DOLOMITY 2004




VI dzień - Fisching - Judenburg - Murau - Predlitz - Turracher Hohe (1763m) - Dobriach

DST 130,8 km - AVS 19,5 km/h - MAX 81,8 km/h - ALT 1702 m

Rano szybko nadrabiam stracone wczoraj kilometry. Droga za Judenburgiem nie jest specjalnie wymagająca, choć jest więcej wzniesień niż dzień wcześniej gdy jechałem dolinami Murzu i Muru. Kilka km przed Murau wpakowałem się na remont drogi - na połowie jezdni właśnie kładziono świeży asfalt, podczas gdy drugą częścią był puszczany ruch wahadłowo. Niestety droga prowadzi pod górę i nie wyrabiam się w cyklu świateł przeznaczonym dla samochodów, więc muszę lawirować skrajem jezdni, kilka razy zahaczając o dopiero co położony asfalt. I tak jest przynajmniej przez 2km - jedzie się bardzo nieciekawie - w spalinach, słońcu i zapachu gorącego asfaltu. W Murau muszę poświęcić dobre pół godziny na czyszczenie opon z asfaltu i dziesiątków kamyczków, które się momentalnie poprzyklejały. Nie jest już tak gorąco jak przez kilka ostatnich dni, temperatura dochodzi "tylko" do 30'C, pojawia się też coraz więcej chmur, a przed Predlitz zaczyna padać deszcz - ale nie na długo, gdy skręcam na Turrach jest już po wszystkim, a szosa wysycha błyskawicznie - przez pewien czas widać wręcz jak paruje. Początek podjazdu jest bardzo malowniczy - tunel, wąski wąwóz, dalej dolina zaczyna się rozszerzać. Do Turrach nachylenie jest dość łagodne, jedzie się częściowo lasem, częściowo polami. Natomiast za Turrach (ok.1300m) zaczyna się prawdziwa piła. Bardzo szybko jestem zmuszony wrzucić najlżejsze przełożenie (22-28), da się jechać zaledwie 6km/h. Zgodnie z tym co planowałem wjeżdżam na ok.1400m i zatrzymuję się na posiłek. Jako że mam już w nogach aż 90km (efekt straconego wczoraj dystansu) uznałem, że trzeba porządniej odpocząć przed tak ciężkim podjazdem. Po godzinie i dwóch chińskich zupkach, ruszam dalej, ale wcale nie jedzie się łatwiej - cały czas na maksymalnym wysiłku, ledwie 6km/h (podejrzewam że jest tu ze 12%, nigdzie nie udało mi się znaleźć profilu podjazdu od tej strony). Mimo tego odpoczynku na raz nie udało mi się osiągnąć szczytu, musiałem się zatrzymać na jakieś 5min by ochłonąć. Od wys. 1650-1700m nachylenie nie jest już takie piekielne, jadąc da się od biedy złapać oddech. Na rozległym szczycie przełęczy (ponad kilometr długości) ulokowana jest spora stacja narciarska, podziwiać można także niebrzydkie, górskie jezioro. Po zasłużonym postoju ruszam na jeden z najbardziej stromych zjazdów Europy. Początek, choć jedzie się ok.60km/h to jeszcze nie to, prawdziwa zabawa zaczyna się za znakiem informującym o nachyleniu 23%. Co najistotniejsze na tym najostrzejszym kawałku jest długi kawałek prostej. Rozpędzam się, kurczowo trzymając kierownicę, czuję jak cały rower lekko skacze i w końcu osiągam 81,8km/h bijąc swój bardzo stary rekord prędkości (z 1997 roku - równe 80km/h z góry i za autobusem na trasie Chęciny-Kielce). Pęd był tak niesamowity, że całe oczy mam załzawione mimo jazdy w okularach przeciwsłonecznych, musiałem się też zatrzymać na kilka min, by ochłonąć z wrażeń. Zjazd jest piekielnie ostry, duży podziw należy się tym, którzy byli w stanie zdobyć przełęcz z bagażem od tej właśnie strony; podejrzewam, że jadąc tu na aeorodynamicznym rowerze szosowym - z wąskimi oponami i barankiem można by się pokusić o przekroczenie nawet 100km/h. Gdybym nie miał już tyle w nogach to może spróbowałbym dla sprawdzenia się (i oczywiście jeszcze jednego zjazdu) podjechać ten najostrzejszy kawałek, ale na dziś mam już dosyć, a na kemping jeszcze nie tak blisko. Dalszy kawałek zjazdu też jest niczego sobie, zaskakuje spory kawałek szutru (jakiś remont), ale tak gładki że daje się przekorczyć 50km/h. Za Wiedweg skręcam na Radenthein, czeka mnie tu jeszcze ostatni już dzisiejszego dnia podjazd - ze 100-120m do stacji narciarskiej Bad Kleinkirchenheim; z tej miejscowości aż nad samo jezioro Millstatter jest już ciągle w dół, w tym spory kawałek wąziutkim wąwozem. Na noc zatrzymuję się w Dobriach - cena jak to zawsze na kempingach położonych nad wodą jest wyższa - 10 euro (w Austrii średnia to 7-8), ale nie mam specjalnego wyboru.

