GIBRALTAR 2013




Wstęp

Podczas tegorocznej wyprawy postanowiłem połączyć ciekawą trasę z dość solidnym treningiem do Maratonu Rowerowego Dookoła Polski, w którym w sierpniu chciałbym wystartować. Z tego powodu nietypowo postanowiłem pojechać na wyprawę na rowerze szosowym, by dobrze wypracować optymalną sylwetkę jazdy, co pozwoli nieco zminimalizować ryzyko kontuzji na długich dystansach; założenia co do dystansów - dość ambitne, ponad 3000km w 3 tygodnie, w tym oczywiście mnóstwo gór. Pierwszą część trasy jadę samotnie, natomiast na drugim odcinku ma do mnie dołączyć poznany na ubiegłorocznym BBTour Rysiek.


I dzień – [F] - Beauvais – Fleury – Marines – Paryż – Wersal – Saint-Remy



DST 140,3 km - AVS 20,3 km/h - MAX 56,2 km/h - ALT 1288 m

      Wyprawę zaczynam z rejonu Paryża – na samym starcie wyprawy czekał mnie przelot, rozwiązanie trochę ryzykowne, bo ewentualna awaria roweru podczas transportu może znacznie utrudnić/opóźnić start wyprawy. Wylot mam bardzo wcześnie – o 6 rano, przez co w ogóle nie kładłem się spać, na lotnisku musiałem być koło 4. Na szczęście żadnych problemów nie było – rower doleciał bez żadnych uszkodzeń, po ok. godzinie skręcania, pompowania kół, przepakowywania bagażu itd. – ruszam na trasę. 

      Jako, że lądowałem nie w samym Paryżu, a na lotnisku Beauvais – do stolicy Francji mam jeszcze do przejechania ok. 100km. Początkowe kilometry – to zaskoczenie dość niską temperaturą, zaledwie ok. 10’C, sporo chłodniej niż w Polsce. Ale jako, że mam też odczuwalny wiatr w plecy – nie ma żadnych problemów, jedzie się sprawnie. Trasa wbrew pozorom wcale nie płaska, większość odcinka do Paryża jest pofalowana, małe górki są niemal cały czas. Ale droga dość ciekawa, niewielki ruch, sporo zieleni; szybko się zbliżam do Paryża, gdy wjeżdżam do miasta poprawiła się pogoda, wyszło słońce, temperatura przekracza 20’C. Co do zwiedzania tej wielkości miasta na rowerze – miałem spore wątpliwości, ale jako, że nigdy w Paryżu nie byłem, postanowiłem jednak wykorzystać okazję by zobaczyć to piękne miasto. Na początku kieruję się na słynne wzgórze Montmarte by zobaczyć znajdującą się na jego szczycie bazylikę Sacre-Coeur. Podjazd ciekawy, po kostce, w końcówce mnóstwo ludzi na wąziutkich ulicach i placach, całkiem sympatycznie to wygląda. Po okrążeniu całego wzgórza jadę do położonej niedaleko jeszcze słynniejszej katedry Notre-Dame. Po drodze przejeżdżam jednym z dziesiątek mostów Sekwanę – w jednym z efektowniejszych miejsc, przepływa tutaj wiele statków wycieczkowych, wożących turystów, którzy chcą zobaczyć Paryż z perspektywy rzeki. Katedra robi duże wrażenie, charakterystyczna, niesamowita rozeta, niesłychany kunszt wykonania wszelkich szczegółów.

      Następnie znowu przekraczam Sekwanę by zobaczyć jedno z największych muzeów świata (a pod względem niezwykłości zbiorów chyba numer 1 na świecie) – czyli Luwr. Oczywiście na zwiedzanie samego muzeum nie było czasu (to wymaga wielu godzin), ale i budynek muzeum oraz jego otoczenie robi duże wrażenie, oko przykuwa charakterystyczna szklana piramida przed samym muzeum. Zaraz za Luwrem jest ogromny, piękny park, w którym odpoczywają setki ludzi, piaskowymi alejkami można się też przejechać na rowerze. Stamtąd już niedaleko na Pola Elizejskie ze słynnym Łukiem Triumfalnym, by ulica zachowała dawny klimat – specjalnie nie kładą tu asfaltu, dalej jest brukowana. Z daleka po raz pierwszy można zobaczyć najbardziej znany symbol Paryża, czyli Wieżę Eiffla, jeszcze kawałek (po drodze oglądam jeszcze przykryty złotą kopułą Pałac Inwalidów) – i melduję się pod samą wieżą. Tutaj, w parku pod wieżą zrobiłem sobie dłuższy postój, okolica piękna, kilka par młodych robiło sobie tutaj pamiątkowe zdjęcia ślubne.

