DOLOMITY 2004




Wstęp

Z powodu pracy, w tym roku miałem zaledwie 2 tygodnie urlopu. To trochę za mało na Norwegię, która od pewnego czasu chodzi mi po głowie, ale wystarczająco na krótszy wypad w Alpy. Z wyposażenia zakupiłem 10l worek na wodę Ortlieba - znacznie wygodniejszy i pewniejszy (brak przecieków) do przewożenia wody niż karnister oraz kuchenkę benzynową firmy Primus. Kuchenki na paliwo płynne są znacznie droższe (ta kosztowała ok.350zł) od gazowych, ale za to paliwo jest zdecydowanie tańsze, poza tym mniej boli jednorazowy większy wydatek, niż prawie 100zł co roku na gaz, tuż przed wyjazdem, gdy pieniędzy zwykle brakuje. Istotnym atutem takiej kuchenki jest to że nie trzeba z sobą wozić całego paliwa na raz (np. do Grecji wiozłem aż 5 kartridży gazowych), bo benzynę wszędzie można dostać; choć są i minusy - pojemnik z benzyną trzeba porządnie pakować, by nie było przecieków i bagaż nie przesiąkł zapachem benzyny (ja wiozłem w sakwie mały odświeżacz do powietrza by temu zapobiec). Tym razem, ze względu na brak czasu, nie jadę bezpośrednio z Warszawy, lecz z Bielska-Białej; powrócić mam autokarem z chorwackiej Puli.

I dzień - [PL] - Bielsko-Biała - Żywiec - Zwardoń - Przeł. Myto - [SK] - Cadca - Żylina - Strecno



DST 118,3 km - AVS 22,1 km/h - MAX 59,7 km/h - ALT 1000 m

Wczesnym rankiem tata odwiózł mnie (wraz z rowerem) samochodem na Dworzec Centralny, gdzie bez problemów zapakowałem się do pociągu. W Bielsku-Białej byłem przed 11 (ekspres do Bielska to bardzo dobre połączenie - pozwala dojechać z Warszawy w góry bez straty dnia lub zarywania nocy). Po przebraniu się w rowerowe ciuchy i oporządzeniu roweru ruszam w trasę. Od razu na początku mam kłopoty z tylną przerzutką (łańcuch skacze na trybach). Przy wyjeździe z miasta pomyliłem drogę jadąc na Szczyrk (z początku szosa idzie w tym samym kierunku co na Żywiec), zorientowałem się dopiero w Buczkowicach, skąd zjazdem (na darmo podjechałem 100m) wracam do mojej szosy. Do Milówki trasa jest raczej płaska, choć trzeba wspomnieć o bardzo ostrej ściance pokonywanej w dół w rejonie Węgierskiej Górki, gdzie wyciągam 59,7km/h. Odpoczywam tuż za mostem na Sole, spokój zakłóca mi ciągle przeskakująca przerzutka. Zaraz za Milówką jest długi podjazd, a jego najostrzejsza część prowadzi kostką (byliśmy tu z Marcinem kilka lat temu na wypadzie w weekend majowy) i właśnie tutaj przy mocnym nacisku na pedały, z łańcuchem są prawdziwe problemy - ciągle przeskakuje i strzela, na lżejsze przełożenia w ogóle nie chce wejść; ponieważ przerzutki w żaden sposób nie da się ustawić dochodzę do wniosku, że co innego jest przyczyną. Na rozwiązanie problemu nie trzeba długo czekać, już nieco wyżej na wypłaszczeniu gubię łańcuch (pękło ogniwo). Głośno klnąc zabieram się za naprawę, nowy łańcuch założyłem z tydzień wcześniej i musiałem go źle spiąć - stąd te kłopoty. Po skróceniu o 2 ogniwa wszystko jest OK i mogę jechać dalej. Trochę przed Zwardoniem przejeżdżam przez zabawne skrzyżowanie - ślimaki i wiadukty jak na prawdziwej autostradzie, 2 pasy w każdą sronę, ale droga przed i za krzyżówką to wąziutkie i dziurawe jezdnie - tak wygląda w budowie szosa szybkiego ruchu mająca połączyć Bielsko ze Słowacją. Przed granicą położoną na przełęczy Myto (ok.700-750m) jest spory podjazd wąską drogą, choć to dopiero pierwszy dzień wyjazdu, to po górach jedzie mi się zupełnie przyzwoicie, a obawiałem się że taki wjazd z marszu w Beskidy mogę bardziej dotkliwie odczuwać. Już po słowackiej stronie jest łagodny zjazd, właściwie aż do Cadcy. Widać, że Słowacy bardziej przyłożyli się do swojej części drogi do Bielska - z ich strony dochodzi już prawie pod granicę. Z Cadcy jadę ładną trasą wzdłuż rzeki Kysucy aż do Żyliny, tam skręcam na Strecno, gdzie wg mapy powinien być kemping. Niestety na terenie byłego już kempingu jest obecnie Erotic Club, więc zawracam w stronę Żyliny i w połowie odcinka do tego miasta rozbijam się na dziko na polu pod lasem.

