GIRO D'ALPI 2008




Wstęp

W tym roku postanowiłem się wybrać na dość nietypową wyprawę - krótką ale za to bardzo intensywną. Cel narzucał się oczywisty - Alpy w których ostatni raz byłem cztery lata temu w 2004. Do zaliczenia zostały jeszcze dziesiątki znanych i mniej znanych przełęczy. Przy tygodniowym wyjeździe jako środek transportu świetnym rozwiązaniem jest pociąg z bardzo tanim biletem weekendowym na niemieckie koleje. Dzięki niemu można przejechać całe Niemcy bardzo niskim kosztem. Na forum rowerowym udało mi się znaleźć dwóch chętnych na ten wyjazd - Marka (Transatlantyka) i Mikołaja (Mikiego). Pierwotnie mieliśmy wyruszać 16.V., ale ze względu na fatalne prognozy zdecydowaliśmy się dzień przed odjazdem przesunąć wyjazd o tydzień - co jak pokazała przyszłość było świetnym pomysłem.

Dzień 0 - Warszawa - [pociąg] - Berlin



DST 21,5 km - AVS 18,9 km/h - MAX 36,3 km/h - ALT 26 m

Po wielu przygotowaniach, wielu wymienionych mailach w piątek 23.V wreszcie ruszamy! Ja jadę ekspresem z Warszawy do Berlina, Miki wsiada w Kutnie (gdzie z Łodzi dotarł rowerem). Natomiast Marek do Berlina zdecydował się dojechać rowerem. Początkowo miał również jechać z Kutna (w dwa dni dotarł rowerem z Nowego Sącza do Łowicza, gdzie zatrzymał się u rodziny) - ale ze względu na zmianę terminu i przedłużony urlop pojechał na rowerze. Trasa Łowicz-Berlin zajęła mu zaledwie 3 dni (2 razy powyżej 200km, w tym pierwszego dnia odcinek Łowicz-Kórnik aż 241km, częściowo w deszczu!). W pociągu było małe zamieszanie. bo podczas odjazdu w W-wie podano informację, że nie zatrzymujemy się na HauptBahnof, tylko na dworcu Gesundbrunnen. W pociągu obsługa nie miała pojęcia czy to prawda, nie mieliśmy mapy Berlina, więc trudno było powiedzieć jaka to będzie odległość do centrum, skąd po niecałych 2h mieliśmy ruszać dalej. Koniec końców okazało się, że to nieprawda, przyjechaliśmy planowo na HauptBahnof. Miki i ja po przywitaniu z Markiem i zakupie biletu weekendowego (35E + 3,5E za każdy rower), spragnieni ruchu po 6h w pociągu udaliśmy się na krótką nocną przejażdżkę po Berlinie (oczywiście byliśmy m.in. pod fantastycznie podświetloną Bramą Brandenburską) Marek który miał już tego dnia aż 200km w nogach i Berlin zobaczył jeszcze za dnia poczekał na dworcu.

I dzień - Berlin - [7 pociągów] - Garmish-Partnekirchen - [A] - Fernpass (1209m) - Nassereith - Imst - Landeck - Uergen



DST 79,4 km - AVS 20,5 km/h - MAX 65,3 km/h - ALT 761 m

Z Berlina wyruszamy tuż po północy, do Ga-Pa czeka nas jazda aż 7 pociągami. Trochę obawialiśmy się jak to będzie z przesiadkami, bo były i takie z marginesem czasu poniżej 10min - ale okazało się, że wg rozkładów niemieckich pociągów można regulować zegarki, poza tym obsługa kolejnego pociągu czeka aż się wszyscy przesiądą. Oczywiście komfortowa ta podróż nie była, wiele się spać nie dało, najdłuższy był postój w Lipsku gdzie mieliśmy ok. 3h - więc rozłożyliśmy karimaty, ale wielce się nie nakimaliśmy. Do Garmish docieramy o 15 zdrowo już zmęczeni, ale spać aż tak się nie chce, bo adrenalina robi swoje - w końcu rozpoczynamy właściwą, rowerową część wyprawy! W Ga-Pa robimy oczywiście fotkę na peronie, udajemy się jeszcze do sklepu by zrobić zakupy na weekend (na zachodzie znaleźć sklep czynny w niedzielę to niełatwa sprawa) - i ruszamy. Pogoda dopisuje, krajobrazy od samego początku wspaniałe - z górującym nad Garmish najwyższym szczytem Niemiec - Zugspitze. Szybko dojeżdżamy do austriackiej granicy, droga bardzo łagodnie wznosi się do góry, jakość szosy idealna, nieporównywalna z polską normą. W Ehrwaldzie skręcamy w bok by ominąć główną drogę prowadzącą na Fernpass przez tunele. Po przejeździe przez miasteczko zaczynają się pierwsze poważniejsze podjazdy, jedzie się bardzo fajnie, nawet jestem nieco zaskoczony swoją niezłą formą (w tym roku nie za wiele jeździłem, a i to głównie na leciutkiej szosówce), podjazdy pokonuję na niskiej kadencji i środkowej tarczy. Po kilku km i krótkiej serii podjazdów wracamy na główną drogę - ruch większy, ale do wytrzymania. Trasa na przełęcz niebrzydka, niedaleko przed szczytem mijamy malownicze jezioro położone dużo poniżej naszej drogi - po takie widoki warto było się tu tłuc dobę w pociągu! Na naszej pierwszej przełęczy - obowiązkowe fotki, ubieramy się trochę cieplej - i ruszamy w dół. Pierwsza część zjazdu dość szybka, przekraczamy 60km/h, po czym jedziemy po równym i lekko w dół w stronę Imst. Zależało nam by dociągnąć przynajmniej do Landecku (ok.70km) - bo jutro czekał nas bardzo trudny i długi dzień, a że wyjechaliśmy z Ga-Pa przed 16 - do zmroku nie było tak dużo czasu. W Imst zaliczamy ostry podjazd, później równie szybki zjazd w dół doliny Innu. Droga do Landecku - bardzo przyjemna, bez większych wzniesień, ruch minimalny bo większość samochodów wybiera biegnącą tu autostradę. W Landecku postanawiamy nocować na dziko kawałek za miastem, nabieramy więc wody i przejeżdżając dwukrotnie mosty na Innie jedziemy dalej. Zaczyna już zmierzchać, a jak na złośc teren za Landeckiem na rozbicie namiotu się nie nadaje (droga prowadzi ostrym zboczem), tak więc musimy jechać prawie 10km. W okolicach wioski Uergen próbujemy rozbić się pod domem, ale gospodarze się nie zgadzają, skierowują nas na teren nad rzeką, Jedziemy tam i już bez specjalnych obiekcji rozkładamy nocą namioty. Po posiłku okazało się jeszcze, że Marek w celach integracyjnych zabrał z Polski pół litra, więc trochę je uszczuplamy :)), po czym przed północną kładziemy się wreszcie na zasłużony odpoczynek.

