ISLANDIA 2007




Wstęp

Islandię od dawna uważałem za najcięższe z możliwych miejsc w Europie na zorganizowanie wyprawy rowerowej. Kraj ten przerażał fatalną pogodą, szczególnie potężnymi wiatrami, z którymi zawsze radziłem sobie bardzo kiepsko i które bardzo szybko wykańczały mnie psychicznie. Ale jednocześnie ta położona daleko na Atlantyku wyspa fascynowała niesamowitymi krajobrazami i tą nieprawdopodobną pustką interioru - czymś zupełnie niespotykanym w Europie. Fantastyczne wodospady, czynne wulkany, jazda przez kilometry zastygłej lawy, gejzery, potężne lodowce, góry lodowe wpływające wprost do morza - takie widoki można zobaczyć jedynie na tej wyspie!

Po sukcesie zeszłorocznej wyprawy na Nordkapp zacząłem poważnie myśleć nad Islandią. Daleka północ wcale nie okazała się taka straszna, pogodę miałem nadspodziewanie dobrą - a w końcu Nordkapp leży o wiele dalej na północ niż Islandia, która nawet "nie wystaje" za koło polarne. Miałem też trochę więcej środków do dyspozycji, więc mogłem się lepiej przygotować od strony sprzętowej - pozwoliło to m.in. na zakup świetnych bagażników Tubusa (Tara i Cargo) - by uniknąć problemów, które męczyły mnie na zeszłorocznej wyprawie. Wyposażyłem się też w nową kurtkę i spodnie z Gore-texu Paclite, ochraniacze na buty Gore-tex, rękawiczki i skarpetki firmy SealSkinz - licząc, że pomogą mi w walce z surową islandzką aurą.

Jeszcze krótka uwaga statystyczna. W tym roku używam nowego licznika CM 434 - który w nieco inny sposób oblicza sumę podjazdów niż używany przeze mnie wcześniej CatEye CC-AT 100. Mianowicie podjazdy sumuje dopiero od 5m wzwzyż, a nie jak CatEye od 2m. Jaki jest tego efekt? Na bardziej płaskich odcinkach CM pokazuje o ok. 200-300m podjazdów mniej na 100km trasie niż CatEye. Natomiast jeśli jedzie się cały czas po górach różnice są praktycznie żadne.

I dzień - Warszawa - [pociąg] - Berlin - [samolot] - Keflavik - Njardvik



DST 50,6 km - AVS 19,5 km/h - MAX 32,4 km/h - ALT 95 m

Na Islandię zdecydowanie najwygodniej (a i taniej) jest dostać się samolotem. Prom z Danii płynie niemal tydzień (w jedną stronę!) i wbrew pozorom wcale nie jest tańszy. Niestety z Polski nie ma bezpośrednich połączeń z Islandią - więc miałem do wyboru dwie opcje - samolot razy dwa, czyli najpierw przelot do Kopenhagi, Oslo bądź Londynu i stamtąd do Keflaviku, bądź przejazd pociągiem do położonego stosunkowo blisko Polski Berlina, skąd również można polecieć na Islandię tanią linią IcelandExpress. Ze względu na wyraźnie niższą cenę i tylko jeden lot (czyli mniej problemów z ewentualnym nadbagażem) wybieram to drugie rozwiązanie.

Wstaję o 5 rano, po 6 ruszam z Ursynowa na dworzec Centralny, bo stamtąd po 7 rusza mój pociąg. Na ul. Rosoła ma miejsce zupełnie niecodzienne zdarzenie - podczas jazdy pszczoła (czy też osa?) ugryzła mnie w...język! Gdy docieram na dworzec język mam już tak spuchnięty, że nie mogę normalnie mówić. Na szczęście odprowadzali mnie rodzice i dzięki nim udało się załatwić wapno przydatne na takie okazje, a z McDonalda kubek lodu (nie musiałem pilnować roweru, już mi tu jeden skradziono). Po 3h w pociągu jest już w miarę OK - opuchlizna zeszła, choć język nadal trochę boli. ReichstagOk. 13 pociąg dojeżdża na HauptBanhof w Berlinie. Ponieważ samolot odlatuje z lotniska Schonefeld muszę się przebić przez całe miasto. W samym centrum oglądam fantastycznie prezentujące się Bramę Brandenburską i Reichstag. Jakże kiczowato wygląda przy nich położony tuż obok nowo wybudowany Bundestag! Wiele się jednak Berlina nie naoglądałem, szybko trafiłem na drogowskaz na Schonefeld. Niestety droga była strasznie okrężna i dojazd na lotnisko zajął mi sporo ponad 30km, a parę kilometrów przejechałem drogą tylko dla samochodów, bo w taką w końcówce zamieniła się moja szosa. Ścieżek rowerowych jest w Berlinie całe mnóstwo i to wykonanych o niebo lepiej niż u nas - dlaczego ścieżka w Niemczech może mieć krawężnik poniżej 1cm, a nasi partacze budujący ścieżki często nie są w stanie zejść poniżej 3cm i na siłę "uszczęśliwiają" rowerzystów beznadziejną kostką?! Niemniej jazda 30km po ścieżkach z ciężkim bagażem jest bardzo męcząca, dlatego pod koniec przerzuciłem się już na szosę.

