BALKALPIN - 2009




XXXVI dzień - Andirio - Nafpakos - Agios Nikolaos - Itea



DST 100,6 km - AVS 19,8 km/h - MAX 47,8 km/h - ALT 1049 m


Przy zwijaniu obozowiska mam piękne widoki na morze i wspaniały most, za dnia robiący jeszcze większe wrażenie. Dzisiaj kawałek mam w miarę ulgowy, więc nie muszę się specjalnie spieszyć, można jechać z długimi odpoczynkami. Na stacji benzynowej przed Nafpakos kupuję benzynę do kuchenki, ponad miesięczna wyprawa z zaledwie dwoma tankowaniami - to niezłe osiągnięcie. Przed miastem niepotrzebnie wjechałem na obwodnicę, bo nie dość że pojechałem sporo dłuższą drogą, to jeszcze wpakowałem się na długi podjazd na 160m, którego jadąc miastem bym uniknął; jedynie widoki na tej trasie były ciekawsze. Kolejne kilometry - to typowa jazda skalistym wybrzeżem, dużo górek, aczkolwiek podjazdy mniej wymagające niż na analogicznym kawałku w Dalmacji. Widoki niebrzydkie, aczkolwiek i tu dalmatyńskim wyraźnie ustępują, brakuje przede wszystkim wysp, miasteczka też nie takie ładne. Dalej bardzo upalnie, tak 36-38'C - ale to już nie jest to aż taki piekarnik jak w rejonie Meteorów, daje się w miarę przyzwoicie jechać. Na długi postój staję w Tolofpos, po niecałych 70km; zjechałem kawałek z drogi nad samo morze i po zakupach posiedziałem z godzinę nad samą wodą, na miejscowym deptaku, miasteczko wielkim kurortem nie było - więc i ludzi niewielu. Za Tolofpos ładny kawałek boczną drogą, nad samym morzem, jedna bardzo ostra ścianka, dopiero po paru kilometrach wracam na główną drogę. Końcówka raczej płaska, jedynie przed Galaxidi trochę większa górka, za miastem kolejny postój, w cieniu drzew znów nad samą wodą; tak się rozleniwiłem, że mało brakowało żebym tam zasnął :). Z Galaxidi do Itei trochę górek, ale trasa ładna, trzeba tu objechać zatokę wrzynającą się w ląd, pojawia się już bardzo szeroki widok na wielki masyw Parnasu górujący nad całą okolicą i położone na jego stoku Delfy. W Itei kolejne zakupy i postój, niepomny doświadczeń ze Słowenii znowu wcinam litr lodów na raz (pokusa była za silna), tym razem jednak było z 15 stopni więcej, więc obeszło się bez podziębienia. Z Itei wyjeżdżam drogą na Delfy, zaraz za miastem zaczynają się ogromne gaje oliwne, ciągnące się przez dobre 10km, zapamiętałem je z 2002 i tutaj postanowiłem poszukać miejsca na nocleg, bo parę kilometrów dalej zaczyna się już długi podjazd do Delf, którego dziś nie miałem ochoty zaliczać. Elegancką miejscówkę znalazłem bez problemu, rozłożyste oliwki dają dużo cienia.
Był to jeden z bardzo nielicznych na tej wyprawie naprawdę ulgowych dni - ani wielkich gór, ani długich odcinków; fajnie było się trochę więcej pobyczyć, wrócić na chwilę do stylu jazdy w którym kiedyś pokonywałem całe wyprawy (w 2002 przejechałem ledwo ponad 3000km w dłuższym czasie niż teraz 5000km)

