ISLANDIA - 2007




VI dzień - Djupa - Skaftafell - Jokulsarlon

DST 100,2 km - AVS 16,9 km/h - MAX 35,1 km/h - ALT 289 m

Rano Misza ruszył trochę przede mną, 20min później ja też jestem na trasie. Jedzie się bardzo nieprzyjemnie. Wiatr od wczoraj wyraźnie przybrał na sile, jest równo w twarz, a że jedziemy przez płaską jak stół czarną pustynię Skeidararsandur obciąga nas bezlitośnie, pozwalając na jazdę (z dużym wysiłkiem) 15-16km/h. Po 15km doganiam Miszę i dalej jedziemy już razem - Misza potrafi się utrzymywać "na kole", więc jadąc za mną jeśli nie ma dużych gór nie traci dystansu - co pozwala na znacznie sprawniejszą jazdę, bo nie trzeba tracić czasu na czekanie. Po ok. 30km droga skręca, wiatr również trochę - i o dziwo teraz jest w plecy - co pozwala na tempo powyżej 25km/h. Przejeżdżamy przez najdłuższy most na Islandii zbudowany nad wielkim rozlewiskiem rzek spływających z lodowca; kawałek dalej zatrzymujemy się na zdjęcie przy resztkach starego mostu który w 1996 został całkowicie zniszczony przez wielką powódź (tzw. jokulhlaup) wywołaną wybuchem podlodowcowego wulkanu Grimsvotn, który stopił całe masy lodu z Vatnajokull. Kawałek dalej skręcamy do parku narodowego Skaftafell, zaliczamy ponad 100m bardzo ostrego podjazdu na parking, gdzie zostawiamy rowery i na piechotę wybieramy się by zobaczyć malowniczy wodospad Svartifoss. Niestety więcej czasu na zwiedzanie pięknego parku Skaftafell nie możemy poświęcić i po krótkiej wycieczce z powrotem ruszamy na RingRoad. Widoczność to islandzka norma - chmury na 50-100m co powoduje, że ogromne jęzory lodowca Vatnajokull spływające niemal do samej szosy ledwo co widać. Za parkiem droga znowu zmienia kierunek i ponownie trzeba się mordować z coraz silniejszym wiatrem. Cały czas przebijamy się przez posępną czarną pustynię, w pewnym momencie spotykamy wąski pas zieleni z samotnym dość dużym (przynajmniej jak na Islandię) drzewem - ten niesamowity kontrast soczystej zieleni z zupełnie jałową czarną pustynią robi piorunujące wrażenie. Im bliżej morza tym mocniej wieje, jedzie się nawet i 12-13km/h, a gdy zbliżamy się do małego cypelka jest już po prostu masakra. Na krótkich podjazdach ciągnie się 8-9km/h, rzuca rowerem, Misza został spory kawałek za mną. Jako, że droga skręca tu o ponad 90 stopni liczyłem że i warunki się zmienią - ale gdzie tam! Razem z drogą skręca i wiatr i dalej mamy wmordewind w najczystszej postaci. Po krótkim zjeździe zatrzymuję się przy grubym płocie ( wreszcie osłona przed wiatrem) w wiosce Hnappavellir, gdzie czekam na Miszę i gdzie stajemy na dłuższy postój. Po półgodzinie z niechęcią ruszamy dalej, cały czas wiatr jest nieludzki - jak to może z lekka niecenzuralnie (ale jakże trafnie!) ujął Misza - "Wot pizdiec!" Do tego zaczyna padać - i jakby tego wszystkiego było mało właśnie w tym momencie kolejny raz eksploduje opona Miszy! Tak go to dobiło że proponuje bym jechał dalej a on pójdzie 30km pozostałe do lodowej