GRECJA 2002




XXXI dzień - zwiedzanie Meteorów

Cały kolejny dzień przeznaczam na zwiedzanie Meteorów, jak dla mnie bez wątpliwości najciekawszego zabytku Grecji, a i jednego z najbardziej interesujących w całej Europie. Na kempingu otrzymałem mapkę masywu z zaznaczonymi wszystkimi sześcioma klasztorami oraz drogami i bocznymi ścieżkami prowadzącymi do nich. Ponieważ chodzenie po asfalcie to żadna przyjemność, więc wybieram właśnie taką ścieżkę prowadzącą na przełęcz międzymi dwiema skałami, a następnie w pobliże klasztoru Varlaam. Oznakowania nie ma tu w ogóle, więc idę na chybił trafił, orientując się na szczyty. Ścieżka powoli zanika, a podchodzenie zamienia się we wspinaczkę. W pewnym momencie trzeba już używać rąk, a ponieważ niosę ciężką siatkę (z 3l. picia) i jestem w długich spodniach (by nie mieć problemów z wejściem do klasztoru) jest to bardzo niewygodne. Zastanawiam się czy nie wrócić, ale szkoda mi już zrobionego dystansu. Przed przełączką podejście zbliżone jest już trudnością do tego na naszej Orlej Perci, wyraźnej drogi nigdzie nie widać, kieruję się na widoczną nade mną przełęcz. W końcu docieram na wierzchołek, ale ku mojej rozpaczy z drugiej strony jest pionowa ściana, że aż strach się wychylić. Jestem porządnie wkurzony i psiocząc na autora mapy, który zaznaczył tu ścieżkę (a jestem z pewnością na właściwej przełęczy) zaczynam schodzić w dół. Zejście jak to zwykle bywa jest sporo trudniejsze, szczególnie z tą torbą. Z duszą na ramieniu przechodzę najcięższy odcinek i wracam straszny kawał do szosy. Po kawałku asfaltu skręcam na inną dróżkę, tym razem wyraźniejszą i z drogowskazem. Ale widać, że i ten szlak jest rzadko uczęszczany, bowiem mijam w bliskiej odległości gniazdo szerszeni, a w pewnym momencie na środku ścieżki spotykam całkiem sporego ... żółwia, który wyszedł z zarośli by wygrzać się na słoneczku. W końcu docieram do Wielkiego Meteoru - najstarszego i najwyżej położonego klasztoru (na skale o wys.615m). Turystów (przybyłych tu samochodami i autokarami) jest co niemiara, dlatego trzeba czekać w sporej kolejce, jest też duża grupa z Polski. Wkrótce okazuje się, że przyczyną zatoru jest tragiczne wydarzenie - starsza kobieta (właśnie z polskiej wycieczki) dostała ataku serca. Przez ok. godzinę jest transportowana na dół (wypadek miał bowiem miejsce w fatalnym miejscu - na wysokich i bardzo wąskich schodach prowadzących do klasztoru, zupełnie zapchanych ludźmi), ale z tego co widziałem gdy ją przenoszono koło mnie na pomoc było już za późno. W klasztorze mieści się muzeum (m.in. wspaniałe ikony i freski, zastawa stołowa używana kiedyś przez mnichów), ale oczywiście najciekawsze jest samo położenie klasztoru, aż się wierzyć nie chce że zbudowano go w XIV wieku (wg. legendy jego twórca Św. Atanazy wzniósł się na szczyt na grzbiecie orła). Nawet przy użyciu dzisiejszego sprzętu tutejsze trasy wspinaczkowe uważane są za trudne, a przecież na górę trzeba było transportować masę rzeczy. Co do ubioru okazało się, że mnisi nie są tak restrykcyjni - mężczyznom w krótkich spodniach dawano koce do zakrycia nóg; natomiast wobec kobiet w za krótkich spódniczkach lub z odkrytmi ramionami czuwający przy wejściu zakonnik był dużo bardziej bezwzględny. Pozostałe pięć klasztorów oglądam jedynie z zewnątrz (najciekawiej położony jest chyba Varlaam), następnie schodzę ścieżką spod klasztoru Agios Triados do Kalambaki, gdzie robię zakupy. Wracając na kemping jestem już porządnie zmęczony - zrobiłem na piechotę, cały czas po górach przynajmniej ze 25km, a upał tego dnia był straszny (35'C), dodatkowo potęgowała go moja czarna koszulka.

