DOLOMITY 2004




XI dzień - Cortina d'Ampezzo - Pieve di Cadore - Passo della Mauria (1298m) - Tolmezzo - Amaro

DST 120,9 km - AVS 21,4 km/h - MAX 50,8 km/h - ALT 1181 m

Po podjeździe na poziom szosy przez najbliższe 30km jadę cały czas w dół. W porannym słońcu wspaniale prezentuje się masyw Sorapisu. W rejonie Pieve di Cadore jest przebudowa skrzyżowania, więc trochę nadrabiam by dostać się na szosę w kierunku Auronzo. U stóp dzisiejszego głównego punktu dnia - Passo dello Mauria (1298m) jestem zaledwie na niecałych 700m, a miałem nadzieję że będzie to z 900m. Ale nie ma wyjścia, trzeba jechać; podjazd nie jest ani za ciężki, ani za lekki. Po krótkim odpoczynku na szczycie zaliczam zjazd, za miasteczkiem Forni wcale nie jest cały czas lekko w dół, jak by się z mapy mogło wydawać - zaliczyć trzeba przynajmniej dwie małe przełęcze i parę mniejszych ścianek. Dopiero w rejonie Ampezzo jedzie się porządnie w dół, a przed położonym na zaledwie 200m Tolmezzo jest już zupełnie płasko. Krajobraz na tej drodze jest zupełnie inny niż we właściwych Dolomitach - dominują gęste lasy liściaste, porastające zbocza górskie. Ok. 10km za Tolmezzo, kawałek za wioską Amaro rozbijam się kilkadziesiąt metrów od drogi, będąc doskonale zamaskowanym dziękim gęstym krzakom.

XII dzień - Amaro - Tarvisio - [SLO] - Planica - Kranjska Gora - Jesenice - Bled - Otoce



DST 125,3 km - AVS 20,7 km/h - MAX 53,6 km/h - ALT 1254 m

Pierwsza część dzisiejszego dnia to mozolny podjazd w górę rzeki Felli. Równolegle biegnie tu autostrada z mnóstwem tuneli, więc ruch jest symboliczny. Poza niewielką Pontebbą, do której trzeba odbijać, na odcinku 50km do Tarvisio nie ma żadnej większej miejscowości, mam wrażenie jazdy przez tereny niemal bezludne, czemu sprzyja dość ponury, ale i piękny krajobraz doliny. Rzeka sama w sobie jest dość wąska, natomiast łachy z białych kamyczków wprost ogromne, o szerokości czasem i kilkuset metrów. Przez całe 50km do Tarviso walczę z czasem - chcę bowiem wydać przed granicą pozostałe mi jeszcze euro w monetach, których w Polsce nie da się wymienić, a na większy (i co za tym idzie tańszy) sklep można liczyć dopiero w Tarvisio. Wyjechałem o 9, a w zdecydowanej większości włoskich sklepów o 12 rozpoczyna się sjesta trwająca z reguły do 15. Porządnie się żyłując utrzymuję średnią na bezpiecznym poziomie 20km/h, nie jest to takie proste bo droga cały czas jest lekko pod górę, a "przełęcz" przed Tarvisio ma ponad 800m (startowałem z 200m). Zdrowo zjechany docieram w końcu do marketu (okazało się że tu akurat nie ma sjesty!), po czym w lesie za miastem staję na zasłużony odpoczynek. Przed granicą jest krótki podjazd, po którym jest zaraz przejście, gdzie zakupuję trudno dostępną w Polsce słoweńską walutę - tolary. kilka km dalej skręcam na Planicę, skąd po ponad 100m podjazdu docieram do kompleksu skoczni narciarskich, z największym tego typu obiektem na świecie - słynną Velikanką (wówczas rekord Matti Hautamekiego wynosił 233m, obecnie Romoerena aż 239m, a niesamowity w zeszłym sezonie Janne Ahonen wylądował nawet na 240m choć z upadkiem). Widok jest kapitalny, ale znacznie lepiej muszą wyglądać zawody na żywo, ze skoczkami przelatującymi ponad 200m. W rejonie Kranjskiej Gory wspaniale prezentują się Alpy Julijskie, budową przypominające nieco Dolomity, kiedyś będę się musiał wybrać na prowadzący przez serce tego masywu najwyższy podjazd Słowenii - Vrsic. Dalszy odcinek do Jesenic to głównie delikatne zjazdy, co jakiś czas pojawiają się zakazy dla rowerów, które ignoruję. Ale dopiero za Jesenicami robi się tragedia - biegnąca tu równolegle ruchliwa autostrada do Austrii kończy się i cały ruch przechodzi na moją szosę, a są to klasyczne dla byłej Jugosławii 2 wąskie pasy bez pobocza, więc dalsza jazda to czysta mordęga. Z ulgą skręcam na Bled, po 50m zjazdu na poziom Sawy zaliczam tyle samo pod kurort położony nad jeziorem Blejsko. Ta uzdrowiskowa miejscowość prezentuje się bardzo sympatycznie, z pewnością jest to jedno z najpiękniejszych miejsc Słowenii. Wspaniale wygląda zamek na wysokiej białej skale tuż nad wodą, jest też śliczny kościółek na maleńkiej wysepce. Z niechęcią wracam z powrotem na moją szosę i po kilku km walki z ruchem rozkładam się na polu pod lasem na nocleg.

