BALKALPIN - 2009




XXXI dzień - Dzepiste - Struga - Ochryda - Resen - Bitola - [GR] - Florina



DST 186,2 km - AVS 21,1 km/h - MAX 51,8 km/h - ALT 1506 m


Pierwszy kawałek dzisiejszego dnia to bardzo ładna droga kanionem w stronę Strugi, jadę wąską zieloną doliną, dość chłodno (12-13'C bo słońce jeszcze nie dochodzi na dół wąwozu); jest jeden długi 100m podjazd, poza tym raczej płasko. Spotykam grupkę słoweńskich rowerzystów, chwilę pogadaliśmy, kawałek dalej mijam żółwia jakby nigdy nic spacerującego sobie środkiem szosy; przeniosłem go na drugą stronę, bo zanim by o własnych siłach zdążył przejść, mógłby zostać z lekka spłaszczony :). Kanion kończy się parę km przed Strugą i zaczyna się rozległa równina mocno kontrastująca z wcześniejszym kawałkiem. Sama Struga to miejscowy kurort, położony nad ogromnym jeziorem Ochrydzkim, otoczonym wysokimi górami. W miasteczku przejechałem się kawałek deptakiem, po tym wróciłem na główną szosę, niepotrzebnie bo mocno odbijała od jeziora, lepiej było pojechać boczniejszą dróżką nad samą wodą. Ochryda to już miasto jak się patrzy, wyraźnie większe od Strugi. Najładniejsza część leży nad jeziorem, jest tu reprezentacyjny deptak z przystanią małych statków wycieczkowych, zatrzymałem się tam na dłuższy odpoczynek; turystów całe masy, ruch jak na Marszałkowskiej, ale widoki na jezioro wspaniałe. Po odpoczynku zrobiłem jeszcze krótka rundkę po starszej części miasta z charakterystycznymi, wąskimi uliczkami, na zwiedzanie prawosławnych monastyrów nie było czasu. Z Ochrydy wyjeżdżam główną drogą na Bitolę, od razu zaczynają się góry, długim podjazdem osiągam przełęcz położoną na 1200m, z której zjeżdżam do Resen. Zaczyna się znowu piekarnik, temperatura pod 40'C, jedzie się bardzo ciężko, bo jak na złość odcinek do Bitoli z mapy wyglądający na dość płaski - wcale taki nie był, musiałem zaliczyć kolejną większą przełęcz na 1150m (aż 250m podjazdu z Resen), która w tym upale dała mi mocno popalić, na szczyt docieram mocno zjechany. Dopiero za tą górą jazda robi się przyjemniejsza, stąd do Bitoli jest juz generalnie w dół, także i wiatr mam dość sprzyjający, po 100km staję na odpoczynek, upał jest taki że nawet w cieniu ciężko jest wytrzymać. Bitola to już duże miasto, drugie co do wielkości w Macedonii, droga mija je nieco bokiem, za nim rozpoczyna się szeroka równina, co przyjmuję z dużą ulgą bo gór już miałem na dziś zdecydowanie wystarczająco. Jakieś 10km za miastem jest granica, na której trochę zabawiłem, bo macedońscy celnicy się specjalnie nie przepracowywali.
Wbrew pozorom jakiegoś wielkiego przeskoku między Macedonią a Grecją nie ma, trochę lepsze szosy, auta, bardziej zauważalna jest różnica w rolnictwie, w Grecji to już jak przemysł - pola nawadniane na przestrzeni wielu kilometrów, wiele specjalistycznych maszyn; w Macedonii wygląda to podobnie jak i w Polsce. Jako, że miałem wracać przez Albanię nie dysponowałem mapą Grecji, a jedynie ogólną mapą Europy 1:4mln. Ale jak się nie ma co się - to się lubi co się ma, dało się w ten sposób opracować wstępną trasę. Początkowo planowałem jechać na Saloniki, stamtąd wjechać do Bułgarii i dociągnąć do Rumunii, skąd do Polski już pociągiem. Ale taka trasa niespecjalnie mi się uśmiechała, bardzo długa, wymagająca jazdy po 200km dziennie, po głównych drogach, nieciekawa. Po dłuższej analizie postanawiam zmienić plany - i pojechać do Igoumenitsy - portu nad morzem Jońskim, skąd mógłbym złapać prom do Dubrownika i wrócić pociągiem z Baru jak zakładał pierwotny plan. Ale by to miało sens musiałem znać rozkłady promów, więc (mimo że już zaczynałem szukać noclegu) - postanawiam zawrócić i pojechać do Floriny, gdzie z internetem nie powinno być problemów. W mieście nakołowałem się za kafejką internetową nieprzeciętnie, przeszukiwanie sieci dało dość niespodziewany rezultat - promów do Dubrownika z Grecji nie ma, trzeba by płynąć przez włoskie Bari - a to oznaczało by stratę kupy czasu i pieniędzy. Za to udało mi się znaleźć lot z Aten do Warszawy za sumę niecałych 500zł. Zapłaciłem za bilet kartą kredytową, ale potwierdzenie rezerwacji miało przyjść dopiero po 2 dniach. Postanawiam więc jechać do Igoumenitsy przez Meteory, by w razie niepowodzenia z samolotem mieć jakieś wyjście, przy okazji miałbym szansę zobaczyć słynną wyspę Korfu. Jadę kawałek za miasto i już nocą (przejechałem aż 180km) rozbijam się w gęstych krzakach przy drodze, musiałem jeszcze wrócić do miasta w poszukiwaniu mydła, do studzienki, gdzie się myłem (ale okazało się że zawieruszyło się w sakwach).