II dzień - Uergen - Pfunds (972m) - Nauders - Reschenpass (1504m) - [I] - Malles (920m) - Tubre - [CH] - Santa Maria - Ofenpass (2149m) - Zernez (1472m)



DST 116,7 km - AVS 16,1 km/h - MAX 63,5 km/h - ALT 2173 m

Za długo sobie nie pospaliśmy, bo już po 6 wstajemy - dziś czeka nas naprawdę wymagająca trasa i pierwszy dwutysięcznik pokonywany z pełnym bagażem. Przed wyjazdem rozważaliśmy dwie opcje dojazdu do La Punt - stosunkowo łatwą drogę dolinu Innu (jechałem tamtędy w 2001 roku na trasie do Barcelony) i dużo cięższą i dłuższą trasę przez dwie przełęcze z krótką wizytą we Włoszech. Jako, że humory i ochota dopisuje bez specjalnego zastanawiania się decydujemy sie na drugi wariant. Ruszamy krótko po 8, niebo początkowo pochmurne szybko się przejaśnia i rychło wychodzi słońce, w którym alpejskie szczyty otaczające dolinę Innu prezentują się fantastycznie - tak więc nawet nie ma dyskusji czy jedziemy przez Ofenpass - to po prostu nasz obowiązek :). Rychło nasza droga do Pfunds zamienia się w szosę ekspresową, tak więc nie chcąc ryzykować mandatu zjeżdżamy na boczną drogę. Ta jest ciekawsza, z minimalnym ruchem, ale niestety o wiele bardziej górzysta - zalicza wszystkie małe góreczki w okolicy, podczas gdy ekspresówka delikatnie wznosi się w górę doliny.Alpejska studzienka Tym objazdem musieliśmy jechać prawie 20km do Pfunds, gdzie ekspresówka wreszcie się kończy. Kończy się też jazda doliną i zaczyna porządny podjazd na Reschenpass. Pierwszy odcinek jest zdecydowanie najpiękniejszy, droga ostro wrzyna się w zbocze, prowadzi skrajem przepaści z której fajnie widać płaściutką szosę do Zernez prowadzącą doliną Innu (7 lat temu było na odwrót - z dołu obserwowałem fantastycznie poprowadzoną drogę do Nauders). Zaliczamy kilka klimatycznych półtuneli, nachylenie nie jest przerażające, jakieś 4-7%. Na ok. 1200m docieramy do fenomenalnie wpasowanej w wąski wąwóz Festung Nauders. Tak doskonale umiejscowiona forteca mogła niewielkimi siłami blokować przejście nawet wielkim wojskom. Za fortecą droga nie jest już tak ciekawa - wjeżdżamy w dość szeroką, zieloną dolinę, po serii lekkich serpentynek osiągamy Nauders. Początkowo planowaliśmy tu stanąć, ale Marek i ja wolimy dociągnąć na szczyt by tam stanąć, Miki raczej preferuje częstsze postoje. Odcinek z Nauders na Reschenpass dał nam trochę popalić - nachylenie co prawda łagodniutkie, ale za to pojawił się dość upierdliwy przeciwny wiatr. Granica jest na ok. 1450m, sama dość niewyraźna przełęcz kawałek dalej (nie było nawet tablicy na samym szczycie). Na zasłużony postój stajemy po prawie 50km w niebrzydkim włoskim miaseczku Resia. Pogoda nadal niezła, choć słońce już za chmurami i nie jest tak ciepło jak na dole. Po odpoczynku zaliczamy ładny kawałek wzdłuż jeziora Lago di Resia, na którym widać sporo żagli wykorzystujących nie próżnujący dziś wiatr. Po ok. 10-15km wreszcie zaczyna się szybki zjazd i rychło powracamy na poziom z którego rozpoczynaliśmy dzisiejszą jazdę. Nie zjeżdżamy na sam dół do Glorenzy, bo na mapie wypatrzyliśmy skrócik z Malles. Trochę obawialiśmy się, czy nie będzie się to wiązać z koniecznością dodatkowego ostrego podjazdu (bo tak z reguły kończy się skracanie dróg w górach :) - ale jadąc z góry mieliśmy na tyle szeroką perspektywę, że było widać, iż ten skrót prowadzi tylko w dół. W urokliwym miasteczku z wąskimi uliczkami - Lauders przekraczamy słynną Adygę i oszczędzając dobre kilka km dojeżdżamy do drogi na Ofenpass. Warunki są wyraźnie lepsze niż na podjeździe pod Reschen - wiatr w plecy (jak w większości alpejskich dolin wieje w górę doliny) i dużo mniejszy ruch, bo na trasie na Reschen