GRECJA 2002




VI dzień - Liptovska Osada - Donovaly - Banska Bystrica - Zvolen

DST 62,5 km - AVS 20,4 km/h - MAX 49,2 km/h - ALT 503 m

Rano przez ok. godzinę czekam na poprawę pogody, ale niebo nad górami Wielkiej Fatry jest całe ciemne od chmur. Po kilku km zaczyna porządnie lać i tak jest przez cały podjazd na położoną pow. 900m przełęcz w miasteczku Donovaly. Pod górę jedzie się w taką pogodę wyjątkowo nieprzyjemnie, moknąc od deszczu i od potu; ponadto robi się chłodno, na szczycie jest zaledwie 12'C. Zjazd w tych warunkach to żadna przyjemność, nie mam też ochoty na zwiedzanie "ramkowej" Banskiej Bystricy, którą mijam obwodnicą. W Zvoleniu przejeżdżając most widzę, że miejscowej rzece niewiele już brakuje do wystąpienia z brzegów. Niestety nocuję na kempingu, co w tych warunkach nie jest specjalnie przyjemne, nie ma też jak przesuszyć zamoczonych rzeczy.

VII dzień - Zvolen - Sahy - [H] - Vac - Budapeszt



DST 163 km - AVS 20,6 km/h - MAX 43,2 km/h - ALT 1173 m

Pogoda cały czas jest nieciekawa, zimno (15'C), ale nie pada. Bez problemów przejeżdżam 50km przez lekko pagórkowaty teren w stronę węgierskiej granicy - i tu znowu zaczyna się deszcz. Wg. planu miałem stąd jechać boczną drogą wzdłuż granicy do Esztergomu (ok.105km), ale przegapiłem skręt, a w czasie dzeszczu nie miałem ochoty na błądzenie i szukanie drogi. Zdecydowałem się więc na przekroczenie granicy w pobliskim miasteczku Sahy. Granica to zawsze pewien skok adrenaliny i przypływ energii, więc chwilowo będąc na fali postanowiłem spróbować dojechać dziś do Budapesztu (wg. planu miałem tam być jutro), a gdybym nie dał rady to podjechać kawałek koleją. Droga do Vac (40km od granicy) okazała się nadspodziewanie górzysta, przez cały czas były podjazdy, krótkie ale za to treściwe; cały czas również lało. W Vac byłem już zdrowo zmordowany, ponadto po odpoczynku wpakowałem się na jakąś nowo wybudowaną drogę szybkiego ruchu do Budapesztu, której nie było na mojej mapie. Nie bardzo było na niej jak zawrócić, a sporo odbijała od Dunaju na wschód. Po ok.10km zdecydowałem się skręcić w stronę rzeki, musiałem w ten sposób nadrobić ok.5km i to jadąc pod piekielnie silny, burzowy wiatr. W końcu osiągnąłem stolicę Węgier, ale przejazd przez przedmieścia i centrum to jeden koszmar. Byłem już naprawdę skatowany po ponad 150km jazdy w deszczu, zimnie i po górach, a tu musiałem się przedzierać przez dwumilionowe miasto stojące właśnie w korku w popołudniowych godzinach szczytu. Ponadto co chwilę trzeba było zerkać na mapę, co przy padającym deszczu było bardzo niewygodne. Kierowałem się na hotel "Universum", gdzie z Marcinem nocowaliśmy 3 lata temu w drodze do Rzymu. Tuż przed hotelem wjechałem na ulicę Beli Bartoka, która wówczas zapadła nam w pamięć ze względu na tragiczną nawierzchnię. Tym razem było jeszcze gorzej - nawierzchni w ogóle nie było, a cała ulica znajdowała się w fazie generalnego remontu i trzeba było przedzierać się z ciężkim rowerem chodnikami i przeprowadzać go przez fragmenty budowy. Gdy w końcu dotarłem do hotelu byłem tak szczęśliwy, że nawet horrendalna cena (ok.70zł za standart naszego schroniska młodz.) mnie specjalnie nie poruszyła. Z pewnością był to najcięższy dzień tej wyprawy, który na długo zapadł mi w pamięć.

