BARCELONA 2001




Wstęp

W tym roku postanowiłem się wybrać do Barcelony, jadąc bezpośrednio z Warszawy. Jako temin wyjazdu wybrałem 9.VIII - sporo później niż w zeszłym roku, by uniknąć kłopotów pogodowych (z reguły pogoda w sierpniu jest pewniejsza od lipcowej), ponadto trochę obawiałem się upałów na południu Europy. Wracać mam autobusem z Lloret de Mar, bilet mam wykupiony na konkretny dzień, co wymaga pewnej dyscypliny w jeździe i dość ścisłego trzymania się planu ustalonego przed wyjazdem. Mocno obawiam się o stan techniczny roweru, a konkretnie wkład do suportu. W tym roku poleciał mi bowiem w ramie właśnie gwint do suportu. Moja rama firmy Bianchi jest świetna pod względem wymiarów (dość długa), a także kolorystyki, niestety gwinty są zupełnie spartolone - już wcześniej rozwalił mi się ten od przerzutki. Problem gwintu postanawiam rozwiązać podobnie jak ten z przerzutką i wkład przyklejam na stałe poxipolem (mam gwint włoski, więc nie da się się go przegwintować na większy), ale boję się, że suport na którym są znacznie większe opory niż na przerzutce może trasy nie wytrzymać, na wszelki wypadek wiązę ze sobą zapas poxipolu oraz klucze do wkładu i ściągacz do korb

I dzień - [PL] - Warszawa - Żyrardów - Skierniewice - Brzeziny - Łódź

DST 147,2 km - AVS 19,4 km/h - MAX 41,3 km/h - ALT 671 m

Z Warszawy, w słoneczną pogodę wyjeżdżam drogą na Piaseczno, stamtąd kieruję się na Nadarzyn (przez Magdalenkę) - szosa jest bardzo ruchliwa, z dużą ilością tirów jadących na trasę katowicką i krakowską. Z Nadarzyna bocznymi drogami dojeżdżam do Grodziska Maz., gdzie staję na pierwszy postój. Dalej jadę trasą nr.719 - na Żyrardów, za którym ruch wyraźnie maleje, jedzie się przyjemniej - przecinam skrawki Puszczy Bolimowskiej. Skierniewice właściwie omijam nie zaliczając centrum (niewielka strata), skręcając na Jeżów. Czuję już lekkie zmęczenie, krajobraz jak to zwykle na Mazowszu monotonny, więc trochę żałuję że nie podjechałem pociągiem do Wrocławia. Odcinek z Jeżowa do Brzezin jest trochę ciekawszy, pojawiają się pierwsze górki Garbu Łódzkiego. W Brzezinach okazuje się, że schroniska młodzieżowego, w którym miałem nocować już nie ma, dzwonię więc do domu, gdzie zostawiłem informator PTSM-u, by dowiedzieć się o adres schroniska w Łodzi. Do miasta docieram już po zmierzchu i to nieźle zmordowany po prawie 150km, co jak dla mnie na pierwszy dzień to naprawdę sporo.

II dzień - Łódź - Łask - Widawa - Burzenin

DST 75,8 km - AVS 20,5 km/h - MAX 35 km/h - ALT 262 m

W nocy padało, wszędzie jest mokro, temperatura poniżej 20'C - jestem wkurzony bo w telewizji zapowiadali słońce na cały tydzień - to się nazywa precyzja! W Łodzi przejeżdżam reprezentacyjną ulicą Piotrkowską, po czym przebijam się przez całe miasto w kierunku na Wrocław. Następnie jadę przez Pabianice (chyba jedno z najbrzydszych polskich miast jakie miałem okazję oglądać) i Łask, gdzie z ulgą opuszczam główną drogę skręcając na Widawę. Dzisiaj, dzięki temu że wczoraj nadrobiłem ponad 20km nocując w Łodzi zamiast w Brzezinach, mam do przejechania tylko nieco ponad 70km. Za Widawą wjeżdżam w Park Krajobrazowy Międzyrzecza Warty i Widawki, wreszcie są jakieś widoki, choć humor psuje mi ciągle dziadowska pogoda. Po przejechaniu mostu na Warcie osiągam Burzenin, ale i tu również schronisko młodzieżowe padło; nocleg udało mi się załatwić w lokalnej, przydomowej "fabryce" pończoch (!).