był już chwilami dotkliwy. Pierwsze już zdecydowanie ostre podjazdy są przed miasteczkiem Tubre (1260m) gdzie jest granica szwajcarska - cięższe niż na Reschen, jedzie się już poniżej 10km/h. Na większy postój przed przełęczą stajemy kawałek dalej w ślicznym miasteczku Santa Maria. Prowadząca stąd droga na przełęcz Umbrail (i dalej na Stelvio) jest zamknięta, ale nie dziwimy się, bo jest częściowo szutrowa i pewnie w kolejności odśnieżania niepierwsza. Mamy już ponad 80km i jeden duży podjazd w nogach, więc obawialiśmy się jak to będzie z formą na znacznie cięższej niż Reschen Ofenpass. Pogoda robiła się coraz gorsza, chmury nad przełęczą takie, że byliśmy przekonani, że z tego musi zdrowo padać, ale na szczęście skończyło się na paru minimalnych mżaweczkach. Za ostatnim miasteczkiem na trasie (Fuldera) podjazd robi się bardzo ciężki, to już 9-10% na jakiś 4km, z półkilometrowym odcinkiem aż 12% i po raz pierwszy na wyjeździe muszę zrzucić na najmniejszą zębatkę z przodu. Na przełęczy OfenpassNa ok. 1800m zmęczony staję na odpoczynek, po 10min docierają Marek i Miki. Trochę fotografując jedziemy powoli w górę, ale na ok. 1950m i po prawie 100km w nogach Miki i ja jesteśmy już tak padnięci, że musimy kolejny raz stanąć na dłuższy postój; zdecydowanie najlepiej z nas podjazd zniósł Marek, przyzwyczajony do bardzo długich dystansów. Mnie dopadł typowy "wilczy głód" - nic nie zjadłem na wcześniejszym postoju, w St. Maria też nie za wiele, co boleśnie dało o sobie znak na bardzo wymagającej końcówce. Po czekoladzie i sporej ilości biszkoptów jest już wyraźnie lepiej i zaliczamy jadąc za Markiem ostatnią część podjazdu. Profil końcówki jest nieco mylący, bo faktycznie jest dużo więcej niż 4%, jest kawałek zupełnie płaski, a później znowu ostro w górę. Przełęcz urokliwa, oczywiście robimy krótki postój i obowiązkowe triumfalne zdjęcia z tablicą na której jest druga nazwa przełeczy Ofenpass - czyli Pass dal Fuorn. Humory mamy doskonałe, jesteśmy bardzo zadowoleni, że mimo ciężkiego nachylenia daliśmy radę wjechać na nasz pierwszy dwutysięcznik i to ze 100km w nogach. Z równowagi nie wytrąciło nas nas nawet i to, gdy oglądając profil przełęczy z drugiej strony okazało się, że po drodze do Zernez czeka nas jeszcze 200m w górę. Szybko zaliczam zjazd do wlotu tunelu prowadzącego do Livigno (na 1700m), długo czekam na Marka i Mikiego, okazało się że w rowerze Marka pękła szprycha w tylnym kole, więc wolał jechać powoli, by na jakiejś dziurze w osłabionym kole nie pękły kolejne szprychy. Na wjeździe do tunelu widzimy informację o zamknięciu Forcoli di Livigno, którą mamy jutro jechać. Sprawnie zaliczamy "ponadprogramowe" 200m podjazdu, stąd mamy już tylko w dół do Zernez, druga część zjazdu jest trochę ostrzejsza od pierwszej, przekraczam 60km/h. W Zernez jesteśmy już po 20 i postanawiamy nie jechać do planowanego na dziś La Punt położonego 20km dalej i 200m wyżej (jutro ma być tylko 80km, więc będzie gdzie nadrobić). Zatrzymujemy się na kempingu, na którym nocowałem 7 lat temu. Z robieniem obiadu przenosimy się do zadaszonego pomieszczenia, które jak nam się wydawało do tego właśnie służy. Po pewnym czasie przyszedł właściciel i w wyjątkowo ordynarny sposób nas przegonił (bo okazało się, że to pomieszczenie należało do obecnie nieczynnej kempingowej restauracyjki). Kapnęliśmy się, że obok jest kuchnia dla kempingowiczów i tam zjedliśmy obiad, kończąc dzień zwyczajową porcyjką "Gorzkiej Żołądkowej" :)

III dzień - Zernez - La Punt - Albulapass (2315m) - La Punt - Pontresina - Berninapass (2330m) - Forcola di Livigno (do wys. 2222m) - [I] - Tirano - Bormio - S. Lucia