VII dzień - Dobriach - Spittal - Obervellach - Winklern - Dollach

DST 96,4 km - AVS 19,4 km/h - MAX 49,3 km/h - ALT 974 m

Na początku dnia jadę ładną drogą nad samą powierzchnią jeziora Millstatter, które prezentuje się całkiem nieźle - dość duże, zewsząd otoczone szczytami. Za Spittal podejmuję ważną decyzję co do dalszej trasy. Zastanawiałem się bowiem nad dwoma wariantami - pierwszy z Hochtorem i Dolomitami, drugi to natomiast Stelvio i Gavia, a następnie pociąg z Bresci do Wenecji i stąd lądem do Puli. Uznałem jednak, że druga wersja jest za ciężka i za bardzo ryzykowna - przy dniach z dystansami rzędu 130km po górach po prawie 3000m, łatwo coś może pójść nie tak i wówczas nie wyrobiłbym się na autokar w Puli. Jadę więc na Obervellach, a następnie do Winklern. Trudności są raczej umiarkowane, porządniejsza jest dopiero krótka ścianka przed samym Winklern i podjazd już w miasteczku. Natomiast 12km z Winklern do Dollach to nieoczekiwanie straszna męczarnia - jadę lekko pod górę i pod silny przeciwny wiatr, chwilami zaledwie 10km/h. Na kemping docieram z wielką ulgą - pociesza mnie za to niska cena, zaledwie 5 euro - istotne tym bardziej że spędzam tu dwie noce.

VIII dzień - Dollach - Heiligenblunt - Hochtor (2504m) - Edelweisspitze (2571m) - Hochtor - Dollach

