GIBRALTAR - 2013




XVI dzień - Cardena – Villa del Rio – Porcuna – Alcaudete – Alcala de Real – Pinos Puente



DST 170,8 km - AVS 20,9 km/h - MAX 70,4 km/h - ALT 2088 m

      Początek dnia bardzo przyjemny – długie zjazdy z masywu Sierra Madrona. Jedziemy boczną, zupełnie pustą drogą. Powoli wjeżdżamy w klasyczny andaluzyjski krajobraz – czyli mnóstwo oliwek i wysuszone słońcem wzgórza. Przed Villa del Rio przekraczamy słynną rzekę Guadalkiwir (zaledwie na poziomie 200m). Miasteczko opuszczamy boczną drogą, która po paru kilometrach zamienia się w kamienistą szutrówkę. Chwilę trzeba się było przemęczyć, przed Loperą wraca normalna droga. Dalszy odcinek – to już bardzo pagórkowata droga, podjazdy są co chwilę, powoli robi się coraz cieplej, a kolejne wzgórza skutecznie wysysają siły. Większy postój robimy w Alcaudete, z charakterystycznym zamkiem królującym nad miastem, odpoczywamy w ładnym parku w centrum. 

      Za Alcaudete wjeżdżamy na główniejszą drogę w stronę Granady i walcząc z kolejnymi wzgórzami jedziemy dalej, w rejonie Alcala de Real się rozdzielamy, Rysiek pojechał jeszcze obejrzeć piękny zamek nad miasteczkiem, ja chciałem wreszcie dotrzeć na nocleg o sensownej porze (nie o zmierzchu jak przez parę ostatnich dni), by porządniej się zregenerować. Końcówka trasy – piękna, elegancka jazda z wiatrem w plecy, sprawnie połykam kolejne wzgórza. Krótkimi chwilami przy drodze pojawiają się nawet inne uprawy niż oliwki, jest trochę zboża; ale generalnie oliwki panują tutaj w sposób niekwestionowany. Ale momentem, który najlepiej zapadł mi w pamięć tego dnia – był wspaniały zjazd do Granady, która leży w takiej rozległej kotlinie otoczonej górami. W pewnym momencie tego zjazdu, między okolicznymi niższymi szczytami pojawia się kapitalny widok na ogromny, ośnieżony, trzytysięczny masyw Sierra Nevada – ten widok naprawdę rzuca na kolana. Sam zjazd z wiatrem, więc bardzo szybki, udało się przekroczyć nawet 70km/h. Na dole krótka rundka po Pinos Puente – i po krótkich poszukiwaniach miejscówki rozbijam się pod lasem, zasadzonym tutaj „od linijki”, z równymi rzędami drzew; wreszcie jestem na biwaku o ludzkiej porze i mogę sensowniej odpocząć. Wysyłam współrzędne pozycji geograficznej do Ryśka, który tradycyjnie jeszcze stawał w miejscowej knajpie, dzięki temu mógł tu sprawnie trafić, świetne rozwiązanie przy posiadaniu GPS.

XVII dzień - Pinos Puente – Granada – Pico de Veleta (do wys. 3060m) – Granada – La Malaha – Cacin



DST 147 km - AVS 16,9 km/h - MAX 59,2 km/h - ALT 3071 m

      Na samym starcie – przeżywamy zupełnie nieoczekiwaną błotną masakrę. Pogoda dalej była świetna, ale nocowaliśmy kawałek od drogi, a w nocy spuszczono tutaj sporo wody z pobliskiego kanału do nawodnienia pola. W efekcie tego musieliśmy się przeprawić może jakieś 200m przez błotnistą drogę. Ale błoto było takie, że wystarczyło pierwsze 20m – by zupełnie usyfić rowery, koła przestały się obracać, wszystko było w błocie. Żeby doprowadzić rowery do porządku straciliśmy ponad godzinę, na szczęście kawałek dalej była myjnia z karcherem, nie ma to jak myć w ten sposób szosówkę ;))