laguny na piechotę. Przez chwilę kusiła mnie ta propozycja - ale przecież nie można zostawić kolegi w takiej sytuacji. Tak więc w tych fatalnych warunkach znowu zabieramy się do naprawy coraz bardziej rozerwanej opony. Jakimś cudem udało się to jakoś zakleić (straciliśmy na to ponad godzinę) i przy bardzo niskim ciśnieniu opona jakoś się trzymała - ale widać, że długo już nie pociągnie. W każdym innym kraju byłby to problem do najbliższego miasta, ale na Islandii sklepy rowerowe są tylko w Reykjaviku i Akureyri (podobno także i sportowy w Egilsstadir). Ruszając na trasę spotykamy jadącego właśnie (również na Jokulsarlon) rowerzystę. Tak jak Michaił ma górala na kołach 26, ale niestety zapasową oponą nie dysponuje. W trójkę ruszamy dalej, jako że ja mam najlepszą kierownicę do jazdy pod wiatr (a ilu "ekspertów" odradzało mi baranka na Islandię!) muszę prowadzić tę naszą gromadkę. Bite 30km cały czas 15-17km/h w małym deszczu i strasznym zimnie (jest 8-9'C, a do tego ten lodowaty "pizdiec"). Najlepsza "technika" do jazdy pod wiatr to po prostu wyłączenie psychiki i chwilowa zamiana w maszynę do nabijania kilometrów. Za wszelką cenę trzeba starać się uniknąć myślenia w stylu - co to będzie jak taka pogoda utrzyma się przez 3-5 dni? Trzeba też jak najmniej stawać, bo na postoju w takich warunkach można jedynie zmarznąć, my dystanse rzędu 100km robiliśmy tylko z jednym ok. półgodzinnym dłuższym postojem. Po 30km męczarni wreszcie docieramy do Jokulsarlon - i od razu wracamy do życia! Miejsce jest przepiękne, jedyne w swoim rodzaju - w niewielkiej zatoce piętrzą się całe masy gór lodowych, jest też jako tako osłonięta od wiatru. Lodowa laguna JokulsarlonRozbiliśmy się tuż nad brzegiem - ostatni raz tak fanatastyczną "miejscówkę" miałem nocując na skałach nad norweskim fiordem Geiranger. Obiad musimy gotować dla dwóch osób na mojej maszynce - bo Miszy skończył się nabój do Camping Gazu, dostać go na Islandii to nie lada wyczyn (są głównie Colemany i Primusy) - Michaił trochę za łatwo uwierzył w porady internetowych "fachowców" że dostanie się go wszędzie - i w efekcie został bez maszynki. Tu zaznacza się wyraźna przewaga maszynek benzynowych do których nawet tu dostać paliwo to nie problem (choć w interiorze trzeba już uważać, bo stacje są nawet i co 200km). Niestety woda w zatoczce jest lekko słonawa, więc musiałem pojechać spory kawałek po wodę do pobliskiej restauracyjki, ale Misza wpadł na lepszy pomysł wyławiając z wody małą bryłkę lodu do stopienia. Po obiedzie mimo zmęczenia wybraliśmy się na bardzo długi spacer dochodząc niemal do czoła lodowca, widoki cały czas niesamowite - takie momenty zostają w pamięci na zawsze! W namiotach byliśmy dopiero przed dwunastą (białe noce to jest to!), ok. 1 w nocy wstałem jeszcze na chwilę by poobserwować świt nad laguną - w tej scenerii prezentował się naprawdę fantastycznie - jako że słońcu wreszcie udało się na chwilę przebić przez grubą warstwę chmur.

