GRECJA 2002




Wstęp

Na kolejną trasę wyruszam już na nowym rowerze; ten poprzedni zmodernizowałem na bardziej szosową wersję - z barankiem, szosowymi klamkomanetkami Ultegra, wymieniłem również cały napęd na 9-biegowy XT, z przednią korbą Tiagra o zębatkach 30-42-52. Niestety po 2 miesiącach jazdy rower mi skradziono na dworcu Centralnym, właśnie gdy kupowałem mapy na majowy wypad do Kaliningradu. Przez jakichś czas jeździłem na pożyczonym od Marcina, jego starym rowerze, po czym kupiłem trekingową ramę Scott Atacama. Rama była aluminiowa, dzięki temu sporo lżejsza od starej, odeszły też ciągłe problemy z gwintami, jednak jej wymiary pozostawiały trochę do życzenia (nie było praktycznie żadnego wyboru ram trekingowych i musiałem kupić minimalnie za małą, co trzeba było wyrównać dłuższą sztycą i wspornikiem kierownicy). Napęd został ten sam co na poprzednich wyprawach - sprawdzony i naprawdę przyzwoity 7-biegowy STX (11-28, z przodu 22-32-42); koła przełożyłem ze starego roweru Marcina , kupiłem też nowe opony. Jako tegoroczny cel wyprawy postawiłem sobie Grecję, z której wracać miałem autokarem (z Aten), oczywiście z biletem wykupionym na konkretny dzień.

I dzień - [PL] - Warszawa - Warka - Brzóza - Radom

DST 130,5 km - AVS 20,2 km/h - MAX 39,9 km/h - ALT 496 m

Przy ulicy Klimczaka spotykam się z Marcinem, który miał mnie odprowadzić do Góry Kalwarii (w tym roku był już na wyprawie do Tallina). Na odcinku do Konstancina muszę bez przerwy poprawiać lekko wygięty bagażnik, przycierający o koło; są też problemy z niekontaktującym licznikiem. W końcu dochodzę do wniosku, że nie ma co ryzykować jazdy w tak długą trasę z niesprawnym bagażnikiem i decyduję się na zakup nowego. Wracamy więc do mnie na Ursynów; Marcin pojechał z moim rowerem do sklepu na wymianę, dzięki temu mogłem trochę odsapnąć, bo te dzisiejsze ciągłe naprawy nieźle mnie podmęczyły. Po załadowaniu sakw na nowy bagażnik wszystko jest OK. W Konstancinie żegnam się z Marcinem i już samotnie dojeżdżam do Góry Kalwarii, gdzie kawałek za miastem zatrzymuję się na odpoczynek. Muszę dziś przejechać ponad 30km więcej niż planowałem, ponadto przez te problemy z bagażnikiem straciłem sporo czasu i aby dojechać przed zmrokiem do Radomia trzeba się sprężyć. Odcinek do Warki i dalej do Głowaczowa pokonuję bez zatrzymywania, odpoczywam dopiero nad Radomką. Ostatni fragment - ok.30km do Radomia jedzie się bardzo przyjemnie - lekki wiatr w plecy, ciepłe sierpniowe powietrze i chylące się ku zachodowi słońce. Po krótkich poszukiwaniach znajduję schronisko młodzieżowe w Radomiu, tuż przed nim pęka mi szprycha w tylnym kole. Ponieważ są to dość stare koła obawiam się czy nie będzie z nimi problemów dalej, skoro już pierwszego dnia pod obciążeniem pojawia się taki problem.

II dzień - Radom - Wąchock - Suchedniów - Kielce - Chęciny

DST 96,7 km - AVS 22,1 km/h - MAX 45,4 km/h - ALT 723 m

Z Radomia kieruję się (podobnie jak 3 lata temu na trasie do Rzymu) na Wierzbicę i dalej na Mirzec, gdzie zaliczam pierwszy poważniejszy podjazd. W Wąchocku skręcam na Skarżysko i na szczycie kolejnej górki zatrzymuję się na postój; pogoda wciąż doskonała ok.26'C - idealna temperatura na rower. W Suchedniowie wjeżdżam na ruchliwą szosę krakowską, ale na szczęście jest szerokie pobocze, z którego samochody prawie nie korzystają. Z Wąchocka do Kielc jedzie się cały czas po górkach; przed Kielcami wys. przekracza 400m. Po odpoczynku ruszam na ostatni, bardziej płaski kawałek do Chęcin, gdzie nocuję w schronisku. Tego dnia jechało mi się wyśmienicie, średnia 22,1km/h jak na tak górzysty odcinek jest bardzo przyzwoita.