XXXII dzień - Florina - Grammos (1558m) - Maniaki - Neapoli - Kivatos



DST 117,4 km - AVS 20,4 km/h - MAX 64,9 km/h - ALT 1508 m


Od razu na starcie zaczynam długi podjazd na chyba najwyższą przełęcz drogową gór Grammos. Podjazd przyjemny, nachylenie umiarkowane 4-7%, ostrzejszych fragmentów niewiele, prawie cała trasa w lesie, jako że jadę rankiem - temperatura jeszcze przyjemna, pod 30'C. Ale przewyższenie bardzo duże, ciągnął się długo, do tego wg mojej mapy przełęcz miała mieć 1475m, a okazała się wyższa o niemal 100m. W samej końcóweczce są ostre kawałki po 10-11%, ale na krótkich kawałkach. Sama przełęcz mało widowiskowa, jest tutaj stacja narciarska i kemping. Zjazd bardzo długi, nie tak mocno nachylony, z dobrym wiatrem, więc zasuwało się nieprzeciętnie przez wiele kilometrów powyżej 40km/h. Góry Grammos urodą przypominają góry w Albanii, na tej szerokości geograficznej mają juz wyraźnie południowy charakter, z roślinnością typu śródziemnomorskiego, choć jest też i sporo lasów. Później zaliczam 50m ściankę, z której jeszcze więcej zjeżdżam, zostawiając góry Grammos za sobą na dobre. Za Antartiko moja droga niespodziewanie przechodzi w autostradę, niestety wczoraj zapomniałem we Florinie kupić mapę, moja nie dość że w skali 1:4mln - to jest jeszcze sprzed dobrych 10 lat, a w Grecji przed olimpiadą w 2004 wybudowano masę nowych dróg. Nie miałem specjalnego wyjścia, więc ruszyłem dalej autostradą, postanawiając w razie spotkania z policją grać rolę zagubionego turysty. Ale ruch był praktycznie zerowy, nie wiem po co w takim rejonie w ogóle budować autostradę. Za to upał zrobił się nieziemski, 43-45'C, przy takiej temperaturze jazda to już masakra, pot leje się strumieniami. Postanawiam więc zatrzymać się na długą sjestę w Maniaki.
Zrobiłem zakupy w sklepie, ceny bardzo wysokie, zdecydowanie najwyższe z wszystkich państw jakie przejeżdżaliśmy na całej trasie - co denerwuje tym bardziej, że panujące warunki zmuszają do zakupów dużych ilości zimnych napojów (a 2l picie to z reguły koszt aż 2E). Najeździłem się też nieźle w poszukiwaniu mapy - ale nic nie dostałem, na stacjach benzynowych, gdzie w Polsce wybór map jest bardzo duży - tutaj zupełna bryndza. Na postój zatrzymałem się na zacienionym placyku w centrum, ale nawet odpoczynek w cieniu był bardzo męczący, bo temperatura przekraczała 40'C. Siedziałem tam ponad 2h, ruszyłem dalej po 16 - ale nic się nie zmieniło, żar dalej lał się z nieba, a jeszcze okazało się że dalej również muszę jechać autostradą. Droga zaczyna trochę falować, ale na szczęście nie są to duże górki - bo daleko bym nie ujechał, w pewnym momencie mój licznik pokazuje rekordowe 46'C (zaznaczam, że w czasie jazdy - nie postoju, gdy na słońcu potrafi się za bardzo nagrzać), a droga prowadzi zupełnie odkrytym terenem, bez kawałka cienia. Parę km przed Neapoli kończy się autostrada przechodząc w zwykła drogę. Samo Neapoli mijam bokiem, kawałek dalej zjeżdżam z głównej drogi na Kivatos - i od razu zaczynają się ostre górki - jednym słowem Grecja taka jak ją zapamiętałem z 2002 roku, typowa czeska jazda, często wykańczająca bardziej niż wysokie góry. Ale jest już późne popołudnie i upał minimalnie odpuścił do jakiś 37-38'C, a te parę stopni mniej to jednak spora ulga. Tereny bardzo przyjemne - ładne wzgórza, niebrzydkie wioski, ruch zerowy, jedzie się znacznie przyjemniej niż ten masakryczny kawałek autostradą na palącym słońcu. W Kivatosie nabieram wody na nocleg, wyjeżdżam kawałek za miasteczko i rozkładam się na nocleg na wzgórzu przy drodze. Noc nieprzyjemna, upał taki, że trudno było wytrzymać w namiocie, na powietrzu z kolei za dużo robactwa operowało.

