GIRO D'ALPI - 2008




VI dzień - Merano - Bolzano - Ponte Gardena - Sankt Ullrich (1240m)



DST 79,7 km - AVS 17,1 km/h - MAX 48,4 km/h - ALT 1229 m

Od samego rana zapowiada się świetna pogoda, widać że będzie upał. Dzisiaj wreszcie mamy nadzieję dociągnąć na nocleg o ludzkiej porze, bo i dystans stosunkowo krótki i góry nie aż tak wymagające. Po zakupach ruszamy na Bolzano, na rondzie zatrzymuję się by spojrzeć na mapę. niestety w tym czasie Miki i Marek zniknęli mi z oczu, rurszyłem więc trasą o której wcześniej była mowa - czyli prawym brzegiem Adygi. Niestety po drodze przegapiłem jeden drogowskaz, w wyniku czego zrobiłem pętlę po Merano, dopiero wracając tam jeszcze raz zauważyłem skręt na Bolzano. W tym czasie dostałem SMS-a od Marka z informacją, że są już w Burgstallu (po lewej stronie Adygi), niestety we Włoszech w moim telefonie działają tylko SMS-y, rozmawiać się nie da. Jadę więc do Lany, następnie przejeżdżam mostem na drugą stronę Adygi, na wiadukcie przez nieuwagę mam jeszcze wywrotkę, na szczęście niegroźną (lekkie przytarcia sakwy i nogi). Po paru km spotykamy się wreszcie w Burgstallu, okazało się że Miki i Marek skręcili na tym rondzie na krótszą drogę lewym brzegiem, a gdy zorientowali się że mnie nie ma z tyłu było już za późno. Po tym nieporozumieniu ruszamy na Bolzano, jadąc piękną doliną, jest właściwie płasko, upał już zdrowo daje się we znaki - jest 32-34'C. Po drodze zatrzymujemy się przy wspaniałym "małpim gaju", Miki - zapalony wspinacz miał wielką ochotę spróbować swoich sił, ale koszt tej przyjemności zwalał z nóg - ponad 100zł. Po krótkim postoju ruszamy więc dalej. Przed samym Bolzano doganiamy kolesia na rowerze, który sprawiał wrażenie że zaraz się rozpadnie, gdy go minęliśmy zagrała u niego sportowa żyłka - i zaczął z nami wyścig, przy 30 km/h w jego rowerze latała i dzwoniła większość części, bo oczywiście mu nie odpuściliśmy :)). Samo Bolzano wielkiego wrażenia na nas nie zrobiło, w centrum stajemy na dłuższy postój - ja jem lody, Marek i Miki woleli coś konkretniejszego i skusili się na kebab. Z Bolzano wyjeżdżamy nieciekawą drogą przez przemysłowe dzielnice, ale zaraz za miastem zaczyna się piękna trasa na Brenner, prowadząca z początku bardzo wąską i malowniczą doliną. Jako, że mamy niezły wiatr w plecy mimo jazdy pod górę trzymamy tempo ponad 20km/h (jak to mówi stara kolarska mądrość ludowa - z wiatrem to i gówno poleci :)), równolegle do nas wiedzie autostrada (często wpadająca w tunele). W Ponte Gardena zjeżdżamy z głównej drogi, w miasteczku Miki rozmawia z włoskim rowerzystą o drodze do Sankt Ullrich, są dwa warianty - głowna szosa, cały czas równe nachylenie i droga przez Lajon - najpierw ostro, później płasko - i znacznie ładniej widokowo. Jako, że patelnia jest nieludzka decydujemy się na pierwszą wersję, niespecjalnie uśmiechał nam się dziś bardzo ostry podjazd. Zaraz za tunelem zaczyna się jazda w górę dość krętą drogą, nachylenie z początku umiarkowane 5-7%, bardziej daje się we znaki słońce, a także bardzo duży ruch jak na górską drogę (z tirami włącznie); krótko odpoczywamy przy kraniku z wodą. Wyżej nieoczekiwanie pojawiają się dwa bardzo ostre kawałki po aż 14%. Dają w kość nieprzeciętnie, takie nachylenie z bagażem to już ekstremum, więc zdychając na podjeździe przeklinam tego rowerzystę na dole, który wpakował nas w takie maliny - jeśli to ma być ta łagodniejsza droga - to jak wyglądała ta cięższa? Niedaleko