ISLANDIA - 2007




XI dzień - Arnardalsfjoll - Dreki - Askja - Dreki

DST 81,4 km - AVS 13,1 km/h - MAX 36,7 km/h - ALT 733 m

Mimo tego, że w nocy ani ciepło, ani sucho nie było (kilka godzin deszczu) - nasz pies zupełnie nie stracił humoru, drugą porcję kabanosów wciął że aż mu się uszy trzęsły. Po 2-3km widzimy namiot rozbity niedaleko drogi - i okazuje się że to Ondrej, z którym ostatni raz widzieliśmy się w Egilsstadirze! Dowiedzieliśmy się że 2 dni temu nocował przed tym wielkim asfaltowym podjazdem, natomiast wczoraj w rejon krzyżówki dotarł już w deszczu i przez to nie zauważył naszych namiotów. Ruszamy dalej, droga lekko pagórkowata, przeprawiamy się przez dwa brody, na drugim dogania nas Ondrej (który nie bawi się w zmianę butów i po prostu wchodzi w nich w wodę) - i dalej jedziemy już w trójkę, a raczej jak to żartował Misza, miłośnik "Czterech pancernych" - "Tri wiełosipiedista i sobaka". Za brodami droga się polepsza, chwilami daje się jechać pod 20km/h, pogoda wreszcie świetna - można nawet założyć krótkie spodenki (jest prawie 20'C!). Krajobrazy przepiękne, droga przechodzi tu przez pola lawowe, chwilami jedziemy po prostu po czystych skałach, nie brakuje też małych wąwozów prowadzących między górkami z jasnego piasku. Dopóki jedziemy przez jasny piach wszystko jest OK, natomiast na czarnym łatwo się zaryć. Niestety po przejechaniu przez te fantastyczne widokowo wzgórza wjeżdżamy na pustynię z tego "czarnego gówna". I od razu zaczyna się starszna męczarnia, rower trzeba pchać przez długie odcinki. Ondrej, a szczególnie Misza radzą sobie tu wyraźnie lepiej i ryją się znacznie mniej ode mnie - obaj jadą na góralach z szerokimi oponami, Misza ma ponadto typowo terenowe opony 2.1 i połowę mniej bagażu. I myślę, że właśnie taki sprzęt jest optymalny na interior - góral z bagażem w granicach 15-17kg z najszerszymi i najbardziej terenowymi oponami jakie da się założyć. Niestety ja mam Marathony XR 622-42 (niezawodność fantastyczna - ale na takie drogi nieco za wąskie), przed wyjazdem próbowałem założyć 622-50, ale były za szerokie do mojej ramy. Ten kawałek aż do doliny rzeki Jokulsy dał mi potwornie popalić, prowadzić ciężki jak diabli rower musiałem w sumie ze 2-3km, świetny humor w który mnie wprowadził fantastyczny pierwszy odcinek (te widoki i pogoda!) prysł jak bańka mydlana, prowadząc rower tylko przeklinam Islandczyków i ich zasrane drogi. A w tym piachu i ciągnąć rower nie jest tak