DST 147 km - AVS 17,6 km/h - MAX 70,9 km/h - ALT 2453 m

Rano Marek wymienia pękniętą szprychę (przy okazji okazało się, że "fachowiec" w Łowiczu mierząc szprychy w tylnym kole uznał, że wszystkie mają tą samą długość, w końcu musiał pożyczyć właściwą szprychę od Mikiego). Po zapłacie za kemping (po paru dniach przy przeglądaniu rachunku okazało się że złodziej doliczył nam kilka euro za... caravan) ok. 9 ruszamy w trasę. Pierwszy odcinek bardzo przyjemny - ładna trasa przez las z lekkimi podjazdami doliną Innu, kilka razy przecinamy biegnącą tu linię kolejową. Pogoda pochmurna, ale na deszcz się nie zanosi. Szybko docieramy do La Punt - miejsca gdzie zaczyna się podjazd na Albulę, który mieliśmy w planach. Ale mamy mieszane uczucia, ze względu na wczorajsze opóźnienie jesteśmy 20km do tyłu i istnieje obawa, że przez Forcolę nie przejedziemy, co będzie wymagało długiego objazdu, a co gorsza sama droga na Albulę również jest zamknięta. Na domiar złego są problemy z zostawieniem bagażu (bo na Albulę chcemy wjechać na lekko) - niestety Szwajcarzy są bardzo nieuczynni.Zamknięta droga na Albulę Udaje się jedynie załatwić przechowanie bagażu na rampie pod sklepem, do której każdy z zewnątrz ma dostęp. Miki i Marek w końcu rezygnują z przełęczy, ja postanawiam zaryzykować. Umawiamy się, że w czasie gdy będę podjeżdżać oni pojadą zwiedzić Sankt Moritz położone parę kilometrów w bok od naszej trasy. Ze sobą biorę tylko najpotrzebniejsze rzeczy (ok. 4-5kg w jednej sakwie) resztę trochę ryzykownie zostawiam na tej rampie (ale Szwajcaria to nie Polska, więc tu jest dużo większa szansa, że nikt tego nie ukradnie). Podjazd od samego początku jest ostry, pierwsza część to cały czas twarde nachylenie 8-10% bez wypłaszczeń, więc bardzo szybko wznoszę się nad dolinę Innu. Na wys. ok. 1900m dalszą jazdę wstrzymuje szlaban z inforacją o zagrożeniu lawinowym, ale dla mnie w to tylko graj, bo już dawno chciałem zaliczyć drogę w typowo zimowych warunkach, z wielkimi zaspami wzdłuż szosy. Czekam tylko aż z pola widzenia zniknkie samochód służby drogowej (który akurat tu spotkałem) i przechodzę pod szlabanem. Podjazd dalej ciężki, dolina Innu znika z pola widzenia wraz z wysokością pojawia się coraz więcej śniegu. Jedzie się fantastycznie - idealnie puściutko (tak pusto że spotkałem kilka świstaków które zapuściły się na szosę, ale są tak szybkie że nie zdąrzyłem ich sfotografować). Na lekko jedzie się świetnie, mimo dotkliwego nachylenia nie jestem zmęczony, to zupełnie inna bajka niż jazda z 25-30kg. Na ok. 2050m z przeciwka z głośnym szumem opon zjeżdża dwójka rowerzystów na MTB, więc jestem już prawie pewny że przełęcz jest przejezdna. Powyżej 2100m śnieg jest już wszędzie, im wyżej tym więcej.; wreszcie jestem w pełni usatysfakcjonowany - na takie pejzaże liczyłem planując wyprawę w Alpy w maju. Sama końcówka podjazdu jest łatwiejsza, są dość długie wypłaszczenia. Po przerwie na kilka zdjęć docieram na przełęcz, hotelik zamknięty na głucho, na siodle przełęczy zaczyna wiać mocny, lodowaty wiatr, tak więc długo tu nie zabawiłem, zakładam drugą koszulkę i bluzę i ruszam na zjazd. Do La Punt docieram błyskawicznie. Moimi bagażami nikt się nie zainteresował, więc po przepakowaniu szybko ruszam dalej. Odcinek do Samedan nieciekawy - jazda po płaskim szeroką doliną w której wiatr zaczyna zdrowo obciągać. Z Mikim i Markiem umówiłem się na skrzyżowaniu na Berninę, docieramy tam niemal jednocześnie. Po odpoczynku zaczynamy podjazd na nasz kolejny dwutysięcznik, tym razem z pełnym bagażem. Podjazd na Berninę jest łagodny i dość długi, ale musimy walczyć również z przeciwnym wiatrem, który na niewielkich nachyleniach daje się we znaki. Cały czas towarzyszy nam najwyższa linia kolejowa Europy prowadząca przez przełęcz do Włoch. Na ok. 2000m rozpoczyna się większe wypłaszczenie i szeroka dolina, do której docieramy po pierwszej części podjazdu prowadzącej przez las. Na wypłaszczeniu wiatr jest bardzo dotkliwy, ale włożony trud rekompensują w pełni wspaniałe alpejskie krajobrazy, znowu wjeżdżamy w krainę lodu i śniegu, która tu rozpoczyna się na ok. 2100m. Ostatnie 150m to już ciężkie nachylenie 7-8%, podjazd doprowadza nas nad wielkie zamarźnięte jezioro, wreszcie wychodzi słońce - i widoki są boskie. W doskonałych humorach meldujemy się na szczycie i po odpoczynku ruszamy na krótki bo zaledwie 250m zjazd do skrętu, gdzie rozpoczyna się równie krótki, ale za to znacznie ostrzejszy podjazd na Forcolę di Livigno (2315m). Od razu wita nas szlaban, patrząc na opustoszałe