za tą drugą piekielną 14-procentówką droga się zupełnie wypłaszcza i zaczyna się długa i szeroka dolina w której leży m.in. St. Ullrich. Pojawiają się wreszcie widoki na wapienne szczyty tak charakterystyczne dla Dolomitów. Jadę parę kilometrów w górę tej doliny, zatrzymuję się przy komputerowej informacji turystycznej w St. Ullrich. Gdy dociera Marek a póniej Miki zaczynamy się zastanawiać co robić z noclegiem, bo kempingu ani tu, ani po drodze nie ma. Przeglądając informacje o noclegach zaczynamy rozważać pokój w hotelu bądź na kwaterze, ale ceny z początku były mało zachęcające, więc już ruszaliśmy by szukać czegoś na dziko, gdy zorientowaliśmy się że w kategorii apartamentów ceny są przystępniejsze. Wzięliśmy kilka adresów i ruszyliśmy w górę miasta. Zdrowo się tam nakołowaliśmy zaliczając przy tym bardzo ostrą ścianę. Miejsce pod adresem z IT było już zajęte, ale po długich poszukiwaniach dzięki obrotności Mikiego udało się załatwić świetną kwaterę (porządne pokoje z umywalkami, prysznice) za bardzo atrakcyjną jak na tutejsze warunki cenę 16E od osoby - i to jeszcze z pięknym widokiem na Dolomity. Taka odrobina luksusu dobrze nam zrobiła, wreszcie dotarliśmy na noc przed zmierzchem, był czas by posiedzieć przy herbacie i pogadać.

VII dzień - Sankt Ullrich - Passo di Sella (2240m) - Passo Pordoi (2239m) - Arabba - Passo Campolongo (1875m) - Corvara - Passo Gardena (2121m) - Sankt Ullrich



DST 79 km - AVS 16,3 km/h - MAX 60,5 km/h - ALT 2377 m

Dzisiaj wybieramy się "na lekko" w Dolomity, chcemy zrobić pętlę po kilku przełęczach, coś zbliżonego do mojej trasy sprzed 4 lat z Cortiny d'Ampezzo, gdzie zrobiłem niemal 4 tys metrów podjazdu. Przed startem rozważamy 3 warianty - minimum z Campolongo, średni z Valparolą i Falzarego oraz maksymalny z Fedaią i Valporolą. Bagażu zabieramy podobnie jak 3 dni temu - 7-8kg, pogoda na starcie jest w miarę. Pierwszy kawałek to nieciekawa jazda w górę doliny przez kurorty narciarskie, na drodze duży ruch, sporo wielkich ciężarówek. Dopiero za Selvą/Wolkenstein (w tym rejonie miejscowości mają podwójne nazwy, przed I w.św. te tereny należały do Austrii, jest tu znaczna mniejszość niemieckojęzyczna) na ok. 1550m zaczyna się właściwa górska jazda. Do Planu jedzie się serpentynami przez las, podjazd nie jest specjalnie trudny - jak większość gór w Dolomitach, bez bagażu to sama przyjemność. Za Planem wyjeżdża się nad granicę lasu i zaczynają się wspaniałe widoki, droga na Sellę - najwyższą przełęcz Dolomitów (choć nie najwyższą szosę) malowniczo wbija się pomiędzy dwa przepiękne masywy - Gruppo di Sella i trzytysięczny Langokfel. Przed szczytem robi się coraz lepsza pogoda i na przełęcz docieram w pełnym słońcu. Po ok. 15min dociera Marek - i okazuje się, że Miki ma lekkie problemy z kolanem, nie chce ryzykować przed jutrzejszym długim dniem i najprawdopodobniej zrezygnuje z pętli, a na Sellę jedzie spokojnym tempem i prosi by na niego nie czekać. Trochę jeszcze zabawiliśmy na przełęczy robiąc zdjęcia - i to wystarczyło by pogoda błyskawicznie się zmieniła, temperatura momentalnie spada, robi się ciemno od chmur, zaczyna grzmieć, więc szybko ruszamy w dół.Marek podjeżdża na Sellę Zjazd z Selli - przepiękny, jedzie się przez całe zgrupowanie małych wapiennych skałek fantastycznie wpasowanych w pokryte kosodrzewiną ostre zbocza masywu Selli. Na skręcie na Pordoi na ok. 1850m dopada nas deszcz, Marek rusza pod górę, ja się