DST 64,8 km - AVS 16,2 km/h - MAX 68,7 km/h - ALT 2151 m

Gdy wyjeżdżam z Dollach pogoda pozostawia wiele do życzenia - wszystkie wysokie szczyty w chmurach, choć jeszcze nie pada. Niestety Hochtor słynie z dziadowskiej pogody, ok.75% opisów rowerzystów zaliczających tą górę, jakie miałem okazję czytać, koncentruje się właśnie na zmaganiach z aurą. Przynajmniej z wczorajszego wiatru niewiele zostało, więc szybko osiągam położone na ok.1300m Heiligenblunt, gdzie zaczyna się właściwy podjazd. Miasteczko jest bardzo sympatyczne, czuć tu "aurę" wysokich gór. Na dzień dobry od razu jest porządna ścianka, dalej nachylenie wcale nie spada. O dziwo właśnie początek, wg profilu trochę lżej nachylony od części środkowej dał mi bardziej w kość. Ale, że jadę jedynie z ważącą ok.5kg sakwą idzie mi o niebo lepiej niż na Turracher, więc szybko zdobywam wysokość; jazda prawie na pusto to zupełnie inna bajka niż żyłowanie się z prawie 30kg bagażem. Na wys.ok.1900m zaczyna się to czego się obawiałem - deszcz. Dojeżdżam do baru położonego na małym szczycie przed rondem skąd odchodzi droga na Franz-Josefs Hoche. Po pół-godzinie przestaje padać więc jadę dalej. Po zjeździe na rondo jest chyba najostrzejszy kawałek podjazdu, dalej droga wspina się po niezliczonych serpentynach. Oznakowanie jest doskonałe, co chwile są tablice z numerem zakrętu (Kehre) oraz aktualną wysokością, dzięki temu mogę bardzo precyzyjnie wyregulować wysokościomierz w liczniku. Na ok. 2200-2300m pojawiają się pierwsze płaty śniegu, im wyżej tym większe. W końcu widzę wjazd do tunelu, nad którym nisko wiszą chmury. Na Hochtor dojeżdżam wraz z grupką Szwajcarów na góralach, którzy mnie dogonili przed szczytem, wzajemnie robimy sobie zdjęcia na przełęczy. Na 2500m jest już dość zimno - zaledwie 8'C, na zjazd zakładam zakupioną przed tegorocznym wyjazdem kurtkę Gore-tex (za 400zł, więc do końca nie wiem czy to nie podróbka). Po drugiej stronie tunelu pogoda jest diametralnie inna - chmury tak gęste, że widać na jakieś 20m, po chwili zaczyna też padać. Z pięknych widoków, z których przecież słynie Grossglockner Hochalpenstrasse nici, ale jazda w takich warunkach też ma swój urok. Po tej stronie przełęczy śniegu jest znacznie więcej, wygląda to niesamowicie, dodaje górom aury niedostępności; po raz pierwszy na moich wyprawach zetknąłem się ze śniegiem w tej ilości. Zjazd na ok.2200m w tych warunkach pokonuję bardzo ostrożnie, na hamulcach - wrażenia kapitalne, gdy tuż przede mną wyłania się z mgły samochód - najpierw go słychać, potem dopiero widać lub grupka rowerzystów (których mimo takich warunków nie brakuje). Na 2200m widoczność jest już dużo lepsza, ale przede mną kolejny podjazd i wkrótce ponownie wjeżdżam w "mleko". Powyżej 2400m na Fuschertorl ledwo znalazłem drogę na Edelweisspitze. Te końcowe 170m podjazdu jest naprawdę ciężkie - wymagające nachylenie, często powyżej 10%, a co gorsza większość jedzie się po kostce, która mokra od padającego deszczu zrobiła się strasznie śliska. Mimo to na szczyt (2571m) docieram w dobrej kondycji, jadąc od przymusowego postoju w barku non-stop, co więcej wcale nie jestem wymęczony, a przecież wjechałem tu z poziomu 1000m - co znaczy jazda bez bagażu! Po odpoczynku bardzo ostrożnie zjeżdżam po kostce z powrotem na Fuschertorl, a stąd już asfaltem na 2200m. Następnie przez 2 tunele docieram na Hochtor, skąd czeka mnie bardzo długi ale i strasznie wychładzający zjazd . Na prostej przed rondem wykręcam 68,7km/h, całkiem porządny wynik, ale w porównaniu z tym z Turracher nie robi żadnego wrażenia. Przez chwilę zastanawiam się czy jechać na Franz-Josefs Hoche, ale uznałem że w tych warunlach nie ma to sensu, nie zobaczy się nic. Teraz trochę tego żałuję, bo fizycznie spokojnie dałbym radę, obawiałem się że w końcu zacznie mocno padać. Na kemping docieram już bez większych wrażeń. Udało mi się dziś pobić rekord dziennej sumy podjazdów - 2151m; w zeszłym roku na Galibier miałem 2114m. Choć Hochtor jest niewątpliwie cięższą przełęczą, to jednak fakt że na Galibier wjechałem z pełnym bagażem powoduje że tamten wyczyn oceniam nieco wyżej.

IX dzień - Dollach - Winklern - Iselsbergpass (1204m) - Lienz - Sillian - [I] - Dobiacco - Passo Cimabianche (1530m) - Cortina d'Ampezzo (1210m)