przejście graniczne uświadamiamy sobie, że nie tylko będziemy jechać zamkniętą drogą, ale i jeszcze nielegalnie przekraczać granicę UE, bo na Forcoli jest przejście szwajcarsko-włoskie - ale oczywiście bez specjalnych oporów dajemy"wpieriod". Mija nas kilka samochodów z robotnikami remontującymi drogę, machają żebyśmy zawracali.Podjazd na Forcolę Ale to nas oczywiście nie zatrzymuje, mijamy jeszcze grupkę robotników naprawiających drogę (dziwnie na nas patrzyli :) - i zaczyna się ostry podjazd (z odcinkiem ponad 12%). Bardzo szybko pojawiają się potężne masy śniegu, znacznie więcej niż na Albuli i Berninie, na wys. ok.2200m są to już ogromne zaspy po kilka metrów, cisza idealna, cały podjazd tylko dla nas. Sama końcówka to jazda po prostu wąwozem ze śniegu ze ścianami wysokimi na 5-6m - przeżycie niesamowite! Niestety na wysokości równo 2222m dalszą drogę blokuje nam ściana śniegu wysoka na 5m. Szkoda włożonego w podjazd wysiłku, ale dla takich wrażeń i widoków z pewnością warto było stracić trochę sił i czasu by tu wjechać. Ale blokada Forcoli mocno skomplikowała naszą trasę, bo mieliśmy dziś dotrzeć do Bormio jadąc przez Livigno. A teraz jedyna sensowna alternatywa - to zjazd na sam dół do Tirano we Włoszech i następnie 40km w górę do Bormio. Szybko wracamy do drogi na Berninę i rozpoczynamy najwspanialszy zjazd wyprawy. W sumie z wys. 2222m aż na 450m, niemal 2000m przewyższenia! O ile Bernina z Sankt Moritz to dość łatwy podjazd, to z Tirano jedna z najcięższych gór Europy - większość zjazdu jest bardzo ostra, rzadko jedzie się poniżej 50km/h. Fantastyczny jest kontrast lodowatej, zaśnieżonej Forcoli z pełnym latem na dole. Pierwsza faza zjazdu kończy się na 1000m w rejonie Poschiavo, na najostrzejszych fragmentach przekraczam nawet ekskluzywną granicę 70km/h. Później jest piękny i płaski (kilka km) odcinek wzdłuż bardzo malowniczego Lago di Poschiavo i zaczyna się druga, jeszcze piękniejsza faza zjazdu, równie szybka (drugi raz minimalnie ponad 70km/h) - fantastyczne są szczególnie przejazdy przez liczne na tym kawałku prześliczne małe miasteczka (bardzo mocno ponachylane), a linia kolejowa z Berniny chwilami jest poprowadzona po prostu ulicami owych miasteczek (a konkretniej główną szosą którą jedziemy). Granicę włoską przejeżdżamy bez problemu, na krótki odpoczynek stajemy na samym dole w Tirano, dzieląc się wrażeniami z tego niepowtarzalnego zjazdu. Ale do naszego dzisiejszego celu - Bormio ciągle daleko, 40km i to pod górę, a jest już ok.20. Ale ponieważ nieosiągnięcie Bormio skomplikowałoby trochę następne dni więc postanawiamy jechać ile się da, nawet nocą. Tuż za Tirano zaliczamy dość ostry podjazd 100m, później trochę się wypłaszcza, jest nawet i w dół. No i rychło pojawia się to czego się obawialiśmy - a mianowicie znak drogi ekspresowej. Są szczegółowe znaki zakazów (motocykle, motorynki do pewnej pojemności itd.) - ale nie ma rowerów. Po długich rozważaniach postanawiamy się tego trzymać (zrobiliśmy foto znaku by mieć się czym tłumaczyć) - i ruszamy. Na objazdy starą drogą byliśmy juz za bardzo zmęczeni, a boczna droga jest zawsze znacznie bardziej wymagająca od zwykłej. I był to strzał w 10 - bo ekspresówka prowadziła cały czas lekko w górę, praktycznie bez żadnych zjazdów, więc w ogóle nie traciliśmy już podjechanych metrów. Przy tym jechało się całkiem szybko (jak na podjazd, Tirano jest na 450m - Bormio 1200m). Ale wkrótce zaczyna zmierzchać, zakładamy więc lampki i jedziemy wspólnie - bo zaczyna się długa seria tuneli, no i niestety po ok. 15-20km pojawił się tym razem nie budzący wątpliwości zakaz dla rowerów . Ruch jest coraz mniejszy, natomiast nie brakuje pojazdów służby drogowej przy wjazdach i wyjazdach z tuneli. Wkrótce orientujemy się, że tunele są właśnie zamykane dla ruchu z powodu drobnych remontów. Ale drogowcom rowery nic nie przeszkadzały (Włosi na szczęście nie są takimi miłośnikami przepisów jak Szwajcarzy czy Niemcy); żartowaliśmy sobie nawet że jak zobaczyli trzech Polaków walących na rowerach nocą tunelami - to zamknęli dla nas cały ruch :)). A w tunelach pod górę jedzie się świetnie bo powietrze tak się zasysa, że jest wiatr w plecy. W końcu po ponad 15km w tunelach docieramy ciemną nocą do Bormio (grubo po 22). Na poszukiwanie kempingu zeszło się jeszcze sporo czasu, w końcu wylądowaliśmy parę km na południe od Bormio w St. Lucia. Spać kładziemy się po 1 w nocy, ale z nadzieją, że dzięki temu że dziś daliśmy radę dociągnąć do Bormio - to za 2 dni na kemping wreszcie dotrzemy o ludzkiej porze :)