      Po odpoczynku kieruję się na Wersal, leżący spory kawałek na zachód od centrum Paryża, po pobieżnym zwiedzeniu rejonu pałacu przejeżdżam jeszcze kilkanaście km na południe, by wyjechać na dobre z paryskiej metropolii i już nieźle zmęczony (nieprzespana noc) rozbijam się przy drodze.

      Dzień bardzo nietypowy – miałem okazję zobaczyć wspaniały Paryż, z miast które miałem okazję oglądać – niekwestionowany numer 1, gdy wjedzie się do centrum, gdzie oka nie zawiesimy - zawsze jest coś ciekawego do oglądania, ilość zabytków szybko zaczyna człowieka przytłaczać. Oczywiście jadąc na rowerze można tylko pozwiedzać bardzo powierzchownie, niemniej daje to dobry pogląd na to jak miasto się prezentuje – bo widzimy spory obszar i możemy sobie wyrobić zdanie na jego temat. Niestety taka jazda jest bardzo upierdliwa – mnóstwo korków, ulice jednokierunkowe, tysiące ludzi; zasłużona sława Paryża ściąga do miasta setki tysięcy turystów; tak więc pod koniec miałem już tej miejskiej jazdy serdecznie dość, z ulgą wydostałem się wreszcie za miasto.

II dzień - Saint-Remy - Etampes – Orlean – Chambord – Blois – Amboise – Cere-la-Ronde



DST 237,2 km - AVS 23,7 km/h - MAX 50,6 km/h - ALT 1263 m

      Początek dnia mocno pagórkowaty – właściwie tylko góra-dół, wąskimi wąwozami płynie tu sporo małych rzek, więc jazda to wspinaczka na wysokie wzgórza oddzielające kolejne rzeczki. Po drodze też sporo fajnych, malutkich miasteczek, z których niemal każde robi bardzo pozytywne wrażenie; na coś takiego właśnie liczyłem wybierając się do Francji, jaka to ogromna różnica w porównaniu do jazdy po Polsce, gdzie takich perełek jest co kot napłakał, a tymczasem tutaj miasteczek klasy naszego Kazimierza Dolnego – spotykamy każdego dnia co najmniej kilka.

      Za Etampes krajobraz się zmienia, kończą się podjazdy, teraz droga prowadzi długim płaskowyżem, przez pierwszą część polami uprawnymi, a przed Orleanem długi leśny odcinek. W Orleanie kolejna porcja zabytków – robię sobie rundkę po tym pięknym mieście, oglądając między innymi wspaniałą katedrę oraz słynny pomnik Joanny d’Arc – czyli Dziewicy Orleańskiej. Tutaj też robię dłuższy postój nad samą Loarą, która przepływa przez miasto; fajne ławeczki w cieniu wielkich drzew, nad samą wodą, bardzo miło było tu posiedzieć. 

      Ale, że dziś mam do przejechania niezły kawał – za długo siedzieć nie mogłem, po ok. 30min ruszam dalej jadąc południowym brzegiem Loary. Jako, że od wczoraj wiatr cały czas sprzyja, jest słońce i 30’C – jedzie się wyśmienicie, nawet duży dystans nie jest problemem. Po 50km docieram do zamku w Chambord, który robi na mnie wielkie wrażenie. Zamek jest ogromny (największy z zamków nad Loarą), ale przy tym kapitalnie wkomponowany w otoczenie, wygląda pięknie z każdej strony – a to od strony wody, a to od frontu; z tych zamków, które tu widziałem – to dla mnie numer 1.

