GRECJA 2002




XXVI dzień - [u gospodarza] - Durres - Rrogozhinje - Lushnje - Fier

DST 97,9 km - AVS 21,7 km/h - MAX 40,6 km/h - ALT 345 m

Droga do Durres jest kiepska, choć powyżej albańskiej średniej. Spotykam na niej grupkę lokalnych amatorów kolarstwa - trenują na szosówkach klasy naszego Rometa; nie zazdroszczę im - do kolarstwa szosowego trzeba mieć w tym kraju wielkie zacięcie, ale z drugiej strony takie szosy powinny nieźle hartować. Do samego Durres nie wjeżdżam, skręcając na Kavaje i Lushnje. Przez najbliższe 50km jest normalny, europejskiej klasy asfalt, więc jedzie się doskonale (jest też lekki wiatr w plecy). Tuż koło Durres oglądam zabawny kurort nadmorski - stoją stoliki, nad nimi kolorowe parasole, nie brakuje wczasowiczów, a tuż obok, przy plaży rozbabrane budynki z betonu - taka Albania w pigułce. Za Lushnje droga wraca do normy i 30km do Fieru to już męczarnia. Postanawiam zmienić plan trasy (z Fieru miałem w dwa dni dojechać do Sarande, stamtąd w dzień do greckiej Ioaniny), ale przy tej jakości szosach boję się ciężkiego podjazdu na Logara-pass (1055m); zamiast tego wolę jechać przez Gjirokaster (125km po górach), a stąd 1 dzień do Ioaniny. W samym Fierze dopada mnie deszcz, więc kończę dzisiejszy odcinek rozbijając się w dużym ogródku przed pustym budynkiem (oczywiście w stanie surowym). Pod wieczór pojawia się koleś (prawdopodobnie właściciel posesji), by zabrać pasące się w pobliżu krowy, na migi wyjaśniam mu że chcę zostać tylko jedną noc, więc nie protestuje.