XXXIII dzień - Kivatos - Grevena - Kalambaka - Meteory - Kalmbaka



DST 118,2 km - AVS 20,8 km/h - MAX 56,7 km/h - ALT 1682 m


Dzisiaj mam do pokonania stosunkowo niewielki dystans - do słynnych Meteorów, ale od początku okazuje się, że wbrew pozorom nie będzie to taki łatwy odcinek, ulgowy kawałek Grecji już się skończył, góry są już cały czas. Już na 15km do Greveny zaliczam dwie stumetrowe ściany, samo miasto mijam raczej bokiem i krętą drogą po malowniczych wzgórzach zaczynam długą wspinaczkę. Podjazd ciągnął się w nieskończoność, upał już zaczął dochodzić do 37-38'C, myślałem że dzisiaj będzie luzik - ale srodze się rozczarowałem. Góra kończy się dopiero na 900m i zaczyna się długi zjazd do doliny którą odchodzi droga na Elati. W momencie gdy byłem już psychicznie przygotowany na ciężką szarpaninę do samej Kalambaki, licząc się nawet z jeszcze dwoma 400m ścianami - nieoczekiwanie mocno się wypłaściło, jest kilka krótkich ścianek, po czym następuje długi dość łagodny zjazd ciągnący się aż do samej Kalambaki. Droga w pierwszej części przez odkryte wzgórza, dalej brzydkim liściastym lasem. 10km przed Kalambaką wjeżdżam na główną drogę do Ioaniny. Kawałek nieciekawy - ale tylko do momentu, gdy na horyzoncie pojawiają się niesamowite skały Meteorów. Robią potężne wrażenie, dla mnie to niekwestionowany grecki zabytek nr 1 - bardzo charakterystyczne skalne ostańce wyrastające ponad 300m nad zaczynającą się tu równinę. Ale upał jest już potworny - 45'C, więc postanawiam na zwiedzanie wybrać się dopiero wieczorem; teraz jadę na kemping (pierwszy aż od Solden :), robię większe pranie, biorę prysznic - i sporo się nudzę czekając na naładowanie się komórki. Później wybrałem się do Kalambaki w poszukiwaniu internetu, kafejkę znalazłem - ale bez możliwości drukowania (a musiałem wydrukować ten bilet lotniczy); straszna bryndza z tymi kafejkami w Grecji. Kalambaka - to miasto żyjące właściwie tylko z turystów, ceny są tu koszmarne, wysokie nawet jak na greckie standardy, ale upał był tak nieziemski, że skusiłem się na lody po 1,5E za kulkę, dopiero później się zorientowałem, że za miastem jest Lidl, gdzie za 1,5E kupiłem już cały litr lodów.
W góry ruszyłem dopiero przed 19 (w Grecji słońce zachodzi o godzinę później niż w Polsce, jest w innej strefie czasowej), upał nawet o tej godzinie koło 40'C. Tym razem jadę na rowerze (w 2002 byłem tu na piechotę) - szosa asfaltowa dochodzi do większości klasztorów. Widoki nieziemskie, takie obrazy na zawsze zostają w pamięci, a o tej godzinie jest już dość pusto, nie ma zwyczajowych tłumów turystów, bardzo psujących wrażenia. Pojeździłem sobie po całym masywie ze 2,5h, porobiłem sporo zdjęć, podjazdy umiarkowanie ciężkie, jedynie przed Wielkim Meteorem koło 10%. Koło 22 wracam na kemping, gotuję obiad, spać kładę się dopiero grubo po 23 - bo dopiero wtedy wreszcie temperatura zrobiła się troszkę znośniejsza.

