ISLANDIA - 2007




XVI dzień - Akureyri - Ox (580m) - Varmahlid - Bolstadarhlid

DST 118,4 km - AVS 19,8 km/h - MAX 61,5 km/h - ALT 1129 m

W nocy było strasznie zimno (w namiocie 3'C, a Miszy zamarzła woda, którą trzymał poza namiotem) - łudziliśmy się, że to oznacza utrzymanie się wyżowej pogody na dłużej - ale gdzie tam! - znowu wracamy do normy (wszędzie chmury, zaledwie 7-8'C) wiatr tak samo mocny jak wczoraj. Ale tylko przez pierwszych kilka km musimy się z nim zmagać bo droga wkrótce skręca na południe. Jedzie się świetnie - cały czas 22-23km/h mimo trasy doliną pod górę. Widoki mimo niskich chmur niezłe - przejeżdżamy przez dość ciemną dolinę otoczoną z dwóch stron potężnymi szczytami. Przez ok. 40km jedziemy to trochę pod górę, to po płaskim, w sumie wznosząc się na 300-350m. Dalej zaczyna się już ostry podjazd na przełęcz Ox (580m) i niestety zaczyna popadywać. Doliną OxnadalsheidiZjazd jest niesamowity - ok.200-250m porządnie nachylonego (prędkość dochodzi do 60km/h), gdy w pewnym momencie droga skręciła musiałem ostro hamować, bo porywisty boczny wiatr groził wywrotką. Druga część zjazdu to leciutko nachylona w dół szosa prowadząca ponurą doliną, na której bez problemu trzyma się 35km/h - i tak w sumie aż przez 25-30km ze szczytu. To bez wątpienia najszybsze kilometry wyprawy, średnia mimo przejazdu przez ciężką przełęcz przekracza 24km/h. Po 75km staję na postój, na Miszę (który po górach jeździ trochę wolniej) musiałem czekać ze 40min, za to gdy przyjechał wcale nie chciał odpoczywać i od razu ruszyliśmy do Varmahlid. No i nadeszła pora by zapłacić rachunek za cały dzień szybkiej jazdy - te 20km to po prostu wściekły wiatr - tej samej klasy co dwa dni temu na Krafli, a warto dodać, że wjechaliśmy teraz na odkrytą równinę, gdzie może sobie hulać do woli. Ciągnie się 11-13km/h na biegach do jazdy pod górę - w takich chwilach odechciewa się wszystkiego. Do Varmahlid docieramy zdrowo skatowani, w sklepie wreszcie można się ogrzać, spędzamy tu w sumie niemal godzinę czasu, bo cholernie nie chciało nam się wychodzić z cieplutkiego sklepu na lodowatą wichurę. Ale w końcu trzeba było ruszyć - kawałek za Varmahlid oglądamy śliczny mały kościółek z dachem w całości pokrytym darnią - Vidimyri. Zaraz za kościółkiem zaczyna się podjazd na ok. 200m (z 30-40m) - no i na szczęście droga lekko skręca, poza tym po wjeździe w góry teren jest bardziej osłonięty niż ten piekielny kawałek przez Varmahlid. Po podjeździe jest lekki zjazd, trochę po równym nad miałym jeziorem i drugi podjazd, który wyprowadza nas na 400m. Zjazd za to jeszcze dłuższy i dzień kończymy na poziomie ok. 50-70m. Na ostatni wspólny nocleg rozbijamy się nad rzeką przy skrzyżowaniu RingRoad z drogą 732 która po paru km przechodzi w szlak Kjolur, a którą mam zamiar jutro jechać. Misza, który ma samolot 3 dni później planuje jazdę do Blonduos, zwiedzanie jaskiń lawowych i dalej ciężkim szlakiem Kaldidalur w rejon Pingvelliru. Na pożegnanie robimy sobie małą ucztę - wcinamy ciasto, pijemy ohydne islandzkie piwo (zaledwie 2,5% - mocniejszych w marketach tu nie sprzedają) i wspomniamy całą wyprawę (wspólnie przejechaliśmy w sumie ok.1200km) - nie ma wątpliwości, że we dwójkę było nam zdecydowanie łatwiej przetrwać różne kryzysy, bez Miszy pewnie w ogóle nie zdecydowałbym się na wjazd w interior w rejonie Askji. Jednym słowem - serdeczne dzięki za wspólną wyprawę!!!

