GRECJA 2002




XLI dzień - Kalamata - [pociąg] - Ateny

Rano udaję się na dworzec, załadunek roweru przebiega bez problemu. Niestety musiałem jechać połączeniem dookoła Peloponezu - przez Kiparissę, Patra i Korynt, zamiast przynajmniej dwa razy szybszym przez Argos, bo tylko tam można było zabrać rower. Podróż była niesłychanie męcząca, myślałem że się z nudów przekręcę - wagon bez przedziałów, upał i to przez bite 12 godzin, od 8 rano do 8 wieczór (oczywiście musiało być opóźnienie). W czasie podróży przysłuchuję się rozmowie młodych Portugalczyków z małżeństwem Anglików. Wszyscy strasznie pomstują na służbę zdrowia w swoich krajach, a mnie aż się śmiać chce gdy wysłuchuję z jakimi problemami muszą się zmagać. Po pół roku w Polsce nie rzuciliby już jednego złego słowa na swoje kraje, widać że co poniektórym luksus potrafi trochę w głowach poprzewracać. W Atenach jestem już pod wieczór, a zanim przebiłem się na kemping przez pół miasta (na szczęście mam plan) było już zupełnie ciemno.

XLI dzień - zwiedzanie Aten

Ponieważ mój autokar odjeżdża ok.15 na zwiedzanie miasta zostaje bardzo mało czasu, postanawiam ograniczyć się do Akropolu, zresztą w Atenach, poza może Muzeum Archeologicznym niewiele więcej jest naprawdę ciekawych zabytków. Tym którzy narzekają na jazdę rowerami po polskich miastach przejażdżka po Atenach, szybko by z tych narzekań wyleczyła. Przez miasto jedzie się fatalnie, na domiar złego pół Aten jest rozryte w związku z szeoko zakrojonymi przygotowaniami do olimpiady w 2004 roku. Choć wydawałoby się, że trafienie na Akropol nie powinno być trudne, to liczne objazdy powodują, że tracę na to kupę czasu (m.in. wpakowałem się na główną drogę do Pireusu, gdzie nie sposób było zawrócić). Koniec końców docieram przed wzgórze i zostawiając rower na dole udaję się na zwiedzanie (płacąc z bólem 6 euro). Ruiny słynnego Partenonu i Propyleje robią z pewnością wrażenie, co prawda nieco przyćmione setkami turystów; ponadto antyczne budowle są mocno oszpecone wielkimi rusztowaniami (jest nawet i dźwig!) zastosowanymi w celu renowacji. W pewnym momencie orientuję się, że nie mam zegarka (który miał trochę rozwalone zapięcie) i połowę swojej obecności na wzgórzu poświęcam na jego poszukiwania (ku mojej uldze okazało się, że zsunął się z ręki w czasie przypinania roweru, na którym go znalazłem). Ponieważ czasu mam już niewiele jadę prosto pod hotel, spod którego ma odjeżdżać autokar, postanawiając, że w razie gumy będę jechał na obręczy. Załadunek przebiega pomyślnie, pilotka po początkowych oporach ustępuje i zostaje już przede mną jedynie powrót autokarem do Polski (jedziemy przez Serbię i Węgry), który choć znacznie dłuższy (bite 2 doby!) to znoszę znacznie lepiej niż pociąg do Aten (zdecydowanie preferuję podróże autokarem nad pociąg).

Podsumowanie

W czasie całej wyprawy przejechałem 3302,8km, prędkość maksymalna to 63,4km/h (z góry przed Myślenicami), najdłuższy odcinek dzienny - 163km (Zvolen-Budapeszt), suma podjazdów - 28 165m, najdłuższy dzienny podjazd -
1 930m (spod Termopil do Delf), liczba dni z trasami powyżej 100km - 13. Wyjazd oceniam jako udany, choć lekki niedosyt pozostał - najbardziej żałuję, że nie zobaczyłem słynnego bizantyjskiego miasta - Mistry, oraz że nie przejechałem przez Płw. Mani z jego mieszkalnymi wieżami i tą specyficzną atmosferą, jakże różną od tych miesc, gdzie masowo walą turyści. Z perspektywy czasu uważam, że błędem było zaplanowanie (już od rejonu Zadaru) trochę krótszych odcinków - rzędu 80, a nawet 60km, a także za dużo odpoczynków - z tych powodów wyprawa trwała za długo - ponad 40 dni, więc z czasem musiało nadejść znużenie i zmęczenie zarówno fizyczne jak i psychiczne, które pod koniec odczuwałem; może lepszym rozwiązaniem byłoby jechać np. z Budapesztu, a nie bezpośrednio z Warszawy? Ponadto miałem wyjątkowy niefart co do pogody - ciągłe problemy z deszczem i to nie tylko w Polsce, czy na Słowacji, ale i w Chorwacji, Albanii i nawet Grecji. Co gorzej najcięższe warunki z reguły przypadały na najcięższe dni - do Budapesztu, przez Velebit, czy górski odcinek w Albanii. Zupełnie nie sprawdziły się przeciwdeszczowe zabezpieczenia - peleryn rowerowych nikomu nie polecam, są strasznie niewygodne, wrażliwe na wiatr jak żagiel, ograniczają manewrowość. Także sakwy to całkowita porażka - po 20min deszczu były mokre, szczególnie od dołu, pakowanie w foliowe torebki też często zawodziło, po tej wyprawie uznałem, że czas na nowy model. Ale największa porażka sprzętowa to z pewnością opony - 10 gum na trasie w końcu cały czas po asfaltach to zupełna tragedia, a trzeba wspomnieć, że i ich właściwości jezdne pozostawiały wiele do życzenia - specyficzny bieżnik powodował, że w koleinach jechało się niemal jak w rynnie, przy próbie skręcenia ryzykując wywrotkę, na zjazdach też trochę rzucało. Jednym słowem wyrób Hutchkinsona to pełna klapa, więcej do produktów tej firmy się nie zbliżę. Żałuję, że nie zabrałem dwóch filmów do aparatu - przez cały czas oszczędzałem zdjęcia na Grecję (tylko dwa w Albanii!), gdzie aż o tydzień skróciłem wyjazd. Ale i zobaczyłem naprawdę sporo - przejechałem całą Chorwację, byłem w ciągle jeszcze tak egzotycznym kraju jak Albania, oglądałem niesamowite Meteory, zdobyłem najwyższą szosową przełęcz w Epirze i zarazem w całej Grecji i te wrażenie z pewnością warte były wysiłku i litrów potu wylanego na całej trasie.