W lasku tuż pod lotniskiem czekam kilka godzin (odlatuję ok. 21) po czym już w hali odlotów rozkręcam rower i wkładam do specjalnie na ten cel zakupionej torby. Nieźle się nabiegałem by rozmienić 5E na monety (wózki bagażowe są na 1E) - służący do tego automat był niestety zepsuty. W czasie przeglądania bagażu przez rentgen pierwszy zgrzyt - przyczepili się do pustej butelki na benzynę (do kuchenki) - że wydziela opary i nie wolno jej przewieźć nawet w bagażu właściwym. Po krótkiej awanturze udało mi się ich przekonać, dzięki plastikowej torebce hermetycznej (swoją drogą zupełnie nieskutecznej, jeśli idzie o walkę z zapachem benzyny w sakwie). Najbardziej obawiałem się oczywiście opłaty za nadbagaż (mam w sumie lekko ponad 30kg + 15kg na rower i torbę w której go wiozę) - a wolno przewieźć 20kg bagażu właściwego + 10kg podręcznego. Rower jeśli waży do 12kg kosztuje 20E. Każdy 1kg nadbagażu to aż 10E. Naładowałem sporo do dwóch przednich sakw, na siebie założyłem dość ciężką kurtkę windstoperową - i jakoś obeszło się bez dodatkowych opłat (poza tymi 20E). Już czekając w strefie wolnocłowej miałem niezłe emocje - coś mi się pomyliło z numerami bramek z których się wchodzi do samolotu i poleciałem kawał nie w tę stronę. W końcu, gdy było 15min do odlotu kapnąłem się gdzie jest ta właściwa i sprintem (zupełnie spocony z tymi nieporęcznymi i ciężkimi sakwami) poleciałem z powrotem - ale na szczęście lot opóźnił się o dobre 30min. Samolot był dość ciasny, ale to zawsze jakieś emocje (lecę dopiero trzeci raz w życiu) - lot trwa 3,5h, choć wg czasu jedynie 1,5h (bo przestawia się zegarki o 2h do tyłu). Przy lądowaniu długo nic nie widać, bo chmury są nisko, w końcu pojawia się zarys wyspy, świecące latarnie morskie - i dotykamy płyty lotniska w Keflaviku. Po odbiorze bagażu (nie ma żadnej kontroli) biorę się za żmudne skręcanie roweru (kierownica, bagażniki, pompowanie kół). Pod koniec tej roboty uczepiło się mnie dwóch strażników - że muszę opuścić teren lotniska i skręcać rower na zewnątrz. Biorąc pod uwagę, że jest ok. 10 stopni - było to wyjątkowo chamskie, na szczęście niewiele mi już zostało, więc dali sobie spokój. Wychodząc z lotniska - faktycznie widzę zakaz dla rowerów! Dobrze mnie to zajście do wyspy i jej mieszkańców nie usposobiło - na Schonefeld nikt nie robił najmniejszych problemów, a tam na zewnątrz było 25'C. Ok. 1 w nocy (w Polsce jest już 3) ruszam w drogę. Szybko wydostaję się z lotniska, mijam Keflavik i Njardvik, jest szarawo, dni polarne nie są tu tak jasne jak w Norwegii za kołem polarnym, ale bez świateł przednich od biedy da się jechać. W pierwszym lepszym miejscu, kawałek za Njarvikiem przy głównej drodze 41 do Reykjaviku rozbijam się na noc, za bardzo jestem zmęczony (przez ostatnie 2 noce spałem po 2-3h) na zabawę w szukanie dobrej miejscówki.

