GIBRALTAR - 2013




VI dzień - Rodez – Albi – Castres – Mazamet – Carcassonne



DST 187,7 km - AVS 22,2 km/h - MAX 56,6 km/h - ALT 2108 m

      Rano pogoda dalej mizerna, zimno, pochmurnie, ale póki co jeszcze nie pada. Na początku wjeżdżam na ok. 800m i jadę główną drogę w stronę Albi. Ruchu nie ma wielkiego (niedziela), ale droga upierdliwa nawigacyjnie, bo obok trwa budowa ekspresówki i co jakiś czas trzeba zjeżdżać na starą drogę. Ciekawie wyglądało to w rejonie Le Pont de Tanus – stara droga wymagała tu 150m zjazdu na sam poziom rzeki płynącej w tym rejonie głębokim kanionem – natomiast nowa prowadziła ogromnym wiaduktem nad owym kanionem, niestety trzeba była machać te 150m, z dołu wiadukt prezentował się imponująco. Po tej lekcji już mi się nie chciało bawić w jakieś objazdy i końcowe ok. 15km do Albi pojechałem ekspresówką, jazda objazdami wymagałaby tu nadrobienia dobrych 15km, a że do miasta prowadził zjazd – więc szybko to poleciało. 

      Samo Albi wyglądało kapitalnie, panorama na stare miasto z poziomu mostu to klasa światowa, nawet jak na Francję; to właśnie jest w tym kraju piękne, że wrażenie robią nie tylko głośne i znane zabytki czy miasta, ale mnóstwo perełek można spotkać tam, gdzie się na to wcale specjalnie nie liczy. Niestety za Albi psuje się pogoda, cały pagórkowaty odcinek do Casartes znowu jadę w deszczu, odpoczywam w centrum miasta na zadaszonym przystanku, coraz bardziej narzekając na pogodę – to ma być czerwiec na południu Francji?

     Deszcz odpuszcza dopiero w Mazamet, na szczęście, bo tutaj zaczyna się duży podjazd na ostatni masyw przed Pirenejami. Podjazd ciekawy, z paroma bardzo szerokimi widokami, w sumie z 200 na 800m, niemal całość w lesie, góry bardzo zielone – więc widać, że padać w tym rejonie musi bardzo często i solidnie. Ale jeszcze ciekawszy jest zjazd w stronę Carcassonne, z tej strony zupełnie inny krajobraz – zielone lasy zastępuje swoista preria, mam szerokie widoki na okolicę, z chmur wyłaniają się nawet pierwsze masywy Pirenejów. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie długie szpalery platanów przy drogach, dodaje to trasie masę uroku, naszych bezmózgich drogowców powinno się tu wysyłać na szkolenia, by się dowiadywali, że jakimś dziwnym przypadkiem tutaj takie szpalery się negatywnie na bezpieczeństwie nie odbijają.

      Gdy wjeżdżam do Carcasssonne znowu zaczyna się powoli psuć pogoda, na szczęście starczyło czasu by obejrzeć wspaniałe stare miasto położone na wysokim wzgórzu, potężne mury obronne robią wielkie wrażenie; aczkolwiek tylko jego część jest autentycznie średniowieczna (obecny wygląd miasto zawdzięcza XIXw renowacji). Ale to dla zwiedzających ma niewielkie znaczenie – bo wygląd niemal każdego rzuca na kolana. Pojeździłem sobie trochę wąskimi uliczkami Cite, na wyślizganych deszczem kamieniach trzeba już trochę uważać :))

      Pogody wystarczyło akurat na samo zwiedzanie – bo gdy wyjeżdżałem z miasta potężnie lunęło, tak się pechowo złożyło, że obozowisko musiałem rozstawiać w czasie największej ulewy, ale że nie było widoków na szybką poprawę pogody – nie miałem specjalnego wyjścia; niestety na wyprawach nie zawsze ma się słońce i wiatr w plecy, trzeba sobie dawać radę w każdych okolicznościach ;))

VII dzień - Carcassonne – Limoux – Quillan – Col du Chioula (1431m) – Ax-les-Thermes – L’Hospitalet – (1900m)



