GRECJA 2002




XXI dzień - Kupari - Cavtat - [pod granicę] - Kupari

DST 43,8 km - AVS 21,8 km/h - MAX 44 km/h - ALT 373 m

Za Dubrovnikiem wg. planu miałem się zatrzymać na dzień wolny, ale decyduję się na wykorzystanie pogody i dalszą jazdę, liczę też że w Czarnogórze będzie taniej (kemping w Chorwacji to średnio 25-35zł). Droga pod granicę to oczywiście góra-dół, dopiero za Cavtatem, w rejonie lotniska obsługującego Dubrovnik robi się bardziej płasko. Przed granicą zatrzymuję się na ostatnie zakupy i wtedy orientuję się, że na kempingu zostawiłem zapięcie rowerowe. Ponieważ nie uśmiecha mi się dalsza jazda bez niego (nerwy o rower przy każdym wejściu do sklepu) decyduję się na powrót. Przez chwilę zastanawiam się czy nie zostawić gdzieś w krzakach bagażu i jechać na luzie, ale uznaję to za za duże ryzyko. Była to dobra decyzja, bo tuż przed lotniskiem zaczęło lać. Po ok. godzinie oczekiwania jadę w deszczu na kemping, gdzie właścicielka oddaje mi zagubione zapięcie. Ponieważ jest już za późno na Czarnogórę zostaję tu na kolejną noc. Po południu wraca słońce, więc robię krótką przejażdżkę po miasteczku. Na położonym niedaleko supermakecie wzrok natychmiast przykuwa ogromny plakat (w stylu tych z Dzikiego Zachodu) z obietnicą nagrody (2 lub 5mln dolarów, już dobrze nie pamiętam) za schwytanie serbskich zbrodniarzy - Radtka Mladica i Radovana Karadzica. Na zdjęciach tych prezentują się raczej nieciekawie - Karadzic z ponurą miną i tygodniowym zarostem, no a Mladic to już ma taką gębę, że nie trzeba go nawet "upiększać". Na szosie spotykam też rowerzystę - Chorwata kierującego się na Czarnogórę, któremu pomagam podcentrować koło. Na uwagę zasługuje jego niesamowity bagaż - z tyłu mała torba, natomiast na plecach ogromny plecak ze stelażem, jak dla mnie na oko min.15kg. Jak sobie z tym dawał radę na licznych tu przecież podjazdach - do dziś się zastanawiam.

XXII dzień - Kupari - Cavtat - [YU] - Herceg-Novi - Kotor - Prcanj



DST 92,3 km - AVS 21 km/h - MAX 51,2 km/h - ALT 690 m

Po raz trzeci pokonuję trasę pod czarnogórską granicę, którą tym razem udaje mi się osiągnąć, po zaliczeniu dość ostrej ścianki. Nieco obawiałem się jej przekraczania, bo co do przepisów to w Warszawie ciężko było się coś konkretnego dowiedzieć, bowiem Czarnogóra formalnie stanowi część Jugosławii (obecnie Serbia i Czarnogóra), ale faktycznie jest bardzo niezależna, posiada nawet odrębną od Serbii walutę, którą (o dziwo!) stanowi ...euro. Tę niezależność widać też na granicy, której pilnują żołnierze w mundurach czarnogórskich. Przepuszczają mnie bez problemów, nie muszę nawet płacić 7 euro myta ściąganego tu od samochodów. Po szybkim zjeździe i kilku km płaskiego wjeżdżam do pierwszego większego miasta - Herceg-Novi. Od razu gołym okiem widać, że Czarnogóra ekonomicznie stoi znacznie gorzej niż Chorwacja - gorsze samochody, miasto obdrapane, a niektóre sklepy wyglądem przypominają mi te w Polsce jeszcze w czasie socjalizmu; ale za to i ceny są sporo niższe, ponadto ruch samochodowy zdecydowanie mniejszy. Po postoju dojeżdżam nad Zatokę Kotorską, wąskim przesymykiem wrzynającą się tu w ląd, z trzech stron otoczoną potężnymi górami; wygląda to niezwykle malowniczo, więc decyduję się objechać cały ten zalew, zamiast przeprawić się przez przesmyk kursującym tu promem i zaoszczędzić 30km. Przez całą drogę do Kotoru widoki są przepiękne, szczególnie uroczo prezentuje się niewielki kościółek położony na maleńkiej wysepce. 5km przed Kotorem po raz szósty łapię gumę. Po wymianie wjeżdżam do miasta, które jest mocno zaniedbane, a jego starsza część sprawia wrażenie wymarłej - nie ma tu ani jednego turysty, miejscowych też co kot napłakał, a jest przecież co oglądać. Niestety nie ma kempingu, więc jadę dalej wzdłuż zatoki, tym razem w stronę Dubrovnika, bo w przeciwną zaczynają się już wysokie góry. W rejonie Prcanju rozkładam namiot na małym przydomowym kempingu, płacąc zaledwie 2 euro.