III dzień - Burzenin - Złoczew - Kępno - Namysłów - Oława - Wrocław

DST 178,5 km - AVS 20,2 km/h - MAX 35,2 km/h - ALT 507 m

Wyruszam wcześnie rano (mam do przejechania ok.150km do Oławy), pogoda się polepszyła - jest słońce, choć nadal jak na sierpień nie najcieplej. Szybko docieram do Złoczewa, gdzie wjeżdżam na główną szosę Łódź-Wrocław, którą jadę aż do Kępna - odcinek mało ciekawy, z dużym ruchem, ponadto przeszkadza przeciwny wiatr. Po postoju jadę, częściowo przez las boczną drogą do Namysłowa, są tu pierwsze, króciutkie podjazdy. W Namysłowie jem obiad w restauracji i już trochę podmęczony ruszam na ostatni, również dość lesisty kawałek do Oławy. Po ponad 150km przekraczam wreszcie Odrę i docieram do miasta tylko po to by przekonać się, że kolejne schronisko zrobiło wysiadkę - padają jak muchy, a co gorsza centrala w Warszawie, gdzie przed wyjazdem dowiadywałem się o adresy nie posiada aktualnych informacji. Decyduję się jechać do Wrocławia, gdybym to wcześniej wiedział, to jadąc tam bezpośrednio z Kępna zaoszczędziłbym sporo kilometrów. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - mam okazję do zobaczenia Wrocławia, który planowałem ominąć od południa. Z Oławy mimo zmęczenia jedzie mi się całkiem przyjemnie, wiatr pod wieczór całkowicie ucichł, powietrze ma bardzo przyjemny zapach. W samym Wrocławiu stan nawierzchni woła o pomstę do nieba, sporo jest tu nierównej kostki. Już w ciemnościach docieram w końcu do schroniska po 178,5km, co do dziś stanowi mój rekord odległości w jeździe z pełnym bagażem. Nocuję na sali ok. 20 osobowej, trochę obawiając się kradzieży, niestety w schroniskach w dużych miastach zawsze jest tłok.

IV dzień - Wrocław - Świdnica - Świebodzice - Wałbrzych

DST 86,8 km - AVS 19,2 km/h - MAX 41,3 km/h - ALT 608 m

Rano robię rundkę po Wrocławiu, centrum ze wspaniałym rynkiem i katedrą robi wrażenie, po czym przebijam się po tragicznych nawierzchniach przez całe miasto do drogi wylotowej na Jelenią Górę. Odcinek do Świdnicy jest strasznie ruchliwy, momentami od huku samochodów boli mnie już głowa; na horyzoncie pojawiają się już pierwsze góry, po lewej stronie widzę charakterystyczny masyw Ślęzy. W Świdnicy po raz kolejny przekonuję się o kiepskiej kondycji PTSM-u, decyduję się więc jechać do Wałbrzycha, drogą przez Świebodzice. Zaraz za tym miastem zaczyna się 100m podjazdu - pierwsza poważniejsza górka na wyprawie. W schronisku w Wałbrzychu dowiaduję się, że w Świdnicy była jednak "placówka" PTSM-u, miałem tylko nieaktualny adres. Mówi się trudno, ale dzięki tej sytuacji będę miał okazję zobaczyć zamek w Książu, którego nie miałem w planach.

V dzień - Wałbrzych - Bolków - Jelenia Góra

DST 71 km - AVS 20,3 km/h - MAX 55,7 km/h - ALT 717 m

Z Wałbrzycha kieruję się od razu na położony w pobliżu zamek Książ, który niestety jest w fazie renowacji, ale nawet taki robi niesamowite wrażenie swoim świetnym wkomponowaniem w krajobraz na skraju ostrej skarpy. Szybko zjeżdżam (55,7km/h) do Świebodzic, gdzie skręcam na Jelenią Górę. Trasa robi się coraz bardziej pagórkowata, niestety dopada mnie też deszcz, który próbuję przeczekać na przystanku, ale po godzinie bez poprawy sytuacji, postanawiam jechać dalej. Za Bolkowem przestaje padać, choć nadal jest bardzo wilgotno. Po łagodnym podjeździe z Bolkowa zjeżdżam na postój do Kaczorowa, po czym po kolejnym krótkim podjeździe na Przeł. Radomierską osiągam Kotlinę Jeleniogórską. Ku mojej uldze schronisko w Jeleniej Górze działa i wreszcie udaje mi się przenować bez żadnych zbędnych komplikacji.

DALEJ >>>