DST 126,9 km - AVS 20,5 km/h - MAX 63,5 km/h - ALT 1593 m

Tym razem szybko pokonuję odcinek sprzed dwóch dni do Winklern, z miasteczka czeka mnie 250m średniej klasy podjazdu pod Iselsberg (1204m). Z przełęczy jest kapitalny widok na ciemną ścianę Dolomitów Lienzkich, wprawdzie nieco ograniczony przez ciągle kiepską pogodę. Od strony Lienzu podjazd jest dużo cięższy i dłuższy, udaje mi się przekroczyć 60km/h. Z Lienzu jadę niebrzydką drogą w górę Drawy, bardzo już wąziutkiej w tym rejonie. Mimo że na 30km do Linzu pokonuje się ponad 400m różnicy poziomów prędkość rzadko spada poniżej 20km/h z powodu doskonałego wiatru. Dopiero po włoskiej stronie , gdy osiągam trudno zauważalną przełęcz Sella di Dobbiaca (1170m) zmienia kierunek (jak to zwykle bywa wieje w górę doliny) i przez kilka płaskich km do Dobbiaco mam solidną mordęgę. W miasteczku skręcam na Cortinę jadąc ciągle lekko w górę. Na tym odcinku napotykam wręcz setki rowerzystów - wracają tędy z przeprowadzonego dziś wyścigu dla amatorów na trasie Cortina-Dobbiaco, z tym że po górskich ścieżkach, a nie asfaltem. Po odpoczynku w lasku osiągam łatwiutką przełęcz Cimabianche (1530m). Widoki są coraz ciekawsze, w końcu wjeżdżam w serce Dolomitów, chyba najpiękniejszych gór Europy, choć wrażenie ciągle psują nisko wiszące chmury. Bardzo widowiskowym zjazdem docieram do Cortiny, gdzie po krótkich poszukiwaniach trafiam na kemping położony na samym dole miasta, na niewiele ponad 1100m. Niestety ceny są przerażające - 16 euro (prawie 70zł) - i to na wszystkich 3 zlokalizowanych tu kempingach, a ja potrzebuję noclegu na 2 noce. Decyduję się wrócić na kemping położony kilka km przed miastem, który wcześniej mijałem. Ale okazuje się że na darmo zaliczyłem ze 200m podjazdu, bo jest tu dokładnie to samo - widać cwani Włosi pewnie dogadali się co do cen, by sobie wzajemnie nie psuć interesu. Nie mam więc wyboru i wracam do Cortiny. Z bólem płacę prawdziwie złodziejską cenę 32 euro za dwie noce - ponieważ kolejny dzień - rundę po Dolomitach zamierzam przejechać bez bagażu, więc nie bardzo mogę nocować na dziko. Ceny włoskich kempingów z roku na rok robią się coraz bardziej wkurzające; przy standardzie wyraźnie niższym od austriackich jest tu dwa razy drożej. O czasach przed wprowadzenem euro można jedynie pomarzyć; nie wiem może to jakieś ogólno-ekonomiczne korzyści przyniosło, ale przeciętny człowiek odczuł jedynie wyraźny wzrost cen.

X dzień - Cortina d'Ampezzo - Passo Giau (2236m) - Caprile - Passo Fedaia (2054m) - Canazei - Passo Pordoi (2239m) - Arabba - Passo di Falzarego (2105m) - Cortina