IV dzień - S. Lucia - Mazzo (550m) - Passo Mortirolo (1851m) - Monno - Ponte di Legno (1258m) - Passo Gavia (2621m) - Bormio - S. Lucia



DST 118,5 km - AVS 15,8 km/h - MAX 57,2 km/h - ALT 3049 m

Dzisiaj czekają nas chyba największe wyzwania tego wyjazdu - czyli słynne z Giro d'Italia przełęcze Mortirolo i Gavia. Jedziemy oczywiście bez pełnego bagażu, bo takie piły byłyby dla nas skrajnie trudne do zaliczenia z pełnowymiarowym ciężarem. Niemniej całodniowy wyjazd w wysokie góry zmusza do zabrania sporej ilości rzeczy, w sumie mamy po ok. 7-8kg. Wskutek wczorajszego bardzo późnego przyjazdu na kemping i dzisiejszego grzebania się, wyjeżdżamy bardzo późno, dopiero trochę przed 12. Z początku mamy zamiar do Mazzo w dół doliny jechać boczną drogą, z której wczoraj zrezygnowaliśmy, ale gdy omyłkowo dojechaliśmy do skrętu na główną - uznaliśmy, że mamy za mało czasu na czasochłonne objazdy i ruszamy ekspresówką. I podobnie jak wczoraj było to fantastyczne rozwiązanie - przez prawie 25km praktycznie nie schodzimy poniżej 30km/h, a często walimy i prawie 50km/h - a to wszystko prawie bez wysiłku i bez upału (bo jest naprawdę ciepło, ponad 30'C). Na boczną drogę zjeżdżamy dopiero w Grosetto i po krótkim odpoczynku docieramy do Mazzo, gdzie zaczyna się zdecydowanie najcięższa z trzech wersji podjazdu pod Mortirolo. Profil budzi niekłamany szacunek - 1300m przewyższenia przy ŚREDNIM nachyleniu 10,4% i maksami po 18-20%. Na "dzień dobry" od razu zaczyna ostra piła, do tego początek podjazdu jest na palącym słońcu. Droga bardzo wąska, ma swój klimat, fragmentami świeżo remontowana (parę dni po nas jechało tędy tegoroczne Giro, spotkaliśmy wiele samochodów ekip kolarskich, które lustrowały podjazd). Na szczęście w miarę szybko zaczyna się las i upragniony cień. Nachylenie jest wycinające, rzadko da się jechać więcej niż 8km/h. Na ok 900m robię krótki postój, po paru minutach dojeżdża Marek, który jednak się nie zatrzymuje - postanawia zdobyć Mortirolo bez stawania! Poczekałem jeszcze na Mikiego i też ruszam w górę na najcięższą środkową część podjazdu, gdzie są kilometry nachylone grubo ponad 10%. Mimo zabójczego nachylenia wpadłem w dobry rytm i postanawiam też jechać non-stop, stawałem tylko by uzupełnić wodę, zjeść czekoladę i zrobić zdjęcie pomnika Pantaniego. I myślę, że taki sposób podjeżdżania znacznie bardziej mi odpowiada niż częste postoje wybijające z rytmu, a gdy się rytm załapie - to nawet duże nachylenia tak nie przeszkadzają. Podjazd od strony widokowej bardzo marny, prawie cały czas w lesie, bardzo kręty.Piekielne nachylenia na Mortirolo Na ok. 1400m znajduje się pomnik Marco Pantaniego, który na Mortirolo niejeden triumf święcił. Górna część podjazdu nieco łatwiejsza, ale też nie brakuje stromizm powyżej 14-15%, jest tylko więcej wypłaszczeń (w cudzysłowiu, bo na Mortirolo wypłaszczenie to tak 7-8%, prawdziwych wypłaszczeń to jest zaledwie może 3-4 na całą górę) niż niżej. Na ok. 1750m wjeżdża się ponad granicę lasu, jeszcze kilka serpentyn i jest - mordercze Mortirolo zdobyte! Po ok. 5min dociera Marek, który wjechał z samego dołu bez nawet minimalnego postoju! Prawdziwy szacunek! Robimy sobie zdjęcia, rozmawiamy o podjeździe, Miki dociera 30min po Marku, preferuje trochę inny styl jazdy z krótkimi, częstszymi postojami i bardzo lekkimi przełożeniami. Wiele na szczycie nie zabawiliśmy, szybko ruszamy na bardzo kręty zjazd do Monno - na którym spotykamy parę sakwiarzy jadących z bagażami na przełęcz. Choć z tej strony Mortirolo jest sporo łatwiejsze to jednak spotkać dziewczyny z bagażem się tu na pewno nie spodziewaliśmy. Zjeżdżamy w sumie na ok. 900m i orientujemy się, że z czasem stoimy bardzo kiepsko, więc szybko ruszamy w górę doliny do Ponte di Legno. Jest wiatr w plecy, więc jedzie się bardzo przyjemnie. Gdy dotarłem na miejsce, po kontakcie SMS-owym okazało się, że Marek i Miki stanęli na postój w sklepie - tak więc w Ponte di Legno jesteśmy dopiero ok. 18.30. Na domiar złego okazuje się, że droga na Gavię jest zamknięta, a byliśmy przekonani, że ze względu na Giro musi być otwarta. Zdrowo nas to wkurzyło i długo rozważaliśmy co robić, ja obawiałem się, że Marek i Miki nie dadzą rady wjechać na szczyt przed zmrokiem, dlatego sądziłem że lepszym rozwiązaniem niż ryzykowny nocny zjazd (Marek dysponował bardzo kiepską lampką, typowym"chińczykiem") będzie jeśli pojadą z powrotem w stronę Tirano i Bormio i przenocują gdzieś w hotelu po drodze. W końcu uzgadniamy, że wszyscy jedziemy na przełęcz, a ja jadąc z przodu dam wcześniej znak SMS-em, jeśli przełęcz będzie nieprzejezdna. Szybko ruszam do góry, tego dnia jechało mi się naprawdę świetnie, takiej formy dawno nie miałem. Podjazd na Gavię nie jest aż tak ciężki jak Mortirolo, niemniej do lekkich na pewno nie należy, rzadko jest mniej niż 7-8%, są i fragmenty po 16%. Passo Gavia nocąJedzie się fantastycznie - w ogóle nie ma samochodów, cała droga tylko dla nas, za ostatnim miasteczkiem nie spotkałem żywej duszy, majestatyczne zaśnieżone szczyty kapitalnie prezentują się przy zachodzącym słońcu. Na ok. 2300m pojawia się śnieg, im wyżej tym więcej, jest też długi (z 500m) ostro nachylony i zupełnie ciemny tunel z płynącymi strumieniami wody. Końcówka to serpentyny w całych masach śniegu (w końcu to ponad 2500m) - droga choć jeszcze nieprzygotowana do ruchu (trochę kamieni, strumienie wody) to na nasze szczęście jest odśnieżona. Na szczyt docieram tuż przed 21, wszystkie zabudowania są zamknięte na głucho. Po kontakcie SMS-owym przebieram się w spodnie i kurtkę gore (na 2621m jest 7'C) i decyduję się czekać na Mikiego i Marka, docierają po ok. 35-40min, więc wcale nie tak źle jak się obawiałem na dole. Rację miałem częściową - przed zmrokiem co prawda wjechać rady nie daliśmy, ale za to zupełnie przesadziłem z obawami co do bezpieczeństwa nocnego zjazdu, który wcale nie był tak niebezpieczny jak mi się to na dole wydawało. Dzięki temu, że zdecydowaliśmy się zaryzykować wjazd na Gavię zaliczyliśmy chyba najbardziej niezwykłe chwile wyjazdu. Po szybkiej sesji zdjęciowej Marek i Miki przebierają się w ciepłe ciuchy, wszyscy odpalamy lampki i ruszamy w dół. Za szybko oczywiście jechać się nie dało, bardzo pomagają odblaski na drodze, a Markowi (którego przedni "chińczyk" bardzo słabo świeci) - nasze tylne światła. Wrażenia ze zjazdu niesamowite - gwiaździste niebo, zero jakichkolwiek świateł na bardzo długim odcinku, oczywiście zero samochodów, ledwo wypatrzyliśmy szlaban na zamkniętej drodze :)). Pierwsze światła to położona na 1780m Santa Caterina, później znowu wjeżdżamy w ciemność (choć juz na szerszej drodze) i dopiero w serii wiosek przed samym Bormio się rozjaśnia. Na kempingu jesteśmy trochę przed pierwszą, potężnie zmordowani (ponad 3000m podjazdów!) ale i prawdziwie usatysfakcjonowani niesamowitymi przeżyciami dzisiejszego dnia.

