BARCELONA 2001




XI dzień - Ceske Budejovice - Kaplice - [A] - Freistadt - Linz



DST 117,8 km - AVS 20,8 km/h - MAX 60,1 km/h - ALT 1137 m

Od rana przygotowany jestem na ciężką katorgę, pamiętam jak rok temu ten właśnie kawałek dał mi zdrowo w tyłek (jechałem wtedy do Linzu z Trebonia). Jednak odcinek z Budejovic do Kaplic jest sporo łagodniejszy i o 20km krótszy niż z Trebonia, więc na granicę docieram w niezłej formie, wyciągając na ściance przed Dolni Dvoriste 60,1km/h. Następnie już w Austrii zaliczam podjazd do Rainbach, gdzie na szczycie czeka na mnie dobrze znany kranik na dziale wodnym. Pogoda cały czas dopisuje, temperatura jest idealna (27'C), jedzie się naprawdę przyjemnie. Podjazd do Neumarkt również wydaje się znacznie łagodniejszy niż przed rokiem, w miasteczku na szczycie zatrzymuję się na postój. Stąd do Linzu jest już znacznie więcej w dół niż w górę i dość szybko docieram do miasta. Tym razem dokładniej zwiedzam śliczne centrum, po czym już bez błądzenia kieruję się na kemping. Nieoczekiwanie dla samego siebie wcale nie jestem specjalnie zmęczony i na kempingu wybieram się jeszcze na spacer wokół jeziorka Pichling.

