BARCELONA 2001




XXXI dzień - Narbonne - Lezignan - Carcassonne

DST 69,4 km - AVS 14,9 km/h - MAX 38,8km/h - ALT 615 m

Tuż po opuszczeniu kempingu przekonuję się, że moje wczorajsze obawy co do kierunku wiatru na drodze do Carcassonne się sprawdzają - wieje równiusieńko w twarz i to naprawdę mocno. Nie mam jednak wyboru i ruszam w drogę. Przy wyjeździe z Narbonne obserwuję niecodzienne widowisko - ogromny konwój straży pożarnej (ponad 100 wozów "bojowych") ruszający na zachód. Wkrótce zobaczyłem do czego jadą - przede mną pojawia się wielka łuna (pożar musiał być ogromny, w rejonie na płn.-zach. od Carcassonne, bo widoczny był z odległości 100km). Przez dłuższy czas latają mi nad głową dziesiątki samolotów uczestniczących w akcji gaszenia lasów. Krajobraz jest piękny - małe wzgórza, wszechobecne w Prowansji oliwki zastępują tu winogrona, których ogromne plantacje są tuż przy szosie; w tle maluje się pociemniałe niebo z wielką łuną. Ale urok szybko pryska wobec strasznej mordęgi z wiatrem. W założeniu ten dzień miał być wypoczynkowy przed Pirenejami, a faktycznie te 60km do Carcassonne, po praktycznie płaskiej drodze było jednym z najcięższych doświadczeń w mojej kolarskiej "karierze". Jedzie się 13-15km/h, często nawet jeszcze wolniej (a wysiłek jak przy 25-27km/h), na przełożeniu do jazdy pod górę. Bez dwóch zdań dla rowerzysty nie ma nic gorszego od wiatru - walka z deszczem, zimnem, aczkolwiek też trudna, to jednak głównie kwestia odpowiedniego wyposażenia, natomiast na wiatr nic nie da się poradzić - momentalnie wykańcza człowieka psychicznie odbierając całą chęć i motywację do jazdy. Szczerze podziwiam ludzi, którzy byli w stanie przejechać na rowerze słynną z piekielnych wiatrów Islandię - w Europie to zdecydowanie najcięższa z możliwych wypraw do zorganizowania. W końcu mocno skatowany docieram do Carcassonne z jakże żałosną średnią - 14,9km/h, uzyskaną przecież na zupełnie płaskiej trasie, nawet dwa dni później na podjazdach do Andory (z 700 na 2400m) miałem wyższą przeciętną! W nagrodę już na luzie zwiedzam to w pełni zachowane, położone na wzgórzu średniowieczne miasto. Trzeba przyznać, że szczególnie z daleka prezentuje się niesamowicie, fantastyczne są też potężne mury okalające miasto; natomiast w środku niepodzielnie panuje komercja - poza sklepami z pamiątkami i restauracjami nic innego tu właściwie nie ma.

XXXII dzień - Carcassonne - Quillan - Belcaire - Col du Chioula (1431m) - Ax-les-Thermes

DST 116,2 km - AVS 17,8 km/h - MAX 65,8km/h - ALT 1814 m

Dzisiaj wreszcie mam wjechać w Pireneje, trochę boję się wiatru na dojeździe do stóp gór, ale na szczęście nie jest dotkliwy. Szybko pokonuję łagodnie wznoszącą się i niebrzydką trasę przez Limoux i Couise do Quillan, skąd po pół h postoju ruszam w górę. Podjazd (jadę na Belcaire) nie jest wykańczający, ale swoje nachylenie ma (jedzie się 9-10km/h). Większość trasy biegnie lasem, na szosie odczytuję nazwiska zawodników przejeżdżającego tędy w tym roku Tour de France. Na wys. 900-950m zaczyna się płaskowyż, którym przez następne kilkanaście km jadę do Belcaire. Teren jest niestety odkryty i momentalnie pojawia się przeciwny wiatr towarzyszący mi aż do tego położonego na 1000m miasteczka. Po godzinnym postoju (czuję już dystans) ruszam na ostatnie podjazdy; wg. mapy miałem wjechać na przełęcz Col de Marmate położoną na wys. 1361m, ale okazało się że szosa asfaltowa przechodzi przez trochę wyższą Col du Chioula (1431m). Z przełęczy podziwiam piękną panoramę dochodzącego do 3000m pasma Pirenejów na granicy Francji z Andorą. Na zjeździe do Ax-les-Thermes przez dłuższy czas jadę za dość strachliwym niemieckim kierowcą w volkswagenie, którego w końcu decyduję się wyprzedzić, by nie psuć sobie zjazdu wlekąc się za samochodem. A zjazd jest przyzywoity, udaje mi się wyciągnąć 65,8 km/h. Na nocleg zatrzymuję się kilometr przed Ax. Z dzisiejszego dnia jestem zadowolony, jechało mi się znacznie lepiej niż do Sestriere, mimo że dystans był dłuższy przy zbliżonej sumie podjazdów i nachyleniu, choć trzeba przyznać, że wówczas końcówka była jednak cięższa.