jeszcze przebieram. Ale na szczęście Marek zawrócił, bo wpadł na lepszy pomysł i jedziemy z powrotem z kilometr, by przeczekać deszcz w spotkanym przed rozjazdem hotelu. Z godzinę nudzimy się w szopie na narzędzia koło hotelu, cały czas mocno pada. Po godzinie jest już jako-tako, chmur sporo, ale nie pada więc szybko ruszamy. Podjazd na Pordoi jest bardzo podobny do zjazdu z Selli - to chyba najpiękniejsze kawałki dzisiejszego dnia. Jazda krótko po intesywnym deszczu ma swój urok - chmury w dolinach, parująca droga, mgły na trasie. Szosa jest bardzo kręta, nachylenie umiarkowane. Gdy stanęliśmy na chwilę na kilka fotek niespodziewanie ok. 100m przed szczytem dopada nas...gradobicie. Szybko ruszamy pod górę - ile fabryka dała, trochę nas przeczesało, choć grad tak nie moczy jak deszcz, za to doskonale zastępuje sesję akupunktury :). Na Pordoi załamanie pogody rychło przechodzi, więc robimy zdjęcia i ruszamy w dół na strasznie kręty zjazd do Arabby. Przy wjeździe do miasteczka znowu łapie mnie deszcz, gdy dojeżdża Marek pada już mocniej - więc postanawiamy jechać przez Campolongo, bo pogoda jest coraz gorsza i w tych warunkach nie ma sensu ryzykować podjazdu na Falzarego i Valparolę. Podjazd na Campolongo jest dość krótki (z 1600m na zaledwie 1875m) i łatwy, choć niestety pokonujemy go w deszczu, przestaje padać dopiero przed samym szczytem. Zjazd do Corvary mokrą szosą nieprzyjemny, cały czas z rękoma na hamulcach, w tych warunkach trzeba bardzo uważać, szarżowanie nie wchodzi w grę; do tego moje hamulce zaczynają coraz gorzej działać. Na dole w Corvarze stajemy na postój, trochę się przejaśnia, nawet na chwilkę wyszło słońce. Po ok. 20-25min ruszamy na ostani dziś podjazd - Passo Gardena (z 1400m na 2121m) - i jednocześnie ostatni dwutysięcznik naszej wyprawy. Pierwsza faza raczej płaska, szybko wjeżdża się nad granicę lasu położoną tu wyraźnie niżej niż na innych podjazdach w Dolomitach - bo już na ok. 1700m. Pogoda robi się coraz gorsza, dopada mnie potężna ulewa, jako że byłem już na odkrytym terenie nie było się nawet gdzie schować - tak więc jadę dalej. Marek, który jechał kawałek za mną miał więcej szczęścia - bo ulewa złapała go trochę niżej, gdzie jeszcze były budynki przy drodze, tak więc tam się zatrzymał przeczekując największe "uderzenie" deszczu. Druga część podjazdu znacznie cięższa, są fragmenty ok. 10%, ale generalnie jazda w Dolomitach jest wyraźnie łatwiejsza niż na przełęczach w rejonie Bormio, np. dzisiaj ani razu nie musiałem wrzucać najmniejszej zębatki z przodu, wystarczyły 42 zęby. Dopiero przed szczytem przestaje padać, ale mimo jazdy w gore-texie jestem już lekko podmoczony i dlatego wysyłam SMS-a do Marka, że nie będę na niego już czekał, bo chyba bym tu zamarzł (jest 6-7'C). Pierwsza faza zjazdu bardzo malownicza - najpierw ok. 100m w dół, później długi trawers u samych stóp wspaniałego Masywu Sella przebijającego się zza chmur i mgieł. Na Passo PordoiCoraz bardziej dają się we znaki hamulce, które z kilometra na kilometr zjazdu mokrą jezdnią trzeba mocniej zaciskać. Tuż za rozjazdem na Sellę zaczyna się ponownie ulewny deszcz i tak jest już właściwie do końca dzisiejszego dnia. Leje tak, że mimo tego że jest bardzo ciemno muszę jechać w okularach przeciwsłonecznych - inaczej w tym deszczu nic bym nie widział. Jest potwornie zimno, nie chciałem wkładać pod kurtkę bluzy by i jej nie podnmoczyć. Na wyskokości ok. 1500m w Wolkenstein hamulce