VII dzień - Jokulsarlon - Hofn - Tunel

DST 100,4 km - AVS 16,4 km/h - MAX 35,5 km/h - ALT 320 m

Podczas zwijania obozowiska słońce kilka razy przejrzało zza chmur pozwalając nam zobaczyć lodową lagunę w pełnej krasie. Niestety ta sielanka długo nie potrwała. Gdy ruszamy na trasę znowu wieje w twarz jak wszyscy diabli (a jeszcze godzinę wcześniej wiatr był korzystny!), choć przynajmniej jest trochę słońca. Ale to też jest bardzo złudne bo dobrych kilka razy mieliśmy taką sytuację, że jadąc w słońcu równocześnie padał na nas deszcz - po takie atrakcje tylko na Islandię! Trafia się też kawałek drogi w remoncie - Islandczycy pod względem budowy dróg to straszni partacze (bądź sknery) - tak więc nawet i RingRoad nie jest w pełni wyasfaltowany, a asfalt w zdecydowanej większości to chropowaty tarmac o jakości daleko odbiegającej od europejskiej (a nawet polskiej!) średniej - choć bez dziur (jak u nas). Misza ze swoją nadwyrężoną oponą woli nie ryzykować nawet 300-400m przeprawy po dziurawej gruntówce i prowadzi rower. Po ok.35-40km zaliczamy serię malutkich podjazdów, po czym zaczyna się bardzo długi i idealnie prosty kawałek płaskowyżu na którym wiatr potwornie obciąga. Dopiero, gdy droga skręca w głąb lądu by objechać krótki fiordzik przed Hofn wreszcie można przez chwilę odetchnąć od tego atomowego wiatru. Po dłuższym odpoczynku kierujemy się na Hofn (osłonięci od wiatru przez zbocze górskie), gdzie Misza ma nadzieję na zakup opony. Do miasta trzeba zjechać prawie 5km z RingRoad, ale nie ma mamy wyjścia - bo to pierwsze miasto od dwóch dni i tak czy siak musimy tu zrobić zakupy. Sklepu rowerowego oczywiście nie było, Camping Gazu również, ale po zakupach zdecydowaliśmy się na wizytę na położonym na obrzeżach miasteczka kempingu. I był to strzał w 10 - bo okazało się, że jeden z obozujących tam rowerzystów miał zapasową oponę (Ritcheya) do górala i zgodził się ją sprzedać za niewygórowaną cenę 1000 koron (50zł). Miszy spadł kamień z serca - dzięki temu nie będzie musiał modyfikować planów swojej wyprawy np. przez podjazd autobusem do miasta ze sklepem rowerowym, wrócił też do swojego ambitnego planu zaliczenia "perły interioru" - Askji. Z Hofn jeszcze przez niemal 20km walczymy z ciężkim wiatrem, jedyną chwilę wytchnienia mamy w niedawno wybudowanym tunelu (choć niestety mocno pod górę). Tuż za tunelem widzimy namiot rowerzysty, jedziemy jeszcze kilka km za tunel i w pierwszym jako tako osłoniętym od wiatru miejscu rozkładamy się na noc.

