BALKALPIN - 2009




XXVI dzień - Plużinje - Trsa - Kanion Susicy - Durmitor (1947m) - Żabljak - Kanion Tary - Mojkovac



DST 122,8 km - AVS 16 km/h - MAX 55,9 km/h - ALT 2522 m


Dzisiaj od razu na starcie zaczynamy podjazd do Durmitoru. W zeszłym roku ten kawałek z powodu pękniętej obręczy musiałem pokonać niestety busem, teraz nadszedł czas rewanżu. Pogoda o niebo lepsza niż przed rokiem, gdy w Durmitorze było 1-4'C, dziś już rano dochodzi do 30'C. Właśnie pierwsza część podjazdu jest najbardziej widowiskowa, droga wrzyna się w wapienne zbocze, a "gwoździem programu" są skalne tunele, bez żadnego oświetlenia, w niektórych droga zakręca nawet o 180 stopni; są z jasnej skały, słońce tworzy w nich piękną tęczę barw, a na dokładkę mamy jeszcze piękne widoki na Zalew Pivski; tak więc to kolejna droga klasy zero, porównywalna z podjazdem nad Boką Kotorską. Sam podjazd bardzo wymagający, wiele fragmentów powyżej 10%, dochodzi nawet do 14%. Tak ostre nachylenie jest do ok. 1000m, później droga odbija znad zalewu w głąb masywu Durmitoru. Na chwilę się zatrzymaliśmy bo musiałem wyregulować przednią przerzutkę, trochę się z tym naszarpałem (przednia jest zawsze dużo wredniejsza w regulacji od tylnej) - ale do końca wyjazdu już nie miałem z tym problemów. Dalsza część podjazdu dużo mniej widowiskowa, najpierw jedzie się przez zarośla i trochę lasu, dopiero gdzieś tak na wys. 1400m robi się ładniej - wjeżdżamy na poziom hal, wszędzie jest zielono, a przed nami widać szczyty Durmitoru. W wiosce Trsa czekam na Mikiego, w tym miejscu zgodnie z wcześniejszymi planami postanawiamy się rozdzielić; bowiem przez Durmitor są dwie trasy - główna, asfaltowa, przez dwie wysokie przełęcze i druga - przez kanion Susicy, dużo bardziej wymagająca, z solidnym fragmentem kamienistej drogi. Miki, który bardzo nie lubi kiepskich dróg postanowił pojechać asfaltem, ja natomiast wybrałem przeprawę przez kanion Susicy (część asfaltowej szosy zaliczyłem w zeszłym roku rowerem, resztę przejechałem busem).
Za Trsą jest ostro do góry, w sumie wjeżdża się na jakieś 1560m, później niestety już w dół (a to oznacza zmarnowane metry, które trzeba będzie jeszcze raz wymęczać). Jest jeszcze parę takich "ząbków" zanim docieram do małej wioski, gdzie kończy się asfalt i jest drogowskaz na kanion Susicy. Droga bardzo szybko ostro wspina się na zbocze, nachylenie ponad 10%, jedzie się bardzo ciężko, bo droga jest w fatalnym stanie, sporo kamieni i dziur. W ten sposób podjeżdżam niemal 100m, później jest trochę płaskiego i dojeżdżam na skraj kanionu, dopiero teraz się zorientowałem co mnie czeka - zjazd na sam dół, po czym podjazd na drugą stronę - i to wszystko po tej fatalnie drodze, z 30kg bagażem. Zjazd oczywiście jakoś poszedł, strasznie mnie trzęsło, 15km/h nieczęsto się przekraczało, ale nie wymagało to jakiegoś wielkiego wysiłku. Sama droga częściowo w lesie, nieczęsto pojawiają się widoki na kanion. Na samym dole jest zaledwie 1200m, więc czeka mnie aż 300m podjazdu. Początek jest chyba najgorszy, wiele kawałków z sypkimi, żółtymi kamieniami, nachylenia po 12-14%, jedzie się fatalnie, wielokrotnie muszę próbować ruszać, bo nie jest to takie proste, koła się ślizgają. Naszarpałem się strasznie, ale obeszło się bez podprowadzania, tak od 1300-1350m nawierzchnia robi się nieco lepsza, nachylenie nieco łagodnieje, dalej jedzie się ciężko, ale nie trzeba się co chwilę zatrzymywać, opony mają jako-taką przyczepność. Z tej strony widoki są ładniejsze, szczególnie pod koniec podjazdu; widać ogromny kanion Susicy w całości, robi to wielkie wrażenie - szeroka szpara w ziemi, głęboka na 300m, wspaniale prezentują się szczyty Durmitoru zamykające kanion od południa. Z ogromną ulgą dojeżdżam do malutkiej wioseczki Crna Gora, gdzie wraca asfalt. Droga jest wąziutka, prowadzi przez zielone hale, od ok. 1650m zaczyna się las. Generalnie jest w górę, choć jest też i parę zjazdów, podjazd dość wredny - bo "szarpany", kupa bardzo ostrych ścianek po których są wypłaszczenia czy nawet zjazdy, dopiero w górnej części nachylenie robi się równiejsze. Ale zmęczony już jestem niesamowicie, kanion Susicy wydrenował ze mnie masę sił i na szczyt nie dałem rady na raz wjechać, na 1700m musiałem zrobić sobie dłuższy postój.