      Po tej niecodziennej przygodzie szybko docieramy do Granady i przebijamy się bardzo ruchliwe centrum, zwiedzanie miasta zostawiając sobie na powrót. Naszym celem był oczywiście najwyższy podjazd Europy – czyli słynny Pico Veleta. Wyjechaliśmy kawałek za miasto, na początku właściwego podjazdu zostawiamy większość bagażów, tak by ten bardzo ciężki podjazd zaliczać na lekko. Ryśkowi aż tak wielkiej różnicy to nie robiło (w sumie miał poniżej 10kg bagażu) – ale ja ponad 10kg mniej odczułem wyraźnie, pod górę taka różnica jest już zauważalna. A podjazd pod Veletę to niemal 40km non-stop pod górę (a doliczając łagodniejszy, ale jednak podjazd z Granady – ponad 50km). Nachylenie jest dość równe, cały czas trzyma 5-8%, krótkie wypłaszczenia są tylko w pierwszej części podjazdu. Tak więc góra ciągnie się w nieskończoność, ale że pogoda jest świetna, a i widoki w czasie podjazdu imponujące – jedzie się bardzo przyjemnie. Droga najpierw wznosi się wysoko nad dolinę w której leży Granada, a następnie na wysokości ok.2000m przerzuca się na drugą część doliny, odsłaniając wspaniały widok na ogromną, zaśnieżoną piramidę Velety. Wysokość ma się już wtedy taką na której kończy się wiele znanych alpejskich podjazdów, tutaj natomiast to zaledwie połowa podjazdu ;))

      Droga doprowadza do górnych rejonów stacji narciarskiej na wysokości 2500m, dalej jest szlaban, za którym w górę prowadzi sporo węższa droga o mocno dziurawym asfalcie, rośnie też nachylenie, na tym odcinku rzadko już spada poniżej 8%. Pojawiają się pierwsze płaty śniegu przy drodze, wyżej są też małe tunele w śniegu. Na 3000m staję na pierwszy postój, bo już byłem mocno zmęczony takim dystansem pod górę, ale za daleko już w górę nie pociągnąłem. Okazuje się bowiem, że na wysokości 3060m leży już śnieg na drodze i wyżej jechać się nie da. I tak nie było tak źle - gdy wczoraj patrzyliśmy na to jak zaśnieżony jest masyw Sierra Nevada byliśmy niemal przekonani, że na szczyt wjechać się nie da, ocenialiśmy że realne jest ok. 2500-2800m; mimo że to już 20 czerwca śniegu dalej jest mnóstwo, tegoroczna zima w Hiszpanii była bardzo solidna i nawet tak daleko na południe jak Andaluzja wysoko w górach leży śnieg. Ruszam więc w dół, w trakcie zjazdu spotykam jadącego pod górę Ryśka, jako że miał już niedużo pod górę poczekałem aż dojedzie na 3060m – i ruszamy na prawdziwie epicki zjazd. Pierwszy kawałek na moim rowerze do niczego, wolniutko na hamulcach po dziurach i kamyczkach; ale od 2500m zaczęła się prawdziwa jazda – na podjeździe jest dużo prostych, więc da się rozpędzić, nie trzeba za często hamować. 

      Na dole wita nas niezły skwar, zabieramy bagaże i ruszamy by obejrzeć Granadę. Kierujemy się na słynną Alhambrę – wspaniały pałac, a jednocześnie i dobrze umocnioną twierdzę, wybudowany za czasów długiego panowania Arabów w tej części Hiszpanii. Na dokładne zwiedzanie nie było czasu, ale część dostępna bez biletów jest na tyle spora, że pozwala sobie wyrobić zdanie o tym bardzo oryginalnym zabytku. Wrażenie robi piękne ulokowanie na szczycie wysokiego wzgórza, charakterystyczny czerwony kolor budowli od którego Alhambra wzięła swoją nazwę, wspaniałe ogrody wewnątrz pałacu.

      Granadę opuszczamy w kierunku zachodnim, po przebiciu się przez aglomerację wracają typowe andaluzyjskie krajobrazy – czyli niekończące się wzgórza z tysiącami oliwek. Zaliczamy większy podjazd na ok. 1000m, z którego zjeżdżamy do Cacin, tutaj krótkie mycie i nabieranie wody. Za miastem niełatwo było o nocleg, wszędzie była piaszczysta ziemia, trzeba było zaliczyć spory kawałek kolejnego podjazdu. Ja zdecydowałem się tu zgodnie z planem nocować, natomiast Rysiek koniecznie chciał zjeść obiad w knajpie i pojechał do kolejnego miasta; umawiamy się na spotkanie na jutro rano.