DST 127,5 km - AVS 17,1 km/h - MAX 56 km/h - ALT 2670 m

      Gdy ruszam na trasę pogoda jest niespecjalna, nie pada, ale chmur wszędzie dużo, a że dzisiaj wjeżdżam w Pireneje – jednym słowem marnie to wygląda. Padać zaczyna już przed Limoux i pada solidnie przez kilkanaście km, gdy dojeżdżam do Quillan pogoda zaczyna się powoli poprawiać. Cały odcinek do Quillan (ok.40km) jest płaski, ale góry na horyzoncie pojawiają się coraz wyższe, jest parę krótkich wąwozów. Za Quillan zaczyna się już dłuższy podjazd, w sumie na poziom ok.900m; góra wywołuje wspomnienia, bo pokonywałem ją już 12 lat temu na wyprawie do Barcelony. Na poziomie 900m następuje długie wypłaszczenie – wjeżdżam do wielkiej doliny, w której leży Bellcaire. Przyjemny kawałek, bo dolina jest bardzo zielona, ruch zerowy, ogromna przestrzeń tylko dla mnie. Trochę bałem się tu przeciwnego wiatru, ale okazało się że nie wiało aż tak mocno jak się tego obawiałem. Przed Bellcaire zaczyna się łagodny podjazd, samo miasteczko leży na ok. 1000m, za nim góra robi się już ostrzejsza, tu staję na pierwszy dziś dłuższy postój; jako że nadrobiłem trochę dystansu przez wcześniejsze dni, więc nie mam dziś jakiejś morderczej trasy, na umówione spotkanie z Ryśkiem pod granicą Andory wyrobię się spokojnie, choć gór dużo. 

      Powyżej 1200m jest drugie, tym razem sporo krótsze wypłaszczenie, pojawiają się też coraz ciekawsze widoki na Pireneje. Ale wspaniała i bardzo szeroka panorama pojawia się dopiero na samej przełęczy Chioula, skąd widać już całą ścianę dwu- i trzytysięcznych szczytów; zaskakuje duża ilość śniegu jak na połowę czerwca, ale dzięki temu góry wyglądają fantastycznie, tym bardziej że pogoda wreszcie zupełnie się wyklarowała, jest pełne słońce. Szybki zjazd do Ax-les-Thermes (od tej strony Chioula jest sporo trudniejsza), w miasteczku robię zakupy i ruszam na długi podjazd do Andory. Pierwsza część to wąskie wąwozy, bardzo zielone, wyżej dolina znacznie się poszerza, chwilami jest tu nawet bardzo rzadka w wysokich górach szosa dwujezdniowa z ograniczeniem prędkości 100km/h ;)). Tutaj staję na długi postój, zajadając się m.in. sporą paczką żelków zakupionych na dole. W L’Hospitalet (gdzie wylatuje tunel prowadzący pod przełęczą Puymorens) są dwie drogi do wyboru, obie dochodzą do skrzyżowania z drogą zjeżdżającą z Puymorens. Wybrałem tę odbijającą serpentynami najpierw na północ, podjazd bardzo przyjemny, trzyma tak koło 4-5%, widokowo kapitalnie, bo cały czas przed oczami ma się zaśnieżone szczyty otaczające Andorę, przybliżające się z kilometra na kilometr. Po dotarciu na skrzyżowanie (tu byłem umówiony z Ryśkiem) zabrałem się za poszukiwanie miejscówki na nocleg, co takie proste nie było, bo niełatwo było znaleźć w miarę osłonięty i jednocześnie płaski kawałek terenu, wjechałem w sumie aż prawie na 1900m, był to najwyższy nocleg tej wyprawy. 

      Trasa, którą Rysiek nadjeżdżał z rejonu Barcelony okazała się sporo bardziej górzysta niż zakładał, mimo że przejechał aż 230km i 4000m podjazdów, do miejsca spotkania został jeszcze kawałek i spory podjazd pod Puymorens, więc umawiamy się na spotkanie na jutro rano.