Po odpoczynku kończę podjazd, ciągnął się niesamowicie, w sumie kawałek z Crnej Gory bardzo wymagający, a wjeżdża się aż na 1947m, czyli nieco wyżej niż prowadzi główna trasa przez Durmitor (czyli przełęcz Sedlo 1909m). Tutaj to właściwie przełęczy jako takiej nie ma, te 1947m to po prostu najwyższe miejsce trawersu zbocza. Na tej wysokości jestem już ponad granicą lasu, na polach kosodrzewiny - dzięki czemu mam piękne widoki na jeszcze wspanialszy od kanionu Susicy - kanion Tary, na tym kawałku sporo głębszy niż za Żabljakiem. Zjazd do Żabljaka niespecjalny, wąska dróżka kiepskiej jakości, głównie w lesie, dopiero pod sam koniec pojawia się piękny widok na Durmitor - długa zielona hala ciągnąca się aż do podnóży szczytów; niestety wyraźnie się zepsuła pogoda, nad Durmitorem wiszą ciemne chmury, zaczyna grzmieć, miałem sporo szczęścia że nie dopadł mnie deszcz. W Żabjalku wylatuję w samym centrum, tam już czeka Miki, który niedawno dotarł tu po przeprawie przez przeł. Sedlo. Fundujemy sobie smaczny obiad w miejscowej restauracji, po czym szybko ruszamy na zjazd, bo zależało nam by dziś dociągnąć do Mojkovaca. Za Żabljakiem zaczynają się zjazdy, aczkolwiek o umiarkowanym nachyleniu, na jakieś 1300m, później jest sporo pod górkę i dopiero po wjeździe na przełęcz 1350m zaczyna się właściwy długi zjazd do kanionu Tary. W zeszłym roku cały ten kawałek jechałem w przeciwnym kierunku i musiałem zaliczyć ten długi podjazd bez powietrza w tylnym kole! Niestety zjazd nam zepsuł kierowca ciężarówki, gdy go wyprzedziłem obudziła się w nim ambicja, zaczął trąbić jak opętany, jechał parę metrów za mną, niżej na bardziej płaskim kawałku udało mu się mnie wyprzedzić, później nas skutecznie przyblokował. Tak więc z atrakcjami docieramy do najbardziej widowiskowego miejsca w kanionie Tary - czyli słynnego, bardzo charakterystycznego mostu, położonego dobre 200m nad kanionem.