prosto, idzie się może 2-3km/h. Ondrej i Misza muszą na mnie sporo czekać (choć nie brakuje fragmentów gdzie i oni dają "pieszkom"), nie wspominając już o naszym psie, który jest tu bez wątpienia najszybszy. Po 40km docieramy do mostu nad Jokulsą, gdzie stajemy na postój. Zauważamy, że nasz pies niestety zaczyna kuleć na jedną łapę (w końcu od wczoraj zrobił ponad 60km!) - traf chciał że akurat przejeżdżał tu jeepem patrol islandzkiej służby drogowej i zgodzili się go zabrać z powrotem do Bru, bo obawialiśmy się, że pozostałych do Askji 20km mógłby już nie wytrzymać. Za mostem powoli zmienia się krajobraz - jasny piach zastępuje czarny i coraz rzadziej się ryjemy, niemniej jest kilka kawałków gdzie trzeba prowadzić rowery. Widoki nieziemskie - z jednej strony mamy zaśnieżony masyw Askji, z drugiej Herdubreid, w dali widać też jęzory lodowca Vatnajokull. W końcu docieramy do krzyżówki z F88 i ruszamy na ostatnie 13km do Dreki. Tu jest już tylko jasny piach, a co za tym idzie droga całkiem przyzwoita. Ale żeby nie było za dobrze jedziemy teraz pod górę (200m na 13km) i przede wszystkim pod dość mocny wiatr. Te 13km daje nam ostro w kość, wszyscy czujemy już cały dzień fatalnych dróg w nogach. Cały czas tylko odliczam na komputerku pozostałe do Askji kilometry, upragniony odpoczynek obiecując sobie dopiero w Dreki.Piękna trasa przez interior Nawet chyba najmocniejszy z nas Ondrej musiał się zatrzymać na chwilę, ja miałem już fatalnych dróg tak dość, że ciągnąłem cały czas - byle mieć już to za sobą. Sama końcówka bardzo fajna - pejzaże jak z westernu, wysuszona pustynia, kończy się podjazd, przed samym Dreki trzeba jeszcze sforsować dwa brody, na tyle płytkie, że przejeżdżam je rowerem - i wreszcie docieram na kemping, skatowany po zaledwie 60km jak po 150km w górach na asfalcie. Wkrótce jest i Ondrej, trochę później Misza i po krótkim odpoczynku i nabraniu wody postanawiamy rozłożyć namioty i zjeść obiad pod kempingiem i już na luźno pojechać do Askji. Na kempingu jest trochę turystów, ale raczej z gatunku który Ondrej celnie ocenił jako "lazy tourists with fat asses" - nawet do odległej o 8km Askji wożą swoje 4 litery autokarami (docierają tu takie - z napędem na 4 koła i bardzo wysokim zawieszeniem) tracąc okazję na piękną wycieczkę. Wracamy za pierwszy bród i rozstawiamy namioty na pumeksowej pustyni (nie ma tu żadnej roślinności w promieniu wielu km) - o dziwo szpilki wbijały się bez problemów.

