GRECJA 2002




XVI dzień - Maslenica - Zadar - Biogard - Pakostane

DST 74,9 km - AVS 21,1 km/h - MAX 44,4 km/h - ALT 513 m

Zaraz po wyjeździe z kempingu przejeżdżam przez wielki most w Maslenicy łączący dwa zalewy, zaliczające się już do Morza Adriatyckiego. W tle malowniczo prezentują się wapienne stoki gór Velebitu. 30km odcinek do Zadaru jest raczej nudnawy, z dużym ruchem, małymi pagórkami i nieciekawą roślinnością. Sam Zadar nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, choć stara część miasta z pewnością godna jest uwagi, znajduje się tu m.in wszczesnochrześcijańska bazylika. Za Zadarem zaczyna się słynna Jadranska Magistrala. Po doświadczeniach z trasy Karlovac-Zadar obawiałem się najgorszego, ale nie jest tak źle - na całej Magistrali w miesiące wakacyjne obowiązuje zakaz ruchu dla ciężarówek, więc spotyka je się sporadycznie. Poza tym sama droga jest nieco szersza niż jugosłowiańska norma, choć pobocze należy do rzadkości. Odcinek do Biogardu jest bardzo przyjemny, szosa często biegnie tuż nad samym morzem, są tu też pięknie pachnące igliwiem laski piniowe. Kilka km za Biogardem zatrzymuję się na wielkim kempingu w okolicach Pakostane, gdzie płacę ok.35zł - dość dużo jak na tutejsze warunki (w branży "noclegowej" jest tu ogromna konkurencja, praktycznie wszystkie miejscowości nadmorskie żyją z turystyki).

XVII dzień - Pakostane - Sibenik - Primosten - Dvornica

DST 78,9 km - AVS 21,9 km/h - MAX 40,6 km/h - ALT 615 m

Po 30 km ładnej pagórkowatej drogi docieram do Sibeniku, gdzie zwiedzam stare miasto i oglądam katedrę Św. Jakova. Zrobiło się gorąco (pod 30'C), więc jedzie się bardzo fajnie, tym bardziej że w Chorwacji dystanse mam raczej rekreacyjne. Na nocleg staję na przydomowym kempingu w rejonie Dvornicy; nocuje tu też grupka wczasowiczów z Polski. Warto bowiem wspomnieć, że na dalmatyńskim wybrzeżu od Polaków aż się roi, poza Niemcami to właśnie samochodów z PL widziałem najwięcej. Rozmawiając wieczorem z tatą dowiaduję się, że pręt do namiotu (i przy okazji 2 zapasowe dętki) spróbuje jutro rano przekazać wycieczce odlatującej z Okęcia do Splitu.

XVIII dzień - Dvornica - Trogir - Split - Sveti Martin

DST 81,8 km - AVS 21,7 km/h - MAX 43,1 km/h - ALT 526 m

Rano już o 6 jestem w drodze, ponieważ samolot ma lądować o 9 rano na lotnisku odległym o ok.30km (wolałem mieć trochę zapasu na wypadek jakiejś awarii, bądź gumy). W rześkim porannym powietrzu jedzie się wyśmienicie i wkrótce jestem na miejscu. Po ponad godzinie oczekiwania dociera samolot i odbieram swój ładunek od pewnej uprzejmej starszej pani, której chciałem tu serdecznie podziękować. Ponieważ mam duży zapas czasu, decyduję się wrócić kilka km do Trogiru, który jadąc na lotnisko minąłem bokiem. Na
pięknej promenadzie z palmami i tuż koło położonych nad samym morzem starych fortyfikacji robię sobie długi postój; w czasie lekkiej bryzy siedzi się tu tak przyjemnie, że z trudem po 2h zbieram się do dalszej jazdy. Jadąc do Splitu niepotrzebnie zjechałem z głównej szosy na nieciekawą i mocno podziurawioną drogę przez Stari i Novi Kastel. W Splicie również zaliczam promenadę, gdzie wcinam wielką porcję świetnych lodów, następnie sprawdzam ceny i godziny kursowania promów na Hvar. W końcu zdecydowałem się jednak jechać drogą lądową (trochę szkoda było mi dodatkowego wydatku, bałem się też w tym upale jechać na bardzo górzystą trasę na wyspie). W Splicie oglądam też sztandarowy zabytek tego miasta - pozostałości pałacu rzymskiego cesarza - Dioklecjana; w ich najbardziej widowiskowym fragmencie ulokowała się obecnie kawiarnia z tłumem gości, ale cóż - takie są realia na początku XXI wieku. Nocuję ok.15km za Splitem w rejonie miejscowości Sveti Martin.

