GIBRALTAR - 2013




XI dzień - Argeles – Col du Soulor (1474m) – Col d’Aubisque (1709m) – Laruns – El Portalet (1794m) – [E] – Biescas – Jaca – Puerto de Orolet (1080m) – Anzanigo

 

DST 166 km - AVS 18,3 km/h - MAX 66,8 km/h - ALT 3164 m

      Z samego rana kluczową sprawą jest pogoda – nie pada, jest dużo mgieł, co daje nadzieję na słoneczny dzień. Na pierwszy ogień idzie podjazd pod przełęcz Soulor, już na pierwszych kilometrach wychodzi piękne słońce i po wczorajszym załamaniu nie ma już śladu, po drodze stajemy też na przepierkę. Podjazd solidny, zbliżony skalą trudności do Peyresourde i d’Aspin, nie jakaś wielka rzeźnia, ale podjazd wymagający. Widokowo niebrzydki, po drodze widać wiele pięknie ośnieżonych szczytów. Trochę zaryzykowaliśmy, bo na dole były znaki, że przełęcz d’Aubisque (kawałek od Soulor) jest zamknięta, ale patrząc na jej wysokość uznaliśmy, że powinno dać się przejechać. I było to dobre posunięcie, na szczycie Soulor okazuje się, że droga na d’Aubisque jest zamknięta dla samochodów, rowerem da się jechać. A była to chyba nasza najładniejsza droga w Pierenejach – z Soulor jest krótki zjazd, po którym rozpoczyna się wspaniały trawers, droga biegnie samym skrajem kilkusetmetrowej przepaści, do tego jest tu kilka bardzo klimatycznych skalnych tuneli bez oświetlenia; jednym słowem kapitalna górska droga. Za trawersem zaczyna się krótki podjazd, śniegu trochę w okolicy jest, ale droga jest już gotowa do ruchu i odśnieżona. Na szczycie bardzo mocno wiało, stoją tutaj trzy wielkie rowery w kolorach koszulek klasyfikacji Touru – generalnej (żółta), punktowej (zielona) i górskiej (czerwone grochy); oczywiście nie omieszkaliśmy cyknąć sobie na nich fotek ;))

      Zjazd z przełęczy raczej kiepski, fajny jest tylko górny kawałek, niżej sporo remontów i dziurawego asfaltu, widoki też mizerne. Chwilka odpoczynku po zjeździe – i ruszamy na kolejną wielką przełęcz dzisiejszego napiętego dnia, czyli El Portalet. Na mapie była zaznaczona na czerwono jako dość główna droga, ale to jakaś pomyłka, wielkiego ruchu tu nie ma, a droga jest dość wąska. Początek – to wręcz dżungla, zaskakująca ilość zieleni, droga ma swój klimat, bo prowadzi do tego wąziutkim i głębokim wąwozem. W ogóle dolina przez spory kawał jest dość wąska, aż do rejonu jeziora zaporowego, tam się trochę poszerza. Pojawiają się też szerokie widoki na otaczające szczyty, przełęcz która miała być tylko drogą przelotową do Hiszpanii okazała się w rzeczywistości bardzo ciekawym i wartym zaliczenia kawałkiem. Na El Portalet definitywnie żegnamy Francję, na dłużej wjeżdżając do Hiszpanii. Po stronie hiszpańskiej – zaskakująca zmiana krajobrazu, zdecydowanie mniej zieleni, widać że po tej stronie Pirenejów jest dużo bardziej sucho, dystans stosunkowo niewielki – a wygląda to zupełnie inaczej niż po francuskiej stronie masywu. 

      Zjazd dość długi, na dole już niezły upał, wyraźnie powyżej 30’C. Pociągnęliśmy główną drogą (ruch niewielki) aż do Jaca, tutaj robimy większy postój – Rysiek idzie do knajpy, ja natomiast dałem radę wciągnąć litrowe opakowanie lodów ;)). Za miastem zaliczamy jeszcze krótki podjazd na Puerto de Oroel, następnie mamy już tylko zjazd, ponad 20km dość łagodnego nachylenia, jechało się to bardzo przyjemnie. Bo i droga z gatunku „gdzie diabeł mówi dobranoc” – niby Europa, a tereny gdzie jedno małe miasteczko spotyka się co 20-30km. Nocleg również trafił się pierwszej klasy – nad samym brzegiem ładnej rzeki.