Po obiedzie już na pusto ruszamy na Askję - z Dreki to 8km, cały czas pod górę (300m). Na początku 3 małe brody, po czym wjeżdżamy na wielkie pola lawy. Wrażenia niesamowite - to nie płaskie skały jak wcześniej, ale małe góry ochodzące do 3-4m wysokości - i to na przestrzeni wielu km - to daje wyobrażenie o tym jak potężny musiał być wybuch, który stosunkowo niedawno bo w 1875 roku utworzył kalderę Askji. Po ciężkich 8km (jedyny raz na wyprawie przekraczamy 1000m) docieramy na parking, gdzie trzeba zostawić rowery (na Islandii nie musimy ich nawet przypinać!). Zakładam kurtkę windstoperową i zimową czapkę i ruszamy na 20-30 minutowy spacer do samej kaldery. Po krótkim podejściu wchodzimy na długi płaskowyż, który doprowadza nas do samego jeziora . Pod ścieżką, którą idziemy musiała być jakaś pusta komora, bo lekko czuć było echo naszych kroków (szczególnie pod wojskowymi butami Miszy). Rychło się to potwierdziło - takim dość niecodziennym widokiem. Docieramy wreszcie do kaldery porażającej swoim ogromem, dającej doskonały obraz potęgi natury, która stworzyła takie cudo. Fantastycznie prezentuje się położony nieco niżej krater Viti wypełniony ciepłym jeziorkiem. Schodzimy tam stromą ścieżką na sam dół, Misza zastanawiał się nawet nad kąpielą. Wkrótce po nas dociera tu para, która nie krępując się specjalnie wskakuje do kąpieli zupełnie nago. Po serii zdjęć ruszamy szybkim tempem z powrotem, bo na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury, 8km w dół do Dreki to właściwie tylko zjazd bez wysiłku, jedynie ręce bolą od hamulców. Średnia - zaledwie 13,1km/h, najniższa na całej wyprawie - ale na to wchodzą spore kawałki, gdzie trzeba było pchać rower przez ten masakryczny czarny piach - choć uzyskana w świetnych warunkach pogodowych - to daje wyobrażenie jak ciężko jedzie się po interiorze..