XVII dzień - Bolstadarhlid - Kjolur - [czysty interior]

DST 122,2 km - AVS 17,1 km/h - MAX 56,5 km/h - ALT 1310 m

Rano żegnam się z Miszą - i wyjątkowo ruszam jako pierwszy. Pogoda taka sama jak wczoraj - pochmurno, deszcz wisi w powietrzu i atomowy północny wiatr, co akurat mnie jak najbardziej urządza - bo praktycznie cały dzień jadę na południe. Od samego początku trasa jest gruntowa, po kilku km przejeżdżam na drugą stronę rzeki Blomsa i podjeżdżam początkowo na ok. 200m, gdzie zaczyna się kilkukilometrowy odcinek asfaltu, którym wjeżdżam aż na ponad 400m (końcówka już po szutrze). Bardzo fajnie się to ułożyło - bo na raz zaliczyłem dość długi podjazd i dalsza trasa będzie znacznie mniej górzysta niż to zakładałem. I rzeczywiście - następne 20-30km to jazda równiną, podjazdy raczej niewielkie i nie tak często. Nawierzchnia nadspodziewanie dobra, skala trudności nieporównywalna z odcinkami interioru w rejonie Askji. Trasa malownicza - długie odcinki nad jeziorami, ale wrażenia psują nisko wiszące ciemne chmury, mocno ograniczające widoczność. Atomowy wiatr na szlak KjolurSpotykam rowerzystę z Irlandii, ale w drugą stronę to ma prawdziwą rzeźnię - gdy ja bez problemu trzymam 20km/h - na północ 15km/h byłoby bardzo przyzwoitym wynikiem. Walę cały czas naprzód bo chcę mieć interior jak najszybciej za sobą - a im więcej zrobię dziś, tym mniej będę musiał przejechać jutro, bo wielkim miłośnikiem dziurawych dróg nie jestem. A szlak Kjolur z każdym kilometrem powoli się pogarsza - po ok.50km zaliczam długi 100m podjazd, zaraz potem tak samo długi zjazd, na którym trochę za bardzo się rozpędziłem (aż 56,5km/h) - i ledwo na tych dziurach wyhamowałem. Wiatr jest coraz mocniejszy, na kilku odcinkach nie biegnących idealnie na południe dostałem porządnie w kość. Na pierwszy postój staję już nieźle zmęczony dopiero po 75km - musiałem zejść pod most nad jedną z większych rzeczek (na Kjolur na szczęście nie ma brodów) - bo było to jedyne miejce od biedy osłonięte od wiatru (choć i tak zdrowo mnie wywiało, mimo że znowu miałem na sobie dwie kurtki). Po kilku km droga wyraźnie się pogarsza - i zaczyna się typowe islandzkie kamieniste gówno, na którym jazda 15km/h to duże osiągnięcie (choć od Askji jednak trochę lepsze) - szlak Kjolur udowadnia, że nie bez kozery ma skrót F w numerze drogi (F35). Po kolejnych kilometrach walki z nawierzchnią docieram do skrętu na Hveravellir, ale wieje tak potwornie, że rezygnuję z oglądania tych gorących źródeł, bo wiązałoby się to z koniecznością jazdy 5-6km pod atomowy wiatr. Ale Kjolur od tego skrzyżowania również skręca i przez 10km walczę z tym potwornym wiatrem (głównie boczny, ale też i fragmentami czołowy) - co w zestawieniu z dziadowską nawierzchnią powoduje, że jadę zaledwie ok. 10km/h. Jest tu sporo pod górę - ale raczej pojedyncze podjazdy, a nie długie ściany. Po kilkunastu km takiej jazdy docieram na Biskupstungnahr - najwyższe wzniesienie szlaku Kjolur (ok. 730m). W tej samej chwili z drugiej strony pod górę pcha rower sakwiarz z Anglii. Aż przykro było patrzeć jak się tu musiał mordować - bo wieje potwornie, a do tego jeszcze ta fatalna droga! Głupio mi wręcz było, gdy dowiedziałem się, że od rana zrobił zaledwie 32km (podczas gdy ja ponad 100km) - to najlepiej obrazuje co znaczy wiatr na Islandii. Jadę dalej, tak już mam dosyć interioru, że tylko marzę o tej błogosławionej chwili, gdy go wreszcie opuszczę na dobre. Dalsza jazda to już czysta męczarnia, bo w tych warunkach nie ma mowy o jakiejkolwiek przyjemności z rowerowania. Przez chwilę nawet miałem bardzo ambitny plan dojechania do samego Gullfossu (ok. 180km) ale po kilkunastu km kamienistej drogi, praktycznie cały czas po małych i bardzo ostrych podjazdach (od tego najwyższego wzniesienia góry są non-stop) uznałem, że jednak przekracza to moje możliwości. Zrobiłem i tak dużo - bo ponad 120km, co w interiorze jest przyzwoitym wynikiem (podobnie jak średnia - aż 17,1km/h - ale to już głównie zasługa wiatru). Nieźle się naszukałem wody na biwak, bo okoliczne rzeki to lodowcowe potoki niosące dużo osadów, w końcu trafiłem na mały, płytki strumyczek. Namiot natomiast rozstawiłem w wąskiej rozpadlinie skalnej (porośniętej trawą) - by mieć jaką-taką osłonę przed wiatrem - ale i tak rzucało nim porządnie.