VIII dzień - (1900m) – Pas de la Casa (2094m) – [AND] – Port d’Envalira (2408m) – Andorra la Vella – Andorre Arcalis (2229m) – Andorra la Vella – [E] – La Seu – Adrall – El Canto (1720m) – Sort

   

DST 160 km - AVS 20,3 km/h - MAX 66,2 km/h - ALT 2820 m

      Rano zgodnie z umową Rysiek szybko dociera na miejsce mojego noclegu i już wspólnie ruszamy w stronę Andory, której granicę w Pas de la Casa osiągamy po krótkim kawałeczku. Stąd podjazd staje się już bardziej wymagający, jazdę urozmaicają tablice dla rowerzystów przy drodze z podanym nachyleniem najbliższego odcinka, aktualną wysokością itd. – takie tablice powoli stają się normą na bardziej popularnych podjazdach, o kolarzy się tu naprawdę dba, zwyczajnie staje się to w takich okolicach popularnych kolarsko biznesem turystycznym. Końcówka podjazdu pod Envalirę to już jazda wśród śniegów, kapitalne widoki, w końcu to najwyższa drogowa przełęcz Pirenejów. 

      Po triumfalnych fotkach na szczycie ruszamy na wspaniały zjazd, z 2400m aż na 1200m – i jest to zjazd cały czas porządnie nachylony, więc pruje się 50km/h i więcej. Już tutaj widać, że Rysiek jest prawdziwym ekspertem od zjazdów, świetnie ścina zakręty, perfekcyjnie wchodzi w agrafki, dobrze panuje nad rowerem przy dużych prędkościach; jednym słowem naprawdę umie zasuwać :)) Na GPS znajdujemy wygodny skrót do bocznej doliny, którą mieliśmy jechać, wymagało to przejazdu przez 3km tunel z zakazem, ale szybko go przelecieliśmy skracając sobie drogę o parę km. 

      A skręcaliśmy w bok by zaliczyć podjazd pod Arcalis, górę znaną z etapów zarówno Vuelta a Espana jak i Tour de France, na tej ścianie właśnie Jan Ullrich zapewnił sobie swoje jedyne zwycięstwo w Wielkiej Pętli w 1997 roku. Jako, że to podjazd w jedną stronę bagaże postanowiliśmy zostawić przy drodze, zabierając do góry tylko niezbędne rzeczy. Od poziomu ok. 1400m podjazd zaczyna się robić solidny, Rysiek, który miał w nogach wczorajszy bardzo ciężki dzień, a dzisiaj w drodze na nasze spotkanie zaliczył już 900m w górę uznał że nie ma co przesadzać, bo dziś jeszcze mieliśmy kawał do przejechania – umawiamy się więc, że poczeka na mnie w El Serrat. Ja tymczasem jadę dalej, podjazd nie jest specjalnie ciężki, aczkolwiek długość i przewyższenie robi swoje. Sama końcówka piękna – mała boczna dróżka wśród śnieżnych tuneli, doprowadza do stacyjki narciarskiej, śniegu w okolicy sporo więcej niż na wyższej Envalirze, co dodaje miejscu uroku. 

      Szybki zjazd do El Serrat – i już razem jedziemy po nasz bagaże, kontynuując zjazd do Andorra La Vella, czyli stolicy tego malutkiego państwa. Po pobieżnym zwiedzeniu (samo miasto średnio ciekawe, ale robi wrażenie ciekawym położeniem w wąskiej dolinie) – zjazdami docieramy do Hiszpanii. Po kilkunastu km docieramy do Adrall i tu, z bagażem ponad 100km w nogach rozpoczynamy podjazd pod El Canto. Przełęcz wcale prosta nie była, szczególnie pierwszy odcinek wymagający; następnie podjazd bardzo się ciągnął, było trochę zjazdów, ileś wypłaszczeń. Ale, że była to boczna droga – ruch był praktycznie zerowy, tereny dość puste i dzikie (były nawet problemy ze znalezieniem wody). Już nieźle zmęczeni tym bardzo wymagającym dniem docieramy pod wieczór na przełęcz, teraz mamy już tylko 20km szybkiego zjazdu do Sort. W mieście robimy jeszcze zakupy, stajemy też na pizzę, po czym wyjeżdżamy krótki kawałek za Sort i rozkładamy biwak tuż przy rwącej silnym nurtem rzece. Dzień bardzo trudny, dwa dwutysięczniki, prawie 3000m podjazdów, dystans ponad 150km, do tego chyba moja rekordowa na tę ilość gór średnia, lekko powyżej 20km/h.