XII dzień - Dreki - Herdubreidarlindir - Grimsstadir

DST 102,8 km - AVS 15,1 km/h - MAX 38,4 km/h - ALT 140 m

Rano najszybciej zbiera się Misza, ja ruszam wkrótce po nim, Ondrej jak zwykle najpóźniej. Pierwszy kawałek to zjazd do krzyżówki z F88. Tym razem mamy w dół i wiatr w plecy, więc jedzie się świetnie. Na skrzyżowaniu dopompowuję koła, bo wczoraj na ten piach trochę za dużo spuściłem i czuję że obręcz zaczyna dobijać do ziemi. Dochodzi mnie Misza, którego nie zauważyłem, gdy zjechał trochę w bok i już razem ruszamy dalej. Zupełnie nieoczekiwanie jedzie się nadspodziewanie dobrze, szlak w większej części jest mocno ubity, kamieni i dziur niewiele, tak więc prędkość dochodzi do 20km/h. Widoki mamy wspaniałe (ciągle jest dobra pogoda) - przejeżdżamy przez czarne pola lawy u samych stóp "panującej" nad tą częścią interioru Herdubreid. Dobra droga kończy się po 26-27km od Dreki i zaczyna się ciężka walka z bardzo kamienistym szlakiem, pozwalającym na prędkość 10-13km/h. Partactwo Islandczyków w budowie dróg widać tu gołym okiem - jest tu kilka kawałków, gdzie droga posypana jest ubitym piaskiem - wystarczy tak niewiele by jechało się o niebo lepiej. Przez czarną pustynięAle takich kawałków jest tyle co kot napłakał - mieszkańcy wolą wyrzucać pieniądze na paliwo do wielkich, ciężkich terenowych maszyn (palących pewnie i ze 20litrów/100km) niż na budowę niewielkim nakładem finansowym choć nieco lepszych dróg, dostępnych dla normalnych samochodów. Po kilku km zmagań z drogą docieramy do tak kontrastującej z czarną pustynią zielonej oazy Herdubreidarlindir (jest tu schronisko i kemping). Jest też i pierwszy dziś bród, gdzie dopada nas cała masa much. Kilka km dalej jest kolejna przeprawa, największa ze wszystkich które miałem okazję zaliczać, dogania nas tu Ondrej. Nurt jest dość wartki, przez rzekę jest nawet przewieszona lina by się było czego przytrzymać. Na wszelki wypadek przechodzę na raty - za pierwszym razem bez przednich sakw, na szczęście nie jest głęboko (trochę za kolana), bo jak czytałem - woda w tym miejscyu potrafi tak przybrać, że jest i sporo powyżej pasa. Za brodem rozpoczyna się jazda przez pasmo bardzo króciutkich podjazdów po skałach (droga dalej bardzo kamienista) po czym znowu wjeżdżamy na czarną pustynię, ale tym razem szlak jest dużo gorszy niż na początku dzisiejszego dnia (choć na szczęście prawie bez odcinków z piachem, co tak dało nam wczoraj popalić). Już niedaleko trzeciego brodu Misza łapie gumę i jak zwykle prosi by jechać i na niego nie czekać. Oczywiście zostaliśmy - tym razem był to klasyczny flak, bez dodatkowych komplikacji z oponą. Na przeprawie przez trzeci bród spotykamy dwie dziewczyny z Austrii jadące na Askję - prawdziwy podziw bo trasa jest tu bardzo ciężka. Ondrej, który jak zwykle przeprawia się w butach ruszył naprzód, my z Miszą zamarudziliśmy trochę dłużej. Za brodem powoli pojawia się trochę więcej zieleni, na jednym z takich "poletek" po ok. 65km od Dreki stajemy na zasłużony odpoczynek. Ostatni odcinek F88 to straszna męczarnia - droga ani na kilometr nie odpuszcza - cały czas jest to ciężki szlak, pojawia się też kilka dłuższych kawałków, gdzie znowu trzeba pchać rower przez czarny piach (choć znacznie mniej niż wczoraj). Czujemy już cały dzień walki z interiorem w nogach (i rękach - bo trzęsie że hej!). Znowu odmierzam na liczniku pozostałe do końca kilometry, a te lecą tak powoli, że mam wrażenie że ta piekielna droga nigdy się nie skończy. W końcu już strasznie wypompowani docieramy wreszcie do skrzyżowania z RingRoad i upragnionego asfaltu, gdzie czeka na nas Ondrej. On również miał serdecznie dość tej, jak to określił "neverending story" - i to tym bardziej, że jadąc bez zegarka i licznika (utraconych na przeprawie do Landmannalaugar) nie był nawet w stanie oszacować ile mu jeszcze do końca zostało. Prawie 100km po ciężkim interiorze to nie lada wyczyn - dlatego jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się cały odcinek do asfaltu zrobić w jeden dzień i jutro nie będziemy się już tak męczyć. Skręcamy na wschód i po kilku km jazdy RingRoad i moście nad burzliwą Jokulsą zjeżdżamy na drogę na Dettifoss (znów gruntówka). W Grimsstadir łudziliśmy się, że będzie sklep, ale oczywiście nic z tego. W końcu udało nam się kupić chleb w jednej z chałup - ale po wyraźnie wyższej niż w sklepie cenie (tak wygląda ta słynna islandzka gościnność o której tyle się w sieci naczytałem :)). Kawałek za wioską rozbijamy się na noc tuż przy moście nad małą rzeczką.