XXIII dzień - Prcanj - Kotor - Budva - Seostik (876m) - Cetinje - Podgorica

DST 99,3 km - AVS 19,4 km/h - MAX 53,8 km/h - ALT 1424 m

Rano jestem gotów na ciężką wspinaczkę - droga z Kotoru do Cetinje prowadzi przez przełęcz na wys.1200m, a startuje się z poziomu morza. Niestety w Kotorze za nic nie mogłem odnaleźć szosy na Cetinje (trzeba powiedzieć, że oznakowanie w Czarnogórze jest beznadziejne, spotkać drogowskaz to nie byle gratka). W końcu wpakowałem się na ciężki podjazd licząc że to właśnie to, ale wkrótce dojechałem do wlotu do tunelu, przez który prowadziła droga do Budvy. Ponieważ szkoda było mi tracić podjechane metry decyduję się jechać do Budvy i stamtąd przez nieco niższą przełęcz Seostik (876m) udać się do Cetinje. Przejazd przez bardzo długi tunel (ok.2km) to nie lada wyzwanie - oświetlenie bardzo marne, co gorzej pełno tu kałuż (z sufitu cały czas cieknie) skrywających dziury w drodze; powrót na światło dzienne przyjmuję więc z ulgą. Trochę przed Budvą jest remont drogi, a ponieważ objazd dla samochodów jest znacznie dłuższy jadę naprawianą szosą. Po piaskowej nawierzchni zaliczam ostry podjazd, po czym wśród pracujących robotników i wielkich maszynych drogowych na piechotę przedzieram się przez krótki tunel, w którym też trwają roboty; za nim szosa jest już OK. Po postoju w Budvie rozpoczynam najcięższy, jak dotąd na wyprawie, podjazd na Seostik. Pogoda od samego rana jest kiepściutka, mam jednak nadzieję, że padać nie będzie. Podjazd jest dość ciężki (jakieś 5-7%), w pewnym momencie ma miejsce bardzo zabawne wydarzenie - otóż jadąc ok. 10km/h na prostej wyprzedzam wielką ciężarówkę, która rzężąc niesamowicie na oko jedzie z 5km/h - czegoś takiego jeszcze nie przerabiałem! Ostatni odcinek podjazdu to bardzo długa, ponad 2km prosta, na której zaczyna mocno wiać, a na wys.ok.700m również padać. Klnąc na głos na czym świat stoi jadę dalej, aż poruszyło to przejeżdżającego samochodem Niemca, który pyta się czy nie potrzebuję pomocy. Trochę przed szczytem na werandzie małego domku przeczekuję deszcz, po czym w mżawce wjeżdżam na siodło, a następnie zjazdem osiągam przedmieścia Cetinje. Samego miasta w taką pogodę nie miałem ochoty zaliczać, więc kieruję się na stolicę Czarnogóry - Podgoricę (dawniej Titograd). Droga jest głównie w dół, więc jedzie się szybko, choć przez pierwszych kilka km na drodze są remonty i trzeba jechać po piasku. Za to przed samą Podgoricą asfalt jest po prostu idealny. Stolica Czarngóry to jak dla mnie jedno wielkie rozczarowanie - nie ma tu absolutnie nic ciekawego, nie widziałem ani jednego charakterystycznego budynku. Ponieważ nie widziałem również i kempingu, opuszczam miasto szosą na Tuzi i kilka km dalej rozbijam się w małym lasku, w którym w namiotach mieszka również kilka rodzin Albańczyków. Zachowują się zdecydowanie przyjaźnie, co pozytywnie nastawia mnie przed jutrzejszym wjazdem do ich kraju.