XXVII dzień - Fier - Ballsh - [autobus] - Kakavi - [GR] - Kalpaki - Ioanina



DST 89 km - AVS 18,9 km/h - MAX 41,8 km/h - ALT 1133 m

Przez całą noc lało i rano nic nie wskazuje, że wkrótce przestanie. Przerabiam więc zwijanie obozowiska w deszczu, na szczęście rower i bagaże mogę postawić pod dachem pustego domu. Cały czas tylko myślę jak mi się uda dociągnąć w takich warunkach aż 125km ciężkiej trasy do Gjirokastry. Już po kilku km mam dość - jezdnia jest tak wyprofilowana, że w ogóle nie odprowadza wody, wkrótce pojawia się coraz więcej mułu, który strasznie ubrudził mi sakwy i cały rower. Mało brakowało, a pojechałbym drogą na Berat, bowiem skręt na Gjirokastrę wyglądał jak dojazd do pobliskiej wioski, a drogowskazy w Albanii to prawdziwy ewenement. Przed Ballshem droga staje się coraz bardziej górzysta, przejeżdżam też przez małe pole naftowe, na którym pracują maszyny jakie miałem okazję oglądać w Muzeum Przemysłu Naftowego w Bóbrce, a na sporym terenie czuje się zapach podobny do siarkowodoru. O środowisko naturalne nikt tu się nie troszczy - wszystkie zanieczyszczenia spuszcza się prosto do wody, na lokalne rzeczki aż przykro patrzeć. Gdy w końcu docieram do Ballsh jestem zupełnie mokry, większość bagażu również i wiem że w tych warunkach Gjirokaster jest nierealny. Postanawiam podjechać jakimś transportem pod grecką granicę. Na lokalnym "dworcu" dogaduję się z kierowcą małego busika (podstawowy środek transportu w Albanii), który za 40 euro zgadza się mnie zawieźć do Kakavi (przejście graniczne), uporczywie biorąc mnie za Anglika. Odcinek między Ballshem a Tepelene jest bardzo górzysty, a jakość szosy beznadziejna; często się zatrzymujemy by zabrać dodatkowych "łebków", choć teoretycznie zapłaciłem za kurs. Mój kierowca jak większość Albańczyków zasiadających za kółkiem przepisy ruchu drogowego ma w głębokim poważaniu, co chwilę trąbi na wszystko dookoła, w pewnym momencie jestem świadkiem wyprzedzania na zakręcie, tuż nad przepaścią, lewa para kół naszego busa jedzie już po poboczu. Do czego taka jazda prowadzi mam okazję zaobserwować kilkanaście km dalej, gdy przebijamy się przez zator spowodowany idealnie czołowym zderzeniem dwóch samochodów (teraz już zupełnie skasowanych). Za Tepelene droga się wypłaszcza, prowadząc teraz szeroką doliną. Trochę żałuję, że nie jadę tu rowerem, bo widoki, choć ograniczone (ze względu na niski pułap chmur) robią wrażenie - tutejsze szczyty dochodzą nawet do 2000m. Niebrzydko położony jest sam Gjirokaster - malownicze małe domki na stromym wzgórzu. Od skrzyżowania z drogą na Sarande do granicy jest już gładki asfalt. Gdy wysiadam w Kakavi ciągle pada. Mijam ok. kilometrową kolejkę samochodów i docieram do bramy granicznej, otwieranej w dość dużych odstępach czasowych, na przekrocznie granicy czeka też ok. 500 pieszych. Ponieważ wyglądam naprawdę niesamowicie i zarazem dość komicznie (krótkie do kostek kalosze, na nich ochraniacze pod kolana, opaski na kolana - a to wszystkso na moich cieńkich nóżkach, do tego długa pomarańczowa peleryna-poncho, ponadto i ja i rower i bagaże jesteśmy zdrowo ubłoceni) wywieram takie wrażenie na albańskim żołnierzu, że otwiera wielką bramę tylko dla mnie i bez zbędnego oczekiwania mogę wjechać do Grecji. Za granicą zaczyna się zupełnie inny świat, różnica w zasobności obu krajów widoczna jest jak na dłoni, pewnie przed 1989 podobnie czuł się Polak wyjeżdżający na Zachód, choć nie sądzę by ten przeskok był aż tak drastyczny jak tutaj. 30km do Kalpaki jest cały czas po górach, przez bardzo puste tereny na których nie brakuje łąk, gdzie wypasa się sporo owiec (przez chwilę byłem nawet obiektem ataku pilnującego ich psa). Mało kto wie, że przez te rejony przebiegał jeden z frontów II wojny światowej - mianowicie w 1940 roku dzielna armia włoska dostała tu w dupę (w 1939 Włosi anektowali Albanię) i plany Mussoliniego o opanowaniu Grecji spaliły na panewce. Po odpoczynku w Kalpaki ruszam na ostatni dziś odcinek do Ioaniny. Góry są trochę mniejsze, tereny bardziej zamieszkałe, ale za to deszcz coraz większy, w samej Ioaninie to już regularna ulewa - nie tak sobie wyobrażałem Grecję! Na nocleg udaję się na kemping nad dużym jeziorem Pamvotis znanym z organizowanych tu zawodów wioślarskich. Po rozstawieniu namiotu lustruję swój dobytek - to jeden wielki obraz nędzy i rozpaczy, praktycznie wszystko mokre, mimo że większość rzeczy wożę w foliowych torebkach. Pod względem wodoodporności moje sakwy Gianta, choć ze specjalnymi wszytymi workami na deszcz, są absolutnie do niczego, mam ich już powyżej uszu i na następny wyjazd postanawiam zainwestować w naprawdę porządny produkt. Całodzienną jazdę w deszczu można bowiem przetrzymać, gdy później jest w co się przebrać, ale ja suche mam jedynie namiot (którego żaden deszcz nie rusza), karimatę i śpiwór (które na wszelki wypadek wożę w potrójnych(!) torebkach foliowych).

XXVIII dzień - odpoczynek

Ponieważ jestem w Janinie dwa dni wcześniej niż zakładałem, postanawiam dzisiejszy dzionek przeznaczyć na odpoczynek. Od rana jest słonecznie, dzięki temu mogę wysuszyć wszystkie przemoczone wczoraj rzeczy; następnie wybieram się na piechotę na zwiedzanie Janiny. Generalnie rzecz biorąc nie jest to piękne miasto, jedynym godnym uwagi zabytkiem są fortyfikacje miejscowej cytadeli, mocno już tknięte zębem czasu.