XXXIII dzień - Ax-les-Thermes - Pas de la Casa (2091m) - [AND] - Port d'Envalira (2407m) - Andorra la Vella



DST 69,1 km - AVS 16,8 km/h - MAX 71,1 km/h - ALT 1748 m

Rano, gdy ruszam w stronę Andory pogoda jest kiepściutka - chmury dość nisko i zimnica (12'C), w nocy lekko popadywało. Ale jedzie się dobrze, nachylenie nie jest ciężkie, a im wyżej wjeżdżam tym pogoda robi się lepsza i wkrótce pojawia się słońce. Dość szybko osiągam granicę lasu (tu na wys.ok.1300-1400m) i doskonale widzę co mnie jeszcze czeka - kilometry serpentyn wspinające się na zbocze. Za l'Hospitalet mijam wjazd do tunelu dla samochodów prowadzącego pod przełęczą Puymorens. Na wys.ok.1700m na skrzyżowaniu z drogą na Puymorens zakładam bluzę, bo zaczyna trochę wiać. Jedzie mi się świetnie (z pewnością ma w tym udział dość łagodne nachylenie pozwalające na prędkość 10-13km/h), jedynym utrudnieniem są dziesiątki samochodów na trasie - Francuzi masowo jeżdżą na tanie zakupy do wówczas jeszcze bezcłowej strefy, jaką była Andora. Jakiś kilometr przed Pas de la Casa robi się regularny korek i jadę wzdłuż sznura samochodów - nie tak sobie wyobrażałem wjazd w Pireneje. Graniczna Pas de la Casa (wbrew nazwie to nie przełęcz) to stacja narciarska z mnóstwem sklepów, nastawiona na gości z Francji i Hiszpanii - jednym słowem nic ciekawego. Po krótkiej rundce po miasteczku ruszam na ostatnią, najcięższą część podjazdu. Nachylenie robi się cięższe, rzadko da się jechać 10km/h, średnio wychodzi 8-9km/h. Po drodze chyba ze trzy razy się przebieram - a to za zimno, a to znowu za ciepło. Odkryciem tej wyprawy są dla mnie kolarskie "rękawki" - doskonałe uzupełnienie rowerowej koszulki, jak na swoje gabaryty naprawdę ciepłe, nie krępują ruchów jak bluza, a pozwalają jechać w koszulce przy temp. nawet ok. 15'C. Choć pod Envalirę jedzie się ciężej niż do Pas de la Casa, w sumie jestem zadowolony - bo na granicy zostało gros samochodów jadących z Francji, więc wreszcie można w pełni podziwiać piękno Pirenejów. Już porządnie zmęczony (nie licząc robienia zdjęć i przebierania praktycznie z samego dołu jechałem non-stop), ale dumny i szczęśliwy docieram na najwyższą w swoim życiu przełęcz - Port d'Envalira (2407m). Góry błyszczące w słońcu robią wrażenie, choć trochę brakuje skalnych szczytów, bardziej charakterystycznych dla Alp. Po krótkim posiłku (specjalnie na przełęcz kupiłem paczkę francuskich delicji) i odpoczynku ruszam w dół na 30km zjazdu do Andorra la Vella - stolicy tego małego państewka. Od tej strony przełęcz jest trochę ostrzejsza (9% wg. znaków), a co najważniejsze jest długi i prosty odcinek na którym udaje mi się ustanowić największą prędkość całego wyjazdu - 71,1km/h. Od wys. ok. 1400m robi się coraz większy ruch i jest coraz więcej zabudowań; i tak jadąc w coraz większym tłoku docieram do stolicy charakteryzującej się wiecznym korkiem. Na miasto składa się praktycznie główna szosa i zabudowania wokół niej w promieniu do 1km z każdej strony, więc poza główną jezdnią nie ma właściwie żadnej alternatywy dla komunikacji. W mieście, poza jego malowniczym położeniem (w chwilami dość wąskiej, otoczonej skałami dolinie) w sumie nie ma nic ciekawego do oglądania, więc szybko kieruję się na położony na samym dole kemping.