XXIV dzień - Podgorica - Tuzi - [AL] - Szkodra - [u gospodarza]



DST 81,6 km - AVS 20,3 km/h - MAX 35 km/h - ALT 339 m

Spod Podgoricy szybko dojeżdżam do Tuzi, gdzie drogę na Albanię zaznaczoną na mapie jako główną nie tak prosto znależć. Kilka km za Tuzi jakość szosy znacznie się pogarsza, dochodząc do typowego albańskiego standartu - czyli dziura na dziurze i łata na łacie; chociaż jest to asfalt, to jechać po nim jest ciężej niż po gładkim szutrze. Na bardzo wąskich mini-serpentynach wyprowadzających na poziom Jez. Szkoderskiego mijam pełnowymiarowego tira; na tego typu drodze nie byłby się w stanie minąć nawet z samochodem osobowym, ale albańscy kierowcy zbytnim rozsądkiem nie grzeszą. Na przejściu granicznym cwany celnik wyciągnął ode mnie 10 dolarów za wjazd, ponieważ niepotrzebnie powiedziałem, że jadę do Grecji - uznał to za tranzyt, a nie cel turystyczny (!), a wtedy wjazd byłby darmowy. Żadne argumenty do niego nie docierały i trzeba było zabulić. Wjeżdżam do Albanii z mieszanymi uczuciami, trochę obawiając się o bezpieczeństwo (jeszcze nie tak dawno NATO interweniowało w Kosowie, a do Albanii przybyły stamtąd tysiące uchodźców), ale jednocześnie ciekaw jestem tego przez lata zamkniętnego dla reszty świata kraju. Pierwsze co rzuca się w oczy to wszechobecne bunkry, które rządzący tu przez lata Enver Hodża kazał budować na wypadek ataku atomowego (choć raczej trudno uwierzyć, by komukolwiek aż tak zależało na opanowaniu tego kraju, by stosować broń nuklearną). Gołym okiem widać także biedę, dobrze zauważalną w tutejszym budownictwie - otóż większość domów jest w stanie surowym, szczególnie pokoje na piętrze, ale często zdarza się, że cały dom nie ma tynków i na zewnątrz i w środku, a czasem nawet i okien. W miastach przeszkadzają wszechobecne śmieci - leżą ich całe góry po prostu na ulicach lub przed domami, a na słońcu wszystko to zaczyna nieźle śmierdzieć. Drogi są fatalne, ledwo daje się przekroczyć 20km/h. Co zabawne najczęściej spotykanym w Albanii samochodem jest ... mercedes! Są to co prawda modele około 20-letnie, ale zawsze to mercedes! W ogóle motoryzacja rozwija się tu bardzo prężnie (za komunizmu posiadanie samochodów było zabronione), charakterystyczne są niezwykle często napotykane przydomowe myjnie samochodowe (z albańska lavazh); benzynę i ropę można dostać u licznych przydrożnych kramarzy, sprzedających ją prosto z ... 1,5 litrowych butelek od napojów (z początku myślałem, że to jakaś oranżada, bo niektóre paliwa mają apetyczny żółty i różowy kolor). Ruch odbywa się tu na zasadzie wolnej amerykanki, ponadto większość kierowców mnie wyprzedzających za punkt honoru stawia sobie trąbienie, które zresztą stosuje się tu do wszystkiego - do wyprzedzania, do skręcania itd. Pod koniec dnia dojechałem do drugiego co do wielkości miasta Albanii - Szkodry. Przed wjazdem był kawałek dziurawej szutrowej nawierzchni z kałużami; w miastach takie zaniki asfaltu nie są rzadkie. Szkodrę za miasto w naszym rozumieniu trudno uznać, typowo miejskiej zabudowy tu jak lekarstwo, a w samym centrum wzdłuż głównej ulicy ciągną się setki straganów, gdzie handluje się niemal wszystkim. W banku o wdzięcznie brzmiącej nazwie - Arab Albanian Islamic Bank (a wyposażonym prawdziwie po europejsku) wymieniam euro na miejscową walutę - leki. Kilkanaście km za Szkodrą, po rozmowie (na migi) z gospodarzem rozbijam się na polu koło zagrody na noc. Gdy wstaję w nocy, panuje idealna ciemność - widocznie na noc prąd jest tu wyłączany.