IX dzień - Sort – Esterri – Port de la Bonaigua (2072m) – Vielha – Bossost – Col du Portillon (1291m) – [F] – Bagneres-de-Luchon – Saint Tritous

 

DST 119,1 km - AVS 17,6 km/h - MAX 66,9 km/h - ALT 2568 m

      Od rana świetna pogoda, więc chętnie ruszamy w góry. Na starcie mamy bardzo długi podjazd na Bonaiguę, jego pierwsza część to łagodna jazda w górę doliny, a ta robi duże wrażenie – przez ładnych kilkanaście km jest to wąski, skalisty kanion, przez który płynie rwąca rzeka (są tu organizowane liczne spływy), jest tu nawet hiszpański park narodowy. Ten ładny odcinek kończy się dopiero za dużym jeziorem zaporowym Panta de la Torrassa, przejeżdżamy tu przez miasteczko Esterri, wracając na główną drogą ostrymi serpentynami. Za Esterri zaczyna się właściwy podjazd na przełęcz, trzyma z reguły 4-6%, niemniej jest to podjazd bardzo długi, więc i wymagający. Powyżej 1500m pojawia się już szersza perspektywa i typowo wysokogórskie widoki, na dłuższy postój stajemy na ok. 1700m przy malowniczym kamiennym kościółku, Rysiek, który jest wielkim smakoszem zaliczył też położoną tuż obok knajpę fundując sobie lokalną zupę. Po odpoczynku sprawnie zaliczamy końcowe serpentyny podjazdu i wśród śniegu (choć tego jest mniej niż w Andorze) meldujemy się na jednej z najwyższych pirenejskich przełęczy. 

      Zjazd bardzo fajny, obfitujący w piękne widoki, duże wrażenie robi kontrast zaśnieżonych szczytów z soczyście zielonymi dolinami, charakterystyczny raczej dla wiosny; ale w tym roku zima była naprawdę solidna, więc i w czerwcu ostało się sporo śniegu. O ile na górze temperatura była przyjemna, lekko powyżej 20’C, to gdy docieramy do Vielhy jest już poważny upał 37’C, tak więc przyjemnie było wejść do klimatyzowanego marketu na zakupy. Z Vielhy do Bossost droga w dół doliny, ale nieprzyjemna, w upale i dużym ruchu, bo jest to jakaś trasa tranzytowa, którą jeździ wiele tirów. 

      Ale jechaliśmy nią tylko krótki kawałek, w Bossost odbijamy w bok na prowadzący do Francji podjazd pod Portillon. Góra krótka, ale solidna, podjazd urozmaicił krótki wyścig z zaliczającymi go szosowcami, którzy nas minęli, gdy nabieraliśmy wodę. Początkowo jechałem pod górę swoim tempem, ale gdy zobaczyłem, że powoli się do nich zbliżam podkręciłem nieco tempo; szosowcy bardzo zabawni, gdy wyprzedziłem jednego, pozostałych dwóch zastosowało stary numer udając, że robią przerwę, żeby coś w rowerze poprawić i stanęli, by nie zostać łykniętym przez sakwiarza na trasie; ale gdy nadjeżdżał Rysiek natychmiast wsiedli na rowery i mocno docisnęli na króciutkim już fragmencie do szczytu ;))