XIX dzień - Sveti Martin - Makarska - Ploce - [BiH] - Neum - [HR] - [na dziko]



DST 151,5 km - AVS 21,5 km/h - MAX 49,6 km/h - ALT 1428 m

Za Splitem zaczyna się najcięższy i zarazem najbardziej widowiskowy odcinek Jadranskiej Magistrali. Droga często wspina się 100m ponad poziom morza, by chwilę po ciężkiej wspinaczce znowu na ten poziom błyskawicznym zjazdem powrócić. Ale męczarnie podjazdów łagodzą niesamowite widoki, z urwisk skalnych doskonale widać opadające do morza szczyty (koło Makarskiej góry przekraczają 1700m) i wiele tak charakterystycznych dla tego wybrzeża wysp. Jakieś 15km przed Makarską trzeba się wspiąć na ok.250m, zaraz po tym następuje długi zjazd. Na porządny postój zatrzymuję się przed kempingiem w Zaostrogu, na nocleg mam zamiar dojechać do Ploce, gdzie droga odbija trochę w stronę lądu. Niestety okazuje się że w Ploce kempingu nie ma, więc muszę jechać aż do odległego o 30km Kleku, gdzie szosa wraca nad Adriatyk. Kawałek za Ploce jest płasko przez ok.15km, przejeżdżam bowiem przez deltę rzeki Neretvy. Jestem już nieźle wykończony, przez cały dzień jest tak gorąco (34'C), że na postoju zjadam zakupiony wcześniej kilogram winogron na raz. Przed Klekiem zaliczam jeszcze kolejny ciężki podjazd na 150m, a co gorsza nigdzie nie widzę drogowskazów na kemping, od których dotąd na Jadranskiej aż się roiło. Nie zjechałem w dół do samego centrum, co jak się później dowiedziałem było błędem bo podobno kemping tam jednak był. Zamiast tego jadę kolejne 10km do bośniackiego już Neumu, gdzie wg. mapy ma być kolejny kemping. Granica między Chorwacją a Bośnią jest tu raczej symboliczna i przypomina te wewnątrzunijne - choć stoją tu żołnierze przy mnie paszportów nikomu nie kontrolowano. Do samego Neumu trzeba znowu piąć się pod górę; w miasteczku na miękkich już nogach idę do informacji turystycznej, gdzie dowiaduję się że i tu nie ma kempingu. Już naprawdę wściekły ruszam dalej, ale droga za Neumem biegnie przez straszne pustkowie, gdzie nie ma absolutnie żadnych osad. Przekraczam jeszcze chorwacką granicę i na jednym z kolejnych podjazdów kapituluję, jak się to mówi po prostu odcięło mi prąd. Wcześniej miałem nadzieję, że uda się dociągnąć do Stonu, ale tego dnia przekraczało to moje możliwości; ponadto zaczyna już zmierzchać, bo nie planując dzisiaj tak długiej trasy wyjechałem dość późno. Sprowadzam rower jakąś piaskową dróżką odchodzącą od szosy w dół i na zupełnym pustkowiu rozbijam się na dziko. Co gorsze wody mam wystarczająco jedynie na sporządzenie obiadu. Próbowałem dotrzeć do położonej w pobliżu zatoczki morskiej, by nabrać choć wody do mycia, ale rosnące tam ostre krzaki tworzyły taki gąszcz, że nie sposób było się przedrzeć. Gdy w końcu z suchym gardłem położyłem się spać słyszę, że coś koło namiotu zaczyna szeleścić. Nieźle się wystraszyłem, moją jedyną bronią był 10cm nóż myśliwski, który trzymając w ręku spędziłem najbliższą, bardzo długą godzinę. Miejsce było bowiem takie, że gdyby ktoś chciał mnie tu załatwić, to nie usłyszałby tego pies z kulawą nogą. Po co ktoś miałby coś takiego robić w takich chwilach się nie myśli, psycholi na świecie przecież nie brakuje. W czasie tej godziny kilka razy wychodziłem z namiotu z nożem i z lampką świecąc po pobliskich krzakach, ale nic nie wypatrzyłem. Mocne szelesty co jakiś czas powracały, w końcu uznałem że musi to być jakieś zwierzę i dla świętego spokoju założyłem zatyczki do uszu, bo inaczej przez całą noc bym oka nie zmrużył.