XII dzień - Anzanigo – Ayerbe – Ejea de los Cabelleros – Tudela – Tarazona – Puerto del Madero (1140m)



DST 190,8 km - AVS 22,1 km/h - MAX 58,1 km/h - ALT 1676 m

      Początek dnia mamy kapitalny – wspaniały odcinek wzdłuż Gallego, które w tym rejonie płynie bardzo szybkim nurtem, przy drodze są poszarpane fantazyjnie skały, droga trochę faluje, a za jeziorem zaporowym Embalse de la Pena zaczyna się głęboki kanion, który ciągnie się ładnych kilka km, a kończą go bardzo efektowne, wznoszące się kilkaset metrów nad poziom rzeki skały. Krótki postój i zakupy robimy w Ayerbe, dalszy odcinek to podjazd znad Gallego, ok. 150m w górę, zjazdy – i rozpoczyna się dość długa jazda równiną w stronę Ejea de los Cabelleros. Krajobraz powolutku robi się coraz bardziej południowy, ale i zieleni jeszcze jest tutaj sporo. Koło 11 upał zaczyna się już robić dotkliwy, temperatura przekracza 35’C, gdy docieramy do niebrzydkiej Tudeli oscyluje już w granicach 37-38’C, co już daje popalić. W mieście wszystko zamknięte na głucho, to bardzo irytujący dla rowerzystów na wyprawie zwyczaj, ale przy takich temperaturach sjesta w środku dnia ma z pewnością rację bytu. Przy kraniku w mieście robimy większą przepierkę, ubrania położone na słońcu schną błyskawicznie ;)

      Wyjeżdżamy z Tudeli kierując się na Tarazonę, tam robimy dłuższy postój pod większym marketem (w takich często nie ma sjesty). W samym centrum na dość pokaźnym pałacu mieściło się ładnych kilka bocianich gniazd, tutejsze bociany mają jak widać inne zwyczaje od naszych i wielkomiejski ruch w samym centrum za wiele im nie przeszkadza ;)) Za Tarazoną rozpoczyna się łagodny podjazd, w sumie prawie 1000m w górę, ale rozłożone na dość dużym dystansie. Sprawnie zaliczamy kolejne przełęcze, po króciutkim zjeździe znajdujemy niebrzydką miejscówkę na nocleg i już pod wieczór (Hiszpania mimo sporego przesunięcia na zachód ma ten sam czas co Polska, więc w czerwcu słońce zachodzi tu koło 22) rozkładamy obozowisko; żeby przejechać prawie 200km z solidną dawką gór trzeba jechać cały dzień, a nasza trasa w Hiszpanii jest pod tym względem bardzo wymagająca.

XIII dzień - Puerto del Madero – Soria – El Burgo – Ayllon – Riaza – Collado Hermoso



DST 202,6 km - AVS 22 km/h - MAX 62 km/h - ALT 1887 m

      Na dziś postanawiamy lekko zmodyfikować sposób jazdy, dostosowując się do tutejszych warunków. Wyruszamy wcześnie rano, koło świtu, tak by w środku dnia, w czasie największego upału zrobić dłuższy postój w typie sjesty. A o świcie pogoda na rower jest idealna, temperatura nawet poniżej 15’C, po wczorajszych upałach to przyjemna odmiana. Większych gór dziś nie mamy, ale to bynajmniej nie znaczy, że jest płasko, naprawdę płaskich tras w Hiszpanii jest niewiele. Tak więc 100m w górę, 100m w dół – tak wygląda dziś większość dnia. Dość wcześnie docieramy do Sorii, tutaj udało się nam znaleźć czynny sklep (dziś niedziela). Wraz z kolejnymi kilometrami pokonywanymi przez wyżyny Hiszpanii (cały dzień poruszamy się w przedziale 800-1200m) robi się coraz cieplej, gdy docieramy do El Burgo jest już dotkliwy upał koło 37’C. Miasto ciekawe, zrobiliśmy sobie rundkę po zabytkowym centrum, wzrok przykuwają m.in. ciekawe domy z oryginalnymi drewnianymi podporami.

      Odcinek z El Burgo do Ayllon już w trudnych warunkach, upał dochodził do 42’C, do tego przyplątał się i przeciwny wiatr; jednym słowem czas na sjestę był już najwyższy ;)) Ale z miejscem na postój dobrze trafiliśmy, Ayllon choć malutki, okazał się bardzo urokliwym miejscem na postój, ładne kamienne centrum z rynkiem, fajnie wkomponowana w miasto rzeka. Rysiek pojechał na obiad do knajpy, ja natomiast odpoczywałem w cieniu nad rzeką, poświęcając część postoju na zamianę opon przedniej z tylną, by zużywały się w miarę równo. Na trasę ruszamy ponownie o 16, dalej jest mocny upał, koło 38-39’C, słońce w Hiszpanii odpuszcza dopiero koło 19. Ale znacznie bardziej przeszkadza przeciwny, dość silny wiatr wiejący głównie z południa; przy 200km dystansie to niechętnie widziany towarzysz. Ale wyjścia nie ma, czy się to podoba czy nie – trzeba było jechać. Ponadto trasa, która wyglądała się z mapy na dość płaską, w rzeczywistości była mocno pofalowana, zaliczyliśmy niemal 2000m podjazdów; tak więc dzień do łatwych nie należał.