XIII dzień - Grimsstadir - Dettifoss - Asbyrgi - Tjornes - Husavik

DST 125,6 km - AVS 20,2 km/h - MAX 53,8 km/h - ALT 749 m

Niestety pogoda znowu pod psem - wszędzie chmury, zmino (10-12'C) i mocny wiatr. Ruszamy w zwykłej kolejności (najpierw Misza, potem ja, Ondrej ostatni). Nieoczekiwanie gruntówka do Dettifoss zaznaczona na mapie jako droga wyższej kategorii okazuje się niewiele lepsza od wczorajszego górskiego szlaku, da się jechać ledwo 15-16km/h "tarka" jest na całej szerokości. Dopiero po ok. 20km nawierzchnia wyraźnie się polepsza pozwalając na w miarę normalną jazdę. Za to wiatr jest coraz mocniejszy, raczej sprzyjający (wieje na zachód). Właśnie ze względu na to postanawiam zmienić trasę i zamiast wrócić tą samą drogą do RingRoad i dalej nad Myvatn - pojechać jak planował Ondrej na Husavik. Przy samym Dettifoss doganiam Miszę i razem idziemy oglądać wodospad. Robi na nas wielkie wrażenie - fantastycznie położony w długim kanionie rwącej Jokulsy. Potężny wodospad DettifossWg mojego przewodnika to wodospad o największej w całej Europie sile przepływu, przy tym i bardzo urodziwy. Spotykamy tu grupkę turystów z Rosji, z którymi Misza błyskawicznie wchodzi w komitywę, rad że wreszcie może z kimś porozmawiać w ojczystym języku ( my komunikujemy się łamanym polsko-rosyjskim). Na pożegnanie Rosjanie dali nam dobrą mapę całej wyspy (wartą z 50zł) - to taki wiele mówiący kontrast w zestawieniu z wczorajszą Islandką, która za chleb kazała nam zapłacić więcej niż w sklepie. Na "gościnność" na tej wyspie można liczyć jeśli się dysponuje odpowiednio grubym portfelem, po tą prawdziwą lepiej się wybrać gdzieś na wschód - paradoksalnie im kraj biedniejszy tym ludzie bardziej gościnni. Misza, który planował jazdę do Asbyrgi i dojazd F862 nad Myvatn również pod wpływem wiatru decyduje się na jazdę do Husaviku, przy odjeździe spod wodospadu spotykamy Ondreja, który właśnie tu dotarł - i luźno umawiamy się spotkanie gdzieś w rejonie Husaviku. Droga spod Dettifossu do Asbyrgi to bardzo przyzwoity szutrowy szlak, ale jedzie się nieprzyjemnie, ze względu na bardzo mocny boczny wiatr, potrafiący nieźle "rzucić" rowerem i popadujący od czasu do czasu deszcz. Przed samym Asbyrgi zjeżdżamy ponad 200m w dół, niemal na poziom morza i wracamy na asfalt - no i przede wszystkim po skręcie mamy wreszcie wiatr równo w plecy. Odbijamy nieco w bok by zobaczyć kanion Asbyrgi (w kształcie końskiej podkowy), który generalnie nas trochę rozczarowuje (dość niski, dużo lepiej prezentował się kanion Jokulsy w rejonie Dettifossu). Za to Miszy w trakcie krótkiego pobytu w lasku z karłowatych brzózek udało się zebrać całą siatkę grzybów, z których wieczorem przyrządził sobie świetną "grybnicę". Po powrocie na szosę do Husaviku wreszcie zaczęła się naprawdę szybka jazda po 25-27km/h. Po 25km z Asbyrgi docieramy nad morze i po przejeździe długim mostem przez odnogę małego fiordu skręcamy na północ. Momentalnie zaczyna się zabawa z bocznym wiatrem, jest tu też kilka dłuższych podjazdów (w sumie wjeżdża się na ponad 100m). Na pierwszy postój staję dopiero po ponad 90km, po kilku minutach dociera i Misza, który swoim zwyczajem nigdy nie narzeka i nie ma pretensji, że na postój zatrzymałem się o 20km dalej niż to w Asbyrgi zakładaliśmy. Podczas postoju w najbardziej "siewiernym" punkcie naszej wyprawy (niedaleko stąd już do koła polarnego) wiało tak strasznie, że na czas odpoczynku musiałem na Gore-tex założyć kurtkę windstoperową. Po pół godzinie ruszamy na pozostałe jeszcze ponad 30km do Husaviku. Z wiatrem jest już lepiej (korzystny bądź boczny) ale za to zaczął padać duży deszcz, tak więc prawie 30km trasy po lekkich wzgórzach jechaliśmy już na mokro. W Husaviku musiałem czekać ponad pół godziny na Miszę, który na deszcz założył pelerynkę typu ponczo, która go bardzo spowalniała (dowiedziałem się w tym czasie o rozkłady rejsów z oglądaniem wielorybów). To czekanie nieźle mnie wyziębiło bo oczywiście koszulki pod Gore-texem miałem już podmoczone, a przez przemoczone rękawiczki znowu skostniałe ręce - tak więc gdy Misza dotarł - szybko idziemy na zakupy, na kempingu nabieramy wody, wjeżdżamy na jedno z otaczających miasto wzgórz (Husavik jest bardzo malowniczo położony w kotlinie, przy wjeździe i wyjeździe z miasteczka trzeba zaliczyć spore podjazdy) i w deszczu rozkładamy namioty. W czasie rozbijania się widzimy Ondreja jadącego główną szosą - na szczęście usłyszał nasze krzyki i za chwilę rozbił namiot tuż koło nas. Umawiamy się na wspólny rejs na oglądanie wielorybów na jutro na 9.00 (z Ondrejem, bo Miszy na "usmatrienie kit" trochę szkoda było pieniędzy - taki rejs to ok. 4000koron).