XXXVII dzień - Itea - Delfy - Arachova - Levadia - Teby - Erythres - Mandra



DST 158,6 km - AVS 19,8 km/h - MAX 66,5 km/h - ALT 2331 m


Na trasę ruszam wcześnie, bo dziś chciałbym dociągnąć jak najbliżej Aten - a trasa zapowiada się niełatwa. Pierwszy kawałek bardzo fajny - przejazd przez piękne gaje oliwne, ale zaraz zaczyna się długi podjazd do Delf. Nachylenie umiarkowane 4-6%, widoki wspaniałe, dopiero z góry widać jak ogromną przestrzeń zajmują plantacje oliwek, właściwie całą równinę aż do Itei. Początek podjazdu to dwie długie proste, po tym kilka klasycznych serpentyn, wypłaszcza się na ponad 500m, do samych Delf jest nawet troszkę w dół, w miasteczku już tłoczno od turystów. Słynne ruiny delfickiej wyroczni są kawałek za miastem, stanąłem tu na krótką chwilkę zadumy, z drogi widać je dość dobrze, duże wrażenie robi piękne wkomponowanie w górski krajobraz - ale nie ma się co oszukiwać, wiele to się z czasów antycznych nie zachowało, więcej zostaje wyobraźni. Dalsza droga to długi podjazd do Arachovy, wjeżdża się w sumie aż na 930m, dużo wyżej niż się spodziewałem. Sama Arachova bardzo mi przypadła do gustu, pięknie ulokowana na spadzistym górskim zboczu, cichutkie miasteczko pozbawione tej turystycznej stonki okupującej Delfy, wąskie uliczki, jednym słowem - ma swój klimat. Kawałek za miasteczkiem staję na dłużej, kawałek dalej zaczyna się długi zjazd, w czasie którego mam wspaniałe widoki na potężny masyw Parnasu - mityczną siedzibę muz. Ale coraz bardziej zaczyna mnie niepokoić bardzo mocny wiatr ze wschodu, chwilami na nachyleniu 4-6% daje się ledwo jechać 20km/h, gdy droga zakręca trzeba bardzo uważać na mocne podmuchy z boku. W dół w takich warunkach zawsze jakoś się pojedzie, ale ja mam na wschód jechać dobre 50-60km, w tych warunkach byłaby to masakra. Na całe szczęście tak mocno wiało tylko w wysokich górach, gdy wyjechałem spod masywu Parnasu (z tej strony zjeżdża się na jakieś 250m) ku mojej uldze wiatr się wyraźnie uspokoił. Za górami jest pagórkowato, kawałek przed Levadią wjeżdżam na rozległą Równinę Tesalską i robi się płasko, no i niestety bardzo gorąco (pod 40'C). W Levadii zjeżdżam kawałek z szosy do miasta na zakupy, fundując sobie kolejny raz litr lodów (a warto tu dodać, że takie lody można kupić tylko w bardzo tu rzadkich marketach dyskontowych, w normalnych marketach są tylko malutkie lody w wafelkach, bardzo drogie).
40km z Levadii do Teb - bardzo nudne, sporo brzydkich, przemysłowych terenów, po prostu odcinek, który trzeba przejechać. W Tebach kupuję 1,5l zmrożonego "SevenUp", w tym upale smakuje wybitnie; same Teby - nie odstają od stereotypu brzydkich greckich miast, nic ciekawego tu nie widziałem. Na wyjeździe z miasta spory podjazd na 300m, później trochę w dół do Erythres - ale już przed sobą widzę duży masyw górski. Przez chwilę jeszcze się łudziłem, że może droga minie go bokiem, ale oczywiście okazało się, że trzeba go zaatakować czołowo w niemal najwyższym miejscu. Wspinaczka długa i męcząca (mam już zdrowo ponad 100km w nogach), ale widokowo niebrzydka, w sumie aż na 650m. Myślałem, że za przełęczą będzie już tylko w dół - ale gdzie tam, zaczęły się ostre krótkie pagórki i trzeba było się wpompowywać na jeszcze kilka całkiem sporych ścianek, dopiero po niemal 150km zaczyna się wreszcie prawdziwy długi zjazd nad morze. Zapuściłem się trochę za daleko, dojeżdżając aż do Mandry, tam się już zaczyna wielka aglomeracja Aten, więc uznałem że jednak sensowniej będzie kawałek zawrócić - bo w mieście znaleźć miejsce na nocleg na dziko graniczy z cudem. Zrobiłem jeszcze zakupy w markecie, po czym rozpocząłem żmudną wspinaczkę powrotną, musiałem podjechać ze 150m, zanim znalazłem sensowną miejscówkę przy bocznej drodze. Co prawda zejście do polanki na której się rozłożyłem wymagało znoszenia bagażu bo całego roweru nie dało się sprowadzić - ale miejsce było bardzo fajne, w lasku, zupełnie puściuteńko.