XXXII dzień - Kalambaka - Trikal - Karditsa - Sofades - Domokos (530m) - Stena Fourkas (780m) - Lamia - Komma

DST 146,1 km - AVS 21,9 km/h - MAX 50,8 km/h - ALT 917 m

Ponieważ tego dnia mam przed sobą bardzo długi i dość ciężki odcinek wyruszam wcześnie rano. Warunki są świetne - słońce, wiatr w plecy i niezauważalnie lekko w dół - to powoduje że na 25km do Trikali osiągam niesamowitą jak na jazdę z sakwami średnią - 28km/h. Staram się przejechać "na raz" jak najdłuższy dystans i na pierwszy postój staję dopiero za Sofades po 70km. Mijając to miasteczko przez chwilę poczułem się jak w Albanii, przejeżdżając przez małe osiedle emigrantów - domki i brud dokładnie takie jak w ich kraju, widać że niewielu z nich zarabia w Grecji na godziwe życie, a Grecy często traktują ich jak ludzi drugiej kategorii. Kilkanaście km dalej zaczyna się ciężki (ponad 400m) podjazd pod Domokos, na którym strasznie daje mi się we znaki palące słońce. W markecie w miasteczku na szczycie kupuję 2 litrowego zimnego Sprite'a, którego połowę wypijam za jednym razem. Po odpoczynku jadę z 15km płaskowyżem, po czym osiągam podnóże podjazdu pod Stena Fourkas (780m). I tu zaczęła się prawdziwa ściana płaczu. Mam już 120km w nogach i co gorsza obiad postanowiłem zrobić dopiero po rozbiciu namiotu (co przy dystansach rzędu 140km jest głupotą). Choć nachylenie nie jest takie ciężkie jadę zaledwie 7-8km/h, walcząc jeszcze z silnym przeciwnym wiatrem, niosącym z zachodu ciemne chmury. Na wierzchołek docieram już siłą woli, po czym po szybkim zjeździe osiągam Lamię, gdzie już zaczyna popadywać. Kilka km za miastem rozbijam się w rejonie wsi Komma, pod samym nosem mam kranik, z cały czas cieknącą wodą, przeznaczoną do nawadniania pól.

XXXIII dzień - Komma - (ok.700m) - Bralos - (850m) - Amfissa - Delfy

DST 91,7 km - AVS 18,4 km/h - MAX 50,8 km/h - ALT 1930 m

Po kilku km jazdy okazuje się, że droga na Bralos jest zamknięta z powodu remontu. Muszę więc jechać do Termopil, skąd też można się tam dostać. Po słynnym wąwozie, gdzie garstka Spartan walczyła do końca z całą armią perską odmawiając złożenia broni, nie ma już śladu - przez prawie 2,5 tys lat zabrało go morze. Z Termopil rozpoczyna się długi podjazd aż na ok.700-750m (z poziomu morza). Ale pogoda jest piękna, nie ma skwaru jak wczoraj, więc jedzie się doskonale i na szczyt docieram bez odpoczynku, w dobrej formie. Szybki zjazd doprowadza mnie do położonego na ok.450m Bralos. Po postoju ruszam dalej - znowu w góry, w ogóle w Grecji nieczęsto trafia się na płaskie odcinki i jadąc do tego kraju trzeba być przygotowanym na mordercze podjazdy. Po kilkunastu km (niestety już zaczęło lekko mżyć) osiągam przełęcz położoną na 850m, gdzie oklaskuje mnie duża grupa Francuzów podróżująca kilkunastoma camping-vanami (wyprzedzali mnie na podjeździe). Do Amfissy mam już cały czas w dół, droga prowadzi przez ogromne plantacje oliwek. Znowu jestem prawie na poziomie morza, a cel dzisiejszego dnia - Delfy leżą na ok.500-550m. Już nieźle podmęczony jadę dalej, od pewnego momentu moją uwagę przykuwa chmura spływająca z masywu Parnasu. Udałoby mi się dotrzeć przed nią na kemping, gdyby nie już siódma przebita dętka na tym wyjeździe. Wściekły (już w deszczu, z rękoma brudnymi od wymiany), po raz kolejny przeklinając opony, dojeżdżam na kemping położony ok.2km i niecałe 100m poniżej Delf. Ten dzień był najbardziej górskim na całej wyprawie (aż 1930m podjazdów), ale jeśli nie liczyć zawirowań z pogodą i sprzętem całkiem udany, średnia jak na takie góry dość wysoka - 18,4km/h, może dlatego że podjazdy choć o dużej deniwelacji do specjalnie ostrych nie należały.