XVIII dzień - [czysty interior] - Gullfoss - Geysir - Brekka

DST 75,5 km - AVS 20,9 km/h - MAX 68,3 km/h - ALT 407 m

Wieje tak samo jak wczoraj, ale pogoda jest trochę lepsza - nie ma tylu chmur, chwilami nawet przebłyskuje słońce. Humor też mam lepszy bo większa część Kjoluru już za mną, do Gullfossu zostało ok. 50km, a tyle to nawet po drogach klasy Askji wyrobię. Trochę musiałem się namęczyć z wprowadzeniem ciężkiego roweru pod górę do drogi - bo rozpadlina w której nocowałem było położona sporo poniżej szlaku. Dzięki znacznie lepszej widoczności wreszcie można podziwiać piękno interioru w pełnej krasie - fantastycznie prezentują się jęzory drugiego co do wielkości lodowca Islandii - Langjokullu. Trasa - podobnie jak wczorajsze ostatnie 30km, bardzo górzysta, jest cała masa małych i bardzo ostrych podjazdów i zjazdów (choć generalnie więcej w dół), nawierzchnia ciągle zła. Po 18km dojeżdżam do mostu nad dość dużą rzeką (na ok. 500m wysokości) - za nim droga wyraźnie się polepsza, zaczyna się też seria dłuższych podjazdów, która wyprowadza mnie na położoną na ponad 600m przełęcz. Po drodze spotykam włoskiego sakwiarza, który oczywiście pomstuje na wiatr, ale drogę uważa za przyzwoitą (biedaczek za tym mostem pewnie się trochę rozczarował:)). Wspomniana przełęcz to tak faktycznie granica interioru, widoki niesamowite - przed sobą widzę rozległą równinę (wypogodziło się zupełnie) na którą zaraz będę zjeżdżał, za sobą natomiast wielkie przestrzenie interioru. Zjazd to ponad 300m non-stop w dół, można się rozpędzić do nawet 50km/h, bo droga jest porządnie ubita i przypomina tę z pierwszej części szlaku (patrząc od północnej strony). Tuż po zjeździe zaczyna się bardzo ostra ścianka w górę (początkowe metry to 21%!) - w sumie ponad 100m podjazdu, spotykam tu dwóch niemieckich sakwiarzy - gejów (trzymali się za ręce), a kawałek dalej wreszcie powraca asfalt! Jestem bardzo mile zaskoczony, bo z mojej mapy wynikało, że pozostałe do Gullfossu ponad 10km będę musiał jechać gruntówką. Do tego asfalt jest równiutki (pewnie go niedawno położono) - daleki od islandzkiej średniej w tym zakresie (czyli z reguły chropowatego tarmacu). Kawałek do Gullfossu pokonuję ze średnią zdrowo ponad 30km/h, bo na dole wieje prawie tak samo jak na górze, na ściance przed samym wodospadem