XXXVIII dzień - Mandra - Ateny



DST 106,7 km - AVS 20,3 km/h - MAX 49,1 km/h - ALT 914 m


Dziś ostatni dzień wyprawy - dojazd na lotnisko w Atenach. Do miasta mam ok. 50km, odlot o 16, ale że i sporo spraw do załatwienia (wydrukowanie biletu, kupienie opakowania na rower) - postanawiam ruszyć z dużym zapasem, już o 7 jestem na trasie. Zjeżdżam do Mandry wczorajszą trasą, następnie do Elefsiny, gdzie skręcam na Ateny, przebijając się przez długie korki. Kawałek za tym miastem wjeżdżam na główną drogę, chwilami to nawet autostrada, w każdym razie jedzie się szybko, bo właściwie nie ma tu korków. Do samych Aten (ok. 40km) jechało się bardzo przyzwoicie, ale w centrum zaczęła się masakra z oznakowaniem. Nie miałem żadnego planu miastu, nie miałem pojęcia w którym miejscu znajduje się lotnisko, więc jechałem za znakami na E.Venizelos, które szybko wyprowadziły mnie na manowce. Po dłuższym kołowaniu w centrum, znowu skorzystałem z komórki by znaleźć współrzędne geograficzne ateńskiego portu lotniczego, które mogłem wgrać do GPS-a. Oczywiście w GPS mapy Grecji nie miałem, ale mogłem mniej więcej się zorientować, w którą stronę powinienem jechać. Niestety okazało się, że lotnisko jest straszny kawał na wschód od Aten. Gdy kołowałem po centrum zaczepił mnie Polak tu mieszkający i wyjaśnił mi, że powinienem dojechać do północnej obwodnicy miasta. Natłukłem się więc tam z 10km - ale gdy dotarłem do drogi dojazdowej do lotniska okazało się, że to płatna autostrada. Próbowałem i tam wjechać, ale nie przepuścili mnie na rogatkach. Wściekłem się oczywiście potężnie, bo oznaczało to straszny objazd, do tego ciągle nie miałem planu miasta, bo w dwumilionowej aglomeracji nie sposób było go dostać - w żadnych kioskach nic nie mieli, księgarni nie udało mi się namierzyć, mimo paru prób i pytań miejscowych.
Strasznie wkurzony więc zawracam do centrum, jedynym plusem było to, że udało mi się znaleźć sklep, gdzie kupiłem 10m folii bąbelkowej do transportu roweru (paka ogromna, ledwo się z tym zapakowałem) oraz kafejkę internetową, gdzie wreszcie wydrukowałem ten nieszczęsny bilet, oraz przeglądając GoogleMaps ustaliłem od biedy jak mam jechać. Niestety wymagało to przebicia się przez całe Ateny aż do morza i dojazd na lotnisko od południa. Ale wyboru nie miałem - więc ruszam dalej i zaliczając ostry z 15% podjazd na jedno z wyższych ateńskich wzgórz zaczynam przebijać się aż do Pireusu, przejechać tak musiałem z 15km, zanim wreszcie dotarłem do ładnej nadmorskiej trasy, gdzie pojawiły się kolejne znaki na E.Venizelos. Ale objazd był ogromny, trwało to i trwało, czasu (mimo dużego zapasu) robiło się coraz mniej, a ja powoli zamieniałem się w grzyb atomowy, klnąc na Ateny na czym świat stoi :). Po ponad 90km droga wreszcie odbija w głąb lądu, zaczynają się podjazdy, a po paru kilometrach droga znowu przechodzi w autostradę, co mnie porządnie zdołowało, jedyny plus, że z tej strony nie była to autostrada płatna. Niemniej po jakimś kilometrze zaczyna za mną jechać jakiś busik służb drogowych. Byłem przekonany, że zaraz się do mnie czepią - ale jechali tak za mną dobre 2-3km do samego lotniska, może jako "eskorta honorowa" :). Tak czy siak - na lotnisko docieram z potężną ulgą, ponad 100km cholernie ciężkiej przeprawy, cały czas w typowo miejskim ruchu, wiele w korkach, wszystko z pełnym bagażem, w 40'C upale - niejeden górski dzień mnie mniej wykończył, ci co narzekają na infrastrukturę rowerową w Polsce - powinni sobie pojeździć po Atenach, to szybko by im przeszło.
W efekcie tych wszystkich "atrakcji" na lotnisko docieram sporo po 14, od razu biorę się do rozkręcania roweru i zawijania go w folię. Poszło to w miarę sprawnie, jako ostatni staję do odprawy bagażu, jeszcze musiałem latać do stanowiska Maleva by kupić bilet na rower (30E). Ale odprawa poszła bezproblemowo, do roweru czy bagażu nikt się nie czepił. Samolot startuje planowo, najpierw lecę do Budapesztu, tam przesiadka (już bez odprawy) na lot do Warszawy. W tym drugim trafiłem na miejsce przy oknie, więc mogłem sobie popatrzeć na Polskę z góry, bo akurat była świetna pogoda i wspaniała widoczność. Komfort podróży samolotem - nieporównywalny z pociągiem czy autokarem, trochę ponad 3h - i jestem w Warszawie, w 2002 wracałem autokarem bite 48h!