VIII dzień - Tunel - Hvalnes - Djupivogur - Melshorn

DST 109,7 km - AVS 17,6 km/h - MAX 62,4 km/h - ALT 745 m

Gdy jesteśmy już prawie spakowani na trasie pojawia się rowerzysta, którego biwak widzieliśmy wczoraj podczas zjazdu z tunelu - i rozpoznajemy w nim naszego towarzysza z 30km trasy do Jokulsarlon . Wkrótce i my ruszamy w drogę. Wiatr od wczoraj nie zmienił się nic a nic, powiedziałbym że nawet lekko przybrał na sile. Ale za to powoli zmienia się krajobraz - wjeżdżamy w krainę małych fiordów - i generalnie jazda polega na mijaniu kolejnych wielkich zatok. Dopóki jedzie się w głąb lądu warunki są całkiem-całkiem, czasem trafia się nawet wiatr w plecy, ale jazda w stronę morza, bądź wzdłuż niego to już prawdziwa rzeźnia. W rejonie cypla Hvalnes wiało nieludzko, do tego doszły malutkie podjazdy - i ledwo ciągnęliśmy po 9-11km/h. Dopiero tutaj doganiamy wspomnianego rowerzystę i dowiadujemy się że to Czech - Ondrej. Popomstowaliśmy sobie wspólnie na islandzką pogodę, poczekaliśmy na Miszę, który trochę został, po czym ruszyliśmy na pierwszy dłuższy szutrowy kawałek RingRoad. Droga ostro wspina się bardzo malowniczym zboczem, wreszcie wychodzi słońce (i to na dłużej) - tylko żeby nie ten wiatr! Tym razem za prowadzenie wziął się Ondrej i naprawdę mocno przycisnął. Po zjeździe i końcu szutrówki droga skręciła w głąb lądu i przez dobre 10-15km ciągnęliśmy powyżej 25km/h.W krainie islandzkich fiordów Po odpoczynku niestety skręcamy na zachód i przez spory kawałek walczymy z wiatrem. Robi się coraz bardziej górzysto - podjazdy jak to na Islandii krótkie ale bardzo treściwe. Gdy droga ponownie zmienia kierunek po południowej stronie Hamarsfjorduru znowu mamy wiatr w plecy, a że jest tu kilka ostrych ścianek to na zjazdach jedzie się bardzo szybko, bez większego wysiłku kilka razy przekraczam 60km/h. Przed Djupivogurem trafia się jeszcze drugi dłuższy gruntowy odcinek z dwoma (jeśli dobrze pamiętam) ścianami - jedna bardzo ostra w granicach 15-17%. Do samego miasteczka trzeba zjechać ponad 1km. Djupivogur sprawia wrażenie wymarłego - w dość dużym markecie jesteśmy jedynymi klientami. Na kempingu nabieramy wody, w czasie odpoczynku pod osłoniętym od wiatru marketem Ondrej opowiada o swojej wcześniejszej trasie przez interior (dojechał do RingRoad przez Landmannalaugar) - w czasie przeprawy przez dość wartką rzekę miał wywrotkę wraz z całym bagażem - zamoczył niemal wszystko, urwał mu się przy okazji licznik, a zamoknięta komórka zakończyła żywot - tak więc teraz nie ma nawet zegarka! Narzeka również na zachłanność Islandczyków, którzy na kempingu kazali mu płacić nawet za doładowanie komórki! Także i Misza miał złe doświadczenia z przeprawami - nie udało mu się wjechać do dolin Porsmorku, bo nie dał rady przejść przez rwącą rzekę, mimo prób przeprawy na raty - osobno bagaże, osobno rower. Za pierwszym razem porwało mu klapki, ktore ledwo odzyskał. Nawet próba przeprawy w ciężkich wojskowych butach (w takich Misza jeździ na codzień!) nie przyniosła sukcesu i musiał się wycofać. Za Djupivogurem jedzie się bardzo fajnie, teren dość górzysty, prowdzący przez surowe ale i piękne krajobrazy Północy (wreszcie mamy dobrą widoczność!), jak na Islandię zupełnie ciepło (14-16'C) - i wreszcie jazda to prawdziwa przyjemność! Pod koniec Berufjordu zaczyna się gruntówka, na samym końcu fiordu dojeżdżamy do skrzyżowania z drogą 939. Postanawiamy na nią zjechać, bo pozwala na skrócenie drogi o ponad 60km i uniknięcie jazdy pod wiatr. Ale nie ma nic za darmo - trzeba za to zaliczyć podjazd na 530m (z poziomu morza) i to na piekielnie nachylonej gruntówce. Zaliczamy taką pierwszą 17 procentową ściankę (ledwo daliśmy radę z Ondrejem podjechać, Misza wybrał wariant pieszy) i w niebrzydkim miejscu nad rzeką rozkładamy się na noc.

IX dzień - Melshorn - Oxi (532m) - Egilsstadir - Hallormsstadur - (630m) - Fljotsdalsheidi

