnych mocowań pod błotniki) są spore problemy z montażem bagażników typu Low-Rider. Natomiast baranek na jazdę pod wiatr to świetne rozwiązanie - na Islandię jak znalazł, bo tu dni bezwietrznych praktycznie nie ma. Choć trzeba uczciwie przyznać, że hamulce typu V z klamkami szosowymi STI nigdy tak dobrze jak z tymi dedykowanymi do górali działać nie będą - i decydując się na takie rozwiązanie trzeba się liczyć z nieco gorszymi hamulcami (ja zawsze miałem rowery z kiepskimi hamulcami, więc mi to specjalnie nie przeszkadza). Najlepszym rozwiązaniem, szczególnie na teren byłyby jednak hamulce tarczowe (używał takich Misza) - bardziej odporne od obręczowych na złe warunki atmosferyczne (szczególnie po deszczu). Te uwagi odnoszą się do ciężkich szlaków w rejonie Askji, bo szlak Kjollur jest jednak sporo łatwiejszy, przede wszystkim nie ma tam piaszczystych kawałków - tak więc opony 622-37 powinny starczyć bez większych problemów.
Ubranie - ja używałem spodni i kurtki Gore-tex Paclite, goretexowych ochraniaczy na buty, skarpetek i rękawiczek SealSkinz. I pomimo zakupu tak drogiego sprzętu po raz kolejny przekonałem się, że na rower skutecznego ubrania przeciwdeszczowego po prostu nie ma. Prędzej czy później wszystko przemaka - i nie ma znaczenia czy od zewnątrz, czy od środka. Zaletą Gore-texu jest to, że bardzo szybko schnie i jest kompletnie wiatroodporny, także oddycha lepiej niż windstoper (mowa tu o wersji Paclite) - ale wodoodporny jest tylko podczas pieszych wędrówek, na rowerze, gdy człowiek sie znacznie bardziej poci - już niestety nie. Zawiodły mnie rękawiczki SealSkiznz - przemakały bardzo szybko, schły powoli, w mokrych od razu kostniały ręce. Ale mimo tego nie żałuję ich zakupu, bo przy cenie zbliżonej do dobrych rękawiczek windstoperowych na warunki sucho/zimno były świetne, fantastycznie dopasowane do dłoni, ciepłe, dobra oddychalność. Co do wodoodporności - to bardzo możliwe, że sporo zależy od konkretnego egzemplarza, spotkałem się z opiniami osób u których tylko jedna rękawiczka z pary była wodoodporna, druga już nie. Moje podczas prób przed wyprawą w rejonie Warszawy sprawowały się bez zarzutu wytrzymując bez problemów mocny godzinny deszcz - więc tym bardziej wkurzyło mnie to że na wyspie na deszczu zupełnie zawiodły. Natomiast wreszcie udało mi się znaleźć w pełni skuteczne zabezpieczenie stóp na deszczu - a więc skarpetki SealSkinz, ochraniacze Gore-tex i opięte na nich spodnie. Same ochraniacze na długim deszczu przemakają - dlatego trzeba stosować wodoodporne skarpetki (a spodnie, żeby woda się nie wlewała od góry). A że na skarpetki nie idzie główny "impet" wody jak w przypadku rękawiczek - więc dają sobie radę (przy tym bardzo ciepłe, co na Islandii też ma znaczenie). Co z tego wszystkiego wynika? Generalnie rzecz biorąc inwestycja w bardzo drogi sprzęt nie jest wcale konieczna, bo wiele lepszy od tego średniej klasy nie będzie, a potrafi kosztować nawet i 3 razy więcej. Misza jechał w wojskowych butach (nie przemakają i to bez ochraniaczy), kurtki i sakw też nie miał najlepszej - ale dawał sobie z powodzeniem radę - grunt to motywacja! Jeśli się ją ma - to nawet najgorsza islandzka pogoda nie będzie nas w stanie zatrzymać!