      Z Chambord jadę do Blois, samo miasto leży głównie na prawym brzegu Loary, na wysokiej skarpie, więc z lewego brzegu prezentuje się kapitalnie, część budowli odbija się w rzece; jednym słowem – kolejne piękne francuskie miasto; zaliczam podjazd na starówkę, skąd mam piękny widok na rzekę. Z Blois jadę do Amboise, mijając po drodze mniejsze zamki, w samym Amboise zamek również leży nad samą rzeką (z tym że na jej lewym brzegu) i również właśnie z poziomu rzeki lub mostu na niej prezentuje się najbardziej widowiskowo. Tutaj robię zakupy, odpoczywam chwilę w parku pod platanami, jako że jechało mi się bardzo dobrze, postanowiłem jeszcze pociągnąć spory kawałek za miasto, by nieco skrócić jutrzejszy, bardzo długi dzień. Za Amboise pojawia się już trochę podjazdów; Francja wcale nie jest taka płaska jakby się to mogło wydawać. Ale pogoda była na tyle fajna, że nawet dystans sporo ponad 200km pokonuje się z przyjemnością (fajny most w Montrichard); na nocleg rozkładam się w lasku w rejonie Cere-la-Ronde.

III dzień - Cere-la-ronde – Orbigny - Levroux – Chateuaroux – La Chatre – Montlucon – Saint-Eloy



DST 202,4 km - AVS 22,4 km/h - MAX 66 km/h - ALT 2215 m

      Ruszam wcześnie rano, bo dziś znowu czeka mnie bardzo długi dystans. Jako, że jadę teraz na wschód – z wiatrem już sporo gorzej, nieco przeszkadza. Na trasie dużo małych, łagodnych pagórków. Tereny głównie rolnicze, ładnych miasteczek na tym odcinku stosunkowo niewiele, ale po ostatnich dwóch dniach, gdzie było sporo zwiedzania to jakaś odmiana, dzisiejszy dzień to taki długi przerzut w stronę sporo ciekawszego Masywu Centralnego. Zaczyna się za to robić naprawdę gorąco, gdy staję na odpoczynek w Chateuaroux temperatura dochodzi już do 35 stopni. 

      Za miastem kilka małych górek, kawałek za La Chatre ma miejsce bardzo przykre wydarzenie – zostaję potrącony przez jadącego 80-90km/h tira. Miałem przy tym bardzo wiele szczęścia – całe uderzenie poszło na lewą sakwę, ja poniosłem tylko konsekwencje gwałtownego upadku z roweru jadącego ok. 30km/h, gdy się otrząsnąłem z wypadku, leżałem jakieś 10m przed rowerem. Gdyby uderzenie tak szybko jadącego tira trafiło na jakąkolwiek część mojego ciała – byłoby to już śmiertelnie niebezpieczne, a brakowało centymetrów. A skurwiel, który mnie tak urządził – nawet się nie zatrzymał, bezczelnie uciekając z miejsca wypadku! Wypadek całkowicie kuriozalny – była to szeroka, mało ruchliwa droga, nie zrobiłem żadnego gwałtownego ruchu typu wyminięcie dziury, jechałem blisko jej krawędzi - więc wyprzedzanie roweru z tak małym marginesem było niedopuszczalne, kierowca mógł mnie bezpiecznie minąć nawet z 2m odstępem; aż się ciśnie pytanie na usta czy nie była to zabawa z premedytacją (są tacy idioci, którzy bawią się wyprzedzaniem roweru z minimalnym odstępem).

      Z wypadku wyszedłem z niewielkimi obrażeniami – starte kolano i lewy bok, największym problemem był mocno stłuczony łokieć, który boli mnie jeszcze do dziś (2 miesiące od wypadku). Sakwy Orlieba pokazały klasę – wyszły z wypadku bez jednego rozdarcia, pomimo, że lewa przyjęła na siebie cały impet uderzenia, pękł jedynie malutki kawałek plastiku oddzielający kolejne dziurki pod regulowany hak sakw; do tego skręcona kierownica, wygięta klamkomanetka oraz mocno scentrowane tylne koło (blokowało się już w hamulcu), na szczęście wystarczyło nacentrowanie, sama obręcz nie została wygięta.

      Po ok. godzinie dochodzę do siebie na tyle by móc dalej jechać, choć do końca dnia byłem w lekkim szoku. Kontynuuję więc jazdę do Montlucon, tam robię zakupy, za miastem zaczynają się już większe podjazdy, kilka gór wyprowadzających mnie na poziom ok. 600m; nocuję na polanie pod lasem, parę km za Saint-Elloy.