II dzień - Strecno - Żylina - Povażska Bystrica - Trencin - Nove Mesto

DST 110,4 km - AVS 21,7 km/h - MAX 43,6 km/h - ALT 372 m

Rano powracam do Żyliny, gdzie objeżdżam centrum (niebrzydkie), stąd kieruję się dalej wzdłuż Vahu. Droga do Bytcy jest całkiem fajna, natomiast dalej to nic ciekawego. Za Povażską Bystricą są jedyne właściwie dzisiejszego dnia górki. We znaki nieźle daje się upał, temperatura dochodzi nawet do 34'C. W Trencinie zatrzymuję się w parku tuż pod malowniczym wzgórzem, z jeszcze bardziej malowniczymi ruinami zamku. Jest tak gorąco, że nie chce mi się dalej jechać, odpoczywam tu z 1,5h. Następnie szybko pokonuję odcinek do Novego Mesta, przejeżdżam most na Vahu i zatrzymuję się na noc na wielkim kempingu położonym tuż nad wodą. Ponieważ kemping połączony jest z ogólnie dostępnym kąpieliskiem, więc ludzi w taki upał jest co niemiara, dopiero pod wieczór nieco się przerzedza.

III dzień - Novo Mesto - Piestany - Trnava - Senec - Bratysława

DST 100,3 km - AVS 21,3 km/h - MAX 35,2 km/h - ALT 231 m

Dzisiejszy dzień to powtórka z wczorajszej rozrywki - śmiertelnie nudna jazda doliną Vahu (w tym miejscu to już raczej symboliczną) w palącym słońcu. Zły jestem na siebie, że nie zdecydowałem się pojechać do Bratysławy bardziej górzystą drogą przez Prievidzę i Nitrę, każdemu jadącemu do stolicy Słowacji to polecam. Do Trnavy docieram "na raz", nieźle wymęczony strasznym upałem (35'C). Ponieważ jadę w nowej koszulce, która ma nieco krótsze rękawki niż to zwykle bywa, na zupełnie nieopalonym wcześniej fragmencie ramion zaczynają już wyskakiwać bąble po oparzeniach, pomimo częstego stosowania kremu przeciwsłonecznego. Pod marketem w Trnavie wcinam kawał arbuza i po odpoczynku kieruję się na Senec. Powoli zbiera się coraz więcej chmur, słońce znika, zaczynam więc obawiać się burzy. Kilka km za Senec łapie mnie krótki deszcz, który przeczekuję pod drzewami. Na szczęscie burza przeszła bokiem, tylko jej końcówka zdąrzyła mnie lekko "liznąć". Przed Bratysławą ruch samochodowy robi się dotkliwy, z ulgą dojeżdżam na kempig Zlate Piesky, położony na wsch. skraju miasta, niedaleko od głównej szosy. Miałem tu już okazję nocować wraz z Marcinem podczas naszej pierwszej wyprawy Praga-Budapeszt, ale wówczas dotarliśmy tu dość późno i nie widzieliśmy całego kompleksu. A teren kempingu jest ogromny - las, plaża, dziesiątki małych boisk do przeróżnych sportów. Na pobliskim jeziorze jest kapitalne urządzenie, przypominające narciaski wyciąg orczykowy, z tym że przeznaczony dla narciarzy wodnych, ciągniętych na linie z niezłą prędkością, wygląda to bardzo widowiskowo.

IV dzień - Bratysława - [A] - Neusiedl - Eisenstadt - Wiener Neustadt - Neunkirchen - Gloggnitz



