BARCELONA 2001




XXXVI dzień - Solsona - Cardona - Manresa - [pociąg] - Barcelona - El Masnou

DST 78,5 km - AVS 20,7 km/h - MAX 46,8 km/h - ALT 471 m

W nocy porządnie rozbolał mnie żołądek i po raz drugi z rzędu praktycznie nie spałem - a tego dnia miałem przejechać ponad 120km do Barcelony. Tak więc na rower wsiadłem ledwo żywy po dwóch zarwanych nocach. Liczyłem, że droga do Manresy z dość wysoko położonej Solsony (ok.700m) będzie łagodnie opadać, ale gdzie tam - po ok.15km byłem już na 300-400m i zaczęła się jazda typu "czeskiego" non-stop góra-dół. Udało mi się dociągnąć do Manresy, ale ostatnie kilometry to była prawdziwa męka - nasilający się ból brzucha, a z niewyspania przed oczami zaczęły mi latać mroczki. W Manresie w końcu udało mi się zwymiotować, co przyniosło lekką ulgę, następnie położyłem się na 2h, ale zasnąć się nie udało. W tej sytuacji zdecydowałem się na podjechanie do Barcelony pociągiem. Po przeprawie z kupowaniem biletu (na stacji nikt nie mówił po angielsku) udało mi się zapakować z rowerem do pociągu. To co widziałem z okna w czasie drogi potwierdziło słuszność mojej decyzji - ciężki, górzysty teren cały czas aż do przedmieść Barcelony; nie było szans, abym dziś był w stanie to przejechać rowerem. W Barcelonie wysiadłem na stacji w centrum i to był duży błąd - sieć kolejowa jest tu połączona z siecią metra, więc miałem straszną szarpaninę z rowerem z 30kg bagażu w wąskich barierkach wejściowych i serii schodów prowadzących na powierzchnię. Gdy w końcu dostałem się na górę, byłem już tak wykończony całym dzisiejszym dniem, że nie miałem najmniejszej ochoty na zwiedzanie miasta; jedyne co widziałem to słynna Sagrada Familia z odległości ok.300m. Po przebiciu się przez pół Barcelony i Badalonę wjechałem w końcu na drogę do Lloret de Mar i zatrzymałem się na kempingu w okolicy El Masnou. Obiadu nie byłem w stanie zjeść, za cały posiłek musiała wystarczyć tabliczka czekolady. Ten z pozoru idotyczny pomysł, by jeść ciężkostrawną czekoladę na bolący żołądek, o dziwo przyniósł pewną ulgę i dzięki temu w nocy udało mi się w końcu na 2-3h zasnąć.

XXXVII dzień - El Masnou - Mataro - Lloret de Mar

DST 65,8 km - AVS 19,6 km/h - MAX 37,5 km/h - ALT 316 m

Na ostatni dzień do Lloret de Mar ruszyłem w ciągle kiepskiej formie fizycznej. Przed wyjazdem musiałem jeszcze wymienić dolary na pesety, których ze względu na zakupy w Andorze znowu mi zabrakło. Plując sobie w brodę, że nie wymieniłem wtedy większej ilości znowu musiałem zabulić ok.25zł. za samą wymianę, ponieważ nigdzie tu nie ma normalnych kantorów, a przecież jest to miejscowość wypoczynkowa, gdzie nie brakowało cudzoziemców. Przez ok.40km do Lloret jechało mi się marnie, bez żadnej przyjemności - aby tylko dotrzeć do celu. Ponadto droga pomiędzy Barceloną a Lloret jest piekielnie ruchliwa, żeby przejść na drugą stronę trzeba czasem czekać z 5min. Po obiedzie na kempingu znowu rozbolał mnie żołądek, ale tym razem reakcja organizmu była szybka i po zwróceniu posiłku wreszcie lepiej się poczułem; doszedłem też w końcu do tego co było przyczyną moich kłopotów - sos do makaronu (kupiłem dość dużą butelkę 0,8l, jeszcze we Francji - i to był błąd, nie należy przesadzać z oszczędnością). Wieczorem zrobiłem rundkę po Lloret, znajdując miejsce z którego jutro miał odjeżdżać mój autokar. Miasteczko to, jak i większość miejscowości na Costa Brava jest potwornie skomercjalizowane i przepełnione; z pewnością nie jest to dobre miejsce dla ludzi ceniących sobie trochę spokoju.

XXXVIII dzień - odjazd

Po posiłku w McDonaldzie zostało mi tylko oczekiwanie na autobus i towarzyszące temu nerwy - wezmą rower czy nie? Do Polski wracałem autokarem firmy Matuszek - nie jest to linia rejsowa, większość pasażerów stanowili ludzie będący na wczasach w kilku miejscowościach Costa Brava. Po początkowych problemach pilotkę autokaru rozczuliła wiadomość, że do Hiszpanii dotarłem na rowerze i nie robiła już problemów. W ogóle z mojego doświadczenia przy załadunku z rowerem do autobusu wynika, że lepsza jest sytuacja, gdy "na pokładzie" jest pilot, a nie jedynie kierowcy - ten z reguły z sympatią odnosi się do rowerowych dokonań i nie robi problemów z załadunkiem, co o kierowcach ciężko już powiedzieć. W czasie podróży autokarem miałem jeszcze kłopoty na granicy austriacko-czeskiej, gdzie przeprowadzano wnikliwą kontrolę (było to kilka dni po zamachach na WTC i Pentagon w USA) i Czechowi nie spodobało się moje zdjęcie (z 8 klasy podstawówki) - na którym nie byłem jeszcze łysy i nie miałem brody (przez miesiąc wyjazdu się nie goliłem). Zaczął sprawdzać wzór mojego podpisu i na szczęście to mu wystarczyło; i to była już ostatnia niespodzianka tego wyjazdu.

Podsumowanie

W sumie przejechałem 3313km, co do dziś jest moją najdłuższą trasą, prędkość maksymalna to 71,1km/h (z Envaliry), najdłuższa odległość dzienna to 178,5km (odcinek Burzenin - Wrocław), suma podjazdów -26 585m, najdłuższy podjazd dzienny to 1904m (dzień z Sestriere), liczba dni z trasami powyżej 100km - 13. Wyjazd był naprawdę udany, dałem radę z pełnym bagażem zdobyć najwyższą szosową przełęcz Pirenejów - Port d'Envalira (2407m). Pogoda generalnie była bardzo dobra, z deszczem problemy miałem właściwie tylko w Austrii, natomiast na długo zapamiętałem piekielne wiatry w płd. Francji. Trochę żałuję, że nie udało mi się zwiedzić Barcelony - ale siła wyższa, chorobę trudno przewidzieć. Z kondycją nie miałem większych problemów, w górach jechało mi się lepiej niż się tego obawiałem; trasa widokowo szczególnie w Alpach była przepiękna. Udało mi się przewalczyć różne kryzysy, jak ten nad jeziorem Mondsee, czego właśnie zabrakło rok temu do sukcesu.