VIII dzień - Budapeszt - Gardony - Szekesfehervar - Siofok

DST 116,7 km - AVS 20,1 km/h - MAX 40,1 km/h - ALT 637 m

Ze względu na wysoką cenę noclegu w Budapeszcie zdecydowałem się dziś pojechać do Siofoku i tam wykorzystać nadrobiony wczoraj dzień na odpoczynek i oczekiwanie na lepszą pogodę. Rano deszcz nie padał, ale niebo było pochmurne, utrzymał się również wczorajszy silny pn.-zach. wiatr. Odcinek Budapeszt-Balaton pokonywałem już trzeci raz, w ogóle trasa Budapeszt-Zagrzeb w tym roku pokrywa się z tą, którą jechaliśmy z Marcinem w 1999 roku do Rzymu. Generalnie wiatr był boczny, więc dało się jechać, aczkolwiek przed Szekesfehervarem musiałem się przez ok.10km zmagać z czołowym, co mnie nieźle wyżyłowało. Na 2 noce zatrzymuję się w Siofoku (a właściwie w Balaton-szeplak) na kempingu "River" znanym nam sprzed 3 lat; ale miejsce to jest zupełnie nie do poznania - wówczas pełne ludzi i nieustającego jazgotu; dzisiaj na wielkim terenie stoi zaledwie kilka namiotów - to efekt kiepskiej pogody, z którą zmagam się od paru dni.

IX dzień - odpoczynek

Po przepraniu i podsuszeniu zamokłych rzeczy wybieram się na spacer do Siofoku. Pogoda podobna jest do wczorajszej, ale dzięki temu Balaton robi na mnie lepsze wrażenie niż ostatnio; gdy brakuje tu tysięcy wczasowiczów nad tym wielkim jeziorem można odetchnąć, a ciemne chmury nad taflą wody wyglądają bardzo malowniczo.

X dzień - Siofok - Fonyod - Zalakomar - Nagykanizsa

DST 106,4 km - AVS 22,7 km/h - MAX 44,8 km/h - ALT 507 m

Rano wreszcie jest pogoda! Z zupełnie innym nastrojem ruszam w trasę wzdłuż Balatonu. Po 20km mój humor lekko burzy trzecia guma na tej wyprawie, ale i tak lepsze to niż deszcz. Gdy po ok.50km oddalam się znad jeziora, mijam rondo na którym w tym roku rozbił się polski autokar, w wyniku wypadku śmierć poniosło kilkanaście osób, dotąd palą się tu dziesiątki zniczy (a to już 2-3 mies. od tego tragicznego wydarzenia). Przed Zalakomarem zatrzymuję się na odpoczynek, gdy ruszam stwierdzam kolejną gumę w tylnim kole. Myślałem że to odkleiła się poprzednia łatka, ale gdzie tam - okazuję się że to nowa dziura. Mam już serdecznie dosyć opon Hutchkinsona, które kupiłem specjalnie na ten wyjazd. Na domiar złego stwierdzam, że przy poprzedniej wymianie zgubiłem łyżki do opon, więc do zdjęcia opony z koła (a jest wyjątkowo dopasowana i zarówno schodzi jak i później zakłada się parszywie) muszę stosować zwykłą łyżkę do herbaty. W supermarkecie w Nagykanizsa udało mi się kupić zestaw łatek do dętek, bo mój już się poważnie uszczuplił, ponadto te węgierskie są wyraźnie mniejsze i co za tym idzie znacznie praktyczniejsze w użyciu. Na nocleg zatrzymuję się na przyjemnym, małym kempingu położonym pod koniec miasta.

DALEJ >>>