XIII dzień - Otoce - Kranj - Ljubljana - Logatec - Postojna - [nocleg na dziko]

DST 116,5 km - AVS 22,2 km/h - MAX 50 km/h - ALT 796 m

Od samego rana zmagam się z ruchem na jezdni, a jest jeszcze gorzej niż wczoraj - pojawia się znak drogi tylko dla samochodów (który co tu ukrywać ma tu rację bytu, ale że nie mam żadnej alternatywy muszę go zignorować), jest też piekielny wąziutki tunel. Na domiar złego nie mam mapy tego rejonu - do okolic Postojny jadę na pamięć (przed wyjazdem bardziej nastawiałem się na wariant drogi ze Stelvio), więc przegapiłem zjazd na Kranj (na drogowskazach są jedynie oznaczenia na najbliższą wioskę), a moja droga przechodzi nagle w autostradę. Chcąc niechcąc jadę dalej - w sumie zrobiłem nią z 15km w rejon Kranju, ale niestety pojawiło się oznaczenie zapowiadające rogatki, gdzie płaci się za przejazd, więc wolałem nie ryzykować konieczności wysłuchania tego co tam powiedzą gdy podjadę pod bramkę rowerem i zjechałem z autostrady pierwszym zjazdem (akurat na Kranj). Z Kranju dojeżdżam do Skofji Loki - słynnego średniowiecznego miasteczka, które jednak mocno mnie rozczarowuje. Jest bardzo maleńkie i mocno obdrapane, co z tego że autentycznie średniowieczne jeśli wygląda tak mizerniutko, porównania z francuskim Carccassone są zupełnie nie na miejscu. Wjazd do Ljubljany jest bardzo nieciekawy, przed stolicą ruch się zwiększa, na drodze zakazy dla rowerów, powyżej uszu mam już słoweńskich szos. Ljubljanę zwiedzam dość pobieżnie (byłem tu z Marcinem w 1999 roku) zaliczając centrum i fotografując się przed pomnikiem Preserena (na zdjęciu w 1999 "fachowiec" obciął nam połowę pomnika, teraz z kolei jest wielka grupa rowerzystów). Na drodze do Postojny wreszcie można odetchnąć, nie ma problemów z ruchem i zakazami. Za Vrhniką zaczynają się górki, a przed Postojną zaliczam kilka serpentynek zakończonych przejazdem przez wspaniały wąwóz, który zapadł mi w pamięć podczas trasy do Rzymu sprzed 5 lat. 10km za Postojną rozbijam się pod lasem, niedaleko biegnącej tu autostrady.

XIV dzień - [nocleg na dziko] - Koper - Portoroż - [HR] - Buje - Novigrad - Porec - Gradina



DST 132,1 km - AVS 21,7 km/h - MAX 52,8 km/h - ALT 1367 m

Choć miałem nadzieję że odcinek do Koperu to będą głównie zjazdy (nocowałem na 600m) to nieczekiwanie przez prawie 30km muszę się szarpać z całkiem porządnymi hopkami, dopiero kilka km przed wybrzeżem zaczyna się dość długi i szybki zjazd, niestety wrażenia psuje duży ruch. W niebrzydkim centrum Koperu zatrzymuję się na odpoczynek, robiąc wcześniej obowiązkową rundkę nadmorskim deptakiem. W "programie" miałem zwiedzanie Piranu, ale na 12km z Koperu dostałem zdrowo w kość - w upale (znowu jest 34'C) i wręcz korku samochodowym musiałem zaliczyć dwa ciężkie, po 100m każdy, podjazdy których zupełnie się niespodziewałem. A ponieważ zjazd na Piran jest na szczycie drugiego z nich (wracając z miasta trzeba by go ponownie podjechać), stwierdziłem że dam sobie z tym spokój. Kilka km dalej wjeżdżam do Chorwacji, następnie podjeżdżam prawie 200m do Buje, skąd już raczej w dół jadę do Novigradu, gdzie w małym parku staję na odpoczynek. Jestem nieźle zmęczony, zapomniałem już jakie są "uroki" jazdy wybrzeżem, którego krótkie, ale bezustanne podjazdy potrafią nieraz bardziej dać w tyłek niż Alpy. Jadąc cały czas podobną górzystą trasą docieram do Porecu, gdzie rozglądam się za kempingiem. Niestety ceny wprost zwalają z nóg, w przeliczeniu na złotówki za noc chcą 90-100zł. Myślałem, że jest jakaś nieprzekraczalna granica, jeśli chodzi o cenę za nocleg na twardej ziemi w swoim własnym namiocie, ale widać byłem w błędzie! Choć jestem już zdrowo "wypruty" i zależało mi by ostatni nocleg przed podróżą autokarem spędzić na kempingu to uznałem że tak bezczelnie nie dam się okradać i 100zł za 5 metrów kwadratowych terenu nie zapłacę. Sytuacja ta zaskoczyła mnie tym bardziej, że dwa lata temu w Dalmacji z kempingami nie miałem żadnych problemów, a ceny wahały się w granicach 25-35zł; ale nie wziąłem pod uwagę, że rejon Istrii jest znacznie droższy niż reszta Chorwacji - także i w sklepach ceny są dość wysokie. Ponadto w Dalmacji jest całe mnóstwo małych przydomowych kempingów, które niskimi cenami wymuszją konkurencję, podczas gdy tu są jedynie ogromne molochy na kilka tys. osób, których właściciele widać uzgodnili ze sobą ceny, bo byłem na kilku i różnice były dosłownie symboliczne. Taniej byłoby może na kempingu dla naturystów (bo i takiego tu reklamę widziałem), ale jakoś nie korciło mnie by to sprawdzać. Jadę więc dalej odbijając od wybrzeża, by znaleźć odpowiednią "miejscówkę"; ostatecznie rozbijam się w lesie za wioską Gradina, charakteryzującą się wielką ilością barów z grillem (chyba z pięć) na liczbę mieszkańców.