III dzień - Chęciny - Jędrzejów - Miechów - Olkusz

DST 107,1 km - AVS 21 km/h - MAX 45,2 km/h - ALT 1120 m

Rano pogoda jest niestety diametralnie inna od wczorajszej (a zapowiadano tydzień dobrych warunków!) - wszędzie chmury, deszcz wisi w powietrzu. W Jędrzejowie zatrzymuję się na zakupy, w sklepie właśnie leci "powodziowa" piosenka "Moja i twoja nadzieja" - no i się zaczęło... Od Jędrzejowa cały czas jadę w deszczu, a mój ubiór przeciwdeszczowy jest średnio komfortowy - trochę za małe krótkie kalosze i peleryna typu poncho (z odkrytymi bokami dla lepszej oddychalności), którą trzeba trzymać rękami na kierownicy. Do Miechowa są bez przerwy góry; po skręcie na Wolbrom jest trochę lepiej, ale za to nawierzchnia dziurawa i daleko jej do gładkiej szosy krakowskiej. W Wolbromiu, gdzie odpoczywam przestało padać, ale przy wyjeździe z miasta dość długo stałem na przejeździe kolejowym i akurat "podjechała" ciemna chmura, która towarzyszyła mi już do samego Olkusza, gdzie nieźle się nakołowałem za schroniskiem. Już w pokoju czekało mnie przykre zadanie otworzenia sakw - przynajmniej połowa rzeczy mokra, mimo że sakwy posiadają pokrowce przeciwdeszczowe i wszystko zapakowałem w foliowe torebki. Na szczęście w schronisku była pralnia i specjalna suszarnia, więc na rano miałem wszystkie rzeczy zupełnie suche.

IV dzień - Olkusz - Ojców - Kraków - Myślenice - Skomielna Biała

DST 108,8 km - AVS 20,6 km/h - MAX 63,4 km/h - ALT 1125 m

Przy wyjeżdzie z Olkusza wszędzie jest mokro, ale nie pada. Przejeżdżam przez piękny Ojcowski Park Narodowy (dla którego zrobiłem odbicie z drogi Warszawa-Kraków), oglądam niesamowicie położony zamek w Pieskowej Skale i słynną maczugę Herkulesa. Za Ojcowem zaliczam ponad 100m podjazdu do szosy Olkusz-Kraków, częściowo po kostce. Do dawnej stolicy Polski jedzie się już głównie w dół; wjeżdżam do samego centrum, gdzie oglądam piękny rynek, Planty, Zamek Wawelski, na postój zatrzymuję się nad Wisłą, tuż przy mniaturze Smoka Wawelskiego, zaczyna niestety trochę popadywać. Wyjazd zakopianką z Krakowa nie należy do przyjemności, dopiero za miastem pojawia się szerokie pobocze. Pojawiają się też dość krótkie ale ostre podjazdy (w sumie ponad 100m w górę), a następnie jeszcze ostrzejszy zjazd, na którym ustanawiam (jak się później okazało) największą prędkość całej wyprawy - 63,4km/h. Na postoju w Myślenicach przechodzi gwałtowana burza, po której wreszcie pojawia się słońce. Odcinek Myślenice-Lubień jest zupełnie płaski, ale brakuje pobocza, a drogą cały czas ciągnie się sznur samochodów, co powoduje że jazda jest bardzo nieprzyjemna. Za Lubieniem droga jest lepsza, spora część ruchu kieruje się na Mszanę Dln. i Limanową; zaczyna się też pierwszy w tym roku długi 300m podjazd. Nachylenie nie jest dokuczlwe, da się jechać 10-12km/h. Już na zjeździe do Skomielnej, gdzie mam nocować w schronisku przebijam koło. Po oględzinach okazuje się, że awaria jest poważniejsza - klocek hamulcowy przekręcił się w ten sposób że dotykał opony, co zakończyło się jej przedziurawieniem. W schronisku (niesamowita cena -5zł za noc!!!) zamiast odpoczynku czeka mnie kupa roboty - przekładam oponę z przodu na tył, a tę dziurawą łatam łatką do dętek - na szczęście jest dziurawa z boku na fragmnencie nie stykającym się z asfaltem.

V dzień - Skomielna Biała - Chyżne - [SK] - Dolny Kubin - Rużomberok - Liptovska Osada



DST 120,6 km - AVS 21,3 km/h - MAX 47,4 km/h - ALT 1168 m

Cztery kilometry za Skomielną opuszczam zakopiankę na dobre kierując się na przejście graniczne w Chyżnem. Trasa jest generalnie dość płaska, z jednym większym podjazdem na ok.700m. Po przekroczeniu granicy przejeżdżam przez Trstenę i Tvrdosin, gdzie robię pierwsze zakupy na Słowacji - ceny są tu w zauważalny sposób niższe niż u nas, nie dziwi więc duża ilość samochodów na polskich rejestracjach przed marketem. Kilka km za Tvrdosinem przebijam gumę w tylnim kole (tym z niełataną oponą). Droga do Dolnego Kubina jest przyjemna, jedzie się doliną rzeki Oravy, chwilami dość wąską, cały czas minimalnie w dół, nastrój psuje kiepska pogoda - co jakiś czas przechodzi mżawka. Oglądam kapitalnie położony na ostrej skale schodzącej wprost do rzeki, Oravski Hrad. Dolny Kubin mijam bokiem, za tym miastem zaczyna się 200m podjazdu, które pokonuję w lekkim deszczu, na zjeździe do Rużomberoku przestaje padać. Do Liptovskiej Osady, gdzie wg. planu mam nocować na kempingu, zostało 15km lekko w górę, niestety po ok.8km zaczęła się porządna ulewa, zatrzymać się nie bardzo było gdzie, zresztą deszcz nie wyglądał na taki co się może szybko skończyć. Do miasteczka dojeżdżam już nieźle przeczesany i nocleg w namiocie niespecjalnie mi się uśmiecha; udaje się załapać miejscówkę na kwaterze prywatnej, gdzie jest też kilku Polaków. Także i oni strasznie psioczą na pogodę - od kilku dni ciągle tu leje. Na grzejnikach udało mi się podsuszyć przemoczone rzeczy, więc humor mam trochę lepszy, choć jak na sierpień pogoda nie rozpieszcza.

DALEJ >>>