są już bardzo kiepskie, mimo stałego dociskania klamek do końca nie jestem w stanie szybko wyhamować, więc non-stop jadę na hamulcach by się za bardzo nie rozpędzić. Zupełnie zawiodły mnie niebieskie klocki Ritchey'a - na tym jednym zjeździe z Gardeny starły się prawie całkowicie, wcześniej używałem czerwonych (przeznaczonych właśnie do deszczowych warunków) - ale jak na złość przed wyjazdem nigdzie ich nie mogłem dostać i zaryzykowałem zakup niesprawdzonych niebieskich, które na deszczu zawiodły totalnie. Sama końcówka zjazdu do Sankt Ullrich to już masakra - dłonie bolące od dociskania klamek, na szczęście jest tu już w miarę prosto i bez zakrętów, więc da się od biedy bezpiecznie jechać z prędkością 30km/h, choć parę razy muszę już skorzystać z hamulca "nożnego" - butem o asfalt :). W Sankt Ullrich wreszcie kończy się ten potworny zjazd (najgorszy jaki w życiu zaliczyłem) i z prawdziwą przyjemnością podjeżdżam 50m ostrej ścianki z centrum do naszej kwatery, bo wreszcie można się choć trochę rozgrzać. Dopiero teraz okazuje się jak świetnym pomysłem było załatwienie noclegu pod dachem, gdybyśmy musieli wchodzić do namiotu w takich warunkach - to mogłoby się odechcieć wszystkiego, a w pokojach jest ciepło i przytulnie, od razu można wziąć gorący prysznic. Na miejscu jest już oczywiście Miki - okazało się że i jego nie oszczędził deszcz, ostra burza dopadła go na Selli, dlatego zdecydował że dalsza jazda w tych warunkach nie ma sensu - i również w deszczu zjechał do Sankt Ullrich. Marek dociera po ok. 40min, jeszcze bardziej przeczesany ode mnie, ale po gorącym prysznicu błyskawicznie wraca do życia.

VII dzień - Sankt Ullrich - Bressanone - Sterzing - Brennerpass (1375m) - [A] - Innsbruck - Seefelder Sattel (1185m) - Scharnitz - [D] - Walchensee - Wolfratshausen - Monachium



DST 251,2 km - AVS 22,8 km/h - MAX 71,7 km/h - ALT 2059 m

Dzisiaj czeka nas bardzo długi odcinek tranzytowy do Garmish-Partenkirchen. W planach były dwie opcje - do samego Ga-Pa (170-180km) oraz bardziej "lajtowa" - tylko do Innsbrucka a dalej już koleją. Ale tak naprawdę to w ogóle się nie zastanawialiśmy - w grę wchodził tylko wariant maksymalny, podjeżdżanie koleją to nie dla nas, a tak wymagającą wyprawę jak nasza warto byłoby zakończyć mocniejszym akcentem. Z samego rana ustawiam hamulce, dalej działają kiepsko, ale od biedy da się jechać. Ruszamy wyjątkowo wcześnie jak na nas - już o 7.30 jesteśmy w drodze. Z Dolomitami żegnamy się długim zjazdem, do końca doliny jedziemy jak dwa dni temu, natomiast dalej skręcamy w prawo na zjazd przez Lajon - bardzo fajny, równo nachylony, z Sankt Ullrich 20km za darmo. Droga u góry jest mokra (choć nie pada), dlatego jedziemy dość ostrożnie, ale i tak na dole mamy średnią ponad 30km/h. Okazuje się, że mamy dużo szczęścia - doliną Isarco wieje wiatr w stronę przełęczy Brenner, gdzie akurat jedziemy, tak więc przez najbliższe 50km będziemy mieli wiatr w plecy Pierwszy odcinek podjazdu na Brenner to dość płaski kawałek, na którym prędkość rzadko spada poniżej 25km/h. Dopiero kawałek za Bressanone pojawiają się trochę większe podjazdy, aczkolwiek nic specjalnego. Droga niebrzydka jak na tak przelotową trasę, na szczęście większość ruchu (szczególnie tirów) idzie autostradą. Po 50km staję na drugie śniadanie, Marek i Miki mnie wkrotce wyprzedzają, na drodze na przełęcz będziemy się tak mijać parę razy, bo każdy z nas stawał na postój w innym momencie. Właściwy