IV dzień - Saint-Elloy – Riom – Clermont-Fernard – Puy de Dome (1464m) – Murol – Condat – Saint-Amandin



DST 156,3 km - AVS 19,7 km/h - MAX 62,9 km/h - ALT 2786 m

      Dzisiaj zaczynają się prawdziwe góry na mojej trasie, choć i wczoraj osiągnąłem już pułap 2000m podjazdów (który z grubsza definiuje górski dzień), ale to raczej ze względu na długi dystans. Głównym daniem na dziś jest słynny Puy de Dome – chyba najbardziej znany podjazd Masywu Centralnego. Początek dnia to szybki zjazd, po którym następuje 300m podjazd i kolejnym długim zjazdem osiągam szeroką dolinę w której jest położone Clermont-Fernand. W drodze do niego przejeżdżam jeszcze przez Riom, samo Clermont to już wielkie miasto, z dużym ruchem, centrum niebrzydkie, z charakterystycznym konnym pomnikiem Wercyngetoryksa. Ale mnie interesuje tu już przede wszystkim sam Puy de Dome, którego bardzo charakterystyczny stożek jest widoczny od wielu kilometrów; góra niesłychanie urokliwa, panująca nad całą okolicą, bardzo przypominała mi islandzką Herdubreid, którą było widać niemal z każdego miejsca w interiorze w rejonie Askji.

      Podjazd zaczyna się już w mieście, średnio przyjemny bo w dużym ruchu, w upale przekraczającym już 33’C. Podjazd trzyma 5-8%, więc szybko zdobywa się wysokość, a miasto powoli się kończy, na ok. 800m widzę już wspaniały stożek Puy de Dome w całej okazałości. Niestety po dojechaniu do stóp właściwego stożka okazuje się, że na drodze na szczyt jest zakaz dla rowerów, widać wprowadzony tu całkiem niedawno, bo gdy czytałem o tej górze nie obiło mi się to o uszy. Odpoczywając trochę się zastanawiałem co robić – ale pokusa była zdecydowanie za duża, zakaz dość kuriozalny (bo droga zamknięta dla samochodów, turyści na szczyt dojeżdżają kolejką zębatą idącą przy drodze) – więc postanowiłem ruszyć w górę. Do tego postanawiając się sprawdzić przed czekającymi mnie na tym wyjeździe licznymi górami – pojechałem z pełnym bagażem, nie zostawiając nic na dole. 

      Był to bez wątpienia najcięższy podjazd wyprawy, ściana jest rzeźnicka – od poziomu niecałego 1000m aż do szczytu cały czas trzyma koło 11-12%, żadnych wypłaszczeń, żadnej chwili na danie ulgi zmęczonym mięśniom. A ja przecież jechałem na rowerze z szosową korbą z dwoma tarczami, mimo zamontowania na wyprawę kasety MTB najlżejsze przełożenie jakie miałem wymagało na takim nachyleniu bardzo siłowej jazdy z niską kadencją. Na ok. 1300m zrobiłem sobie postój, od pewnego momentu towarzyszyły mi po prostu tysiące much, których wielkie roje można było obserwować przy drodze, na szczęście nie obsiadały ludzi, przeszkadzało to tylko, gdy się taki rój przecinało, wtedy siłą rzeczy „łapało się” takich much mnóstwo. Widokowo podjazd piękny, wznosi się ok. 500m nad całą okolicę – więc krajobrazy są bardzo szerokie, góra jest wręcz oblegana przed lotniarzy, latało ich tu w okolicy co najmniej kilkunastu. W samej końcóweczce jeszcze króciutka 16% ścianka i już nieźle zjechany melduję się na rozległym szczycie, wjechałem też jeszcze kawałek wyżej – na samą kopułkę szczytową, gdzie jest wysoki nadajnik RTV. 

      Na zjeździe myślę, że dałoby się przekroczyć nawet 90km/h – bo zakręty na tym nachyleniu są dość łagodne; ale jako że droga była wąska i nie widać za dużego odcinka szosy – wolałem nie ryzykować i zjechałem wolno, ledwie trochę ponad 60km/h ;)); na takim nachyleniu rower rozpędza się błyskawicznie, a panowanie nad nim przy prędkościach powyżej 60km/h staje się iluzoryczne.