XV dzień - Gradina - Rovinj - Bale - Pula

DST 66 km - AVS 22 km/h - MAX 51,3 km/h - ALT 594 m

Kilka km po starcie osiągam poziom morza, objeżdżając wrzynający się tu w głąb lądu Kanał Limski, a następnie zaliczam ciężką 200m piłę, na szczycie jestem zupełnie mokry bo słońce i dziś nie próźnuje. Do Rovinju za to mam już z górki, w mieście musiałem się nieźle naszarpać, by po wąziutkich, kamiennych i stromych uliczkach Starego Miasta dostać się na wzgórze na którym znajduje się główny zabytek - piękny kościół. Spędzam tu z godzinę na odpoczynek, widok na morze i miasto mam przepiękny, z niechęcią ruszam dalej. Do Puli chciałem dojechać drogą wzdłuż wybrzeża, ale przy wyjeździe z Rovinju źle skręciłem, a później nie chciało mi się już zawracać, więc pojechałem trasą przez Bale i Vodnjan. Pozostałe ponad 30km do Puli nie jest tak górzyste jak się obawiałem, niemniej małych wzgórz nie brakuje. Za Bale dogania mnie 3 sakwiarzy ze Szwajcarii - jadą z Zurichu do Zagrzebia. Chyba po raz pierwszy podczas moich wypraw spotkałem ludzi równie obładowanych jak ja. A choć bagażu mieli kupę zasuwali jak wszyscy diabli, na prostej jadąc w granicach 30km/h (wszyscy mieli mocno "uszosowione" trekingi z barankami), by się utrzymać za nimi "w cieniu" musiałem się nieźle namordować, ale dzięki temu 20km do Puli przeleciało jak z bicza strzelił. Po zakupach, obiedzie w McDonaldzie i zwiedzeniu miasta (wspaniale zachowane koloseum z okresu rzymskiego) zdrowo się wynudziłem bo mój autobus odjeżdżał dopiero o 20. Kierowcy spóźnili się o ponad godzinę, ale za to załadunek przebiegał tak gładko jak nigdy - młody kierowca ani słowem nie protestował przeciw zabraniu roweru, a i opłata za nadbagaż była najniższa z moich wyjazdów (50zł). A przecież była to ta sama firma (Eurolines) co przed rokiem, gdy kierowca wyjątkowo bezczelnie mnie oskubał, rower zabierając przy tym z wielką łaską - jak widać wszystko zależy na jakiego człowieka "zarządzającego" autokarem się trafi.

Podsumowanie

W ciągu całej wyprawy przejechałem 1 740,3km, prędkość maksymalna to aż 81,8km/h (niesamowity zjazd z Turracher Hohe), najdłuższy odcinek - 145,6km (Bratysława-Gloggnitz), suma podjazdów - 19 419m, najdłuższa dzienna suma podjazdów, również rekordowa - 3 948m (przez 4 przełęcze w Dolomitach). Wyjazd był bardzo udany, problemy z pogodą minimalne i to raczej ze słońcem niż z deszczem, co jest zawsze zdecydowanie korzystniejszym wariantem. W tym roku ze względu na to że miałem zaledwie dwa tygodnie czasu musiałem robić trochę dłuższe niż zwykle odcinki (często ponad 120km), ale radziłem sobie z tym zupełnie przyzwoicie, nawet w górach. Sprawdziłem też w praktyce bardzo wygodny sposób zaliczania najwyższych gór - na luzie, z powrotem na kemping, gdzie są bagaże - wymaga to co prawda większych nakładów finansowych (szczególnie we Włoszech), ale pozwala w znacznie łatwiejszy sposób zaliczać nawet bardzo trudne podjazdy, na których z bagażem mogłoby się skończyć pchaniem roweru (jak Fedaia). Po pięknych górach w Austrii i włoskich Dolomitach sporym rozczarowaniem była za to jazda przez Istrię - urodą jej do Dalmacji daleko, a ceny wręcz zwalają z nóg; no ale chcąc wracać autokarem specjalnego wyboru nie miałem.