XIV dzień - Husavik - Reykjahlid - Krafla - Reykjahlid

DST 90,2 km - AVS 19,1 km/h - MAX 69,5 km/h - ALT 919 m

Przez całą noc padało, pada również i rano, więc niestety z rejsu na wieloryby nici - bo w taką pogodę byłoby to tylko wyrzucanie pieniędzy. Ondrej, który ma samolot o 5 dni później niż ja postanawia tu poczekać na lepszą pogodę, my z Miszą musimy jechać dalej. Tym razem żegnamy się już ostatecznie i po 9 ruszamy na trasę. Na szczęście przestało padać, pierwsze kilometry to trochę podjazdów, za krzyżówką z drogą 85 zaczyna się łagodny podjazd doliną na ok. 200m, powoli nasila się wiatr, który mamy równo w plecy. Po ok.30km od Husaviku kończy się asfalt i zaczyna się dobrej jakości gruntówka. Ale żeby nie było tak dobrze cały czas są na niej mordercze podjazdy islandzkiego typu (zero serpentyn, ponad 15%) i równie ostre zjazdy. No i niestety wraz z początkiem szutrówki zaczyna zaczyna się też porządny deszcz. Ale mimo tego wszystkiego, ze względu na bardzo silny wiatr w plecy jedzie się bardzo przyzwoicie, denerwują mnie tylko rękawiczki, które od wczoraj oczywiście nie wyschły. Aby nie jeździć z skostniałymi dłońmi (dziś jest zaledwie 6'C!) na SealSkinzy założyłem zakupione w Husaviku zwykłe gumowe rękawice kuchenne - dalej jest mokro, ale przynajmniej cieplej. W sumie wjeżdża się na ok. 450m, po czym jest już więcej w dół, a gdy po ok. Nad Myvatn pogoda nie rozpieszcza15-20km wraca asfalt - grzeje się niesamowicie, grubo powyżej 30km/h, na zjazdach przekraczam 60km/h - wreszcie mogę użyć zębatki 52, co na tej wyprawie nieczęsto się trafia. Nad Myvatn docieram w deszczu, widoczność bardzo marna, więc wiele nad jeziorem nie posiedziałem bo wiało setnie. Szybko dociągnąłem do Reykjahlid (średnia mimo gruntówki i tylu ostrych gór ponad 23km/h - to pokazuje co potrafi islandzki wiatr), w niebrzydkim lokalu Informacji Turystycznej wreszcie mogę się ogrzać. Michaił dociera dopiero po godzinie (znowu jechał w tej fatalnej pelerynce). Postanawiamy się tu rozłożyć na nocleg i już bez bagażu pojechać na Kraflę. Szybko znajdujemy fajnie osłoniętą skałami od wiatru miejscówkę (tuż za skrzyżowaniem z RingRoad z 87). Po rozstawieniu namiotów bierzemy najpotrzebniejsze rzeczy (na Islandii podobnie jak w Skandynawii szansa, że ktoś może coś ukraść jest niemal zerowa, z tego co pamiętam w więzieniach siedzi tu...osiemdziesiąt kilka osób:)). Kawałek za Reykjahlid przejeżdżamy koło elektrowni geotermalnej znad której wiatr naniósł nad szosę gęste białe dymy, wszędzie czuć siarkowodór. Zaliczamy ok. 100m podjazdu na przełęcz Namaskard, zaraz drugie tyle zjeżdżamy i skręcamy na Kraflę. Momentalnie zaczyna się rzeźnia - mamy najsilniejszy na tej wyprawie wiatr prosto w twarz, do