II dzień - Njardvik - Grindavik - Krysuvik

DST 51,6 km - AVS 13,2 km/h - MAX 47,3 km/h - ALT 577 m

Niestety wiele się nie wyspałem (tylko ze 3-4h), czując że już nie zasnę - postanawiam jechać. Od rana porządnie wieje, a podczas składania namiotu już nieźle pada. Mam czego chciałem :). Po kilku km skręcam na Grindavik i jadę niemal czołowo pod wiatr. Zero przyjemności - nie więcej niż 15km/h, deszcz ostro zacina w twarz - tak zaczyna się moja przygoda z Islandią. Słynne kąpielisko geotermalne - Błękitną Lagunę ledwo widać, a leży nie więcej niż 300-500m od drogi. W Grindaviku kupuję w sklepie picie (na samej wodzie to daleko nie pociągnę) i trochę jedzenia (z Polski niewiele wziąłem bojąc się opłaty za nadbagaż). W czasie nabierania wody na kempingu przekonuję się, że mój worek na wodę Ortlieba jest dziurawy, pozostaje mi więc powrót do klasycznej metody przewozu wody - a więc 2l butelek po napojach. I tak dobrze, że to zauważyłem bo dziura była niewielka i mało brakowało a powtórzyłaby się sytuacja sprzed roku, gdy ze źle zakręconego worka wyciekła mi woda i zalała śpiwór (na Islandii bym już go nie wysuszył:)). Wbrew temu co czytałem w internecie za Grindavikiem asfalt się nie kończy, za to zaczynają się większe górki; wiatr po skręcie o 90' jest nieco lepszy (generalnie wieje od morza), bardziej boczny, ale nadal jedzie się fatalnie. Deszcz z boku strasznie zacina, przy zjazdach trzeba bardzo uważać, bo boczny podmuch potrafi nieźle zepchnąć rower. Dopiero po 5-6km i jednej długiej ściance na ok.120m kończy się asfalt i teraz zaczyna się naprawdę ciężka mordęga. Sama droga jeszcze nie jest taka zła, ale przez to że jest mokro rozmiękły piasek wulkaniczny (droga prowadzi tu przez pola lawy) lepi się do kół, zwalniając do 10-12km/h. Pojawia się też kilka piekielnie nachylonych ścianek po 15-17% na które ledwo udaje mi się wjechać, ciągnąc na ostatnim przełożeniu (26-34) po 5km/h. Na trasie za GrindavikiemNa szczęście ten rozmoczony piasek, choć mocno spowalnia to nie powoduje utraty przyczepności, bo wtedy trzeba byłoby uciec się do pchania roweru (a to już dla mnie totalna klęska). Piasek lepiący się do kół spowodował za to awarię przedniego hamulca, który nie chce się cofać, klinując się na obręczy - trzeba ręką rozwierać szczęki (co w czasie jazdy wygodne nie jest). Kawałek przed Krysuvikiem wraca asflat, droga skręca w stronę lądu (jest dobry wiatr), ale i tak mam już wszystkiego dosyć. Jestem nieźle przemoczony (nie ma cudów Gore-Tex Paclite też przemaka) i przez to nieźle wyziębiony (jest 12'C). Rejon geotermalny Krysuvik zwiedzam bez żadnej przyjemności. Tak mam dosyć gruntówek, że postanawiam zmienić trasę i zamiast jechać wzdłuż morza do Hveragerdi i Selfossu chcę wrócić drogą 42 do asfaltu. Niestety tuż za gorącymi źródłami asfalt się znowu kończy i muszę dalej się męczyć z rozmokniętą gruntówką. Na szczycie kolejnego podjazdu orientuję się, że jestem nad morzem - a więc musiałem się pomylić i źle skręcić. Już naprawdę wściekły zawracam tracąc w sumie ze 12km. Po powrocie do Krysuviku widzę małe jeziorko przy drodze - i postanawiam się tu rozbić na noc, jestem już zupełnie wykończony. W namiocie okazało się, że źle zapiąłem sakwy (Ortlieby by były skuteczne trzeba zrolować min. trzy pełne razy) - i podmoczyło mi kilka rzeczy. Dwie koszulki rowerowe i rękawki, które miałem pod kurtką również są zamoczone (choć nie zupełnie mokre), totalnie zawiodły mnie rękawiczki SealSkinz - można je wykręcać, a na dokładkę gdy są mokre kostnieją w nich ręcę. Jedynie potrójne zabezpieczenie stóp (skarpetki wodoodporne, ochraniacze i opięte na nich spodnie) zdało w pełni egzamin. W namiocie podejmuję ważne decyzje dla dalszej "marszruty" - postanawiam jechać cały czas RingRoad rezygnując zupełnie z interioru (a miałem ambitny plan powtórzenia wyczynu Przemka Pawłuckiego z grupy Glob - przejazdu przez wnętrze wyspy z Landmannalaugar do Askji). Ale stwierdzam, że dziurawe drogi interioru to nie dla mnie, jestem zdecydowanie "szosowcem", nawet w rejonie Warszawy za terenem specjalnie nie przepadam - a co dopiero z ciężkim bagażem i w takich warunkach pogodowych jak na Islandii. Był to zdecydowanie najgorszy dzień na wyspie, przez chwilę nawet zastanawiałem się czy nie dać sobie spokoju z wyprawą i czy nie przebookować biletu na samolot i nie wrócić od razu do Polski. Średnia 13,2km/h - mówi sama za siebie, tak żałosnej jeszcze nigdy nie miałem, nawet w wysokich górach - ale tak się jedzie gdy na człowieka spadają wszystkie islandzkie nieszczęścia na raz - silny wiatr, deszcz (przez cały dzień ani na sekundę nie przestał padać) i do tego jeszcze fatalne drogi i niewyspanie przez 3 dni. W nocy daje się wyraźnie odczuć malutkie trzęsienia ziemi - w końcu nie bez kozery Islandia to jedno z najbardziej aktywnych sejsmicznie miejsc na Ziemi.