XVIII dzień - Cacin – Alhama – Velez-Malaga- Malaga – Coin – Yunquera – El Burgo – Ronda



DST 201 km - AVS 20,5 km/h - MAX 70,3 km/h - ALT 2909 m

      Rano szybko pokonuję górę dzielącą mnie od Alhamy, w samym mieście zaliczam też piekielną ściankę koło 20%, na wylocie z miasta spotykam Ryśka, który tu nocował – i już wspólnie ruszamy dalej. Za Alhamą zaliczamy kolejny większy podjazd, w sumie na 1150m, następnie ostrzejszy zjazd na poziom 1000m, tam jedziemy kawałek płaską doliną, w której dużo jest pól, gdzie uprawia się coś innego niż oliwki (co w Andaluzji nieczęsto się trafia) – między innymi trafiły się tu uprawy karczocha, którego Rysiek nazywał „Królem Warzyw” ;)) Ale trochę mu zrzedła mina, gdy kawałek dalej mijaliśmy rolnika na traktorze, który w masce na twarzy opryskiwał warzywa hektolitrami chemii...

      Dolinę opuszczamy wąską szczerbą między dwiema malowniczymi skałami – tu zaczyna się długi zjazd aż nad samo morze. Pierwsza część bardzo fajna, ze świetnym widokami, natomiast końcówka, już na dole – to główna droga w rejonie sporego Velez-Malaga. Nad morzem cykamy obowiązkowe fotki, a pierwszym widokiem jaki nas przywitał na plaży była dziewczyna topless ;)). Odcinek do Malagi pokonujemy wzdłuż morza, pierwsze parę kilometrów jeszcze nas bawi odmiennością od tego co mieliśmy wcześniej, ale szybko zaczyna to nudzić i przeszkadzać – bo jazda turystycznym wybrzeżami to ogromny ruch i dziesiątki brzydkich kurortów z tysiącami hoteli, budowanymi na to samo kopyto. W Maladze w porcie dowiadujemy się o promy do i z Afryki (zastanawialiśmy się czy jechać do Melilli), w kafejce internetowej drukuję też powrotny bilet lotniczy. Kawałek dalej dłuższy odpoczynek w parku, okazuje się że na wolności urzędują w nim papugi – to najlepiej uzmysławia jak daleko na południe dotarliśmy.

      Malagę opuszczamy na zachód, z mocnym wiatrem w plecy docieramy do Coin, za miasteczkiem zaczynają się już porządniejsze podjazdy w rejon Rondy, na dłuższym podjeździe upał mocno daje w kość. W Yunquerze szybko przepieram koszulkę i czapkę, mokre ciuchy po 15min na ciele są zupełnie such. Za Yunquerą jest przełęcz ok. 800m, skąd zjeżdża się do ślicznego El Burgo – pierwszego z serii „białych miast” na kapitalnej drodze łączącej Rondę z wybrzeżem. Odcinek z El Burgo do Rondy to najpiękniejszy fragment tej drogi, najpierw długi podjazd ostrym zboczem z rozległymi widokami z góry na białe El Burgo, następnie skalny wąwóz w rejonie przełęczy, za którym zaczyna się rozległa preria. Miejsce idealne na nocleg – niestety nie miałem wystarczającej ilości wody na gotowanie i musiałem jechać do samej Rondy. Robię zakupy w nowej części miasta, następnie zaliczam krótką rundkę po wspaniale ulokowanej starówce (położona jest na wysokim klifie); jednym słowem Ronda robi duże wrażenie. Nocuję kawałek za miastem, tuż przy drodze, miejsce niespecjalne, ale na tutejszej glebie ciężko o dobrą miejscówkę. Wieczorem dojeżdża Rysiek, który z początku planował jechać do późnej nocy i pociągnąć dalej za Rondę, ale trasa okazała się za bardzo górzysta i dojechał jak ja do Rondy.

XIX dzień - Ronda – Gaucin – San Roque – La Linea – [GB] – Gibraltar – [E] – La Linea – Algeciras – [prom] – Ceuta – [MA] – Fnidq

     

DST 157 km - AVS 19,4 km/h - MAX 59,8 km/h - ALT 1861 m

      Z samego rana ruszam wcześnie na trasę, z Ryśkiem umawiamy się wstępnie na spotkanie w Gibraltarze. A odcinek za Rondą piękny – dalsza kontynuacja szlaku „białych miast”, mijam takich osiedli na trasie kilka, wszystkie malowniczo ulokowane na ostrych zboczach gór, robi to wrażenie szczególnie z daleka, gdy się już takie miasteczko minie i zaliczy podjazd z którego jest dobrze widoczne. Wiąże się to oczywiście z dużą liczbą podjazdów, pierwsze 50km jest bardzo górzyste, co chwilę a to 100m do góry, a to 200m w dół; ale droga jest na tyle piękna że jedzie się z przyjemnością. Dopiero w drugiej części następują długie zjazdy i robi się płasko, niestety dochodzi też przeciwny wiatr, który na trasie do Gibraltaru trochę mnie zmęczył. W końcówce – już dość duży ruch, a na sam Gibraltar wjeżdża się szeroką autostradą z La Linea.