XXXIV dzień - Kalambaka - Afhin Kataras (1690m) - Metsovo - Ioanina - Vrossina



DST 173,5 km - AVS 18,3 km/h - MAX 54,9 km/h - ALT 3011 m


Dzisiaj czeka mnie bardzo trudny górski dzień, więc ze względu na upały postanowiłem ruszyć bardzo wcześnie, wstaję jeszcze ciemną nocą już po czwartej, wyruszam parę minut przed szóstą, gdy dopiero zaczyna świtać. Na początek kawałek płaskiego, oglądam się do tyłu by ostatni raz zobaczyć skały Meteorów, po niecałych 10km zaczyna się długi podjazd, z 200m wspinam się aż na 800m - ale tak wcześnie jedzie się świetnie, cała trasa w promieniach wschodzącego słońca, ruch niewielki, temperatura w sam raz. Na 800m zaczyna się dłuższe wypłaszczenie, po kilku kilometrach jest też zjazd aż na jakieś 650m, co oznaczało, że ten kawałek jeszcze raz trzeba będzie podjechać, ten odcinek jechałem w 2002 w drugą stronę i zapamiętałem jako bardziej płaski. Od tamtego czasu jednak sporo się tu zmieniło - przede wszystkim oddano do użytku autostradę Via Egnatia (wtedy trwała budowa) - co bardzo mocno odciążyło ruch na starej drodze do Ioaniny. Do skrzyżowania z autostradą prowadzi ostra ścianka (już z bardzo daleka widać wielki most, którym puszczono drogę) od tego miejsca ruch jest praktycznie zerowy, do przełęczy minęły mnie może 3-4 samochody; miałem nawet kłopoty w związku z wielkim stadem owiec które spacerowało po szosie, zaatakowały mnie aż cztery duże psy pasterskie, nad którymi wypasający zwierzęta sympatyczny dziadek zupełnie nie panował, goniły mnie z pół kilometra, parę razy musiałem stawać żeby je przegonić rzucając kamieniami. Podjazd przyjemny, nie za ciężki, choć bardzo długi, większa część w pachnącym iglastym lesie, ciekawsze widoki pojawiają się dopiero w końcówce. Gdzieś na 1400m staję na dłuższy postój, z czasem stoję bardzo dobrze, więc nie trzeba się spieszyć. Końcówka lekko trudniejsza, ale sprawnie melduję się na szczycie najwyższej greckiej przełęczy. Wraz ze mną na szczyt przybywa również zupełnie niespotykany gość - ogromny czarny buhaj, jakby nigdy nic spacerujący sobie szosą i co jakiś czas głośno ryczący, wolałem go minąć z dużym zapasem :). Po fotkach na szczycie zjeżdżam kawałek i staję na odpoczynek, główną "pracę" na dziś wykonałem.