Pozostałe 45km to jazda kanionem Tary, najładniejszy jest pierwszy kawałek, gdy zjeżdża się na poziom rzeki, jest bardzo wąsko, dookoła wysokie skały, parę tuneli, rzeka idealnie czysta, o turkusowym kolorze - jednym słowem to kolejny przepiękny kawałek w Czarnogórze, jak na swój rozmiar ten kraj oferuje masę atrakcji; każdemu polecam ten rejon. Trasa do Mojkovaca wbrew pozorom wymagająca, po zjeździe na poziom rzeki szybko kończy się luzik i trzeba się porządnie "namielić" bo gór nie brakuje, jest kilka długich podjazdów, wjeżdża się na sporo ponad 900m, taka czeska jazda pod koniec bardzo wymagającego dnia to prawdziwa męczarnia, gdy w końcu docieram do Mojkovaca już nóg nie czuję. Robię zakupy w centrum, po czym wracam na skrzyżowanie, gdzie po ok. pół h dociera równie zmęczony Miki. Nabieramy wodę, po czym rozglądamy się za miejscówką na nocleg bo już się powoli zaczyna robić ciemno. Wypatrzyliśmy wielkie pole nad rzeką, trochę było problemów z przeprowadzeniem tam rowerów - ale miejscówka przednia, dostęp do wody, pusto i gładka trawa, oprócz nas walory tego pola wykorzystywali też Słowacy podróżujący z plecakami :)
Kolejny z rzędu bardzo męczący dzień, najcięższy w Czarnogórze (aż 2522m podjazdów) - ale i przepiękny, z masa wrażeń; w ten sposób się mordować - to sama przyjemność, po to się jeździ na wyprawy!

XXVII dzień - Mojkovac - Berane - przeł. Lokve (1300m) - Rożaje - przeł. Kula (1800m) - [KOS] - Pec



DST 137,4 km - AVS 19,6 km/h - MAX 76,2 km/h - ALT 1999 m


Dziś ostatni dzień podróżujemy wspólnie, Miki ma trochę krótszy urlop od mojego, poza tym nie był zainteresowany Albanią, gdzie sporo trzeba jechać po marnych drogach, więc z Kosowa będzie się kierować na Bułgarię i Rumunię.
Tym razem z pola wyjeżdżamy inną drogą, bez konieczności przenoszenia rowerów, przejeżdżamy przez centrum Mojkovaca, zaraz za miastem rozpoczyna się podjazd, w sumie ponad 200m, wjeżdża się aż na 1000m, chwilami nie tak lekko. Na zjeździe - duża niespodzianka, bo spotykamy dwóch rowerzystów z Polski, spotkać rodaków tak daleko od kraju to nie lada gratka. Trochę pogadaliśmy (byli z Krakowa, robili pętlę po Bałkanach, byli m.in. w Albanii, Serbii), zrobiliśmy wspólne zdjęcia, po czym ruszamy dalej w dół, z tej strony zjeżdża się aż na 600m. od skrętu na Bjelo Pole zaczynamy jechać w górę doliny, ale podjazd jest symboliczny, mamy też dobry wiatr, więc jedzie się całkiem szybko. Przed Berane jest malownicze przewężenie doliny, rzeka Lim płynie między wysokimi, wapiennymi skałami - w Czarnogórze takich miejsc jest naprawdę dużo. Za to samo Berane - obskurne przemysłowe miasto (miasta w tym kraju niestety urodą nie grzeszą), na wyjeździe z tego malowniczego kanionu wita nas wielka fabryka; na szczęście nasza droga mija centrum bokiem. Odpoczywamy na stacji benzynowej i ruszamy dalej; z mapy wyglądało, że teraz mogą być trochę większe góry; ale nie myśleliśmy że aż tak wielkie, bowiem okazało się że trzeba wjechać aż na 1300m. Podjazd ciągnął się i ciągnął, do tego droga była dość ruchliwa. Na przełęczy jest mały ośrodek narciarski i długi tunel, którym przejeżdżam na druga stronę góry, wyraźnie się ochłodziło, po raz pierwszy od dłuższego czasu muszę jechać w windstoperze, temperatura to 15-16'C. Odcinek z przełęczy do Rożaje - to właściwie cały czas w dół, jedzie się bardzo szybko, do miasta docieram błyskawicznie, tam czekając na Mikiego zjadam drugie śniadanie.
W Rożaje chwilę szukamy drogi prowadzącej na przełęcz Kula, z powodu remontu wybieramy skrócik przez centrum, rychło okazuje się że to potężna piła, przekraczająca 20% - natychmiast tak się rozgrzaliśmy, że konieczne było przebranie się. Takie nachylenie było tylko przez chwilkę, za miastem podjazd jest dość łagodny 2-3%, dopiero po kawałku przechodzi w 4-6% - i takie nachylenie trzyma mniej więcej cały czas. Krajobraz wyraźnie się zmienił, zamiast wapiennych skał pojawia się coraz więcej gór-kopuł porośniętych lasem, widać że w tym rejonie lubi popadać znacznie mocniej niż na wybrzeżu, klimat zdecydowanie bardziej kontynentalny. Podjeżdża się całkiem przyjemnie, po raz pierwszy od wielu dni bez upału. Kawałek przed przełęczą jest czarnogórska kontrola graniczna, zatrzymuję się tutaj czekając na Mikiego. Nasiedziałem się długo, ze 45min, gdy już zacząłem się denerwować czy coś się nie stało dociera Miki; okazało się że miał bardzo nietypowy wypadek - wpięty w SPD oganiał się przed muchami, bujnęło rowerem - i nie zdążył się wypiąć, kończąc wywrotką.