      Charakterystyczne skały Gibraltaru widać już z daleka, robi to wielkie wrażenie – jak na tak niewielki skrawek ziemi ten półwysep jest bardzo widowiskowy. Wjazd do Wielkiej Brytanii (a jak!) też bardzo nietypowy – bo jedyna prowadząca do miasta droga przechodzi przez ... pas startowy lotniska; gdy akurat startuje jakiś samolot ruch jest wstrzymywany. Objechałem cały Gibraltar bardzo dokładnie, byłem na samym końcu półwyspu (tzw. Europa Point), przejechałem się wschodnim skrajem wyspy, wracając długim tunelem wykutym w skałach. W ogóle tuneli jest tutaj mnóstwo, a te udostępnione do normalnego ruchu – to jedynie niewielka część całości. Bo Gibraltar to ciągle bardzo istotna strategicznie baza wojskowa (szczególne znaczenie miała podczas II wojny światowej), kontrolująca cały ruch na Morzu Śródziemnym, także i ten idący Kanałem Sueskim; więc Hiszpanie mogą sobie tylko pomarzyć o zwrocie półwyspu przez Brytyjczyków (w ostatnich latach nieraz występowali z takimi żądaniami), zresztą miejscowa ludność w przeprowadzonych referendach miażdżącą większością odrzuca taką możliwość. A owe związki z Wielką Brytanią dobrze widać – np. są tutaj charakterystyczne angielskie budki telefoniczne, niektórzy policjanci noszą typowe brytyjskie hełmy; dla turysty takie drobne smaczki mają sporo uroku. 

      Zaliczam też podjazd do tzw. Górnego Miasta, tutaj urzędują m.in. słynne magoty – jedyne żyjące na wolności małpy w Europie. Małpy spotkać łatwo, sporo ich się kręci przy mocno ponachylanych dróżkach wrzynających się w skały Gibraltaru, są dobrze oswojone, nie uciekają na widok ludzi, aczkolwiek liczne tablice ostrzegają by ich nie dokarmiać, pod sankcją mandatu do 4tys funtów! Tutaj spotykam się z Ryśkiem, a także spotkanym polskim sakwiarzem, który dotarł tutaj jadąc przez Hiszpanię wzdłuż wybrzeża. W górnych partiach Skały Gibraltarskiej wrażenie robią przede wszystkim wspaniałe widoki – doskonale widać skały Afryki, także i samo miasto z tej perspektywy robi duże wrażenie; mieliśmy też okazję obserwować start dużego samolotu z tego jedynego w swoim rodzaju lotniska.

      Po dłuższym zwiedzaniu czekał nas jeszcze krótki 20km odcinek do Algeciras, skąd pływały promy do Ceuty, kawałek niestety bardzo ruchliwy, głównie autostradą. W porcie już dało się odczuć arabskiego ducha, roiło się od nagabywaczy, a w części z biurami podróży – każde oferowało inną cenę na promy, zachwalając swoje warunki jako najkorzystniejsze. Dopiero po pewnym czasie się zorientowaliśmy, że w drugiej części portu można normalnie kupić bilety u przedstawicieli armatorów, tanie niestety nie były (koło 60E w dwie strony za krótki, ledwie godzinny prom). Bez problemów przepływamy przez cieśninę – już o zmroku meldujemy się w Afryce! 