tego jeszcze sporo pod górę. Na prostej ciągnie się 12-13km/h (bez bagażu!), na podjeździe 7-8km/h, wychałdza straszliwie, do tego lekko popaduje. Odliczam każde 100m z 7km drogi - i na sam koniec strasznie się wkurzyłem bo po tych 7km okazało się , że był to dystans do elektrowni geotermalnej umieszczonej na gorących źródłach, a do samego wulkanu jest jeszcze trochę i trzeba zaliczyć piekielnie ostry podjazd. Nie wiem jakim cudem udało mi się go podjechać w tych warunkach bo wiało nieludzko, a nachylenie było chyba największe na tej wyprawie - licznik pokazał aż 24%, może aż tyle nie było, ale faktem jest że odrywało mi już przednie koło (na asfalcie!). Po podjeździe jest jeszcze kawałek dojazdu do kaldery, boczny teraz wiatr zmiata z szosy, trzeba jechać pod kątem 45% do szosy (!). Na parkingu korzystając z osłony jaką daje stojący tu mikrobus ściągam Gore-tex, zakładam gruby windstoper (bo inaczej bym tu zamarzł w tych 5'C - a jest 1 sierpnia:) - i dopiero na to Gore-tex bo cały czas pada. Ze zwiedzania niewiele wyszło - zrobiłem tylko kółko wokół kaldery - wiało potwornie, ledwo dało się ustać - od biedy atmosferę chwili oddaje ta fotka:). W dodatku na podejściu pod kalderę zrobiło się porządne błoto, którym sobie zdrowo upaćkałem ochraniacze na buty. Tak więc wiele to sobie na tej Krafli nie użyliśmy :). Gdy ruszam z parkingu przecieram oczy ze zdziwienia - po asfalcie pędzi wielkie stado koni (ze 100 "egzemplarzy") zaledwie z kilkoma ludźmi, skąd się tu wzieli w tak dziadowską pogodę nie mam pojęcia. Zjazd tą 24% ścianą z atomowym wiatrem w plecy oceniłem na minimum 90km/h, ale w tych warunkach (mokra szosa kończąca się zakrętem, zmienne podmuchy wiatru) nie odważyłem się przycisnąć "na ful" i zjechałem na hamulcach; kawałek dalej na dużo łagodniejszej ściance wyciągnąłem największą prędkość całej wyprawy - 69,5km/h. W drodze powrotnej krótko oglądam jeszcze dużo mniejszy od Krafli obszar geotermalny Namafjall, jeszcze raz zaliczam przełęcz i wreszcie docieram do namiotu, gdzie mogę się przebrać w suche i ciepłe rzeczy. Już wieczorem podczas gotowania herbaty na kolację okazało się, że błędem było zmieszanie resztek benzyny ekstracyjnej z samochodową - powodowało to ciągłe zatykanie się dyszy i na tej mieszance nie dało się kuchenki odpalić. Tak więc musiałem wylać całą benzynę i zasuwać na stację w Reykjahlid. A tam oczywiście automat - i nawet posiadanie karty kredytowej nic nie dało - bo tak małej ilości benzyny nie można po prostu kupić. Musiałem więc czekać ponad pół godziny zanim ktoś się pojawił na tankowanie - i od niego odkupiłem litr benzyny - i to rozwiązało mój problem z zatykającą się dyszą (bo wcale nie byłem taki pewny czy wymiana paliwa coś da).