dochodzę do niemal 70km/h. Gullfoss prezentuje się fantastycznie - nie bez powodu uważany jest za najpiękniejszy wodospad Islandii, a ja w dodatku mam okazję oglądać go w pełnym słońcu.Przepiękny Gulffoss Po krótkim spacerze na sam dół (można tu wejść na skały pomiędzy pierwszym i drugim stopniem wodospadu) i serii zdjęć wracam do małego centrum turystycznego. Odpoczywam pod ścianą budynku, gdy jestem idealnie osłonięty od wiatru - to w słońcu jest naprawdę ciepło, ale wystarczy wyjść na wiatr, by trzeba było zakładać kurtkę. Wg pierwotnego planu miałem tu nocować (pod budynkiem jest już kilka namiotów hiszpańskich sakwiarzy) - śpieszyć się nie mam po co, bo do odlotu pozostaly mi 3 pełne dni - a na lotnisko jedynie 160-170km. Ale ze względu na świetną pogodę postanawiam jeszcze dziś podjechać do odległego zaledwie o 9km Geysiru - bo obawiam się, że do jutra wiele z tej pogody nie zostanie, a chciałbym słynne gejzery zobaczyć w słońcu. Przez 9km jadę na przemian to z bocznym, to z tylnym wiatrem - ale jest już wyraźnie cieplej niż na górze, temperatura powietrza to 17-18'C! Gejzery robią wrażenie, trochę tu posiedziałem obserwując przynajmniej 7-8 bardzo widowiskowych erupcji Stokkuru (co 5-10min strzela na ok. 30m). Zastanawiam się jak musiał się prezentować nieczynny obecnie sam Geysir (od którego właśnie pochodzi słowo gejzer) - w latach świetności potrafił podobno eksplodować aż na wysokość 100m! Jest tu też sporo innych bulgoczących źródełek, wszędzie rozchodzi się zapach siarki, w słońcu wzgórze z pomarańczowej ziemi wygląda niesamowicie - jaki to kontrast w porównaniu do oglądanych w fatalnych warunkach Krysuviku, Namafjall czy tym bardziej Krafli. Tu aż chce się pochodzić po okolicy, wspiąć na wszystkie górki, posiedzieć w słońcu - tam zwiedzałem niejako na siłę, byle odfajkować "zabytek". W rzeczce płynącej tuż obok nabieram wody na nocleg i zaczynam rozglądać się za miejscem na biwak. Ale niestety okazało się, że powróciła zmora bardziej zamieszkałych terenów wyspy - czyli ciągnące się kilometrami druty kolczaste. Przejechałem w ten sposób ponad 15km (spotkałem po drodze parę francuskich sakwiarzy w podróży poślubnej na rowerach poziomych) - i w końcu tak mnie to wkurzyło, że rozbiłem się w wąskim na ok. 20m pasie pomiędzy szosą a ogrodzeniem.