XXIX dzień - Ioanina - Metsovo

DST 57,9 km - AVS 16,7 km/h - MAX 48,9 km/h - ALT 1416 m

Dzisiejszy dzień to ciężka przeprawa przez góry Epiru. Na dzień dobry, tuż za Janiną (leży na wys.ok.500m) zaczyna się podjazd na bezimienną przełęcz położoną na ok.900-950m, z której ponownie powraca się na ok.500m, w dolinie rzeki Arachtos. Po przekroczeniu rzeki wąskim mostem znowu wspinam się na ok.650m, gdzie następuje lekkie wypłaszczenie. Widoki są cały czas niebrzydkie, choć urodą Epiru z Alpami porównywać nie można. Trochę niepokoją mnie chmury zbierające się nad szczytami. Właściwy podjazd pod Kataras zaczyna się na ok.800m, ale nie jest to dotkliwe nachylenie, da się jechać 10-13km/h. W czasie jazdy widać i słychać (wysadzanie skał) szeroko zakrojone prace nad budową nowej autostrady przecinającej Epir - Via Egnatia. Na wys. 1200m szosa mija Metsovo, do którego decyduję się zjechać na nocleg. Trasa Janina-Kalambaka (ok.120km) jest do zrobienia w jeden dzień, ale ponieważ bilet autobusowy mam wykupiony na konkretny dzień, a i tak jestem dzień do przodu, wolę ten odcinek rozbić na dwa dni; dzisiejsza suma podjazdów (ponad 1400m) jak na niecałe 60km i tak jest imponująca. Metsovo (malownicze górskie miasteczko) jest położone na stromym zboczu góry i aby znaleźć dogodne miejsce do noclegu na dziko muszę zjechać na sam dół na ok.1000m, a droga jak to w tego typu miasteczkach bywa jest piekielnie nachylona; podejrzewam że fragmentami nachylenie oscyluje w granicach 15-20% - momentami (trzymając zaciśnięte hamulce) ledwo da się utrzymać bezpieczną prędkość. Miejscówkę mam niezłą, tuż koło kraniku z wodą, widok na góry też niczego sobie.

XXX dzień - Metsovo - Afhin Kataras (1690m) - Klambaka

DST 77,6 km - AVS 21,2 km/h - MAX 48,9 km/h - ALT 1100 m

Tuż po złożeniu obozowiska muszę zaliczyć 200m podjazdu przez Metsovo. Po raz pierwszy na tej wyprawie musiałem wrzucić najmniejszą tarczę z przodu, ale i tak, by nie podprowadzać musiałem się strasznie namordować. Gdy docieram na poziom głównej szosy jestem tak wyżyłowany (po 2km!), że muszę się zatrzymać na postój. Podjazd pod Kataras idzie już gładziej, nachylenie jest tylko trochę większe niż na wczorajszym odcinku do Metsova. Niestety tuż przez szczytem dopada mnie burza, zatrzymuję się pod daszkiem stojącego tu domku. Po ok.20min obserwując chmury dochodzę do wniosku, że nie ma co czekać na zmianę warunków i jadę dalej, nie zatrzymując się nawet na zrobienie zdjęcia przy tabliczce z wysokością (i tak nie było tu nawet psa z kulawą nogą). Na zjazdach mijam kilku sakwiarzy jadących w przeciwnym kierunku (nie zazdroszczę), a także wyprzedzam chmury, które mnie zmoczyły. Przez kolejne 30km cały czas siedzą mi na plecach, co chwilę przypominając o sobie drobną mżawką, zanim na dobre nie oddaliły się w kierunku południowym. Z przełęczy zjeżdża się na ok.800-900m, po czym jest dość długi, w miarę płaski odcinek i wreszcie następuje zjazd na poziom Kalambaki (300m). W pewnej chwili moim oczom ukazuje się przepiękny widok - wielki, oświetlony zachodzącym słońcem, masyw skalnych ostańców, na których szczytach zbudowane są słynne Meteory. Ten zjazd do Kalambaki to z pewnością jedna z najpiękniejszych chwil tej wyprawy, która na długo została mi w pamięci; dla takich właśnie momentów warto było się tu tłuc przez pół Europy zmagając się ciągle z górami i dziadowską pogodą. Zatrzymuję się na kempingu w Kalambace płacąc jedynie 10 euro za dwie noce, co jak na Grecję to dość tanio; w ogóle jest tu sporo drożej niż się tego spodziewałem, jak wszędzie wprowadzenie euro spowodowało to że ceny gwałtownie poszły w górę.

DALEJ >>>