BARCELONA 2001




XVI dzień - Innsbruck - Imst - Landeck

DST 71,9 km - AVS 22,4 km/h - MAX 56,2 km/h - ALT 596 m

Z Innsbrucku kieruję się drogą na Imst, ledwo odczuwalnie wznoszącą się w górę. Zaczyna mnie lekko boleć lewe kolano, z którym od 2 lat nie miałem już problemów. W Imst zaliczam krótki i ostry podjazd, po nim podobny zjazd (56,2km/h) i już po płaskim dojeżdżam na kemping w Landecku położonym na wys.800m. Ceny austriackich kempingów kształtują się w granicach 30-35zł, standart jest z reguły wysoki.

XVII dzień - Landeck - Pfunds - [CH] - Scuol - Zernez (1472m)



DST 88,2 km - AVS 20,3 km/h - MAX 50,8 km/h - ALT 1063 m

Kilka km za Landeckiem zaczyna się droga tylko dla samochodów, a na takich jest odgórny zakaz jazdy dla rowerów. Ponieważ nie ma objazdów jadę dalej - w tym miejscu taka droga wydaje się nie mieć zupełnie racji bytu - nikt tu szybko nie jeździ, ruch raczej niewielki. Do Pfunds jedzie się cały czas doliną Innu, miasteczko jest położone prawie 200m wyżej niż Landeck (na 972m), a podjazd ledwo się zauważa. Przejeżdżam kontrolę austriacką, szwajcarska jest dopiero kilka km dalej (Szwajcaria nie jest członkiem Unii, więc są tu kontrole graniczne). Jadąc dalej doskonale widzę wycięty w skale podjazd na Reschenpass - stąd prezentuje się fantastycznie, biegnąc cały czas skrajem przepaści. Ale i moja droga robi się coraz trudniejsza, szosa często wznosi się i to znacznie nad poziom rzeki. Jest bardzo ciepło (30'C) i jedzie się świetnie, wzdłuż doliny zamiast dwutysięczników pojawia się coraz więcej "trójek". Lekko rozczarowują natomiast szwajcarskie drogi - nie brak tu rozmaitych remontów, czasem trzeba nawet jechać po piaszczystych objazdach. Do Zernez docieram już lekko zmęczony, ale otoczenie kempingu jest wspaniałe (w Zernez nie ma lasów i góry widać jak na dłoni). Wraz z zachodem słońca robi się naprawdę zimno, w końcu to prawie 1500m, w nocy śpię w zimowej czapce.