      Po zjeździe kontynuuję jazdę Masywem Centralnym – bocznymi drogami, po mocno pagórkowatym terenie, co chwilę a to 100, a to 200m do góry i w dół. Ale droga choć wymagająca – bardzo przyjemna do jazdy, wszędzie pełno zieleni, ładne wioseczki po drodze, szczególnie w pamięć zapadło mi kamienne Besse fantastycznie ulokowane na szczycie ostrego wzgórza. W końcówce dnia, niejako w nagrodę za liczne trudy trasy czekał mnie długi, ok. 20km łagodny zjazd do Condat, jak na sam koniec dnia – to rozwiązanie idealne ;)) W tym fajnie położonym (dość głęboki wąwóz) miasteczku nabieram wody, zaliczam jeszcze jedną ściankę przy wyjeździe i po paru km znajduję niezłą miejscówkę tuż przy drodze, zadupie takie że nawet telefon zasięgu nie łapał, nie myślałem że w centralnej Francji, poza Alpami są jeszcze takie rejony ;))

V dzień - Saint-Amandin – Riom-es-Montages –Pas de Peyrol (1589m) – Aurillac – Conques – Rodez



DST 171 km - AVS 20,1 km/h - MAX 59,9 km/h - ALT 2274 m

      Rano zupełnie zmienia się pogoda, po wczorajszym dniu obawiałem się już porządnych upałów – a tymczasem, gdy ruszam na trasę jest chłodno i wisi sporo chmur. Początek to kontynuacja wczorajszej trasy – czyli dużo zieleni i pagóreczki cały czas. Od pewnego momentu na horyzoncie widzę charakterystyczny ośnieżony szczyt Puy Mary, w okolicach którego leży przełęcz Peyrol – czyli dzisiejsze „główne danie dnia”. Po ok. 20km od startu, właśnie gdy zbliżam się do początku podjazdu – pogoda załamuje się na dobre, zaczyna nieźle padać, wieje, temperatura spada poniżej 15 stopni. Ale nie ma rady – trzeba jechać, za długie mam dzienne dystanse by bawić się w przeczekiwanie. W pełnym stroju przeciwdeszczowym zaliczam więc solidny podjazd pod przełęcz, końcówka ciekawa, bo serpentyny wyprowadzają nad poziom lasu i na samą przełęcz jedzie się długim trawersem Puy Mary, leży tu jeszcze sporo śniegu; warunki ciężkie – mocno wieje, pada cały czas, a na szczycie poniżej 10’C, sam podjazd też wymagający, w końcówce koło 10%.

      Z powodu warunków za długo tu nie posiedziałem, założyłem jeszcze bluzę pod kurtkę i ruszyłem na długi zjazd. Trochę się bałem jak sobie będzie dawał radę mój obładowany rower szosowy na mocno nachylonym zjeździe w deszczu – a tymczasem jedzie się elegancko, żadnych problemów z hamulcami, a wąskie opony 23mm trzymają szosę elegancko. Z powodu deszczu trochę zmodyfikowałem dalsze plany na dziś, postanawiając jechać przez Aurillac i całkiem nieźle na tym wyszedłem bo w drugiej części dnia trafiłem nad piękny kanion. A tymczasem do sporego Aurillac docieram sprawnie, droga wygodna, w dół doliny, także i malownicza, deszcz chwilami to odpuszczał, to znowu zaczynał padać. W mieście robię większe zakupy i dłuższy postój na przystanku.

      Przy wyjeździe z miasta znowu nieciekawie – 200m podjazd w deszczu i pod mocny wiatr, dopiero gdy zjeżdżam z głównej szosy na boczne dróżki robi się przyjemniej, następnie w strugach deszczu długim zjazdem docieram na sam dół wielkiego kanionu (fajnie było go widać z góry). Później droga prowadzi jego dnem, do fantastycznie położonego miasteczka Conques, niestety na tym odcinku leje jak z cebra. Padać przestaje dopiero na podjazdach z doliny rzeki płynącej kanionem w stronę Rodez, na chwile wychodzi nawet słońce, choć dalej jest zimno. W Rodez robię zakupy i szybko wyjeżdżam za miasto by znaleźć miejscówkę na nocleg. A tu jak na złość zaczął się długi podjazd (z góry ładne widoki na miasto), droga przechodzi w ekspresówkę, dopiero po paru km można było z niej zjechać, tam też w końcu znajduję mizerniutkie miejsce na nocleg – blisko drogi, na skraju pola, na nierówności; tak czasem bywa w bardziej zurbanizowanych rejonach.

DALEJ >>>