podjazd zaczyna się dopiero za Sterzing (950m), 15km przed przełęczą. Fragmentami (rejon małych wodospadów na Isarco) jest nawet całkiem ostry, w sumie jest to ok. 400m non-stop w górę. Na jakieś 5km przed przełęczą, po wjeździe na ponad 1350m jest wyraźnie wypłaszczenie, właściwie to przełęcz ciągnie się przez te 5km szeroką doliną - nic dziwnego, że Brenner to od wieków jedna z najpopularniejszych dróg przez Alpy. Na przełęczy czekam ok. 20min na Marka, gdy dojeżdża postanawiamy zjechać na postój trochę niżej, bo sama przełęcz przypomina raczej wielkie targowisko - tyle tu sklepów i straganów. Po 15min dociera i Miki i wspólnie odpoczywamy.Europa-Brucke Na przełęczy zdecydowanie się wypogodziło, wychodzi słońce zastępując pochmurną pogodę jaka towarzyszyła nam przez większość podjazdu. Nieoczekiwanie pierwsza faza zjazdu okazuje się bardzo ostra, jest fragment ponad 10% na którym osiągam największą prędkość wyjazdu - 71,7km/h - z tak w sumie łatwej przełęczy jak Brenner. Druga część zjazdu jest wyraźnie bardziej płaska, dopiero w końcówce przed Innsbruckiem można trochę poszaleć. Oglądamy ogromny Europa-Brucke, którym ponad 100m nad naszą drogą prowadzi autostrada, a już na przedmieściach Innsbrucka doskonale widoczną, słynną z Turnieju Czterech Skoczni Bergisel, gdzie wygrywał również i Adam Małysz. Na zjazdach gdzieś zgubiłem Marka i Mikiego, czekałem na nich ponad 10min i uznałem, że do miasta zjechali inną drogą (wcześniej było parę rozjazdów). Wysyłam więc SMS, że ruszam na kolejną przełęcz i zjeżdżam do samego centrum Innsbrucka. Powoli coraz bardziej zaczynam się zastanawiać czy nie spróbować dojechać rowerem aż do samego Monachium (stamtąd zaczyna obowiązywać bilet weekendowy), na odcinek z Garmish trzeba kupić kolejny (bo jedziemy jeszcze przed północą) - a tylko przy takiej kombinacji wyrabialiśmy się w Berlinie na ekspress do Warszawy. Ale oczywiście nie względy finansowe miały tu znaczenie, przede wszystkim jedzie mi się fantastycznie i jest szansa wyśrubowania mojego rekordu odległości w jeździe z pełnym bagażem (178km jeszcze z 2001). Innsbruck przejeżdżam całkiem szybko, w ogóle nie błądziłem, trasa za miastem jest bardzo przyjemna, niewielki ruch, świetna pogoda; kawałek przed Zirl przejeżdżam koło wielkiej ściany, widać wiele osób które przyjechały się tu powspinać (coś dla Mikiego!). Pierwsze metry podjazdu nieoczekiwanie są bardzo ciężkie, więc postanawiam się zatrzymać na odpoczynek, bo z Brenner jadę prawie bez stawiania 60km, a od startu mam już 130km w nogach. Ale po odpoczynku wcale nie jest lepiej, tak wydawałoby się zupełnie niepozorna przełęcz jak Seefelder Sattel, najniższa ze wszystkich które zaliczyliśmy (1185m) dała mi w kość niesamowicie. Jest aż ok. 200m podjazdu z nachyleniem grubo powyżej 10%, z długimi fragmentami po 15-16%. Był to jedyny moment na tym wyjeździe, gdy byłem zmuszony wrzucić najlżejsze przełożenie 26-34, jadąc chwilami nawet poniżej 6km/h i do tego jeszcze dwa razy musiałem stanąć na minutkę by złapać oddech. A na dobitkę jest tu jeszcze ogromny ruch, jedna z ciężarówek też nie wyrabiała na podjeździe, za nią utworzył się mały korek.Piękna trasa przez Bawarię Po tych piekielnych 200m wreszice się wypłaszcza, druga część podjazdu jest bardzo łagodna, niemniej aż do samego szczytu (bardzo trudnego do zlokalizowania, tak tu płasko, brak tablicy) muszę dochodzić do siebie. Na zjeździe wraca motywacja - i