Granicę przejeżdżamy bez problemów, kawałek dalej jest dość niewyraźna przełęcz - i zaczyna się wspaniały zjazd do Kosowa, bardzo długi (z 1800m aż na 500m) i w górnej części naprawdę ostry. Na ponad 10% nachyleniu wykręcam największą prędkość wyjazdu - aż 76,4km/h, a gdyby chamsko nie wyprzedził mnie w tym momencie samochód, zmuszając do hamowania - myślę że przekroczyłbym 80km/h; Miki także na tym odcinku wyciągnął swoją życiówkę - 74,5km/h. Niestety ruch na szosie bardzo duży, są tiry, także całe korowody samochodów na zachodnich rejestracjach, ale kierowcy wyglądali raczej na Albańczyków, trąbili, wywieszali flagi albańskie, później jeszcze dołączyli się ludzie jadący na wesele. Kosowska kontrola graniczna jest sporo niżej, druga część zjazdu już nie tak efektowna, droga bardzo kręta, głównie w nieciekawym lesie liściastym. Za to pojawia się bardzo szeroki widok na zieloną równinę Kosowa, ciągnącą się kilometrami. Wjazd do Pecu od tej strony bardzo nieciekawy, długie odcinki typowej albańskiej zabudowy (ocierającej się o slumsy). Miki chciał stanąć na zakupy w jednym z przydrożnych marketów, ja niepotrzebnie uparłem się by wjechać do centrum, co w końcu okazało się kiepskim pomysłem, bo wybór był jednak mniejszy, co lekko rozjuszyło Mikiego. W centrum zatrzymujemy się na miejscowe kebaby (w przeciwieństwie do tego co u nas serwują pod tą nazwą był to rodzaj kiełbasek); po posiłku strzelamy wspólną fotkę na deptaku w centrum. Jako, że obaj mieliśmy nocować w okolicach Pecu zaproponowałem by rzucić monetą w którą stronę za miasto pojedziemy, ale Miki (pewnie jeszcze wkurzony o ten market) uznał, że to ja powinienem pojechać w jego stronę :). Tak więc nasze pożegnanie nie wypadło za okazale, może trochę za długo już jechaliśmy skazani tylko na siebie; ale oczywiście jeszcze raz bardzo dziękuję Mikiemu za trzy tygodnie wspólnej jazdy na tak trudnej i wymagającej trasie, takie wspólne akcje jak nocne przestawianie namiotów w potężnej wichurze, rzeźnicki podjazd na Malgę Palazzo, czy zjazd w ulewie z Zoncolanu na zawsze zostają w pamięci!
Wyjeżdżam więc kawałek za Pec w kierunku południowym i rozbijam się na noc na polu przy drodze. Parę słów o tym jak sobie dalej radził Miki - z Kosowa chciał pojechać do Serbii, ale nie przepuszczono go na granicy (bo nie miał stempla wjazdowego do Serbii; zwykła złośliwość Serbów, którzy w ten dziecinny sposób starają się udowadniać swoje prawa do Kosowa), więc zawrócił do Macedonii, stamtąd wjechał do Bułgarii, w rejonie Sofii zaliczył ciężki podjazd na Aleko (1840m). Następnie dojechał do Rumunii, gdzie jego głównym celem była słynna Szosa Transfogarska; stamtąd z powodu braku czasu już kombinowanym kolejowo-rowerowym transportem dojechał do Polski przez Węgry.