XIX dzień - Brekka - Laugarvatn - Pingvellir - Almannagja

DST 52 km - AVS 18,3 km/h - MAX 40,5 km/h - ALT 421 m

Rano okazuje się, że wczoraj nie pomyliłem się co do pogody - znowu jest islandzkie dziadowstwo, wszędzie chmury, choć dość ciepło (12'C) - tak więc decyzja o zwiedzaniu wczoraj gejzerów była jak najbardziej celna - bo w takim świetle jak dziś straciłyby połowę uroku. Dystans mam dziś zupełnie ulgowy - jedynie dojazd w rejon parku narodowego Pingvellir, dlatego chcę tam spędzić sporo czasu na zwiedzaniu. Pierwszy odcinek to dojazd do niewielkiego Laugarvatn, gdzie zatrzymuję się na zakupy. Zaraz za miasteczkiem zaczyna się ok. 100m podjazd, kończy się za to asfalt, ale gruntówka jest przyzwoita, a na najostrzejszym fragmencie (ok. 15-17%) położono utwardzoną nawierzchnię. Podjazdy kończą się na ok. 200-220m i wjeżdżam na porośnięty mchem lawowy płaskowyż, krajobraz bardzo podobny do tego w rejonie Grindaviku. Od czasu do czasu lekko popaduje - ale nie jest tak źle. Na drodze spory ruch, głównie autokary z wycieczkami - bo Pingvellir, Geysir i Gullfoss to chyba najpopularniejsze "turystyczne" miejsca na wyspie (a cały ten rejon to tzw. Złoty Krąg). Po kilku km płaskowyż kończy się piekielną piłą (licznik zanotował 23%, ledwo dałem tu radę wjechać - na szczęście i na tej ścianie położono asfalt - bo inaczej żaden zwykły autokar by tu nie wjechał, szczególnie po deszczu). Druga seria podjazdów kończy się na wys. ok. 300m - stąd jest już właściwie tylko w dół aż nad samo jezioro Pingvallavatn położone na ok. 100m. Widoki piękne - to w końcu największe jezioro Islandii, całkiem sporo tu roślinności (co na tej wyspie nieczęte) - tylko gdyby nie te chmury :(. Althing w Parku PingvellirBez postojów docieram do parku narodowego, podjeżdżam pod Althing i na piechotę idę na zwiedzanie. Miejsce pierwszego nowożytnego europejskiego parlamentu (powstał w 930r) robi wrażenie - ulokowane na szczelinie tektonicznej między europejską a amerykańską płytą kontynentalną (rozchodzą się o kilka milimetrów na rok). Samą szczeliną można się przejść - ma już 10-15m szerokości, jest tu też malowniczy wodospad Oldafoss. Widać, że to miejsce ma dla Islandczyków szczególne znaczenie - wszystko jest tu idealnie odpicowane, wszędzie wiszą tablice informacyjne, niedaleko mieści się rezydencja premiera kraju, są też zdjęcia tłumów z 1944 roku - gdy właśnie tu proklamowano niepodległość Islandii, zrywając kilkusetletni związek z duńską koroną. Pospacerowałem po całym tym obszarze niemal dwie godziny (znowu spotkałem małżeństwo Francuzów na poziomych) a na odpoczynek zatrzymałem się w jednym z nielicznych prawdziwych lasów na wyspie (mikroskopijny, ale za to z normalnej wysokości drzewami). Po postoju jadę jeszcze kilka km i znowu rozbijam namiot niedaleko szosy. Już wieczorem idę zobaczyć położone tuż obok Almannagja - miejsce gdzie rozpoczęto akcję zadrzewiania Islandii organizowaną przez byłą panią prezydent wyspy. Są tu drzewa sadzone przez wiele znanych osobistości - z królową Elżbietą II na czele. Trochę śmiać mi się chciało - bo niewiele mniej niż tych drzew było tabliczek informacyjnych - jednym słowem ta cała akcja to pełny niewypał, o czym może przekonać się każdy turysta zwiedzający wyspę - drzew jest tu tyle co kot napłakał. Zamiast organizować zupełnie nieskuteczne zbiórki czy czyny społeczne powinien się za to wziąć rząd i przede wszystkim przeznaczyć jakieś znaczące środki na zadrzewianie, bo inaczej nic z tego nie będzie - ale ten niestety do potrząsania kiesą na inwestycje w infrastrukturę nie jest za skory (a najlepiej widać to w fatalnym, godnym trzeciego świata stanie dróg) - tak więc jednym słowem - lasy na Islandii to bardzo odległa przyszłość.