V dzień - S. Lucia - Bormio - Passo dello Stelvio (2758m) - Spondigna - Merano



DST 105 km - AVS 17,6 km/h - MAX 69,1 km/h - ALT 1677 m

Rano, jak na wczorajsze wrażenia udało nam się zebrać całkiem przyzwoicie i ok. 10 jesteśmy na trasie. Po raz pierwszy w końcu mamy okazję zobaczyć Bormio za dnia, stajemy tu na większe zakupy. Na znakach na skręcie w Bormio pojawia się informacja o zamknięciu Stelvio, kawałek wyżej przy rozjeździe do Isolacci coś wręcz przeciwnego - zielone tabliczki Open. Przez pierwsze kilometry daje sie we znaki słońce, nachylenie umiarkowane, aczkolwiek tym razem jedziemy z pełnym bagażem a to zupełnie co innego niż wczoraj; podjeżdżamy głównie lasem przeplatanym z malowniczymi skałkami. Na wys. ok. 1500m droga przechodzi na drugą stronę góry, chwilami bardzo mocno wieje, obawiamy się co będzie dalej - bo jedziemy głównie właśnie na wschód, skąd wieje. Droga serią serpentyn wbija się w zbocze, po czym na ok. 1700-1800m zaczyna się długi trawers, fragmentami całkiem mocno nachylony, trasa bardzo malownicza prowadzi serią tuneli i półtuneli, w których woda fragmentami leje się z sufitu jak z cebra. Podjazd na StelvioJeden z motocyklistów kilkakrotnie do nas krzyczy, że przełęcz jest zamknięta, ale oczywiście jedziemy dalej. Marek znowu jedzie zupełnie bez stawiania, co i mnie dopinguje do jazdy bez postojów i wkrótce wpadam w swój dobry rytm, najgorzej jechało mi się w dolnej, łatwiejszej części trasy. Trawers kończy się na wys. ok. 1900m potworną 14% ścianką, za nim seria serpentyn doprowadza do położnej na ok. 2000m małej restauracyjki (zamkniętej), gdzie staję na postój. Przez długi zoom aparatu na doskonale widocznym z góry podjeździe szukam Marka, który powinien być parę minut za mną - okazało się, że na tej piekielnej 14% pile postanowił odpocząć i poczekać na Mikiego. Ja po paru minutach ruszam w górę i zaliczam długą serię serpentyn kończącą się na ok. 2250-2300m, gdzie droga się wyraźnie wypłaszcza i wjeżdża w dużą ośnieżoną dolinę kończącą się podjazdem pod Umbrail. Takie wypłaszczenie to bardzo fajna sprawa na tak długim podjeździe jak Stelvio, pozwala złapać drugi oddech, widoki w dolinie są fantastyczne, sporo fotografuję, w końcu udało mi się "strzelić" i świstaka, większość jego kumpli znikała w norkach tak szybko, że nie zdążyłem nawet sięgnąć po aparat. Dolina kończy się paroma serpentynkami, które doprowadzają na przełęcz Umbrail (2501m), z której można częściowo szutrową drogą zjechać do Santa Maria w Szwajcarii. Po paru zdjęciach ruszam na ostatni fragment podjazdu, już w całkowicie zimowych warunkach z wielkimi zaspami przy drodze. Te 3km z Umbrail na Stelvio daje zdrowo w kość, nachylenie poniżej 8% nie schodzi, a są i wyraźnie ostrzejsze kawałki. Stelvio widać jak na dłoni, co zwiększa motywację. Końcówka to malownicza droga przy skałach i wielkim śniegu. I w końcu nieźle juz zjechany docieram na pięknie położoną przełęcz stanowiącą najwyższy punkt naszej wyprawy - aż 2758m. Mimo, że to koniec maja jest jeszcze trochę narciarzy korzystających z lodowca. Ale moją uwagę przykuwa zupełnie co innego - a mianowicie szlaban i duża warstwa śniegu w miejscu, gdzie zaczyna się zjazd na północną stronę przełęczy. Idę zobaczyć jak wygląda sytuacja, ale rychło muszę wrócić, by nie zmoczyć butów zakładam wodoodporne skarpetki i klapki.Na najwyższej przełęczy wyjazdu! Przeprawiam sie przez barierę, śniegu za szlabanem nie jest tak dużo, ale widzę jak parę serpentyn niżej pracuje jeszcze wielki pług wirnikowy. Także i na samej przełęczy