Na odpoczynku dogonił mnie buhaj, ale na szczęście nie zainteresowała go moja osoba ;). Dalsza trasa to jazda-marzenie, właściwie 30km zjazdu, trasa z tej strony przełęczy jest też dużo ładniejsza, wspaniałe widoki na Metsovo i doliny położone poniżej szosy, wkoło wysokie szczyty Epiru. Ale po 30km kończy się ta laba, droga zaczyna falować, do tego jest trochę remontów, dalej trwają prace drogowe, Via Egnatia w tym rejonie bardzo zeszpeciła widoki, w 2002 wyglądało to wiele ładniej. Docieram w ten sposób do doliny rzeki Arachtos (zaledwie 500m) skąd zaczyna się długi podjazd na przełęcz przed Ioaniną. Jedzie się ciężko, bo jest już południe i słońce ostro operuje, temperatura dochodzi do 38-39'C, na szczęście aż tak potwornie gorąco jak przez ostatnie dwa dni nie jest. Niemniej z dużą ulgą docieram na szczyt (900m) z którego do Ioaniny (ok.500m) jest już tylko w dół. Zjazd szybki, piękne widoki na wielkie jezioro Pamvotis (charakterystyczny ciemnozielony kolor, od rzadkiego gatunku glonów zamieszkujących jezioro). Przedzieram się przez Ioaninę (raczej nieciekawe miasto), w centrum zaczynam szukać kafejki internetowej, ale mimo, że straciłem na to kupę czasu niczego nie znalazłem, co kogo pytałem o drogę to miał inne zdanie na ten temat i zawsze kończyłem na manowcach. Staję więc na długi odpoczynek, internet postanawiając sprawdzić jutro w Igoumenitsy. Dalsza trasa za Ioaniną okazuje się nieoczekiwanie dość płaska, kawałek za miastem jeszcze raz odpoczywałem, długi łagodny podjazd na grań kotliny w której leży Ioanina wprowadza na około 700m, później jest bardzo długi zjazd aż na 200m i zaczyna się pagórkowata jazda. Tereny brzydsze niż w rejonie Ioaniny, dużo lasów liściastych, wysuszone szczyty tam dominujące tu zastapiły całkowicie zalesione. Po ponad 160km docieram do wioski Vrossina, robię tu większe zakupy i nabieram wody na nocleg. A tu jak na złość za wioską zaczyna się ciężki długi podjazd, droga prowadzi ostrym zboczem, na którym nie ma miejsc do rozstawienia namiotu. Trochę mnie to wkurzyło, bo już byłem mocno zmęczony ciężkim górskim dniem (na rowerze od 6 rano), obciążony kilku dodatkowymi kilogramami wody i napojów kupionych w miasteczku musiałem podjechać aż na 300m (z niecałych 100m) zanim w końcu trafiłem na dość mizerny kawałek płaskiego terenu, parę metrów od szosy (na szczęście dobrze osłonięty zaroślami); namiot rozstawić było niełatwo, bo w południowych krajach ziemia często jest twarda jak kamień.
Dzień bardzo wymagający, jechałem od świtu niemal do zmierzchu, gór było aż tyle że poprawiłem swój rekord dziennego podjazdu z pełnym bagażem (ponad 3000m!) - aczkolwiek trzeba przyznać, że nie były to podjazdy super-ciężkie, niemniej całe 170km to były góry.