XII dzień - Linz - Wels - Puccheim - Seewalchen - Unternach

DST 109,2 km - AVS 19,3 km/h - MAX 46,8 km/h - ALT 758 m

Rano pogoda pozostawia wiele do życzenia: są chmury i zaledwie ok. 20'C, przywołuje to niemiłe wspomnienia sprzed roku (na tym odcinku w Puccheim wsiadłem do pociągu rezygnując z dalszej trasy), choć przynajmniej nie pada. Nie zamierzając błądzić do Wels jak wtedy postanawiam jechać prawym brzegiem rzeki Traun. Na rondzie wyciągam mapę, by upewnić się co do dalszej trasy, na co pojawia się na rowerze bardzo sympatyczny dziadek, który oferuje się poprowadzić mnie do pobliskiej dróżki rowerowej. Dziadek dowiadując się skąd jestem przywołuje z pamięci kilka polskich słów, wymawiając je z kapitalnym akcentem (a w wieku jest takim, że Polskę "zwiedzał" chyba w mundurze Wehrmachtu). Jakoś głupio mi było mu odmówić, więc kieruję się za nim na dróżkę, dziękując za pomoc. Skończyło się to, tak jak przypuszczałem - po paru km dróżka zanikła, a ja musiałem się przebić do drogi dla samochodów tracąc na tym interesie kilka km i kupę czasu. Generalnie nie polecam jeżdżenia międzymiastowymi dróżkami rowerowymi z bagażem (nie brak ich szczególnie w Austrii, Niemczech i Szwajcarii), jeśli się nie posiada bardzo dokładnych map - no może poza tymi najbardziej znanymi jak wzdłuż Dunaju. Bardzo często taka jazda kończy się zgubieniem drogi, bo ścieżki rowerowe są oznakowane zdecydowanie gorzej od dróg samochodowych, często potrafią się np. nieoczekiwanie skończyć przed jakimś polem. Ponadto można być pewnym, że jeśli droga samochodowa łącząca dwa miasta ma 10km to ścieżką (jeśli nie idzie tuż przy samej szosie co jest raczej rzadkie) wyjdzie nam 12-13km, a czasem i więcej i to z reguły dużo gorszą nawierzchnią i z częstym stawaniem, by upewnić się co do kierunku. Jednym słowem to opcja dla tych co mają chęci i czas na taką zabawę, wielkim plusem jest na pewno brak samochodów. W Wels mimo, że specjalnie na to uważałem tak jak przed rokiem zabłądziłem i trochę czasu na wyjechanie z miasta się zeszło. Na odcinku Wels-Puccheim pojawił się nieprzyjemny, przeciwny wiatr, nie dający więcej jechać niż 19-20km/h. W Puccheim przejeżdżam obok stacji kolejowej, gdzie przed rokiem tak haniebnie zakończyła się moja jazda i kieruję się boczną drogą nad jezioro Attersee. Na tym kawałku zaczyna się minimalnie nachylony podjazd - na tyle jednak, by spowolnić rower, za mało natomiast by osłonić przed wiatrem - momentami jedzie się 12-13km/h jak pod porządną górkę. Do Seewalchen docieram porządnie podmęczony, ale momentalnie odżywam - miasteczko jest urocze, jedzie się bardzo wąskimi uliczkami wzdłuż piętrowych domków, niesamowite wrażenie robi widok idealnie lazurowej i czystej tafli jeziora; ponadto wreszcie widać Alpy otaczające jezioro, które w zeszłym roku ledwie majaczyły z oddali. Jedyne czego trochę brakuje to odrobiny słońca. Po kilku km jazdy wzdłuż jeziora staję na postój. Po odpoczynku, próbując ruszyć dalej, stwierdzam, że zaczęła się ruszać kierownica i ku swojemu przerażeniu widzę, że we wsporniku kierownicy pękł metalowy element na którym opierała się śruba z "beczką" mocująca kierownicę do widelca. Jestem załamany - usterkę można jedynie zreperować wymieniając wspornik, a do Seewalchen, gdzie być może jest sklep rowerowy mam z 10km, a roweru w tym stanie nawet prowadzić się nie da (skręca się koło). Na szczęście przypominam sobie o poxipolu i postanawiam "na chama" przykleić na stałe wspornik do widelca. W tym celu muszę nieruchomo trzymać kierownicę stojąc nad rowerem przez ok. 10min. A tu pojawia się akurat w nowiusieńkim mercedesie babka i zaczyna się rzucać, że to droga prywatna i co ja tu robię? Wciąż trzymając kierownicę tłumaczę, że mam awarię, choć już mnie kusiło by wygłosić jakiś anarchistyczny tekst w rodzaju, że ziemia należy do wszystkich. Na Zachodzie ludzie na punkcie własności mają już porządnego świra, np. nad jeziorem Attersee nad którym właśnie jadę, nad wodę można było zejść jedynie w Seewalchen, cała reszta jest w rękach prywatnych, najczęściej szczelnie zagrodzona i zwykły śmiertelnik o tym by usiąść nad wodą może sobie jedynie pomarzyć. Koniec końców udało mi się rower naprawić, a wspornik (choć trochę się obawiałem, że na wybojach klej może puścić) bez problemów wytrzymał do końca wyjazdu. Gdy tylko ruszyłem zaczyna zdrowo padać - ledwo zdążyłem dociągnąć na przystanek. Po ok. godzinie czekania ciągle leje, więc zakładam krótkie kalosze i długą pelerynę typu poncho, które w tym roku zabrałem na deszcz. Już w ulewie, po małych górkach i po zmierzchu docieram na kemping w Unternach, gdzie uraczono mnie cholernie wnikliwym formularzem (nawet imiona rodziców!), który ledwo wypełniam drżącą już ze zmęczenia ręką. Namiot muszę rozbić w padającym deszczu, poszło to dość sprawnie, już w środku stwierdzam, że sporo rzeczy w sakwach jest podmoczonych, pakowanie ich w plastikowe torebki guzik dało. Jedyne z zabezpieczeń antydeszczowych, które zdało egzamin, to raczej rzadko stosowane przez rowerzystów kalosze - nieporęczne do przewozu, ale skuteczne. Kładę się spać z raczej nieciekawym myślami co do dalszej jazdy.