XXXV dzień - Andorra la Vella

DST 11,6 km - AVS 16,6 km/h - MAX 39,9 km/h - ALT 163 m

Dzień odpoczynku spędzam na włóczeniu się po stolicy Andory - zaliczyłem ją 3 razy w tę i z powrotem; to jest właśnie problem z dniami odpoczynku - można się zanudzić na śmierć, ale po dniu przerwy jedzie się wyraźnie lżej. Ponadto pozwala to na większe bezpieczeństwo, gdy tak jak ja wraca się autobusem odjeżdżającym konkretnego dnia - w razie jakiegoś załamania formy lub beznadziejnej pogody można stracony wcześniej dystans odrobić w taki właśnie przeznaczony na odpoczynek dzień. W Andorze jest sporo świetnych sklepów rowerowych; ponieważ zostało mi trochę pieniędzy zdecydowałem się zakupić elementy do napędu 9-biegowego na który mam zamiar się przerzucić - przerzutkę, wielotryb i łańcuch z grupy Deore XT; kosztowało mnie to ok.500zł, podczas gdy w Polsce zapłaciłbym za to samo ponad 700zł; był to bodajże ostatni rok funkcjonowania strefy bezcłowej. Ponieważ w Andorze płaciło się wówczas hiszpańskimi pesetami, musiałem wymienić swój zapas w dolarach - niestety nie ma tu kantorów, a banki pobierają za wymianę bandycką prowizję ok.20zł.

XXXIV dzień - Andorra la Vella - [E] - La Seu - Organya - Coll de Clara (880m) - Solsona



DST 92,6 km - AVS 21,6 km/h - MAX 59,2 km/h - ALT 793 m

W nocy praktycznie nie zmrużyłem oka, podejrzewam, że mogło to mieć związek z częstymi ostatnio zmianami wysokości. Rano na kempingu jest potwornie zimno (3-5'C), więc wolę poczekać aż słońce wstanie zza gór i oświetli mój namiot. Z Andory do położonego już w Hiszpanii La Seu jedzie się cały czas w dół, więc jest to czysta przyjemność, aż do momentu gdy po raz drugi na tej wyprawie, tuż po przekroczeniu granicy przebijam oponę. Po wymianie dętki dojeżdżam do La Seu, gdzie zatrzymuję się na zakupy - ceny są zbliżone do francuskich, więc zupełnie do zaakceptowania dla Polaków. Kilkanaście km za tym miasteczkiem droga prowadzi przez serię wąwozów Gorga d'Organya. Widoki są przepiękne - to jeden z najładniejszych fragmentów całego wyjazdu. Roślinność nabiera coraz bardziej południowego charakteru, coraz częściej spotyka się "znak firmowy" hiszpańskiego krajobrazu - czerwoną ziemię. Na drodze do Solsony muszę pokonać ostatnią większą przełęcz tego wyjazdu - Coll de Clara (880m). Wydawało mi się, że po Pirenejach nie będzie z tym żadnego problemu, ale nieoczekiwanie dostałem zdrowo w kość. Droga na szczyt jest dość wredna- cały czas na ostro dziś palącym słońcu, a co gorsza kilka razy wydaje się że to już koniec, gdy zza właśnie osiągniętego zbocza wyłania się kolejne; do tego mój wysokościomierz zdrowo przeszacował wysokość - na szczycie miałem ok.1000m. Z przełęczy do Solsony jest już tylko w dół, zatrzymuję się na niesamowitym kempingu za miasteczkiem - stoją tu dosłownie setki przyczep kempingowych, a na tym wielkim terenie poza obsługą praktycznie nie ma żywej duszy.

DALEJ >>>