postanawiam spróbować dociągnąć do samego Monachium na rowerze. W Scharnitz tuż pod niemiecką granicą staję na zakupy, na popas zatrzymuję sie już w Deutschlandzie. Jako, że przede mną jeszcze prawie 100km postanawiam zjeść porządny obiad i gotuję dużą porcję nieśmiertelnego makaronu. Gdy już ruszałem w trasę właśnie nadjechali Miki i kawałek za nim Marek, dzielimy się wrażeniam z tego piekielnego podjazdu pod Seefelder, także i im zapadł w pamięć na dłuuugo - na mapie taki niepozorny, a w rzeczywistości piła jak wszyscy diabli. Miki trochę zastanawiał się czy też nie pojechać do Monachium, ostatecznie postanowił jechać do Ga-Pa i tam dokręcić 20km w okolicy - tak by zrobić 200km z bagażem, Marek dla którego takie dystanse z bagażem to nie pierwszyzna tym razem wolał nie ryzykować poważniejszej kontuzji pobolewającej go coraz mocniej łydki. Pierwsze kilometry to jazda główną szosą do Ga-Pa, ale dość szybko ją opuszczam zjeżdżając na mniej ruchliwą "11" - i rychło zaczyna się przepiękny przejazd przez Bayerische Alpen (zdecydowanie najprzyjemniejszy kawałek dzisiejszego dnia). Droga prowadzi przez parę ślicznych bawarskich miasteczek, tak odpicowanych, że niemal nierzeczywistych, jest też trochę podjazdów, nie brakuje lasów. Najpiękniej jest w rejonie Walchensee - wielkiego jeziora z turkusową wodą perfekcyjnie wpasowanego w górski krajobraz, droga okrązająca jezioro często prowadzi nad samą wodą. Za Walchensee jest ponad 50m podjazdu na małą przełączkę (859m) - i następuje długi i bardzo kręty zjazd nad kolejne jezioro - Kochelsee. Za tym jeziorem zupełnie zmienia się krajobraz, kończą się wysokie góry, zastępują je idealnie zielone łąki na małych wzgórzach - tak więc zupełnie nieoczekiwanie trasa, która miała być tylko "nabijaniem kilometrów" okazała się przepiękna widokowo. Po przekroczeniu bariery 200km staję na odpoczynek w rejonie Langau, powoli zaczyna już zmierzchać. Po postoju ujechałem jeszcze z 15km - i trzeba było włączyć oświetlenie. W nocy - wiadomo już tak fajnie (szczególnie samemu) się nie jedzie, tym bardziej że ruch robił się coraz większy (w okolicach większych miast jak Geretsried). Zacząłem też coraz mocniej odczuwać dystans, trasa ciągnęła się niemiłosiernie, a Monachium ciągle nie było widać, myślałem że tak wielkie miasto zacznie się dużo wcześniej, a widniej zrobiło się dopiero po 240km. Wjechałem do centrum i po krótkim kołowaniu trafiam na dworzec. Miki i Marek byli już na przejażdżce po mieście (akurat był tu jakiś festiwal kulturalny, ja na takie atrakcje byłem już za bardzo zmęczony). Dzień naprawdę rekordowy - aż 250km i to po ciężkim górskim terenie (ponad 2000m podjazdów!), a to wszystko przy bardzo wysokiej jak na mnie średniej - 22,8km/h, tutaj pomógł też wiatr i różnica poziomów (zaczynaliśmy prawie z 1300m, kończyłem na 550m)
Trochę się naczekaliśmy na pociąg (ruszał po 2), tym razem mamy chyba 9 przesiadek. Podróż koleją bez historii - punktualnie jak w szwajcarskim zegarku, w Berlinie jesteśmy po 14, kupujemy bilety na ekspress, podjeżdżamy lokalnym pociągiem na stację Lichtenberg, skąd ma ruszac ekspress. Od razu na starcie łapiemy 20min opóźnienia :), choć na trasie coś tam nadrobił. Mikiemu i Markowi tak fatalnie ułożyły się rozkłady pociągów z Kutna, że bardziej opłacało się jechać rowerem - Marek 45km do Kutna, a Miki ponad 60km do Łodzi - obaj ciemną nocą. Ja mam lepiej - tylko 12km z dworca a i to w oświetlonym mieście.