XXXIV dzień - zwiedzanie Delf

DST 4,2 km - AVS 19,8 km/h - MAX 36 km/h - ALT 83 m

Na zwiedzanie słynnej wyroczni delfijskiej wybieram się na piechotę. Ruiny położone są tuż za niebrzydkim, choć "ustawionym" pod turystów, górskim miasteczkiem. Główny rejon wykopalisk ulokowany jest po północnej stronie drogi na Arachovę, na ostrym zboczu i prezentuje się bardzo malowniczo. Ponieważ bilet kosztuje aż 6 euro, a cały obszar Świętego Okręgu z wysokości szosy widoczny jest jak na dłoni, dogłębniejsze zwiedzanie ograniczam do położonych poniżej szosy bezpłatnych ruin Gimnazjonu i starej świątyni Ateny. Po południu jeszcze raz wybrałem się do miasteczka na zakupy, tym razem na rowerze. Rano zastanawiałem się czy nie wybrać się na przejażdżkę na luzie do ośrodka narciarskiego pod Parnasem, ale uznałem, że po wczorajszym ciężkim dniu warto od gór trochę odpocząć.

XXXV dzień - Delfy - Itea - Agios Nikolaos - Nafpaktos - Andirio - [prom] - Rio

DST 109 km - AVS 21,7 km/h - MAX 48,2 km/h - ALT 824 m

Dzień zaczyna się jak marzenie - od długiego (450m) zjazdu. Kapitalne wrażenie robią widoki na dole - wielka płaska połać w całości pokryta oliwkami, których w takiej ilości jeszcze nie miałem okazji oglądać. Za Iteą kończy się zabawa i trzeba zdrowo kręcić; jest to klasyczna jazda górskim wybrzeżem, bardzo podobna do tej w Chorwacji - cały czas hopki, małe ale za to jare. Tutejsze plaże mocno rozczarowują - albo szary piach, albo kamienie, tego w folderach z Grecji raczej nie pokazują. W Agios Nikolaos zastanawiam się czy nie przeprawić się tu przez Zatokę Koryncką, ale ostatecznie postanawiam wykorzystać prom w Andirio. Ok. 15km przed Nafpakos wreszcie się wypłaszcza, ale za to pojawia się przeciwny wiatr, więc do miasta jedzie się dość nieprzyjemnie. Po odpoczynku pokonuję ostatnie kilometry przed Peloponezem - do Andirio, pod coraz silniejszy wiatr. W czasie przeprawy promowej z niepokojem obserwuję ciemne chmury gnane tu przez wiatr, ale dzięki nim widok jest jeszcze piękniejszy, duże wrażenie robią prawie dwutysięczne szczyty wyłaniające wprost z morza. Imponująco wygląda również budowa stałej przeprawy przez przesmyk - na dnie morza są już wbite ogromne słupy mające stanowić podpory przyszłego mostu. Podczas pobierania opłaty (już na morzu) ma miejsce zabawna sytuacja - płacącemu przede mną silny wiatr wyrywa z ręki banknot 10 euro, za którym rzucam się w pościg, ratując go przed opuszczeniem pokładu. W nagrodę uśmiechnięty "konduktor" uznaje że nie muszę płacić (bodajże 2 euro). Po opuszczeniu promu śpieszę się by zdążyć na kemping przed nadciągającym deszczem. Dotrzeć co prawda mi się udało, ale tuż przed bramą kempingu, przy przeprowadzaniu (!) roweru przez wysoki krawężnik przebijam tylne koło (po raz 8) - no i mam co robić po obiedzie.

DALEJ >>>