      Najmocniej wiało w rejonie przełęczy Somosierra, osławionej legendarną już szarżą polskich szwoleżerów w 1808 roku.. Szarża z gatunku niemożliwych do przeprowadzenia – 200m w pionie pod górę na odcinku 2,5km (czyli stokiem o średnim nachyleniu 8%!), ciężko ufortyfikowanym wąskim wąwozem (w którym kawaleria nie mogła rozwinąć pełnego szyku) w którym to wąwozie jedna za drugą stały 4 baterie armat. Ale jednak Polacy przeszli!! Przeszli, otwierając drogę na Madryt całej armii napoleońskiej, przeszli pisząc jedną z najpiękniejszych kart w historii naszej wojskowości, legenda tej bitwy jest żywa jeszcze i dziś, zainteresowanym polecam piękną balladę Jacka Kaczmarskiego. Ale współczesna Somosierra – wygląda już zupełnie inaczej, miejsce przebudowano, wąwozu już nie ma, a przełęczą biegnie autostrada. 

      Na samą przełęcz więc nie wjeżdżaliśmy, aczkolwiek było ją dobrze widać z dołu, odbijamy na zachód w stronę Segovii. Pociągnęliśmy jeszcze spory kawałek, dojeżdżając na nocleg za Collado Hermoso już o zmroku, mocno zmęczeni tym wymagającym dniem.

XIV dzień - Collado Hermoso – Segowia – Puerto de Navacerrada (1860m) – Guadarrama – San Lorenzo El Escorial – Navalcarnero – Toledo – Burguillos



DST 191 km - AVS 20,9 km/h - MAX 64,1 km/h - ALT 2183 m

      Startujemy jak wczoraj – o świcie, szybko docieramy do Segowii, gdzie jest co zobaczyć, bo miasto bardzo urokliwe. Robimy tu rundkę po zabytkowej starówce, oglądamy katedrę – ale wszystkie inne zabytki daleko w tyle zostawia wspaniały rzymski akwedukt. Ogromny, zachowany w idealnym stanie, do tego kapitalnie wkomponowany w miasto, widać go już z daleka; można na własne oczy podziwiać kunszt inżynieryjny sprzed 2 tysięcy lat, bardzo precyzyjnie wykonane kamienne łuki powodujące, że cała konstrukcja trzyma się bez żadnej zaprawy między tworzącymi ją kamieniami.

      Za Segowią czeka nas długi podjazd na przełęcz Navacerrada (1860m), która jest taką „bramą” przez wysoki masyw gór Guadarrama oddzielający Segovię od Madrytu. Podjazd wymagający, cały czas trzyma 7-9%, ale pokonywany na początku dnia nie jest dla nas wielką przeszkodą, pod względem widokowym niespecjalny, niemal w całości w lesie. Do tego pogoda od wczoraj wyraźnie się zmieniła, jest pochmurno i dość chłodno, miła odmiana po paru dniach upałów. Zjazd do Guadarramy szybki, choć droga z tej strony trochę dziurawa. Mieliśmy tu w planach Valle de los Caidos – czyli monumentalny cmentarz-mauzolem ofiar hiszpańskiej wojny domowej 1936-39, tutaj wśród tysięcy żołnierzy z obu stron konfliktu jest pochowany również zwycięzca tej wojny i długoletni dyktator Hiszpanii – Francisco Franco. Ale okazało się, że mauzoleum akurat w poniedziałki jest zamknięte, do tego to jeden z nielicznych cmentarzy za wstęp do którego trzeba słono płacić (9E). Przy okazji oszczędziło to nam sporego podjazdu, nieco ryzykownego - bo nad górami wisiały ciemne, deszczowe chmury. Kierujemy się więc na Escorial, słynny pałac królewski, który rozmiarami robi duże wrażenie, szczególnie z dołu prezentuje się efektownie. Pod pałacem robimy dłuższy postój.