XVIII dzień - Zernez - St. Moritz (1822m) - Soglio - [I] - Chiavenna - Varenna



DST 141 km - AVS 23 km/h - MAX 60,3 km/h - ALT 732 m

Za Zernez zaliczam kilka podjazdów w lesie, po czym droga się wypłaszcza; Inn jest tu już znacznie węższy niż miałem okazję obserwować wczoraj. Z drogi na przełęcz Albula zjeżdżają setki rowerzystów startujących w jakimś wyścigu dla amatorów - widok naprawdę niecodzienny - cała droga w rowerach. Od tego miejsca aż do rozstaju dróg przed St. Moritz jestem wyprzedzany i pozdrawiany przez większość uczestników wyścigu. Początkowo jest to bardzo przyjemne, ale po jakichś dwustu robi się już lekko nużące. Po krótkim podjeździe docieram do jednego z najbardziej snobistycznych kurortów świata - Sankt Moritz, nawet nie próbuję zaglądać tu do sklepów. Miasteczko położone jest fantastycznie - nad pięknym, przezroczystym jeziorem, dociera tu też jedna z najwyżej położonych w Europie linii kolejowych. Za Sankt Moritz jadę wzdłuż dwóch kolejnych, pięknych, górskich jezior, droga prowadzi nad samą taflą; w tle pięknie prezentuje się Piz Bernina - jedyny w tym otoczeniu czterotysięcznik. Na przełęczy Maloja (1815m) po 50km staję na postój (przełęcz to jest właściwie tylko z włoskiej strony), po czym rozpoczynam ponad 30km zjazdu do Chiavenny, na poziom 300m. Kilometry lecą błyskawicznie, na dość nachylonym kawałku wyciągam 60,3km/h, w tym samym momencie dość łatwo wyprzedza mnie kolarz na szosówce jadący pewnie z 70 - co dają wąskie koła i mniejsze opory (brak bagażu i świetna na zjazdy kierownica typu baranek). Do Chiavenny docieram szybko przekraczając granicę (Włochów w ogóle nie było, Szwajcarzy machnęli ręką). Na dole jest strasznie gorąco (ok.34'C), szczególnie dotkliwy jest kontrast z ok. 20'C na Maloji; na postoju za Santa Agata przekonuję się, że czekolada, którą wiozłem znajduje się w stanie płynnym. Przez resztę dnia jadę przyklejoną do skał drogą nad jeziorem Como. Widoki są niesamowite, to jedna z najpiękniejszych tras jakie miałem okazję oglądać. Często jedzie się przez małe miasteczka o wąskich uliczkach, opadające ze stromych skał aż nad samo jezioro, nie brakuje krótkich tuneli dodających trasie uroku. Plenery z rejonu jeziora Como wykorzystano m.in. w drugiej części Gwiezdnych Wojen (moja ulubiona seria filmów) - Ataku Klonów; imitują tam Krainę Jezior na planecie Naboo. Już nieźle zmęczony dystansem (141km) zatrzymuję się na kempingu w okolicach Varenny. Ziemia jest tu potwornie twarda i wysuszona, obserwując moje nieudolne próby wbicia śledzi niemiecki "harleyowiec" pożycza mi swoją siekierkę i dopiero dzięki niej udaje mi się rozbić namiot.

XIX dzień - Varenna - Lecco - Mediolan - Magenta - Galliate

DST 128,6 km - AVS 21,3 km/h - MAX 40,5 km/h - ALT 384 m

Spod Varenny ok. 20km do Lecco jadę dalej nad jeziorem, w krajobrazie podobnym do wczorajszego, za Lecco podjeżdżam pod kilka małych górek, po czym trasa się wypłaszcza. Do Mediolanu docieram już w potężnym upale, w centrum oglądam wspaniałą gotycką katedrę. Ponieważ nie mam planu miasta muszę się nieźle nakołować (przejeżdżam m.in. tuż koło słynnego stadionu San Siro) by trafić na drogę na Magentę, Vercelli i Turyn - wszystkie drogowskazy kierują na autostradę, po której w końcu musiałem przejechać ok. 1km, by dostać się na moją drogę (ale nie była to płatna autostrada, jakich we Włoszech jest większość, bo by mnie po prostu na rogatkach nie wpuszczono). Dalej jadąc nieciekawą drogą przez Nizinę Padańską docieram do Galliate, gdzie po długich poszukiwaniach trafiam na dość drogi kemping (18tys lirów, prawie 40zł), a od standartów austriackich daleki. Na dodatek właściciel jest niezłą sknerą - lampka w ubikacji działa na fotokomórkę i po 5sek (szczera prawda!) bez ruchu automatycznie się wyłącza.

XX dzień - Galliate - Novara - Vercelli - Viverone

DST 74,1 km - AVS 21,4 km/h - MAX 34,8 km/h - ALT 340 m

Dzisiaj cały dzień kontynuuję zmagania z Niziną Padańską. Jazda ze względu na potworny upał (36'C w cieniu) jest ciężka, krajobraz potwornie nudny (tylko pola i kanały); jednym słowem to odcinek przez który po prostu trzeba się przepchnąć. Sporej ulgi doznaję wchodząc na zakupy do klimatyzowanego supermarketu - jak tu inaczej się oddycha! Na kemping nad jeziorem Viverone docieram zupełnie mokry od potu, oczy (ponieważ przez ostatnie dwa dni jechałem bez okularów przeciwsłonecznych by proporcjonalniej opalić twarz) mam zupełnie przekrwione - po tej nauczce na słońce obowiązkowo je zakładam.

DALEJ >>>