GRECJA 2002




XI dzień - Nagykanizsa - Letenye -[HR] - Cakovec - Varażdin - Turcin



DST 79,2 km - AVS 21,9 km/h - MAX 44,9 km/h - ALT 420 m

Szybko pokonuję dość krótki odcinek do chorwackiej granicy, w sklepie w Letenye pozbywam się ostatnich forintów. Już po przekroczeniu granicy wymieniam 70 euro na miejscową walutę - kuny i ruszam dalej. W Cakovcu stwierdzam, że tutejsze ceny nie są tak tragiczne jak je zapamiętaliśmy 3 lata temu (wówczas jednak robiliśmy zakupy w małym sklepiku, a to w porównaniu z marketem zdecydowana różnica), jest tylko nieznacznie drożej niż u nas. Przed Varażdinem przekraczam Drawę, następnie zwiedzam centrum miasta i kieruję się na Zagrzeb. Po kilku krótkich ściankach dojeżdżam do małej wioski, kilka km za Turcinem, gdzie 3 lata temu nocowaliśmy na dziko, dzisiaj zamierzam to powtórzyć. Trochę się boję bo to mój pierwszy samotny biwak na dziko, ale obeszło się bez problemów.

XII dzień - Turcin - Zelina - Sesvete - Zagrzeb - Jastrebarsko - Karlovac

DST 133 km - AVS 22,9 km/h - MAX 54,8 km/h - ALT 587 m

Przez pierwszą część dzisiejszego dnia jedzie się fantastycznie - odcinek do Sesvete (50km) pokonuję bez zatrzymywania się ze średnią ponad 24km/h. Następnie zwiedzam Zagrzeb trochę dokładniej niż 3 lata temu, ale generalnie rzecz biorąc nie jest to miasto rzucające na kolana i poza ścisłym centrum niewiele jest tu godnego uwagi. Przy wyjeździe z Zagrzebia strasznie się nakołowałem, by trafić na boczną drogę do Karlovaca przez Jastrebarsko - wszystkie znaki na Karlovac kierują na autostradę. Ta boczna droga okazała się całkiem przyjemną, ruch mały, lekkie pagórki, często w lesie. Natomiast za Karlovacem, gdzie kończy się autostrada ruch na drodze przelotowej nad Adriatyk zrobił się bardzo dokuczliwy. Kilka km za miastem rozbiłem się na dziko w pobliżu zagrody, której sympatyczni mieszkańcy użyczyli mi wody.

XIII dzień - Karlovac - Slunj - camping Plitvica

DST 73,4 km - AVS 20,8 km/h - MAX 52,9 km/h - ALT 778 m

Po powrocie na główną drogę okazało się, że w porównaniu z dniem wczorajszym ruch nic a nic się nie zmniejszył. Jezdnią cały czas płynie niekończący się sznur samochodów, a trzeba powiedzieć, że szosy w całej byłej Jugosławii nie są najwyższej jakości i zupełną normą dla drogi szybkiego ruchu są dwa pasy (i to wąskie) - po jednym w każdą stronę, bez żadnego pobocza; tak więc często samochody przy wyprzedzaniu mijały mnie w odległości poniżej metra. Ten ruch trochę zepsuł przyjemność z jazdy, bo trzeba przyznać, że trasa była piękna widokowo, zaczęło się pojawiać coraz więcej roślinności śródziemnomorskiej i krajobrazów z wysuszonymi wzgórzami. W Slunju w piekarni kupuję chorwacki dość charakterystyczny chleb - bardziej przypominający nasze bułki, a przy tym bardzo długi, tak że trzeba go przeciąć na pół, by się zmieścił w sakwach. Na noc zatrzymuję się na ogromnym kempingu położonym ok.5km przed Plitvicami.

XIV dzień - zwiedzanie Plitvic

DST 13,8 km - AVS 23,3 km/h - MAX 51,2 km/h - ALT 196 m

Dzisiejszy dzień poświęcam w całości na zwiedzanie Parku Narodowego Jezior Plitvickich. Niestety wejście do parku jest położone ponad 6km i 150m w pionie od kempingu, więc muszę zabrać ze sobą rower, a nie uśmiecha mi się zostawienie go przed bramą na pół dnia - ale nie mam specjalnego wyboru. Umieszczam go w dość widocznym miejscu, by ktoś manipulujący przy lince rzucał się bardziej w oczy. Bilet jest drogi (coś ok.80zł), ale są to dobrze wydane pieniądze. Park jest przepiękny - grupuje serię malowniczych jezior tarasowych połączonych ze sobą serią wodospadów i to wszystko na ogromnym terenie, który postanowiłem w jedną stronę w całości przejść na piechotę, z powrotem skorzystałem z wożącej turystów małej ciuchci oraz kursującego po największym jeziorze statku. Widoki są kapitalne, szczególnie kilka bardzo widowiskowych wodospadów. Oczywiście jest tu mnóstwo turystów, ale poza rejonami wejściowymi (gdzie tworzą się małe korki) i budkami z jedzeniem i pamiątkami, nie jest to tak dotkliwe ze względu na wielką powierzchnię parku. Spędzam tu ponad pół dnia obchodząc właściwie wszystko, pod koniec nieźle już czuję nogi - łączenie roweru i dłuższych pieszych wędrówek to raczej średni pomysł. Po wyjściu okazało się, że mój rower podczas mojej nieobecności nikogo nie zainteresował; więc mogę bez przeszkód szybkim zjazdem powrócić na swój kemping.