DST 140,9 km - AVS 17,4 km/h - MAX 58,3 km/h - ALT 3948 m

Rano szybko przejeżdżam przez Cortinę i kieruję się na drogę prowadzącą na Falzarego. Z podjazdu są fantastyczne widoki na kotlinę w której leży miasto, zewsząd otoczone wspaniałymi, charakterystycznymi dla Dolomitów wapiennymi górami. Nachylenie nie jest dotkliwe, bez ciężkiego bagażu jedzie się bardzo przyjemnie, wreszcie wróciło słońce. W wiosce Pocol (ok.1500m) skręcam na drogę prowadzącą na Passo Giau. Przełęcz ta jest wyraźnie trudniejsza od Falzarego, nachylenie rzadko spada poniżej 9%. Bardzo długo jedzie się lasem (to cecha wspólna większości podjazdów w Dolomitach - górna granica lasu jest dość wysoko - ok.1800-1900m), dopiero na ok.2000m roztacza się szeroka perspektywa na okoliczne wspaniałe szczyty, z królującym tu masywem Nuvolao, doskonale widocznym z Passo Giau. Zjazd z przełęczy jest ostry, choć bardzo kręty, docieram aż na poziom 1000m do Caprile (po drodze trzeba podjechać ok. 100m w rejonie Selva di Cadore). Za miasteczkiem zaczyna się podjazd pod Fedaię, z początku łagodny, dopiero za tunelem przed Malga Ciapella robi się prawdziwa rzeźnia. W miasteczku staję na odpoczynek, gdy ruszam czeka mnie aż 3km o średnim nachyleniu przekraczającym 12%. Mimo, że jadę bez bagażu daję radę utrzymywać zaledwie 8km/h, co gorsza większość z tych 3km prowadzi długą prostą, a takie podjazdy są zawsze cięższe niż serpentyny. Malowniczo prezentuje się stąd masyw Marmolady - najwyższego szczytu Dolomitów (na wierzchołek dochodzi z Malga Ciapella kolejka linowa). Mimo postoju w Maldze na raz nie dałem rady, po tych piekielnych 3km musiałem parę minut odsapnąć. Wyżej choć nachylenie nadal jest ciężkie (to tu są dwa fragmenty 15-16%) jedzie się już lepiej, na szczycie doganiam dwóch Czechów, z którymi rozmawiałem na dole przed tunelem - wyraźnie bawi ich nasz język, z którego znają kilka zwrotów - widać nie tylko czeski potrafi być śmieszny. Z Passo Fedaia widać doskonale lodowiec Marmolady, na przełęczy (długiej na ok. kilometr) jest też spore jezioro. Zastanawiam się czy wrócić stąd tą samą drogą (korci zjazd tą straszną prostą) i wjechać na Falzarego, czy też zaryzykować przejazd przez Pordoi (i dalej też przez Falzarego). Ponieważ czuję się bardzo dobrze, nawet tak ciężki podjazd jak Fedaia (chyba najtrudniejszy z jakim się zmagałem - Hochtor choć dużo dłuższy nie był aż tak męczący; z bagażem byłoby tu ekstremalnie trudno) mnie nie wykończył, więc rozpoczynam zjazd do Canazei. Fedaia od tej strony jest dużo łagodniejsza - więc i zjazd nie olśniewa. Tym razem nie wytracam całej wysokości, bo Canazei leży na 1400m. Podjazd na słynną z Giro d'Italia Passo Pordoi jest niesamowicie kręty, prawie cały czas prowadzi przez las, nachylenie nie przekracza 8%. Po planowanym postoju na 1800m szybko wydostaję się ponad las (tutaj aż do 2000m). Końcówka podjazdu jest kapitalna, z wspaniałymi widokami na masyw Sella, nie brakuje też "porozrzucanych" wszędzie wielkich wapiennych kamieni. Z Pordoi zjeżdżam do Arabby (ponownie same zakręty, co chwilę trzeba hamować), następnie przez ok.10km jadę lekko w dół przez Pieve di Livinallongo i Andraz. Zaczynam porządnie odczuwać zmęczenie, w końcu mam już w nogach trzy przełęcze. Zaraz na początku podjazdu pod Falzarego staję na postój, wcinając zakupione chwilę wcześniej wielkie ciasto. Choć Falzarego to zdecydowanie najłatwiejsza z wszystkich czterech dzisiejszych gór (5-7%) jedzie mi się cieniutko, na 1800m musiałem stanąć na 10min. Końcówka jest niesamowita, droga wspina się po jasnej wapiennej skale, jest też mały tunelik; takie widoki powodują że łapię drugi oddech i bez dalszych problemów osiągam przełęcz, na której miałem już okazję być kilka lat temu na nartach. Zjazd do Cortiny nie jest nadzwyczajny, choć jadąc w tę stronę znacznie łatwiej podziwiać widoczną od wysokości 1350-1400m kotlinę Cortiny. Na kemping docieram już zdrowo skatowany, a tu jak na złość akurat w czasie gotowania skończyła się benzyna do kuchenki. Wściekły, zaliczam kolejny podjazd (z kempingu na poziom szosy jest z 70m). Stacja benzynowa jest samoobsługowa, paliwo można kupić jedynie za banknoty (najmniejszy nominał to 5 euro), więc wraz z dwoma turystami z podobnym problemem odkupujemy potrzebną nam ilość od tankującego motocyklisty. Z dzisiejszego dnia jestem naprawdę zadowolony - aż cztery dwutysięczniki, ponad 140km i przede wszystkim aż 3948m dziennego podjazdu - mój dotychczasowy rekord z Hochtoru pobiłem niemal dwukrotnie!

DALEJ >>>