XX dzień - Almannagja - Reykjavik - Keflavik

DST 105,8 km - AVS 21,1 km/h - MAX 55,7 km/h - ALT 594 m

Pierwsze kilometry to trochę pod górę - wjeżdżam na wzgórza z których po raz ostatni można rzucić okiem na wspaniałe jezioro Pingvallavatn. Później już do samego Mosfelssbaer (północna dzielnica Reykjaviku) jedzie się głównie w dół. Jako, że mam też dobry wiatr jedzie się bardzo szybko i ok. 45km do centrum Reykjaviku zlatuje jak z bicza strzelił, ze średnią niemal 25km/h. W mieście kieruję się na nabrzeże i port, bo w przewodniku znalazłem informację, że i tutaj są organizowane wycieczki z oglądaniem wielorybów. Jako, że nie mogłem sobie darować, że z powodu fatalnej pogody w Husaviku nie wybrałem się na taki rejs - postanawiam teraz skorzystać z okazji. Po zakupie biletów (4100koron) jako, że do rejsu mam prawie 2h ruszam na zwiedzanie miasta. Generalnie Reykjavik to nic nadzwyczajnego, choć kilka starszych wąskich uliczek w centrum ma swój klimat. Wrażenie robi bardzo charakterystyczny położony na wzgórzu i widoczny niemal z każdego miejsca w mieście kościół Hallgrimskirkja. Na rejs ubieram się znowu w 2 kurtki - bo na morzu wiatr nie próżnuje, a dziś jest nie za ciepło (10-11'C); rower zostawiam przypięty na nabrzeżu. Pierwsza część wycieczki to oglądanie małych ptasich wysepek, zamieszkałych przez wręcz tysiące skrzydlatych kolegów. Następnie wypływamy nieco dalej w morze w miejsca żerowania wielorybów. Przez ponad godzinę kręciliśmy się w tę i z powrotem, zdrowo przemarźnięty i zniechęcony udałem się do ciepłego barku na pokładzie, niemal pewny że tylko wyrzuciłem pieniądze. Oglądanie wielorybówAle gdy krzyknięto, że jest wieloryb wszystkim na statku od razu skoczyła adrenalina i przepychając się rzuciliśmy się na mostek i do burt. Okazało się, że jest to humbak, bardzo rzadki w tym rejonie. Humbaki to chyba najbardziej widowiskowe wieloryby, często podczas oddychania wychodzą z wody pionowo w górę - widzieliśmy taki skok, niestety z dość dużej odległości. Szybko podpływamy do zwierzęcia, taki "pościg" jest bardzo emocjonujący, nigdy nie można być pewnym w którym miejscu wieloryb się wyłoni na powierzchnię. Mieliśmy dużo szczęścia bo udało się podpłynąć bardzo blisko (poniżej 10m). Wrażenia - niezapomniane, zdjęcia grzbietu czy ogona wieloryba zupełnie nie oddają emocji jakich się doświadcza podczas rejsu, gdy np. podczas gwałtownych zwrotów statku woda wlewa się na pokład (cały dzień czułem sól w ustach). Dobrych kilka razy widzieliśmy naszego humbaka z bardzo bliska - tak więc byłem w pełni usatysfakcjonowany. Generalnie lepszym miejscem do takich wycieczek jest Husavik - bo występuje tam więcej gatunków wielorybów (znacznie łatwiej niż tu spotkać humbaki, są też największe zwierzęta Ziemii - płetwale błękitne, dla których w rejonie Reykjaviku jest za płytko). Jako, że wycieczka trochę się przeciągnęła i trwała niemal 4h, szybko ruszam w drogę, bo chciałem dziś dojechać do Vogaru, gdzie wg przewodnika jest bezpłatny kemping. Długo (ponad 10km) przebijam się przez Reykjavik i jego przedmieścia, gdy w końcu wjeżdżam na drogę nr 41 do Keflaviku znowu mam niekorzystny wiatr i jedzie się niespecjalnie, ponadto jest tu cała masa samochodów, bo droga do Keflaviku to zdecydowanie najbardziej ruchliwa szosa Islandii, a ja przez te 3 tygodnie odwykłem już od takich wrażeń. Jakby tego było mało za Hafnarfjordurem zaczyna padać - podobnie jak pierwszego dnia wyprawy półwysep Reykjanes pokazuje, że nie bez powodu słynie z fatalnej pogody. Przez prawie 20km do Vogar jadę w deszczu i wietrze (jeszcze nie taki fatalny, da się jechać 17-18km/h), krajobraz to właściwie tylko pola lawy porosłe mchem. W Vogarze oczywiście okazało się że żadnego kempingu tu nie ma, a że nie chciało mi się w tych warunkach nocować na dziko postanawiam dociągnąć do samego Keflaviku i na ostatnie dwie noce zafundować sobie kemping. Kilka km za skrętem na Grindavik zatrzymuję się w miejscu, gdzie przed trzema tygodniami zostawiłem torbę do przewozu roweru w samolocie. Trochę się nachodziłem - ale w końcu ją znalazłem, spokojnie przeleżała sobie 3 tygodnie. Na ostatnich 10km do Keflaviku wiatr trochę ucichł, ale lało cały czas, tak więc na kempingu (750k za noc) musiałem rozstawiać namiot w deszczu.

DALEJ >>>