XXXV dzień - Vrossina - Igoumenitsa - [prom] - Korfu - [prom] - Patra - Andirio



DST 80,7 km - AVS 18,2 km/h - MAX 54,5 km/h - ALT 873 m


Początek dnia to kontynuacja wczorajszego podjazdu, teraz doskonale widzę, że dobrze zrobiłem rozbijając się wczoraj nawet w niespecjalnym miejscu - bo podjazd ciągnie się bardzo długo aż na 660m, dzisiaj na świeżo nie stanowi to już wielkiego problem, ale wczoraj bym juz pewnie nie wyrobił. Z przełęczy jest długi zjazd, wracają piękne widoki - przed sobą mam wielką kotlinę, odgrodzoną od morza jeszcze jednym niższym pasmem, chwilami przebłyskuje już lazur morza. Zjazd bardzo długi, niemal na poziom morza, później kilka wioseczek, trochę rolniczych terenów i ścianka na 200m, stąd do Igoumenitsy już tylko w dół. Miasto niespecjalne (jak zdecydowana większość miast w Grecji), ruch bardzo duży, bo ze względu na wielki port Igoumenitsa to ważny węzeł komunikacyjny, w centrum musiałem się przebijać przez korki. Kafejki internetowej nigdzie nie zauważyłem, a jako, że akurat odpływał prom na Korfu - postanowiłem, że kafejkę znajdę już na wyspie. Ponad godzinny rejs bardzo przyjemny, na morzu jest wyraźnie chłodniej, widoki na greckie wyspy - czarujące, samo Korfu z charakterystycznym szczytem Pantokrator widoczne jest już z daleka, wpływając do portu prom mija wspaniałą fortecę, pamiętającą jeszcze czasy weneckiego panowania. Po wjechaniu na ląd od razu zaczynam poszukiwania promu do Patra, niestety okazuje się, że jest z tym bardzo cienko. Do wyboru mam prom odpływający za ok. 1,5h lub muszę czekać kolejne dwa dni. Na czekanie dwóch dni nie mogłem sobie pozwolić, więc musiałem kupić bilet na ten odpływający dziś (bodajże 32E jak pamiętam), co oznaczało, że za wiele to tego Korfu nie zobaczę, właściwie tylko same miasto Korfu - a to poza fortecą i pięknym położeniem na kolana nie rzuca; do tego (co już jest standardem) internetu nie znalazłem. Prom trochę się spóźnił, tym razem to wielki, kilkupiętrowy statek.
Podróż dłużyła się niesamowicie, wynudziłem się setnie, oglądając głównie grecką TV (tragiczna, dużo gorsza od polskiej), do Patra wpływamy już po ciemku, ok. 22. Teraz znalezienie dostępu do sieci stało się już kluczową sprawą, bo jeśliby się okazało, że biletu na samolot jednak nie mam - to musiałbym właśnie z Patra płynąć do Włoch, a stamtąd do Dubrownika, jechanie do Aten byłoby bezcelowe. Najeździłem się masę po centrum, coraz mocniej się wkurzając; moje uprzedzenie do pytania ludzi o drogę okazało się całkowicie uzasadnione - co człowiek to inna teoria, każda równie bajkowa. Kilka razy rozpytywałem się o to w biurze jednej z linii promowych, w końcu doszedłem do wniosku, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest poproszenie ich o skorzystanie z komputera. Mieli tam 5 komputerów, wszystkie włączone, zajęte były dwa, o tej porze żadnych klientów - a mimo tego, że prosiłem kilkukrotnie tłumacząc dlaczego tak mi na tym zależy i jak krótkiego czasu na to potrzebuję - obsługa była nieubłagana. Wściekłem się niesamowicie, niewiele brakowało już do rękoczynu, tracąc już kontrolę nad sobą zbluzgałem ich zdrowo; z taką bezinteresowną złośliwością już dawno się nie spotkałem. W przeciwieństwie do większości Greków mówili świetnie po angielsku, wystrojeni jak dobrej klasy menedżer - tylko z mentalnością sępa, uprzejmość i fałszywe uśmiechy chowający tylko dla tych co im za to płacą. Bardzo mnie to zajście do Grecji zniechęciło, niestety coraz bardziej ten kraj przypomina już turystyczny kombinat, w którym wszyscy myślą jak z człowieka kasę wycisnąć.
Wyjechałem więc kawałek za miasto, wtedy mi się przypomniało, że mogę spróbować użyć komórki do połączenia z siecią. Wydrukować oczywiście biletu w ten sposób nie mogłem - ale byłem w stanie sprawdzić, czy mam rezerwację lotu i czy jest sens jazdy do Aten. Naszarpałem się sporo z ustawieniami w telefonie, ale w końcu udało mi się połączyć z siecią i sprawdzić pocztę; okazało się że bilet na samolot mam. Postanawiam, więc przejechać na drugą stronę Zatoki Korynckiej i tam poszukać miejsca na nocleg, bo po tej stronie są tereny bardziej zurbanizowane. Trochę się nakołowałem szukając właściwej drogi (także i dobrej mapy nie dało się nigdzie kupić, najlepsze co widziałem to 1:900tys, ale fatalna dokładność, szkoda było na to pieniędzy). W 2002 Zatokę Koryncką przekraczało się promem, obecnie jest wybudowany ogromny, czterokilometrowy most, oczywiście płatny. Ale z tej strony nie było żadnych rogatek, więc na niego wjechałem, sporo trzeba na nim podjechać, ale widoki robią wrażenie - bo obu brzegach sporo świateł, sam most pięknie podświetlony. Po drugiej strony oczywiście jest rogatka, ale podjechałem za tirem, który płacił, minąłem bokiem podnoszony szlabanik, nie zwracając uwagi że coś tam na mnie obsługa macha - i tyle mnie widzieli :)). Wyjeżdżam kawałeczek za miasteczko Andirio i rozbijam się na polu nad samym morzem, ze wspaniałym widokiem na potężny 4-pylonowy most, dopiero stąd widać, że to właściwie dzieło sztuki!

DALEJ >>>