XV dzień - camping Plitvica - Vratnik (782m) - Gorica (723m) - Udbina - Gracac - Prezid (767m) - Maslenica

DST 135,7 km - AVS 21,1 km/h - MAX 49,9 km/h - ALT 1415 m

Dziś czeka mnie dość długi i górzysty odcinek przerzutowy nad Adriatyk, a jak na złość zepsuła się doskonała od Balatonu pogoda; choć jeszcze nie pada, ciemne chmury nie wróżą nic dobrego. Na dzień dobry zaliczam wczorajszy podjazd pod wejście do parku, mijając po drodze grupkę Rosjan z sakwami. Po kawałku wypłaszczenia następuje zjazd do Korenicy (na mojej mapie jeszcze Titovej Korenicy). Następnie przejeżdżam długi odcinek jugosławiańskiej prerii - widoki jak z westernu (tutaj kręcono m.in. popularne w swoim czasie filmy z Winnetou i Old Shatterhandem) - szerokie przestrzenie, wapienne skałki "rozrzucone" tu i ówdzie. Po zaliczeniu podjazdu do Udbiny (800m) zatrzymuję się na postój - i zaraz zaczyna padać. Po odpoczynku kieruję się na drogę w kierunku przełęczy Mali Alan (1044m), przez którą miałem dotrzeć nad Adriatyk, ale po kilku km pakuję się w jakiś remont - na drodze leży pełno błota, którego po chwili nie brakuje również i na moich sakwach. Decyduję się więc na powrót do Udbiny i jazdę do Maslenicy główną drogą przez Gracac. Ponad 30km do tego miasta jadę cały czas w deszczu i po górkach i gdy zatrzymuję się na postój mam już serdecznie dosyć moich trochę za małych kaloszy (wziąłem taki model, by zmieścił się do bocznych kieszeni w sakwach, zresztą nie zakładałem, że w sierpniu w drodze do Chorwacji i Grecji będzie tak lało). Także peleryna jest cholernie niewygodna - choć chroni również i nogi przed deszczem (dla mnie to dość istotne bo muszę jeździć w opaskach na kolanach), jednak trzeba ją cały czas trzymać rękami na kierownicy, co szalenie utrudnia manewrowanie; poza tym taka duża płachta łapie straszne opory na wietrze i na zjazdach. Generalnie jest to dobre rozwiązanie na 15km do pracy, a nie na długi wyjazd. Z Gracaca czeka mnie podjazd na przeł. Prezid (767m), ponieważ już tylko mży zdejmuję pelerynę, bo jadąc pod górę i tak bym się zapocił. Ze 3km przed szczytem słyszę nagle potężny huk wysoko nad sobą, po kilku minutach wiem już co było jego przyczyną. Na wąskiej, śliskiej i bardzo ruchliwej górskiej drodze wielka ciężarówka wypadła z trasy, staczając się po stromym zboczu ze 30m poniżej poziomu szosy. Wypadek wygląda potwornie, nie sądzę żeby kierowca był w stanie to przeżyć. Ponieważ zebrało się tu już sporo ludzi, którzy zeszli na dół, by pomóc ewentualnym rannym, decyduję się jechać dalej, bo oglądanie takich rzeczy nie należy do przyjemności. Na szczyt dojeżdżam samotnie (zamknięty ruch na szosie), niestety tuż przed tunelem na przełęczy wyprzedziły mnie 2 tiry, za którymi telepię się przez cały, bardzo długi zjazd (z 767m na poziom morza), odczekiwanie nie miało sensu, ze względu na ogromny zator samochodów który utworzył się przez wypadek, a teraz jechał za mną i tirami. Droga jest tak wąska, że tiry ledwo się mieszczą na jednym pasie i trudno się dziwić, że dochodzi tu do takich tragicznych zdarzeń; a przecież jest to jedna z głównych arterii Chorwacji - to tędy jadą samochodami tysiące turystów nad Adriatyk i do Dalmacji. Porządnie zmordowany długą i górzystą (1415m podjazdów) drogą docieram do Maslenicy, gdzie już na kempingu po raz kolejny przebijam koło. Tak więc po obiedzie czeka mnie kolejna robota. W czasie wymiany okazało się, że pękła również i szprycha, ale na szczęście nie od strony wielotrybu. Ponadto przy rozstawianiu namiotu przekonuję się, że jeden z prętów z włókna węglowego tworzących maszt namiotu jest mocno nadpęknięty, choć jeszcze od biedy się trzyma. Dzwonię więc do rodziców do domu, proszę ich by dowiedzieli się czy nie ma jakiejś możliwości przesłania tego elementu do Chorwacji.

DALEJ >>>