XXV dzień - [u gospodarza] - Lezhe - Fushe-Kruje - Tirana - [u gospodarza]

DST 101,8 km - AVS 19,9 km/h - MAX 35,7 km/h - ALT 412 m

Na dzień dobry zaliczam 20km przeprawy po typowym albańskim g. do Lezhe, gdzie dojeżdżam nieźle wytrzęsiony, aż nie chcę myśleć co to będzie w górach. Po zakupach (jak się spodziewałem jest tu naprawdę tanio, a i wybór towarów całkiem niezły) ruszam dalej i po kilku km wjeżdżam na jakąś nowo wybudowaną drogę do Tirany, której nie miałem na mapie. Ale co najważniejsze wreszcie jest dobry asfalt i to przez jakieś 30km. Za to, gdy się kończy w rejonie Fushe-Kruje, zaczyna się takie dziadowstwo, że tęsknię za porannym odcinkiem do Lezhe. Na 2km tyle razy gubię przyczepioną pod gumami butelkę z wodą, że jestem zmuszony do przepakowania bagażu i umieszczenia jej w środku sakwy. To skutecznie odbiera mi chęć na zwiedzenie niedalekiego zameczku w Kruje - jednego z nielicznych zabytków Albanii. Przed Tiraną sytuacja się poprawia, choć w samym mieście znowu jest kiepściutko. Tiranę za miasto można uznać w promieniu 2-3km od centrum, reszta zabudowy ma raczej slumsowy charakter. W centrum dominują 4-5 piętrowe kamienice, tym ładniejsze im bliżej samego środka. Zatrzymuję się na głównym placu miasta, robię sobie zdjęcia pod pomnikiem Skanderbega (XV wiecznego albańskiego bohatera narodowego) i przed Muzeum Narodowym z kapitalną mozaiką pamiętającą jeszcze stary ustrój. Odpoczywam tu przez godzinę, a wraz ze mną pod drzewami w samym centrum drzemie sobie z 10 pijaczków (choć Albania to w większości kraj muzułmański dostać tu alkohol nietrudno). Wyjazd z Tirany na Durres jest parszywy, akurat droga jest w remoncie i dobrych kilka km są same dziury. Na nocleg zatrzymuję się u kolesia prowadzącego przydomową myjnię. Rozbijam się przed jego domem (całym w stanie surowym), niestety mam piekielnego sąsiada - psa gospodarza. Takiego bydlaka jeszcze nie spotkałem, choć kalibru raczej niewielkiego przez pół nocy rzucał się jak opętany, reagując na najmniejszy ruch w namiocie, ponadto szczekając charczał jak by go zarzynano.

DALEJ >>>