      Spod Escorialu jest dłuższy zjazd, który doprowadza nas na rozległą równinę, gołym okiem widać tutaj różnicę w krajobrazie, w porównaniu z tym na północ od masywu gór Gudarrama. Po tej stronie gór jest już znacznie bardziej „południowo”, roślinność typowa dla suchego klimatu, niewiele zieleni, coraz więcej charakterystycznej dla Hiszpanii wysuszonej, czerwonej ziemi. Gołym okiem widać też o wiele większą gęstość zaludnienia tego rejonu Hiszpanii, przez ostatnie 3 dni często jechaliśmy długie odcinki po niemal preriach, z rzadko spotykanymi miasteczkami – a tutaj aż się od nich roi. Kawałek przed Toledo pokonaliśmy szybszym tempem wspólnie z miejscowym rowerzystą, który poprowadził nas do miasta bocznymi drogami. Na peryferiach stajemy na dłużej w markecie, po czym ruszamy na zwiedzanie tego pięknego, średniowiecznego miasta. Starówka robi duże wrażenie – i zabytkami jak Alcazar, czy piękna katedra, ale przede wszystkimi swoją zabudową, prawdziwym labiryntem wąziutkich, kamiennych uliczek. Trochę sobie polawirowaliśmy po tym labiryncie; jazda jedyna w swoim rodzaju ;)) Fundujemy sobie tutaj większą porcję lodów, miasto opuszczamy w kierunku wschodnim, skąd mamy piękne widoki na położoną na wysokim wzgórzu starówkę.

      Wyjazd z Toledo niespecjalny, długi kawałek autostradą pod górę, w Hiszpanii jest o tyle fajnie, że są dwa rodzaje autostrad, na tzw. autoviach wolno jeździć rowerem, nie jest to specjalnie przyjemne, ale potrafi oszczędzić wielokilometrowych objazdów. Sporo się naszukaliśmy miejsca na nocleg, z powodu braku roślinności typu trawa ciężko tu coś znaleźć, jeśli nie chce się nocować na gołym piachu.

XV dzień - Burguillos – Ciudad Real – Puertollano – Cardena



DST 216 km - AVS 21,5 km/h - MAX 58,3 km/h - ALT 1100 m

      Dzisiaj czeka nas bardzo długi dystans, więc oczywiście na trasę ruszamy koło świtu, jazda idzie bardzo sprawnie - gór na trasie mamy niewiele, a mocniej wiać zaczyna tutaj dopiero koło południa. Za Toledo znowu zaczyna się charakterystyczna dla wielu rejonów Hiszpanii pustka, miasteczek przy drodze znacznie mniej niż w gęsto zaludnionym rejonie madryckim, powoli przy drodze zaczyna się pojawiać coraz więcej oliwek, typowych dla hiszpańskiego południa. Pierwsze 100km do Ciudad Real zleciało nam więc bardzo sprawnie, od wczoraj nie ma już upałów, przez co jedzie się wygodniej. W mieście robimy dłuższy postój, gdy ruszaliśmy dalej musieliśmy nawet przeczekiwać krótkie deszcze. Zaczęło niestety mocno wiać z zachodu, odcinek do Puertollano nieciekawy, za miastem jest najtrudniej, bo jedziemy czołowo pod wiatr, zaledwie 18-19km/h ze sporym wysiłkiem. 

      Dalej jest już trochę lepiej – zaczynają się górki, przejeżdżamy tu też przez kapitalny odcinek „hiszpańskiej prerii” – między kolejnymi pasmami wzgórz wyrastających na jakieś 200m – jest paru-kilometrowy odcinek klasycznej prerii, zero jakichkolwiek osad, można się poczuć jak na Dzikim Zachodzie, kapitalnie wygląda to z góry. Następnie wjeżdżamy w bardzo dziki masyw Sierra Madrona, ruch na drodze symboliczny, a miejscowości na odcinku wielu kilometrów właściwie żadnych; takich terenów w Hiszpanii jest sporo, gęstość zaludnienia jest tutaj bardzo nierówno rozłożona, w niektórych rejonach jest bardzo wysoka, gdzie indziej z kolei niemal zerowa; ma to niewątpliwie sporo uroku, bo jazda takimi niezamieszkałymi terenami (poza daleką północą) to spora rzadkość na naszym kontynencie. Na nocleg docieramy pod wieczór do Cardeny, która jak na typowe andaluzyjskie miasto przystało (do Andaluzji wjechaliśmy pod koniec dnia) jest cała wybielona wapnem, taka kolorystyka dodaje tutejszym miasteczkom sporo uroku.

DALEJ >>>