      Zjazd z przełęczy fragmentami bardzo ostry, droga wąziutka, Rysiek wyciągnął tu bodajże aż 76km/h. W Bagneres-de-Luchon widać dość wyraźnie różnicę pomiędzy miasteczkami francuskimi i hiszpańskimi, te pierwsze jak na mój gust prezentują się sporo lepiej, ale to też kwestia zamożności, Francja jest krajem sporo bogatszym od Hiszpanii. Pod koniec dnia postanawiamy zaliczyć jeszcze część przeznaczonego na jutro podjazdu pod Peyresourde, ściana wymagająca, często trzyma po 7-9%, a upał dalej jest solidny. Ale droga fajna – wąska szosa, częściowo prowadzi małym miasteczkiem z kamiennymi domami, wyżej pojawiają się rozległe zielone łąki. Tutaj mam drobny wypadek, podczas wrzucania na najlżejszą zębatkę kasety łańcuch poszedł dalej i zaklinował się za kasetą, w efekcie czego zanotowałem wywrotkę, bo nie zdążyłem się wypiąć, niestety upadając znowu na boleśnie stłuczony podczas wypadku z tirem łokieć. Trochę szarpaniny z wyjęciem zaklinowanego łańcucha było; pojechaliśmy jeszcze kawałek do góry, udało się znaleźć piękny nocleg, z szeroką perspektywą na drugą część rozległej doliny; jedna z ładniejszych miejscówek na wyprawie.

X dzień - Saint Tritous – Col de Peyresourde (1569m) – Arreau – Col d’Aspin (1489m) – Sainte-Marie – Col du Tourmalet (2115m) – Saint-Marie – Lourdes – Argeles



DST 134,3 km - AVS 18,4 km/h - MAX 65 km/h - ALT 2721 m

      Na starcie czeka nas ok. 300m podjazdu na przełęcz Peyresourde, cały czas przez piękne zielone hale. Na samej przełęczy stajemy w małej knajpce, której właściciel pokazuje nam świetny album o historii Tour de France. Wrażenie robią przede wszystkim liczne zdjęcia z etapów przedwojennych, gdy kolarstwo było zupełnie innym sportem niż obecnie, na górskich drogach w Pirenejach nie było asfaltu, w rowerach przerzutek – a jednak zawodnicy dawali sobie radę! Z przełęczy szybki zjazd do Arreau, mijamy robotników kładących nową nawierzchnię, pewnie to przygotowania do 100 edycji Tour de France, która w tym roku będzie jechać przez tę przełęcz. 

      W Arreau trochę posiedzieliśmy na miejscowym targu z żywnością, dostać tu można wszystkie lokalne specjały – szynki, dziesiątki rodzajów serów, dżemy itd; wielu produktów można próbować; dla miłośników kuchni jak Rysiek – Francja to prawdziwy raj. Zaraz za miastem rozpoczyna się podjazd na kolejną przełęcz – czyli Col d’Aspin, podobnie jak Peyresourde dość wymagająca, widoki mamy piękne, bo z dolin na północy wdziera się w górę dość nisko zawieszona fala chmur, szczególnie z góry prezentowało się to bardzo malowniczo. Przełęcz podobna do poprzedniej – dużo zielonych hal, to w ogóle pejzaże dla Pirenejów bardzo charakterystyczne, mniej tu ostrych skał i granitowych turni jak w Alpach, za to więcej zieleni. Na przełęczy trochę się zasiedzieliśmy odpoczywając, a w międzyczasie chmur przybywało w szybkim tempie; tak więc na górnych partiach zjazdu musieliśmy już jechać chwilami w gęstej mgle, z widocznością na góra kilkadziesiąt metrów.

      Gdy ruszamy z Saint-Marie na najbardziej znany (a i chyba najcięższy) podjazd Pirenejów – czyli słynny Tourmalet pogoda psuje się do reszty – zaczyna coraz mocniej padać, temperatura niewiele ponad 10 stopni. A podjazd ciężki, rzadko spada poniżej 8%, w tych warunkach nie jest to łatwa sprawa – w kurtkach przeciwdeszczowych szybko się paruje, z kolei koszulkę czy bluzę łatwo przemoczyć. Widoczność też symboliczna, rzadko widać cokolwiek na więcej niż 100m. W stacji narciarskiej La Mongie krótki postój, tutaj przebieram się już w pełny strój przeciwdeszczowy, bo padać zaczęło już bardzo solidnie. Końcówka to już coraz większe ilości śniegu, powyżej 2000m trafiają się już nawet kilkumetrowe tunele wyrąbane przez pługi śnieżne. Na szczyt docieramy już nieźle zmachani, szybko zakładamy wszystkie dostępne ciuchy, bo jest zaledwie 7-8’C, jak najbardziej przydały się długie rękawiczki, które ze sobą na wszelki wypadek zabrałem. 