III dzień - Krysuvik - Reykjavik - Hveragerdi - Selfoss - Pjorsa

DST 104 km - AVS 19,9 km/h - MAX 52,5 km/h - ALT 667 m

Rano pogoda jest niespecjalna - ale na szczęście nie pada, więc skrajnie katastroficznie plany powrotu na lotnisko szybko mnie opuszczają. Studiując mapę dochodzę do wniosku, że przez fatalną widoczność wczorajszego dnia wziąłem duże jezioro Kleifarvatn za morze (nie było widać brzegu) - a faktycznie byłem na dobrej drodze i niepotrzebnie zawróciłem. Gruntówką jedzie się nieprzyjemnie, są ze 2-3 bardzo ostre podjazdy, ostatni kończy się długim zjazdem, w czasie którego wreszcie wraca asfalt - i już do skrzyżowania z drogą nr 41 jedzie się fantastycznie (sporo powyżej 30km/h), bo wiatr podobnie jak wczoraj jest południowy. Po skręcie droga robi się dość pagórkowata, przybywa ciemnych chmur i na przedmieściach Reykjaviku znowu dopada mnie deszcz. Sam Reykjavik mijam bokiem, zwiedzanie stolicy Islandii zostawiając sobie na drogę powrotną. Gdy dojeżdżam do RingRoad przestaje padać, wiatr choć ciągle niekorzystny nie jest już tak mocny. Droga wspina się serią długich i łagodnych podjazdów aż na 350m, oglądając się do tyłu jeszcze długo widzę Reykjavik. Natomiast zjazd tuż przed Hveragerdi to ostra ściana - i bardzo szybko powracam niemal na poziom morza. Wraz z pokonaniem tego małego masywu opuściłem słynący z fatalnej pogody półwysep Reykjanes - i od razu są efekty - w Hveragerdi pojawia się słońce, wiatr też robi się korzystniejszy, odpoczywając w miasteczku pod "Bonusem" (zdecydowanie najtańsza sieć sklepów na Islandii) wreszcie mogę zdjąć kurtkę. Na przedmieściach Selfossu widać nawet oddalony o spory kawał wielki masyw lodowca Myrdalsjokull - i zaczyna mi wracać wiara w powodzenie wyprawy. Za Selfossem szukam już miejsca na nocleg, ale przez ponad 10km jazdy RingRoad nie było ani jednego fragmnetu drogi na którym brakowałoby ogrodzeń wokół pastwisk i łąk. Wygląda to co najmniej dziwnie - przez całe kilometry ciągną się ogrodzenia wokół zupełnie pustego terenu wykorzystywanego co najwyżej na pastwiska - nie ma tam żywej duszy, nawet owiec niewiele. A ogrodzenia robione są ze swoistą perfidią - nawet nad rzekę by nabrać wody zejść się nie da - tak szczelnie są poprowadzone. Pod względem produkcji drutu kolczastego (lub przynajmniej importu, bo sama Islandia poza rybami niewiele produkuje) na głowę mieszkańca Islandia to bezsprzecznie numer jeden na świecie :). W końcu tak mnie to wkurzyło, że po przejechaniu mostu na wielkiej rzece Pjorsie otwieram furtkę zamkniętą na bardzo przemyślny węzeł - i sprowadzam rower pod most. Rozbijam się kawałek dalej, z namiotu mam wspaniałą panoramę płynącej małym kanionem i bardzo szybkim nurtem Pjorsy.