DST 111,9 km - AVS 15,7 km/h - MAX 62,1 km/h - ALT 1501 m

Rano pogoda wraca do normy (wszędzie chmury, temperatura z 10'C). Misza rusza na walkę z piekielnym podjazdem drogą 939 jako pierwszy, ja trochę później, Ondrejowi się nie śpieszy. Podjazd jest nachylony potwornie, to dużo większe wyzwanie niż wiele alpejskich dwutysięczników. Wcześniej miałem okazję zaliczać na Islandii ściany rzędu 15-17%, ale tam była jedna ścianka 20-40m - i w dół, a tu jest wjazd z poziomu morza na 530m! Piekielne nachylenia na islandzkich drogachNa szczęście ma budowę "tarasową" - po bardzo ostrym podjeździe trochę równego i znowu w górę. Niemniej wjechać bez pchania roweru to duża sztuka, na jednej ścianie musiałem stanąć na hamulcu (jak na Dyrholaey) by złapać oddech - a ruszyć na takim nachyleniu na gruntówce też takie proste nie jest. Na szczęście droga, chociaż gruntowa jest dobrej jakośći i jedzie się niewiele gorzej niż asfaltem. Misza nie bawił się w strasznie wyczerpujące podjeżdżanie i pod każdą większą ścianę prowadził rower - i wcale wiele wolniej ode mnie nie "jechał" - bo ja chwilami ciągnąłem ledwo po 5 km/h. Po wjeździe na dość niewyraźną przełęcz jest trochę jazdy po równym, po czym zaczynają się zjazdy, ale już nie tak ostre, no i niestety pojawia się przeciwny wiatr. Docieram do skrzyżowania z "jedynką" (też szutrową w tym rejonie), po 5min dociera Misza i po odpoczynku ruszamy w dół. Dość szybko wytracamy wysokość, na szutrowych zjazdach tym razem to Misza jest sporo z przodu, bo klasyczny góral z szerokimi oponami to jednak lepszy sprzęt od trekinga na takie drogi. Po ok. 10km wraca asfalt na 3-4km, po czym znowu trochę szutrówki, na której spotykamy samotną rowerzystkę (prawdziwy szacunek!) podróżującą w przeciwnym kierunku. Wraz z powrotem asfaltu, na dobre wraca naprawdę mocny wiatr i do Egilsstadir jedzie się bardzo cieniutko. W trakcie tego kawałka postanawiam zabrać się razem z Miszą do Askji drogą 910 (która prowadzi w zupełnie odwrotnym kierunku) - i nie ukrywam, że możliwość zakończenia na dziś męczarni z wiatrem miała w podjęciu tej decyzji niemałe znaczenie. Wolę się już szarpać z gruntówkami niż z tak chamskim wmordewindem jak dziś; zresztą nie da się ukryć, że trasa po Islandii bez przeprawy przez interior to jednak pójście na łatwiznę. Do Egilsstadir docieramy zdrowo zmęczeni, w Bonusie robimy duże zakupy na kilka dni, bo w interiorze na sklepy nie ma co liczyć. Gdy opuszczamy sklep akurat dotarł Ondrej, który motywowany dokładnie tak samo jak ja, również postanawia zmienić swój plan jazdy "jedynką" i jechać do Askji. Na stacji Shella Miszy udaje się się wreszcie kupić naboje do Camping Gazu (od Jokulsarlon gotowaliśmy tylko na mojej