XIII dzień - Unternach - Mondsee - Salzburg

DST 60,3 km - AVS 20,1 km/h - MAX 46,3 km/h - ALT 479 m

Ku mojej uldze rano nie pada, choć jest zimno i chmury wiszą nisko. Część przemoczonych wczoraj rzeczy wkładam pod gumy, by choć trochę się wysuszyły w czasie drogi. Szybko dociągam do kurortu Mondsee, a następnie po podjeździe w lesie, dłuższym zjazdem osiągam Salzburg. W poszukiwaniu kempingu przejeżdżam przez całe prześliczne miasto Mozarta. Świetnie zorganizowano tu ścieżki rowerowe - po prostu kawałek jezdni jest wydzielony jako pas dla rowerów i trzeba przyznać, że kierowcy to bezwzględnie respektują, co u nas byłoby raczej niemożliwe do realizacji. Po dojechaniu na kemping znów się rozpadało, więc nie mogę się wybrać na "Salzburg by night", boję się jak będzie wyglądać w takich warunkach mój jutrzejszy pierwszy dzień w Alpach.

XIV dzień - Salzburg - [D] - Bad Reichenhall - Steinpass (606m) - [A] - Pass Strub (704m) - St. Johann - Worgl - Innsbruck



DST 132,8 km - AVS 22 km/h - MAX 44,9 km/h - ALT 1116 m

Rano po wczorajszym deszczu nie ma śladu, pojawia się słońce, doskonale widać skaliste dwutysięczniki okalające od południa Salzburg, wczoraj zasnute w całości chmurami; dzisiejszy dzień zapowiada się więc kapitalnie. Kawałek za miastem przekraczam (symboliczną) granicę niemiecką, by po kilkunastu km powrócić do Austrii. Na drugiej granicy jest tunel z zakazem dla rowerów, nie widząc specjalnego wyboru decyduję się na przejazd - było w dół i nikt mnie nie minął po drodze. Podobny manewr powtarzam w drugim tunelu - ten niestety był pod górę i to sporo dłuższy, więc zostałem niemiłosiernie wytrąbiony - a w tunelu echo klaksonu niesie się niesamowicie. Dopiero po wyjeździe zorientowałem się, że był tam jednak objazd dla rowerów. Już bez większych wrażeń docieram do Lofen, gdzie staję na postój. Kawałek za tym miastem na przełęczy Strub (704m) wjeżdżam na teren Tyrolu; droga jest piękna - jedzie się w otoczeniu dwutysięcznych szczytów, a wzdłuż szosy jest idealnie zielona, jak z reklam Milki, trawa na której pasą się rzadko u nas spotykane biało-brązowe krowy z wielkimi dzwonkami na szyjach. Na kolejny postój do St. Johann jadę w dół, następnie wjeżdżam na ok.800m, by długim zjazdem osiągnąć szeroką dolinę Innu (na wys.ok.500m). Ostatnie 20km na kemping w Jenbach jadę już po płaskim, mijając m.in. malownicze miasteczko z wieką skałą - Rattenberg.

XV dzień - Jenbach - Innsbruck

DST 64,1 km - AVS 21,5 km/h - MAX 43,2 km/h - ALT 384 m

Dzisiejszy dzień jest ulgowy - zaledwie 40km do Innsbrucku, praktycznie płaską drogą. Doliną Innu jedzie się kapitalnie - żadnych wzniesień, a widoki niesamowite - po obu stronach jeżą się wysokie szczyty, często jeszcze z resztkami śniegu, mijane tyrolskie miasteczka też mają swój urok. Szybko dojeżdżam na kemping w Kranebitten (kilka km na zach. od ścisłego centrum), po czym na luzie jadę zwiedzać miasto. W centrum rozbawiła mnie spora grupka "hipisopodobnej" młodzieży, która bez żenady rozłożyła swoje namioty w jednym z tutejszych parków. Wjeżdżam również na skocznię Bergisel, niestety jest akurat modernizowana i nie wygląda efektownie. Wrażenie robi natomiast widok stąd na Innsbruck ze słynnym cmentarzem, który mają przed oczami siedzący na belce startowej skoczkowie.

DALEJ >>>