XV dzień - Reykjahlid - Godafoss - Akureyri

DST 108,4 km - AVS 17,3 km/h - MAX 54,7 km/h - ALT 905 m

Pogodę dziś mamy jaką-taką, jest wyraźnie cieplej niż wczoraj. ale nadal bardzo mocno wieje z północy, co zapowiada ciężką przeprawę - bo trasa do Akureyri w sporej części prowadzi w tym kierunku. Miłe złego początki - na dzień dobry mamy piękne widokowo 10km nad samym jeziorem Myvatn, które wreszcie możemy zobaczyć, bo wczoraj w deszczu nic nie było widać. Jezioro piękne i co na Islandii bardzo rzadkie - nie brakuje tu zieleni; wspaniale prezentuje się położone tuż przy szosie zgrupowanie tzw. pseudokraterów (wyglądają jak najbardziej prawdziwie!). Ale po 10km ta sielanka się kończy i zaczyna się żmudne wyrywanie wiatrowi kolejnych kilometrów trasy. Kawałek za jeziorem jest podjazd w sumie ok.100m, po czym zjeżdżamy nad jezioro Masvatn i dalej doliną aż niemal na poziom morza w rejonie Laugar. Znowu cały czas w dolnym chwycie baranka, zaledwie 15-16km/h, w uszach tylko świst wiatru, kurtka łopocze bezustannie. Za Laugar droga skręca na południe, ale za to zaczyna się 200m podjazd (6-7%). Na szczycie nieźle się wkurzyłem - bo okazało się, że podczas wspinaczki zgubiłem przytroczoną do bagażu Coca-Colę. Zjazd wreszcie szybki (a nie jak za Myvatn 25km/h) i długi, już z dobrych kilku km widać w dole wodospad Godafoss. Robimy tu sobie postój, wodospad choć niewielki za to bardzo urokliwy, z pewnością można go zaliczyć do "pierwszej ligi" islandzkich wodospadów. Za Godafossem droga skręca na północ i jedzie się jeszcze gorzej niż wcześniej, często poniżej 15km/h. Ale na pocieszenie - wyraźnie zaczyna się wypogadzać, wychodzi słońce, temperatura przekracza 15'C - a to nieczęste w tym kraju warunki. Słońce przed AkureyriPo 75km stajemy na dłuższy odpoczynek nad rzeką Fnjoską. Gdy leżymy w trawie świetnie osłonięci przed wiatrem jest wręcz rozkosznie ciepło, z powodzeniem można by założyć krótkie spodenki, ale wystarczy wstać a lodowaty wiatr od razu wywiewa takie pomysły z głowy. Do Akureyri musimy zaliczyć jeszcze jedną przełęcz - jak to ujął Misza "na pieriewale my uże korole" - bo za górą droga zakręca o 180'. Podjazd okazał się niespodziewanie bardzo ciężki (przede wszystkim ze względu na wiatr, choć nachylenie też było niczego sobie). W sumie wjeżdżamy na ok.320m (z 70m), na pierwszej części zjazdu jeszcze wywiewa, ale gdy docieramy nad skąpany w słońcu największy islandzki fiord - Eyjafjordur jest już idealnie w plecy. Prawie 20km pozostałe do Akureyri pokonujemy błyskawicznie (wreszcie można zdjąć kurtkę) rozkoszując się wspaniałymi widokami na zatokę nad którą leży "północna stolica" Islandii. Samo Akureyri jakieś specjalnie piękne nie jest (choć dużo tu zieleni) - ale to chyba jedyne oprócz Reykjaviku miasto na Islandii zasługujące na takie miano, bo Hofn czy Egilsstadir to raczej duże wioski - tutaj po raz pierwszy od ponad 1000km mamy nawet okazję stać na światłach. W Bonusie robimy zakupy, ja zaopatruję się aż na 4 dni - bo na szlaku Kjolur, którym planuję dalej jechać na sklepy nie ma co liczyć, nie byliśmy też pewni czy jutro będzie okazja na zakupy. W sumie doszło mi aż 9kg (m.in. 2 dwulitrowe Coca-Cole, 2 kilogramowe chleby) - i na podjeździe zaraz za miastem od razu to poczułem :). Miejscówkę mamy fantastyczną - śpimy tuż za Akureyri nad małym jeziorkiem, tylko kawałek od morza, ptaków są dziesiątki, kilka próbowało nas zaatakować - z krzykiem pikowały, by tuż nad głową wzbić się znowu w górę.

DALEJ >>>