XXVIII dzień - Pec - Djakovica - Prizren - [AL] - Kukes - Fushe-Ares



DST 178,4 km - AVS 19,2 km/h - MAX 56,4 km/h - ALT 2425 m


Wraca upalna pogoda - od rana bezchmurna pogoda. Na początek krótki podjazd, na w sumie 650m do Decani (w mieście wzruszający pomnik ku czci bojowników UCK, który stanowi ściana zburzonego przez Serbów domu), stąd aż prawie do Prizrenu mam już w dół, jedzie się całkiem szybko. Miasta Kosowa niestety bardzo brzydkie, widać wyraźne wpływy albańskie, zero jakiegoś planowania, wszędzie chaos. Szosy na szczęście w miarę przyzwoite, widać, że je jeszcze za jugolskich czasów budowano. Muszę przyznać, że o ile w zeszłym roku z Kosowa wyniosłem pozytywniejsze wrażenia, to teraz jestem bardziej rozczarowany. Do Djakovicy długi zjazd, później jadę sporo po równinie (na wschodzie wspaniale prezentuje się masyw Gór Przeklętych wysoko wyrastających ponad równinę), przekraczam Biały Drin, przed Prizrenem zaliczam krótką ściankę. Wjazd do miasta po prostu obskurny - masy śmieci, duży ruch, jazda to typowa wolna amerykanka, kto pierwszy ten lepszy. Na chwilę staję przy ciekawym meczecie z bodajże XV wieku - bardzo malutki, bez dachu. Na wyjeździe z miasta zatrzymuję się przy wielkim supermarkecie, trochę bałem się zostawiać rower przed sklepem, ale wyboru nie miałem. Po zakupach jadę kawałek za miasto i zatrzymuję się na dłuższy postój, następnie zaliczam ponad 100m podjazd przed granicą. Na przejściu chwilkę postałem, po stronie albańskiej wita mnie o dziwo doskonałej jakości, bardzo szeroka droga. Do Kukes pagórkowato, widoki piękne, jest duże jezioro zaporowe i wysuszone słońcem góry. Niestety kawałek przed Kukes kończy się dobra droga, na tym kawałku ciągle trwa budowa nowej autostrady z granicy do Tirany, objazd jest puszczony fatalną dziurawą szutrówką, sporo podjazdów, teraz poczułem że naprawdę jestem w Albanii :). Asfalt wraca przed samym Kukes, miasto podobne do tych kosowskich, w centrum zatrzymuję się pod bankiem i wymieniam 50E na miejscowa walutę - leki, od razu oblazło mnie paru agresywnych dzieciaków, ale strażnik bankowy szybko ich przegonił. Za Kukes dalej przyzwoita droga, mostem mijam kolejną odnogę wielkiego jeziora zaporowego, którą spływa Czarny Drin by połączyć się z Białym; za nim zaczynają się większe podjazdy, tam zatrzymuję się na postój po ponad 100km w nogach, ciesząc się że na planowany pod Fushe-Arres nocleg powinienem dojechać całkiem wcześnie.
Dalsza trasa - to coraz większe górki, po paru km dojeżdżam do miejsca, gdzie nowa autostrada na Tiranę oddziela się od drogi na Fushe-Arres i Szkodrę. Zastanawiałem się czy sobie nie skrócić w ten sposób drogi (w tym kraju nie ma żadnego problemu z jazdą rowerem po autostradzie) - ale nie miałem jej na mapie, nie wiedziałem jaka część jest już zrobiona, czy przypadkiem mi się nagle nie skończy, więc nie ryzykuję i odbijam na Szkodrę. O dziwo ta droga jest naprawdę przyzwoitej jakości, cały czas świetny asfalt, daleki od tego co zapamiętałem z Albanii z 2002, do tego jest zupełnie pusto, mijają mnie pojedyncze samochody, cały ruch przejęła widać ta nowo wybudowana autostrada. Za to góry coraz wyższe, na ok. 600m spotykam grupę Polaków podróżujących busikiem. Chwilkę z nimi pogadałem, po czym kontynuuję podjazd. W sumie wjeżdżam na 800m, ale niestety zjazd okazuje się dużo dłuższy niż mi to z mapy wyglądało, kończy się na ok.360m - a to oznaczało że znowu będę musiał podjechać ponad 400m w górę. Zaczynam się też coraz bardziej wkurzać, bo coraz jaśniej widzę, że na mojej mapie (bardzo dokładna, skala 1:220tys) bardzo mocno pomylili się z odległością, dopiero teraz przypomniałem się, że czytałem relacje rowerzystów z tej drogi, który mieli ten sam problem, widać jeden autor mapy popełnił błąd, kopiowany przez producentów kolejnych. A błąd jest potężny, można jeszcze zrozumieć wpadkę o 5-10km. ale tutaj jest ponad 30km za mało! Tak więc nici z wczesnego dojazdu na nocleg, tym bardziej że trasa jest dużo bardziej górzysta niż zakładałem, góry są cały czas, wcale nie takie łatwe, po 7-8%, czasem i więcej. Za to trzeba przyznać, że trasa jest naprawdę piękna, góry zupełnie dzikie i puste, ruch na drodze zerowy, zaledwie kilka malutkich wiosek; to jest ta Albania która warto zobaczyć, bo trasa którą pokonałem w 2002 ze Szkodry do Fieru była zdecydowanie mniej ciekawa. Po tym długim zjeździe znowu mozolnie gramolę się aż na 800m, tam byłem przekonany że stąd juz tylko w dół - ale gdzie tam! Znowu długi zjazd na 600m, skąd czeka mnie kolejny bardzo długi podjazd aż na 950m, dojeżdżając na szczyt mam już ponad 160km w nogach i klnę na czym świat stoi na autorów mapy.