benzynówce) - bierze od razu dwa, by starczyły do końca wyprawy, bo dostać to wyposażenie na wyspie to nie lada sztuka. Ondrej jedzie jeszcze do biblioteki, by przez internet dać do domu znak życia , my natomiast cofamy się z powrotem "jedynką" na skrzyżowanie z "910". Choć droga ta sama co godzinę wcześniej, jedzie się zupełnie inaczej - bez problemu powyżej 25km/h, często nawet powyżej 30km/h, bez wiatru w twarz jest też o wiele cieplej. Po ok. 10km opuszczamy RingRoad na długo, skręcając na 910 prowadzącą wzdłuż wielkiego jeziora Lagarfljot. Przejeżdżamy przez największy las Islandii (w rejonie Hallormsstadur) - wreszcie mamy okazję obejrzeć drzewa normalnych rozmiarów. Powietrze pachnie iglastym lasem, na trochę wychodzi słońce - to jeden z najpiękniejszych kawałków tej wyprawy. Po niemal 40km od Egilsstadir przejeżdżamy mostem na drugą stronę jeziora i po paru km docieramy do stóp długiego podjazdu na płaskowyż Fljotsdalsheidi. Mimo, że mamy równo 100km w nogach postanawiamy jeszcze dziś go zaliczyć. Podjazd, co nieczęste na Islandii - ma serpentyny, ale mimo tego jest dość ostry (wg znaku 10%). Jedzie się 7-8km/h, momentami jest w granicach tych 10%, średnio to ok.8% (Misza od początku woli prowadzić rower) ale na szczęście nachylenie jest cały czas równe, choć przez połowę serpentyn jedziemy pod wiatr. Wg dokładnej mapy Miszy wyglądało, że podjazd ma ok. 400m, ale niestety okazuje się że na 400m kończą się serpentyny, podjazd łagodnieje i zaczyna się ciągnąć niemiłosiernie, a że mam już ponad 100km w nogach jedzie się cieniutko. Na domiar złego zaczyna padać deszcz, wraz z wysokością robi się też coraz zimniej, wieje też mocno z boku. Na szczyt docieram już zdrowo skatowany, na kurtkę Gore-texową zakładam drugą - grubą windstoperową i zimową czapkę, bo jest zaledwie 5'C, a muszę długo czekać na Miszę. którego na podjeździe straciłem z oczu, wcinam też całą puszkę ananasów. Misza dociera po półgodzinie - jak na prawdziwego Rosjanina przystało jest niezniszczalny, bez względu na warunki nieustępliwie wali "wpieriod", nigdy nie narzeka i choć czasem powoli, ale cały czas jedzie, a nie jak niektóre osoby z którymi miałem okazję jeździć zatrzymują się długie odpoczynki, jęczą żeby zawracać czy skrócić trasę, bądź podjechać autobusem. Chciałbym w jego wieku mieć taką kondycję, co zabawne Misza pali po 7-8 papierosów dziennie - i w jego przypadku slogan "Palenie szkodzi zdrowiu" nie sprawdza się zupełnie. Na "pieriewale" (aż 630m zamiast planowanych 400m) robimy sobie fotkę (już prawie w chmurach) i szybko ruszamy w dół. Ale okazało się, że nie ma długiego zjazdu i zaraz zaczyna się płaskowyż, więc w pierwszym lepszym miejscu (znowu nad rzeczką) stajemy na nocleg.