IV dzień - Pjorsa - Hella - Hvolsvollur - Skogafoss - Dyrholey

DST 108,9 km - AVS 21 km/h - MAX 41 km/h - ALT 301 m

Rano pogoda nie jest zła - nadal trochę słońca (choć chmur nie brakuje) i co dziwne - prawie nie ma wiatru. Drogą przez łagodne wzgórza przejeżdżam przez malutkie miasteczka Hella i Hvolsvollur. Decyduję się nawet przebrać w krótkie spodenki (jest 17-18'C) - ale za długo się w tym stroju nie najechałem, bo z ciemnych chmur wiszących nad masywem Myrdalsjokull do którego się zbliżam zaczęło padać. Ale po przejechaniu kilku km od skrzyżowania z drogą 249 (niezły widok na wodospad Gljufurarfoss) wypogadza się - i znowu można założyć krótkie spodnie. Dalsza jazda tego dnia to chyba okres najlepszej pogody na całej wyprawie, pojawia się też wiatr w plecy. Wodospad SkogafossNa pierwszy duży postój staję dopiero po 80km pod fantastycznym wodospadem Skogafoss (widać go już z odległej o dobry kilometr RingRoad). W czasie postoju wychodzi wreszcie słońce - i w jego promieniach można podziwiać Skogafoss w pełnej krasie. Po półgodzinnym odpoczynku w tej fantastycznej scenerii ruszam dalej. Zaczyna się jechać naprawdę świetnie - ciepło, z wiatrem w plecy, wspaniałe widoki - po lewej stronie mam piętrzący się wysoko masyw lodowca Myrdalsjokull (od czasu do czasu mijam schodzące jęzory lodowca) po prawej morze, a jadę po zupełnie płaskim terenie. Po ponad 20km skręcam w boczną drogę 218 prowadzącą na kilf Dyrholaey. Rychło kończy się asfalt i 6-7km trzeba jechać gruntówką, generalnie dobrej jakości, choć w kilku miejscach dość kamienistą. Pod sam klif dojeżdża się bez problemu, ale podjazd (ok.100-120m) jest piekielnie ostry, koła niemal tracą przyczepność, w połowie ściany musiałem się zatrzymać na hamulcu by złapać oddech i na klif wpompowałem się ledwo żywy, z bagażem to niełatwa sztuka. Na parkingu zostawiam rower i idę na piechotę na sam szczyt. Klif Dyrholaey w słońcu prezentuje się fantastycznie, na skalistych zboczach gnieżdżą się tysiące ptaków, z charakterystycznymi dla Islandii maskonurami na czele - pozwalają podejść do siebie naprawdę blisko. Porobiłem sporo zdjęć - dla takich chwil i widoków z pewnością warto było się wybrać na Islandię, szybko przechodzi mi zniechęcenie, które odczuwałem po fatalnym pierwszym dniu na Reykjanesie. Zastanawiałem się czy nie rozbić namiotu na samym klifie - ale raz, że było za dużo ludzi, a dwa - bałem się, że w razie zmiany pogody namiot będzie narażony na silny wiatr w zupełnie nieosłoniętym miejcu. Zaliczam więc karkołomny zjazd w dół (ciągle nie mogłem się zmobilizować do naprawy przedniego hamulca) i rozkładam namiot u stóp klifu. Wieczorem oglądam fantastyczny zachód słońca, po godzinie 20 jest tu już zupełnie pusto (jeśli nie liczyć ptaków, których i na dole klifu nie brakuje).