Z tej przełęczy wreszcie jest już tylko w dół, bardzo malowniczą drogą (parę kawałków w wąwozach) docieram do Fushe-Arres. Miasto wygląda jakby czas się tu zatrzymał jakieś 30-40 lat temu, żywy pomnik dokonań albańskiego komunizmu. Zatrzymałem się na zakupy w jakimś obskurnym sklepiku, w całej Albanii mają głupawy zwyczaj nie opisywania cenami produktów w sklepach, o wszystko trzeba pytać sprzedawcę, który oczywiście mówi tylko albańskim (równie zrozumiały jak węgierski), więc wszystkie ceny musi zapisywać na kartce. Kupiłem jakiś kawałek sera, na biwaku musiałem go jednak wyrzucić - przeterminowany musiał być zdrowo, okropny zarówno w smaku jak i zapachu, kolorem też nie imponował. Za Fushe-Arres zaczynam się rozglądać za miejscem na nocleg, ale jak na złość droga prowadzi tu szerokim wąwozem z wysokimi zboczami. Przy nabieraniu wody w jednej z wiosek opadła mnie chmara dzieciaków, od razu zaczęło się obmacywanie całego roweru, nie każdy z naszej strefy kulturowej przepada za takimi zachowaniami, mnie osobiście bardzo to przeszkadza, ale takie tutaj mają zwyczaje; w każdej mijanej wiosce połowa spotykanych ludzi za punkt honoru brała sobie krzyczeć do mnie na całe gardło, nie wspominając oczywiście o kierowcach, klakson w Albanii jest w bezustannym użyciu, bez niego samochód nie istnieje :). Już mocno zmęczony jadę dalej, a tu jak na złość ciągle nie ma się gdzie rozbić, bo ze względów bezpieczeństwa szukałem miejsca niewidocznego z szosy. Musiałem dojechać aż do skrętu na Rreshen (prawie 180km, a miało być 140km!), tam już w ciemnościach odbijam na boczną dróżkę i znajduję fajną miejscówkę z rzeczką pod samym namiotem.