cały czas trwa odśnieżanie, co chwila przejeżdża tu ogromny spychacz z łańcuchami na kołach, zrzucając cały ładunek śniegu na dół. Pogoda jest perfekcyjna, cały czas słońce - co powoduje, że okulary przeciwsłoneczne muszą cały czas być w użyciu, bo słońce odbite od śniegu daje po oczach - że ho! Po ponad godzinie dociera Marek, chwilę po nim jest i Miki (kręcili po drodze sporo filmików). Po triumfalnych zdjęciach na najwyższej (a i chyba najpiękniejszej) przełęczy wyjazdu (które zrobiła nam polska motocyklistka) Marek i Miki przebierają się do forsowania bariery śniegu (Miki w kompletny strój wysokogórski, ja już przebrany byłem wcześniej bo trochę zmarzłem czekając). Sprawnie przerzucamy bagaże i rowery na drugą stronę bariery, po czym ruszamy w dół. Droga zupełnie nie jest przygotowana do jazdy, pełno tu kamieni i dziur, szosą płyną potoki wody - tak więc pierwszy odcinek jedziemy ostrożnie. Okazało się, że godzina którą spędziłem czekając na Mikiego i Marka nie była wcale straconym czasem - bo właśnie przez tą godzinę pług skończył odśnieżanie drogi co oszczędziło nam żmudnej przeprawy w głębokim śniegu. Zjazd jest przepiękny widokowo, przez długi ciąg serpentyn - cały czas mamy widoki na wielki lodowiec Ortler położony w rejonie Stelvio. Na ok. 2300-2350m droga jest już sucha i można bez problemu trochę popuścić hamulce. Poniżej 2000m zaczyna się już las, robi się dużo cieplej. Na 1900m przeprawiamy się przez szlaban zamkniętej drogi i zastanawiamy się czy są szanse dociągnięcia dziś wg planu do Merano. Jako, że jest już późno nieźle zgłodniałem i dlatego przy pierwszym miejscu, gdzie była woda zatrzymaliśmy się na obiad (gotowałem tylko ja, Miki i Marek trochę więcej jedli po drodze i ograniczyli się do suchego prowiantu). Po posiłku od razu wstąpił w nas duch bojowy i postanawiamy dociągnąć do Merano, nawet jeśli znowu trzeba będzie jechać nocą. Druga część zjazdu jest nawet trochę szybsza od pierwszej (mniej serpentyn, zresztą Stelvio od północy jest deczko cięższe niż z południa). Do Prato jest cały czas w dół, w miasteczku lekko zwątpiliśmy widząc jak mocny wiatr wieje ze wschodu z Merano. Ale, że nie mamy wyboru więc ruszamy, w końcu do Merano zjeżdżamy z 900m na 320m. Pierwszy odcinek to lekko pagórkowaty kawałek bez większych zjazdów, na którym wiatr daje nieźle w kość, mimo to jedziemy całkiem szybko, z częstymi zmianami. Przed Schlanders są ostre zjazdy, parę kilometrów lecimy ok. 50km/h, za nami cały zjazd jechał tir i ani razu nie zatrąbił, nie próbował też ryzykownie wyprzedzać - kiedy taka kultura drogowa będzie i u nas! Gnaliśmy tak, że aż Mikiemu wypadło szkło kontaktowe z oka, na szczęście zdążył wyhamować zanim je zgubił :). Od Schlanders zaczęła się fantastyczna jazda, rzadko schodzimy poniżej 25km/h, często grubo powyżej 30km/h - kilometry lecą jak z bicza strzelił, wiatr się zupełnie uspokoił. Przed Merano jest kilka tuneli, ze dwa z zakazami, ale że wszyscy za objazdami rowerówkami nie przepadamy więc walimy szosą. Ostatni odcinek przed Merano to długi zjazd, częściowo w tunelach, cały czas ponad 50km/h na świetnej idealnie równej drodze - grzeje się jak wszyscy diabli, niemal jak z Berniny! Tak więc niespodziewanie do Merano docieramy tuż przed zmrokiem, po krótkim kołowaniu po tym niebrzydkim mieście trafiamy na bardzo przyzwoity i nie taki drogi kemping (ok. 8E od osoby). Wieczorem Miki jedzie jeszcze na krótką przejażdżkę po mieście, Marek i ja mamy na dziś już dość, obiecując sobie, że jutro wreszcie będzie nieco luźniejszy dzień.

DALEJ >>>