Podsumowanie

W sumie przejechałem 998km, prędkość maksymalna to 71,7km/h (z Brenner), najdłuższy dzień to oczywiście rekordowe 251,2km, największy dzienny podjazd 3 049m (Mortirolo i Gavia), całkowita suma podjazdów to aż 15 804m - co daje średnio prawie 2 000m dziennie, a to najlepiej pokazuje jak trudna była nasza trasa. Wyjazd uważam za bardzo udany, w tak krótkim czasie udało nam się zaliczyć naprawdę dużo, pogodę mieliśmy generalnie bardzo dobrą - świetnym pomysłem było przesunięcie wyjazdu (pierwotnie mieliśmy jechać tydzień wcześniej) - bo nie dość, że uniknęliśmy deszczy to jeszcze uratowało nas to przed długimi objazdami, z powodu nieprzejezdności wysokich przełęczy (np. tydzień wcześniej na 99% nie przejechalibyśmy Stelvio). Jak na koniec maja w tym roku śniegu w Alpach było bardzo dużo - ale to wyjazdowi tylko dodało uroku, fantastyczne były te przeskoki z lata w zimę, a takie przygody jak utknięcie w wielkich zaspach śniegu na Forcoli czy nocny zjazd z Gavii pozostaną w pamięci na długo. Wszyscy mieliśmy trochę obaw jak sprawdzi się nasza grupa - ale jechało się zdecydowanie OK, nikt nie narzekał, mimo że wszyscy równo nieraz w tyłek dostawaliśmy, bo trasa była bardzo wymagająca (aż 5 dni z przewyższeniem powyżej 2000m!). W górach często jechaliśmy różnym tempem, szczególnie ja preferowałem jazdę na podjazdach swoim rytmem - ale nikomu to specjalnie nie przeszkadzało, mijaliśmy się po drodze, bądź spotykaliśmy na szczytach. Prawdziwy podziw należy się Markowi - mimo 55 lat zupełnie nie odstawał od Mikiego i mnie (młodszych o 25 lat), na tak trudnej trasie jak nasza dawał sobie radę wyśmienicie, niejeden 20-latek może sobie pomarzyć o jego kondycji i zapale. Przypominał mi (nawet fizycznie :)) Rosjanina Miszę z którym w zeszłym roku podróżowałem przez większość wyprawy po Islandii - obaj byli równie niezniszczalni, obu nigdy nie załamywały nawet najtrudniejsze warunki (jak nasz potworny zjazd z Gardeny), obaj nigdy nie narzekali. Tak więc jeszcze raz dziękuję Markowi i Mikiemu za wspaniałą wyprawę, miejmy nadzieję, że nie ostatnią w tym składzie!
Od strony sprzętowej - wyjazd praktycznie idealny, jedyne awarie to pęknięta szprycha Marka i moje nawalające hamulce - ale w sumie co to za awarie? Na wyjeździe testowałem dwa nowe elementy roweru - opony Schwalbe Marathon Supreme i karbonowy sztywny widelec. Oba zdały egzamin na medal. Supreme - to perfekcyjne opony na asfalt, najlepsze jakich dotąd używałem. Bardzo lekkie jak na opony pod bagaż (poniżej 500g!), ale niska waga nie oznacza gorszej odporności na przebicia. Ale to co różni Supreme od innych Marathonów - to fantastyczny "grip", opony trzymają się szosy niesamowicie, wiele razy na zjazdach wchodziłem w zakręty w sposób w jaki nie odważyłbym się wchodzić na wcześniej używanych gumach. Widelec karbonowy (model z otworami pod montaż low-ridera) - zero problemów a znacznie niższa waga i zauważalnie lepsza amortyzacja niż w widelcu stalowym. Opowieści o nietrwałości karbonu można między bajki włożyć - najczęściej takie opinie głoszą ludzie, którzy go nigdy nie używali, a hołdują przedpotopowej teorii, że rower pod sakwy musi być ze stali - bo tylko stal da się w razie czego zespawać na trasie - a faktycznie rodzajów pęknięć ramy czy widelca, które da się zespawać w przydrożnym warsztacie "na kolanie" jest bardzo niewiele, jak rama czy tym bardziej widelec pęknie to z reguły jest do wymiany, a szansa na to, że w ogóle pęknie jest taka jak to, że rozbije się samolot, którym lecimy. Karbon jako taki jest wytrzymalszy i trwalszy zarówno od stali jak i aluminium, trzeba tylko pamiętać by go nie poddawać obciążeniom typu "ściskającego" - odpada więc stosowanie obejm pod bagażnik.