GRECJA 2002




XXXVI dzień - Rio - Patra - Varda - Andravida - Gastouni - Petroule

DST 94,2 km - AVS 22,7 km/h - MAX 36,8 km/h - ALT 315 m

Kawałek za Rio wjeżdżam do Patra - brzydkiego portowego miasta, nie widziałem tu nic godnego uwagi. W samym centrum łapię kolejną gumę; swoich opon mam już serdecznie dość, na domiar złego w mieście jest taki hałas, że aż trudno zlokalizować miejsce przebicia dętki. Postanawiam przełożyć przednią. mniej zużytą oponę (ale z kolei łataną w Skomielnej) na tył, bo tylnia jest już nieźle zjechana - to kolejny zarzut wobec produktu Hutchkinson - na wcześniej używanych Michelinach przejeżdżałem ok.10tys km, wliczając w to 4-5tys z sakwami, a te już po 3tys są do niczego. Po opuszczeniu Patra kieruję się szosą na płd.-zach., wzdłuż wybrzeża. Droga jest nieciekawa, jest to jeden z tych nielicznych w Grecji zupełnie płaskich odcinków. Cały dzień właściwie tylko odliczam kilometry, zaczynam już odczuwać zmęczenie całym wyjazdem, choć średnia dzięki korzystnemu wiatrowi jest wysoka - 22,7km/h. Na nocleg zatrzymuję się na kempingu nad samym morzem, w rejonie Petroule; w czasie rozkładania namiotu toczę typową dla południowych krajów walkę z twardym jak kamień podłożem, do wbijania śledzi bardzo przydałby się młotek.

XXXVII dzień - Petroule - Pirgos - Olimpia - Krestena - Zaharo - Kiparissia

DST 98 km - AVS 21,7 km/h - MAX 55 km/h - ALT 736 m

Bez postojów, przejeżdżając przez ruchliwe Pirgos (specjalnie wjechałem do centrum, a tam niewiele ciekawego, główna droga mija miasto obwodnicą) osiągam główny punkt dzisiejszego dnia - Olimpię. Ponieważ bilet, jak w Delfach, kosztuje 6 euro (straszne zdzierstwo, w końcu to tylko ruiny) zadowalam się obejrzeniem wykopalisk z poziomu szosy, na postój rozkładam się w ładnym iglastym lasku przy drodze, z doskonałym widokiem na najciekawszy tu obiekt - 200-metrowy stadion. Olimpię opuszczam drogą na Krestenę zaliczając kilka strasznych, choć krótkich "pił". Po ok. 15km powracam na główną szosę prowadzącą wzdłuż wybrzeża, krajobraz jest znacznie przyjemniejszy niż wczorajszy - sporo wspaniale pachnących lasów piniowych, nie brakuje wzgórz, nieco łatwiejszych niż te pod Olimpią. Z kempingu w Kiparissi nad morze mam kilka kroków, samo miasteczko też ma swój klimat (charakterystyczne białe domki na wzgórzu).