Podsumowanie

W sumie przejechałem aż 5 068,6km, prędkość maksymalna to 76,2 km/h (zjazd z przełęczy Kula), najdłuższy dzień to 242,6 km na ciężkiej trasie do Jeleniej Góry, największa dzienna suma podjazdów to 3 361m na królewskim etapie w Dolomitach. Była to jak dotąd moja najdłuższa wyprawa, też najbardziej wymagająca, z całą masą gór, wliczając w to kilka najcięższych podjazdów Europy. Wyjazd zdecydowanie udany, plan był bardzo ambitny, udało się go zrealizować niemal w całości, jedynie w Albanii zmieniłem pierwotne założenia. Pierwsza część trasy przebiegała pod znakiem bardzo zmiennej pogody, nieraz nas pokropiło, z kolei już na Bałkanach bardzo we znaki dawały się afrykańskie upały ponad 40'C. W końcówce trasy zmieniłem plany, mocno zniechęcony fatalnymi drogami na ciężkich górskich szlakach w Albanii. Na takie trasy warto by mieć jednak rower górski (a i na takim jazda z bagażem po albańskich bocznych drogach mało komu będzie pasować), no i trzeba też mocno obniżyć planowane dzienne przebiegi, zapuszczanie się w albański "interior" ma sens gdy Albania jest głównym celem wyprawy, nie jednym z wielu. Jest to kraj specyficzny, nie każdemu "podejdzie", dużo tam dziadostwa, dla mnie chyba za dużo, opuszczałem go z dużą ulgą. Drogi najgorsze w Europie, górskie szlaki jeszcze trudniejsze niż na Islandii, trudniejszych już nie sposób sobie wyobrazić, bo na takich to się da rower tylko pchać.
Za to ogromne wrażenie wywarła na mnie Czarnogóra i każdemu rowerzyście ją z czystym sercem polecam, w zeszłym roku z powodu awarii sprzętowych i fatalnej pogody nie mogłem się do końca rozkoszować jej urokami, teraz warunki były świetne. O ile w Alpach też było pięknie, wspaniałe widoki na wielu podjazdach - to tam to właściwie nikogo nie dziwi, każdy tego oczekuje. Natomiast w Czarnogórze aż na tyle nie liczyliśmy, a zaskoczyła nas in plus bardzo, jak na swoje rozmiary oferuje po prostu moc atrakcji, przy tym nie jest to jeszcze kraj wyeksploatowany przez masową turystykę jak na przykład sąsiednia Chorwacja, ceny porównywalne z polskimi, poza wybrzeżem pusto.
Sprzętowo wyjazd właściwie idealny, drobne problemy z hamulcami czy z dętką ExtraLite na tak długiej, pięciotysięcznej trasie to praktycznie nic. Jazda po Albanii jeszcze raz pokazała, że między bajki można włożyć teorie o tym, że rower na wyprawy musi być stalowy i ciężki, rama aluminiowa czy widelec z karbonu sprawdza się tak samo dobrze, a jak rowerzyście zależy to nawet na szosowych oponach Supreme da się jeździć po stosach kamieni z 30kg bagażem (choć tutaj polecałbym jednak coś szerszego, najlepiej 2.0 lub więcej :))