      A tymczasem już po paru metrach okazuje się, że droga z drugiej strony przełęczy jest nieodśnieżona! Próbowaliśmy czy z rowerami nie da się przejechać – ale nic z tego, śniegu było za dużo, a że widać było zaledwie na kilkanaście metrów nie sposób było ocenić jak długi odcinek szosy jest pod śniegiem. Nie mamy więc wyjścia – wracamy tą samą drogą, na szczęście nie oznaczało to wielkiego objazdu do Lourdes, które było naszym następnym celem. Zjazd w tych warunkach już mocno hardkorowy – zimno, cały czas lało, a przewyższenie ogromne, z 2100m w sumie aż na 400m. Warunki okazały się za ciężkie dla mojego nowego licznika, niestety przekonałem się, że najwyższy model licznika Sigmy – Rox 9.1 zupełnie nie radzi sobie z deszczem, najpierw były problemy z guzikiem, który sam się włącza, po próbie restartu i wyjęciu baterii licznik już się nie włączył, bardzo dużo wody dostało się do środka, odparowywało to przez 2 słoneczne dni; licznik wrócił do ułomnego działania na dwa dni, ale guzik cały czas źle kontaktował, po 2 dniach wcisnął się na stałe powodując, że licznika nie dało się już w ogóle używać. Jednym słowem potężne rozczarowanie – licznik za kilkaset zł nie ma prawa zawieść w ten sposób, musi gwarantować 100% wodoodporność, nie pierwszy raz pokazało się, że jeśli chodzi o liczniki to Sigma jednak robi tandetę, używane przeze mnie wcześniej liczniki VDO serii Z miały swoje wady, ale na warunki atmosferyczne były odporne 100%, nigdy mi nie zaparowały, a jeździłem z nimi w cięższych warunkach niż dzisiejsze. Na szczęście został mi jeszcze niezawodny Garmin, prawdziwy „bombproof”, urządzenia tej firmy na deszczu nie zawodzą, niemniej to nie pełnoprawny licznik, średnia prędkość z GPS jest wyraźnie zaniżona, brakuje też istotnych funkcji jak nachylenie czy temperatura.

      W deszczu docieramy do Lourdes, tam oczywiście oglądamy znane sanktuarium maryjne, słynne z cudownej wody uzdrawiającej chorych. Z tego powodu pielgrzymują tutaj setki chorych ludzi, nawet są tu wytyczone specjalne drogi dla przewożenia chorych, którzy nie mogą się samodzielnie poruszać, przewozi się ich nie tylko wózkami, ale nawet specjalnymi łóżkami. Oglądamy okolice sanktuarium, w tym grotę, przejeżdżamy też przez samo miasto, trochę razi silna komercjalizacja tego miejsca, obsługa pielgrzymów jest tu po prostu przemysłem, dziesiątki hoteli, sklepów z dewocjonaliami; w ten sposób takie miejsca tracą swój pierwotny charakter.

      Pogoda trochę się poprawiła, w mieście już przestaje padać, nie pada też, gdy wyjeżdżamy na południe. Pociągnęliśmy jeszcze doliną ok. 20km, do początku kolejnego podjazdu – i tyle było w sam raz, bo tylko gdy znaleźliśmy miejsce na nocleg znowu lunęło i padało przez większą część nocy, takie warunki to już spore wyzwanie dla sprzętu Ultralight, Rysiek który używał lekkiego jedno-powłokowego namiotu bez przedsionka – nie miał tu lekko, na szczęście latem takie załamania pogody z reguły nie są długie.

DALEJ >>>