V dzień - Dyrholey - Vik - Kirkujubaejarklaustur - Djupa

DST 120,4 km - AVS 18 km/h - MAX 45,6 km/h - ALT 339 m

Rano po dobrej pogodzie nic nie zostało - pada, wieje i jest 10-12'C - czyli islandzka norma. Gdy kończę zwijanie namiotu widzę rowerzystę opuszczającego klif. Wkrótce ruszam i ja, po przeprawie przez mokrą gruntówkę (na szczęście nie ma tu tego pyłu wulkanicznego, który tak dał mi się we znaki pod Grindavikiem) i kilku km "jedynką" doganiam tego rowerzystę. Okazaje się, że to ok. 50-letni Rosjanin Michaił, jedzie w tym samym kierunku co ja i tak samo chce dojechać w dwa dni na Jokulsarlon. Przed Vikiem jest 120m ostrego (12%) podjazdu, na którym Misza zostaje daleko za mną podprowadzając rower. Wahałem się czy na niego czekać (cały czas lało) - ale na całe szczęście zostałem i dzięki temu zyskałem świetnego kompana na najbliższe niemal dwa tygodnie. Razem zjeżdżamy w strugach deszczu do Viku, który nie zawodzi jeśli chodzi o jego zasłużoną reputację najbardziej deszczowego miasta Islandii. Miasteczko jest tak małe, że w sklepie nie mają nawet chleba (na którego kupnie zależało Miszy). A niestety wjeżdżamy w coraz bardziej odludne rejony wyspy i na następny sklep możemy liczyć dopiero po 70km w mieście o niewymawialnej dla Polaka nazwie - Kirkujubaejarklaustur. Tak więc jeśli trafi się na sklep - to najlepiej zrobić od razu zakupy na 2-3 dni. Zaraz za Vik zaczynają się sandury, czyli takie niemal pustynie powstałe z naniesionych osadów wulkanicznych. Z początku większość jest porośnięta trawą, ale im dalej od Vik tym krajobraz staje się bardziej surowy. Niestety widoczność psują nisko zawieszone chmury, jedzie się niespecjalnie, bo choć za Vik przestało padać to mamy przeciwny wiatr (na szczęście nie taki mocny). Ok 25km za Vik z roweru Miszy słyszę głośny huk - okazuje się, że przebił tylne koło. Naprawa rozerwanej oponyW czasie naprawy przekonujemy się, że problem jest dużo poważniejszy - tuż przy drucie zaczyna rozłazić się opona. Widząc, że awaria jest poważna lekko podłamany Misza zaczął nalegać, żeby go zostawić i jechać dalej, ale podsunąłem mu pomysł wypróbowany przeze mnie na wyprawie do Grecji - by podkleić oponę od środka (choć wtedy dziury nie miałem w tak feralnym miejscu). Okazało się, że Misza ma nawet specjalnie łatki do opon - i taką przykleił. Bardzo żałował, że nie wziął zapasowej opony, to rozerwanie to najpewniej efekt jazdy po fatalnych drogach w rejonie Hekli i Porsmorku (nad Dyrholey Misza dotarł zupełnie inaczej niż ja - m.in. zdobył na piechotę słynną Heklę). Po sklejeniu zamienił jeszcze opony (tą nadwyrężoną dał na przód, gdzie jest dużo mniejsze obciążenie). Po napompowaniu wszystko jest OK, więc ruszamy dalej. Do Kirkujubaejarklaustur jechaliśmy non-stop, po drodze naśmiewając się z Islandczyków, którzy nawet i tu gdzie nie ma żywej duszy wszystko grodzą (widzieliśmy nawet pola lawy za drutem kolczastym). Ok. 5km przed miastem wreszcie zmienia się krajobraz, pojawiają się zielone łąki, trochę farm i łagodne wzgórza. W Kirkujubaejarklaustur jest market (im dalej od Reykjaviku tym drożej) w którym robimy spore zakupy. Podczas postoju pod sklepem przeglądając dokładniejsze od moich mapy Miszy orientuję się, że do Jokulsarlon z Vik jest o 20km dalej niż to liczyłem, dlatego dzisiaj trzeba będzie przejechać 120km zamiast zakładanych 100km. Zaraz za miastem spotykamy niesamowitego rowerzystę - mimo 10-11 stopni jedzie w krótkich spodenkach, krótkim rękawku i sandałach bez skarpetek! Mimo, że miał ten lodowaty wiatr w plecy, patrzyliśmy na niego jak na coś nierzeczywistego - musiał to być pewnie Kanadyjczyk bądź Skandynaw, bo Islandczycy za dobrze znają swoją pogodę, by tu jeździć z sakwami (jak to mówił Misza siedzą tylko "w maszynach i w markietach"). 10-15 km za miastem dalej jest zielono, później znowu wjeżdżamy w sandury i niebrzydkie porosłe mchem pola lawy powstałe podczas wielkiej erupcji wulkanu Laki w XVIIIw. Rozbijamy się właśnie na takim polu, nad dużą rzeką o bawiącej każdego Polaka nazwie - Djupą :).

DALEJ >>>