DST 145,6 km - AVS 19,5 km/h - MAX 40,4 km/h - ALT 1021 m

Początek dnia to zwiedzanie Bratysławy (poza ścisłym centrum i bardzo widowiskowym Hradem niewiele jest godnego zobaczenia), następnie przejeżdżam przez stanowiący widokówkę Słowacji słynny most na Dunaju i kieruję się w stronę granicy. Już w Austrii jadę bocznymi drogami na Gottendorf. Uwagę przykuwają tu przede wszystkim bardzo liczne elektrownie wiatrowe, widać że wiatr tu nie próżnuje (choć na szczęście nie dziś). Za Neusiedl droga robi się pagórkowata, upał jest straszliwy (36'C), na poparzone ramiona przyklejam plastry, ale i to niewiele daje. Do Eisenstadt docieram nieźle zmordowany, w nogach mam już 80km, a do planowanego noclegu ciągle spory kawał. Odcinek z Eisenstadt do Wiener Neustadt okazał się nadspodziewanie górzysty, z dwoma długimi podjazdami, co przy tym upale jest piekielnie męczące, leją się ze mnie litry potu. W Wiener Neustadt jestem już tak zmęczony że nie mam ochoty na zwiedzanie, marzę tylko by dojechać do planowanego Gloggnitz, ponieważ na jutro też mam długi odcinek, nie chcę dziś stracić żadnego dystansu. Za miastem upał wreszcie słabnie, słońce skrywa się za chmurami, ale za to pojawia się coś o wiele gorszego - czołowy wiatr. Jak na złość droga do Neunkirchen jest idealnie prosta, więc wiatr ma pole do popisu. Przez całe 20km jadę 16-17km/h i to porządnie kręcąc (jest tu też niezauważalnie w górę - 100m na 20km), wściekając się na siebie, że zaplanowałem za długie odcinki. Dopiero w Neunkirchen można nieco odetchnąć, pojawiają się po raz pierwszy szczyty Alp. Do Gloggnitz dojeżdżam już przy zachodzącym słońcu. Kempingu oczywiście nie ma, co mnie wkurza do reszty, aż przez 10km tłukę się po okolicy w poszukiwaniu miejsca do noclegu na dziko, w końcu rozbijam namiot w pobliżu położonej w lesie jakiejś ogrodzonej płotem instalacji (gazowej lub wodociągowej?).

V dzień - Gloggnitz - Semmering (985m) - Murzzuschlag - Bruck - Leoben - Knittelfeld - Fisching

DST 145,1 km - AVS 19,6 km/h - MAX 51,1 km/h - ALT 1235 m

Od razu za Gloggnitz wpakowałem się na autostradę na Semmering, dopiero przejeżdżający samochodem Austriacy wytłumaczyli mi jak dojechać na przełęcz boczną drogą (oznakowanie jest tu kiepściutkie). Warto było trochę pobłądzić bo boczna droga jest zupełnie pusta (cały ruch idzie autostradą), na początku przejeżdża się pod ogromnym mostem (właśnie nim biegnie autostrada), kawałek dalej zaczyna się mój pierwszy podjazd alpejski w tym roku. Początek jest nadspodziewanie trudny, jedzie się 7-8km/h, na ok.750-800m nachylenie łagodnieje i tak już jest do końca. Ze 2km przed szczytem kończy się autostrada i cały ruch idzie jedną drogą, więc na Semmering dojeżdżam w sporym huku i spalinach. Zjazd nie jest oszałamiający, od Murzzuschalg jedzie się prawie po równym (minimalnie w dół doliny). Jazdę utrudniają komplikacje z drogą - główna szosa co chwilę łączy się i rozdziela z boczną, fragmentami trzeba jechać dróżką rowerową, na której traci się masę czasu na znalezienie właściwej trasy, bo często odbija mocno w bok. Wraz z upływem czasu upał robi się coraz gorszy, gdy dojeżdżam do Bruck jest już nie do wytrzymania. W mieście kilka razy musiałem stanąć na światłach - wówczas gdy nie ma żadnego powiewu powietrza ręce po prostu palą i to nie tylko te wcześniej poparzone fragmenty, ale całość. Na szczęście nie mam problemów z opalenizną na twarzy, profilaktycznie jadę dziś z plastrem na nosie. Jako, że z natury skórę mam bardzo bladą, na słońce jestem dość wrażliwy. Ale jazda na rowerze pod tym względem to jeszcze niewiele w porównaniu z nartami. Kilka razy byłem w zimie w Alpach, gdzie często jeździ się powyżej 2000m, czasem i 3000m, z reguły w pełnym słońcu, co gorsza nie czując upału. Słońce działa wtedy w dwujnasób, potęgowane przez odbicie promieni od śniegu, co najmniej trzy razy wracałem po tygodniowym urlopie z poparzeniami na nosie i twarzy; goi się to powoli, przez dobry miesiąc wygląda się jak po solidnej bijatyce. W Leoben nie zauważyłem skrętu i z 5km pojechałem w złym kierunku na Eisenerz, więc w sumie musiałem nadrobić 10km. Za Leoben jest ze 100-150m podjazdu, dalej jedzie się lekko w górę rzeki Mur. W Knittelfeld już wiem że do planowanego na dziś miejsca noclegu (10-15km za Judenburgiem) nie uda mi się dociągnąć, będę to musiał nadrobić jutro podczas bardzo ciężkiego etapu przez przełęcz Turracher. Zatrzymuję się na przyzwoitym i czystym kempingu w Fisching, gdzie pod wieczór przygotowania posiłku umila chmara fruwających tu chrabąszczy. Widokowo dzień był niezły, choć nie są to jeszcze te "właściwe" Alpy, większość szczytów w tym rejonie nie przekracza 2000m i porośnięte są w całości lasem.

DALEJ >>>