XXXVIII dzień - Kiparissia - Filiatra - Gargaliani - Gialova

DST 57,6 km - AVS 20,3 km/h - MAX 44,9 km/h - ALT 678 m

Odcinek do Filiatry jest w miarę płaski, ale za miastem droga znacznie się zwęża, pogarsza się też jakość dotąd doskonałego (na całej mojej trasie w Grecji) asfaltu, zaczynają się też ostre podjazdy. Do Gargaliani wjeżdżam zlany potem (odkąd jestem na Peloponezie temperatura nie spada poniżej 30'C), w samym miasteczku (wys. ok.200m) jedzie się kapitalnie - strome, wąskie uliczki, dookoła białe domki - takie miejsca mają swoją duszę. Podobnie jest za kilkanaście km w Horze; następnie po krótkim zjeździe zaliczam ściankę do Pałacu Nestora, gdzie zatrzymuję się na krótki odpoczynek. Ze zwiedzaniem daję sobie spokój (za tego typu zabytkami nie przepadam, nieźle wyglądają tylko takie ruiny, które są świetnie wkomponowane w otoczenie jak np. te w Delfach), zresztą nogi domagają się już przerwy. Zjazdy doprowadzają mnie nad Zatokę Navarino, którą ogranicza charakterystyczna sylwetka Sfakterii - wyspy na której podczas wojny peloponeskiej (w 425 pne) po raz pierwszy wojska Sparty złożyły broń, zamiast zgodnie ze swoimi zwyczajami walczyć aż do końca, co było małym wstrząsem psychicznym dla Hellenów. Kolejny raz nocuję nad samym morzem na kempingu w Gialovie.

XXXIX dzień - Gialova - Pylos - Kalamata

DST 62,6 km - AVS 20,7 km/h - MAX 51 km/h - ALT 745 m

Od rana moją uwagę skupia chmura nad Sfakterią - ledwo udało mi się dojechać przed deszczem do Pylos. W porcie przeczekuję opady rozmawiając z Grekiem, który opowiada o swoim znajomym, z kolei Niemcu, podróżującym właśnie na rowerze po Tybecie - to się nazywa wyzwanie, większość terenu leży powyżej 4000m, a dróg asfaltowych praktycznie nie ma tam w ogóle! Wdrapuję się stromą ścianką pod główny zabytek miasta - spory zamek (Neo Kastro), wzniesiony tu jeszcze przez Turków. Za Pylos od razu zaczynają się góry, a deszcz nie daje za wygraną co jakiś czas mnie dopadając. Jeśli mnie pamięć nie myli to wjeżdża się na jakieś 300-400m; trasa jest malownicza, jedzie się głównie przez wzgórza wykorzystywane pod plantacje oliwek i małe wioski, w których widać tę prawdziwą (nie z folderów) Grecję. Do Kalamaty docieram już zdrowo zmęczony, moja forma wyraźnie spada - już odcinki rzędu 60km potrafią mnie zmordować, obawiam się jak to będzie dalej. Na noc staję na kempingu kilka km za miastem. Ku mojemu zdziwieniu woda w kranie jest wyraźnie słona, nie tak jak w morzu, ale po wypiciu takiej "solonej" herbatki na kolację, na śniadanie wolę łyknąć coca-colę.

XL dzień - odpoczynek

Tego dnia miałem wg. planu jechać do Areopoli, niestety od samego rana leje jak z cebra. Pogody na tym wyjeździe mam już powyżej uszu, nie tego po Grecji oczekiwałem - jestem w połowie września na jednym z najbardziej na południe wysuniętych skrawków Europy (tylko płd. Sycylia i rejon Gibraltaru są dalej) a pada jak w słynnym Bergen (60 dni słonecznych w roku). Tego typu problemy przy samotnej jeździe potrafią strasznie zmęczyć psychicznie, na samą myśl o moich przymałych kaloszach (od których mam już odciski) i dziadowskiej pelerynie odechciewa mi się jazdy, a odcinek do Areopoli jest dużo cięższy niż ten wczorajszy. Postanawiam wykorzystać tu na odpoczynek jeszcze jeden dzień "zarobiony" w Albanii. Jednak w czasie przymusowego pobytu w namiocie dochodzę do wniosku, że już dalej jechać mi się nie chce (miałem jeszcze zaliczyć Płw. Mani, Spartę, Epidauros, Mykeny i stąd udać się do Aten). Ponieważ autobus z Aten kursuje do Warszawy co tydzień, telefonicznie udaje mi się zamienić termin odjazdu na o 7 dni wcześniejszy, a na dworcu w Kalamacie dowiaduję się o pociągi kursujące do Aten. W czasie powrotu dziesiąty raz (!), tym razem bez bagażu łapię gumę i już spieszony docieram na kemping.

DALEJ >>>