      Ale chociaż była to już Afryka – to Hiszpanii jeszcze nie opuściliśmy, Ceuta to hiszpańska enklawa w Maroku, pozostałość po dawnych kolonialnych czasach, którą Hiszpanie tak samo chętnie oddadzą Maroku – jak Brytyjczycy Hiszpanom Gibraltar ;). Jako, że Ceuta to gęsto zabudowane miasto – postanowiliśmy jeszcze dziś przekroczyć granicę i na nocleg rozłożyć się już po marokańskiej stronie. Kontrola graniczna to już zupełnie inna bajka niż granice wewnątrz UE, jest już trochę durnej biurokracji przypominającej granice byłego ZSRR, np. trzeba wypełniać karteczki jak na wielu ruskich granicach. Trochę się więc na przekroczenie granicy zeszło – i już ciemną nocą kontynuujemy jazdę nad samym morzem, w pięknej poświacie księżyca w pełni. Odbijamy w bok w pierwszym większym mieście po drodze (Fnidq) – i rozkładamy się na wzgórzu nad miastem.

XX dzień - Fnidq – Tetouan – Anjra – Ksar Sghir – [E] – Ceuta – [prom] – Algeciras – Palmones

 

DST 136 km - AVS 19,2 km/h - MAX 62,2 km/h - ALT 775 m

      Dzisiaj mamy w planach w miarę krótką pętle po Maroku, które samo w sobie nie było naszym celem, ale będąc już „w okolicy” postanowiliśmy sobie zrobić tutaj krótką rundkę, by zaliczyć jazdę po Afryce i zobaczyć kraj jakże inny od Europy. A przedsmak tego mamy już na samym początku dnia, gdy przejeżdżamy przez centrum Fnidq, od strony morza miasto spokojnie można by wziąć za całkiem przyzwoity europejski kurort, ale przejazd przez centrum szybko zmienia perspektywę; trafiliśmy akurat na jakiś miejscowy bazar uliczny – i jak to jest normą w krajach arabskich – pełen burdel dookoła, stosy śmieci walające się po ulicach; takich obrazków próżno szukać w licznych relacjach osób zakochanych w podróżowaniu po takich rejonach; a to niestety smutna rzeczywistość wielu krajów islamskich. Ale generalnie Maroko nie wygląda źle, z krajów arabskich po których jeździłem prezentuje się najsolidniej, aczkolwiek widać wielką różnicę w zamożności w porównaniu do Hiszpanii, po której tak długo podróżowaliśmy. Nad morzem aż w rejon Tetouanu ciągnie się szereg kurortów, na szosie jest nawet ścieżka rowerowa, ba – nawet i spotkaliśmy paru miejscowych rowerzystów na szosówkach.

      W samym Tetounie wjechaliśmy głębiej w miasto, zaliczając miejscową „starówkę” z labiryntem wąskich uliczek; mieścił się tu lokalny bazar, okolica miała lekko szemrany charakter, zatrzymaliśmy się tu w małym barze na śniadanie, ciekawie przyrządzali miętową herbatę – wkładając po prostu do szklanki liście mięty. Jacyś „lokalsi” próbowali nas namówić na wizytę w salonie masażu, ale woleliśmy nie próbować ;). Wydostanie się z tego labiryntu wąskich uliczek (tak wąskich, że już trzeba było rowery prowadzić) trochę nam zajęło czasu; kawałek za Tetounanem odbijamy bocznymi drogami na północ. Ruch, dotąd bardzo znaczący drastycznie maleje, okolica wygląda zupełnie inaczej niż nadmorska, bardziej turystyczna część Maroka – rolnictwo sprowadza się głównie do wypasu kóz, tak popularnych w Hiszpanii oliwek hoduje się tu niewiele. No i widać gołym okiem także i sporą biedę, na parę małych wioseczek które mijaliśmy przykro było patrzeć. Droga trochę dziurawa, było parę krótkich szutrowych odcinków, ale przejeżdżalnych. Końcówka dnia niestety nieprzyjemna – niekończące się podjazdy w rejon Ceuty (w sumie na ok. 400m), czołowo pod bardzo silny wiatr, najgorzej było już u góry, na grzbiecie trzeba było bardzo uważać, żeby wiatr nie rzucił rowerem, szczególnie na zjazdach było to niebezpieczne. W Ceucie skusiłem się na wizytę w McDonaldzie by wreszcie coś konkretniejszego na ząb wrzucić, Rysiek wybrał jakieś lokalne arabskie żarcie jeszcze po marokańskiej stronie. 

      Wieczorem przepływamy z powrotem promem do Algeciras i parę km od portu znajdujemy kapitalną miejscówkę, nad rzeką tuż przy jej ujściu do morza, ze wspaniałym widokiem na niesamowite skały Gibraltaru – bez wątpienia najpiękniejszy nocleg wyprawy!

DALEJ >>>