XX dzień - [na dziko] - Slano - Dubrovnik - Kupari

DST 63,7 km - AVS 20,1 km/h - MAX 48,5 km/h - ALT 775 m

Rano wstaję niewyspany, taka noc jak ta ostatnia nie należy do przyjemności. Marzyłem też o kąpieli, bo wczoraj po 150km musiałem się położyć bez mycia ze względu na brak wody; ponadto dodatkowo zabrudziłem się zahaczając o łańcuch podczas wkładania roweru do przedsionka namiotu. Po ok. 10km droga powróciła nad morze (z dogodnym dostępem), więc natychmiast zdecydowałem się na kąpiel, która szybko postawiła mnie na nogi. Sklep znalazłem dopiero w Slano, gdzie po zakupieniu dwulitrowej wody i dwulitrowej coca-coli zrobiłem sobie śniadanie (wcześniej jechałem na głodniaka). Po ok. 30km górzystej drogi dojechałem nad zatokę głęboko wrzynającą się w ląd w rejonie Dubrovnika. Ku mojemu zaskoczeniu prowadził przez nią niedawno wybudowany most im. dr Franja Tjudmana - jednego z twórców niepodległej Chorwacji (co zabawne w tytulaturze wyeksponowano najmniej istotny tytuł naukowy, a był on również prezydentem i generałem, przez niektórych oskarżanym o tolerowanie zbrodni wojennych w czasie walk z Serbami). Most ten skrócił mi planowaną drogę o ponad 10km. Z poziomu głównej szosy zjechałem ok. 70m w dół, by zaraz powrócić na tę wysokość piekielnie ostrym podjazdem. W ten sposób znalazłem się tuż nad Starym Miastem, otoczonym potężnymi murami obronnymi. Widok ten robi niesamowite wrażenie, warto zaliczyć ten podjazd i zacząć zwiedzanie miasta właśnie od tej strony. Ze względu na schody prowadzące w dół muszę zostawić tu rower z sakwami, których zawartość nikogo na szczęście nie zainteresowała. Miasto jest z pewnością najciekawsze ze wszystkich na wybrzeżu dalmatyńskim, z pięknymi, szerokimi , wykładanymi marmurowymi płytami ulicami, licznymi kamienicami i kościołami. Oczywiście turystów jest tu co niemiara, ale i obszar miasta jest niczego sobie. Po solidnej porcji lodów opuszczam Dubrovnik bardzo trudnym podjazdem boczną drogą, która łączy się z główną szosą na wys.ok.200m. Jedzie się tak ciężko, że aż musiałem się na chwilę zatrzymać, by odetchnąc i przy okazji po raz ostatni spojrzeć na wspaniale się stąd przezntujący Dubrovnik. Jak się można było domyślać ze szczytu droga szybkim zjazdem powraca na poziom morza - w miasteczku Kupari, gdzie zatrzymuję się na kempingu.

DALEJ >>>