X dzień - Fljotsdalsheidi - Bru - Arnardalsfjoll

DST 85,6 km - AVS 14,2 km/h - MAX 35,8 km/h - ALT 740 m

W nocy było bardzo zimno, gdy ruszamy jest zaledwie 7-8'C, dużo chmur, ale nie nie pada a wiatr dość łagodny i raczej sprzyjający. Pierwsze 25-30km to jazda płaskowyżem, który w przeciwieństwie do tych z Norwegii jest rzeczywiście płaski. Widoki całkiem-całkiem, widać że zbliżamy się do interioru, malowniczo prezentują się północne stoki lodowca Vatnajokull z masywem Snaefell na pierwszym planie. Po drodze spotykamy kilku sakwiarzy z Niemiec. Ale po tych 25-30km kończy się luksus i asfalt opuszczamy na długo. Na skrzyżowaniu z drogą F910 robimy fotki - i zaczyna się prawdziwy interior. Bardzo szybko okazuje się, że droga zasługuje na to swoje F w pełni (tak oznacza się na Islandii drogi górskie tylko dla samochodów z napędem na cztery koła). Kamieni nie brakuje, rower cały czas skacze, jest sporo małych górek, 13km/h praktycznie nie da się przekroczyć. Nie wytrzymuje mocowanie Rack-Packa przyczepionego do tylnych sakw na paski z klamrami - torba zjeżdża na tylne koło i jestem zmuszony założyć dodatkowo ekspandery, o których odkąd w 2002 kupiłem Ortlieby dawno zapomniałem (choć zawsze na wszelki wypadek wożę je na wyprawy). Po kilku km zaliczamy pierwszy bród - dość płytki, może i dałoby się go przejechać rowerem, ale wolimy nie ryzykować zamoczenia butów (szczególnie przy takiej temperaturze). Zakładamy klapki i przeprawiamy się na piechotę. Przez ok. 15km jedziemy ciężką drogą przez płaskowyż (bynajmniej nie jest tu wcale płasko). Po tym zaczyna się prawdziwie karkołomny zjazd z wys. ok. 700m na ok. 350m. Przeprawa przez rzekę w interiorzeMuszę przyznać, że takim jeszcze w życiu nie jechałem - kupa kamieni, dziur i przede wszystkim piekielne nachylenie (mój licznik zanotował aż 27% !!!). Misza dysponujący góralem z hamulcami tarczowymi zjechał dużo szybciej, ja ze swoimi kiepskimi hamulcami (ciągle nie naprawiłem przedniego) jechałem z duszą na ramieniu modląc się by bagażniki przetrzymały szybkość ponad 30km/h na tak fatalnej drodze. Myślę, że w drugą stronę ta ściana z bagażem jest nie do podjechania (może dla kogoś pokroju Lance'a Armstronga) bo w przeciwieństwie do zaliczonego wczoraj bardzo ostrego podjazdu gruntową 939 tu nie byłoby ani chwili na złapanie oddechu, cały czas jest ostro. Zjazd kończy się w dość wąskiej dolinie otoczonej z dwóch stron górami, droga prowadzi teraz jej dnem. Po przeprawieniu się przez dość szeroki i wartki bród gruntówka wyraźnie się polepsza, polepszyła się również i pogoda - wychodzi słońce, temperatura przekracza 15'C. 12km do Bru jedzie się świetnie, widoki robią wrażenie. Samo Bru to malowniczo położona osada, biorąca nazwę od mostu nad płynącą tu burzliwą lodowcową rzeką Jokulsą a Dal. Po przejechaniu mostu i zaliczeniu krótkiego podjazdu w osadzie wita nas dość duży pies. W przeciwieństwie do wielu innych przedstawicieli swojego gatunku nie ma nic przeciwko rowerzystom i jest bardzo przyjazny, cały czas się łasi, w czasie odpoczynku podkarmiliśmy go co-nieco. Zaraz za miastem zaczyna się ciężki podjazd (choć bez masakrycznych nachyleń), a droga wraca do normy interioru. W sumie jest ok. 200-250m w górę, pies postanowił nas odprowadzić, ale ku naszemu zdziwieniu wcale nie chciał wracać. Myśleliśmy, że zniechęci się, gdy po zaliczeniu góry zaczęliśmy jechać szybciej - ale nie miał najmniejszych problemów z utrzymaniem naszego tempa. Radził sobie w interiorze znacznie lepiej niż my, gdy droga prowadziła łukiem robił skróty biegnąc terenem - pewnie nie była to dla niego pierwsza taka trasa. Droga za Bru to już typowa dla interioru pustynia z czarnym piaskiem, krajobrazy księżycowe (nie bez powodu na wyspie trenowali Amerykanie przed lotem na Księżyc). Ta wszechobecna pustka ma swój nieodparty urok - takich widoków nigdzie indziej w Europie się nie zobaczy, wystarczy na chwilę stanąć by "usłyszeć" perfekcyjną ciszę na tej ogromnej przestrzeni, wręcz powalającą na kolana mieszkańca ponad milionowego miasta. Niestety jakość drogi woła o pomstę do nieba i nie pozwala na delektowanie się widokami - cały czas trzeba mocno trzymać kierownicę i patrząc pod koła uważać na dziury i kamienie. 23km z Bru do skrzyżowania z drogą F905 jest strasznie ciężkie, prawie nie ma płaskich odcinków, droga cały czas fatalna. Po pierwszym długim podjeździe z Bru na ok.550m jest trochę jazdy po małych pagórkach, po czym następuje długi zjazd na jakieś 400m, przeprawa przez bród i bardzo męczący podjazd na ponad 600m. Na tym drugim szczycie (fantastyczny widok na królujący nad rejonem Askji wulkan Herdubreid) na chwilę łapie nas deszcz. Zjazd znowu bardzo ostry - ale nawet i tu nasz pies trzyma tempo, chociaż chwilami przekraczamy 30km/h. Sama końcówka przed skrzyżowaniem jest już płaska, droga też nieco lepsza. Po przejechaniu krzyżówki (znowu pada) zaraz zaczynamy się rozglądać za miejscem na nocleg - na szczęście trafił się mały wycinek terenu z trawą, bo rozbijanie się na wulkanicznym piachu nie bardzo się nam uśmiechało. Pies nocuje razem z nami, miałem jeszcze z Polski paczkę kabanosów, którą mu dałem - bo innym jedzeniem dla psów nie bardzo dysponowaliśmy. Dzisiejszy dystans to zaledwie 85km, ale trzeba pamiętać, że odległości w interiorze nie można liczyć jak tych na asflacie - i zrobić tu 100km to niełatwe zadanie.

DALEJ >>>