XXIX dzień - Fushe-Arres - Rreshen - Kurbnesh



DST 96,8 km - AVS 13,9 km/h - MAX 46,7 km/h - ALT 2108 m


Rano krótka przepierka, po czym ruszam na Rreshen, opuszczając drogę do Szkodry, którą podróżowałem wczoraj. Niestety kończy się dobry asfalt i zaczyna typowe albańskie dziadostwo - czyli nierówna droga z masą łat i wybrzuszeń. Na tym kawałku do Rreshen, co ciekawe jest swoista przeplatanka, trafiają się i odcinki porządnie wyasfaltowane, większość to jednak dziury. Ale tym razem aż tak jak w 2002 mi to nie przeszkadza, bo teraz mam sakwy Ortlieba, które mają znacznie lepsze mocowanie niż te używane na trasie Grecji - a co za tym idzie nie ma problemów z niestabilnością bagażu (co wtedy mocno przeszkadzały), też opony wyraźnie lepsze (wówczas aż 10 gum!) - i w efekcie po dziurach mogę jechać szybciej. Trasa mocno pagórkowata, niby do Gjergan jadę w dół doliny, ale cały czas są jakieś podjazdy. Mijane wioski bardzo biedne i brudne, ale okolica piękna, jedzie się skrajem głębokiego wąwozu w którym płynie rzeka. Za Gjergan długim zjazdem (strasznie telepało) osiągam poziom rzeki - i dalej zaczyna się ciężka wspinaczka aż na ponad 600m (z 300m), co mnie trochę wkurzyło bo aż takich gór się tu nie spodziewałem, myślałem że do Rreshen dotrę dość szybko. Ale nic z tego - bo w Albanii projektowanie dróg wygląda tak jakby ich wykonawcom zależało głównie na poprowadzeniu ich przez możliwie największą liczbę gór, tunel był jeden-jedyny i to taki że strach było do niego wjeżdżać (droga ze żwirem, strop z chamskiego bloku betonu). Tak więc ponad 50km do tego miasta okazuje się bardzo męczącym odcinkiem bezustannych podjazdów i zjazdów, są i nachylenia po 10%, jest palące słońce i bardzo marniutka nawierzchnia. Trasa piękna, bo podobnie jak wczoraj jest puściuteńko, ruch minimalny, za to w górach mniej lasów, roślinność coraz bardziej śródziemnomorska, góry coraz bardziej "wysuszone". W pewnym momencie widzę z góry wspomnianą autostradę Tirana-Kukes - i zaczynam żałować, że nią nie jadę, bo puszczona jest dnem doliny, nie po szczytach wielu pagórków jak moja; ale jej nie budowali Albańczycy, tylko inwestor z Kuwejtu, więc wygląda jak normalna zachodnioeuropejska autostrada (na razie czynna jest jedna nitka). Ostatni podjazd kończy się aż na ponad 700m, ze szczytu jest już tylko w dół - ponad 10km, zjeżdżam na zaledwie 100m, przecinam autostradę i po paru km docieram do Rreshen. Miasto okropne, typowy albański nieład, brud, kupy śmieci - to mnie jednak do tego kraju mocno zniechęca. Do tego na wysokości 100m jest potwornie gorąco, znowu w granicach 40 stopni, z ulgą zatrzymuję się na odpoczynek za miastem.
Za Rreshen są krótkie podjazdy i rychło kończy się też asfalt, a zaczyna dziurawa szutrówka. Zaczynam się zastanawiać czy dobrze robię pchając się w albańskie góry bocznymi drogami; ale zachęcony wyprawami Pawła Pontka chciałem spróbować albańskiego "interioru" z dala od asflatu, zobaczyć jak ludzie żyją w miejscach niemal odciętych od świata. W Perlacie kupuję picie na długi podjazd w stronę Kurbnesh, ale zanim się zaczął musiałem jeszcze zjechać ponad 100m, więc jazdę zaczynam zaledwie z poziomu 200m. Po skręcie do Kurbnesh droga wyraźnie się pogarsza, jest masa kamieni, mocne nachylenie 6-8%, czasem i więcej, potężne słońce, jedzie się po prostu tragicznie, z reguły 6-7km/h. W pewnym momencie mijam jeszcze kopalnię siarki, której spore hałdy leżą przy drodze, a charakterystyczny zapach towarzyszy mi przez spory kawałek.
Podjazd wykończył mnie nieprzeciętnie, na odpoczynek na 600m dojechałem już strasznie wypruty, leżałem plackiem niemal godzinę, bo na takiej nawierzchni masa wysiłku idzie na darmo, koła się ślizgają, rowerem trzęsie i rzuca cały czas. Powyżej 700m w końcu przekraczam wzgórze na które się tyle czasu wspinałem, droga przejeżdża do kolejnej doliny i trawersując dalej się wspina. Widoki trzeba przyznać - piękne, ale mam już tak wszystkiego dosyć, że niespecjalnie mnie cieszą i motywują. Wjechałem aż na 920m, ze szczytu z ulgą widzę wreszcie zabudowania Kurbnesh - małej górniczej osady, która lata świetności ma już za sobą, bo kopalnie od lat stoją zamknięte; położenie bardzo malownicze w głębokiej kotlinie górskiej, zewsząd otoczonej górami, od wschodniej strony to już wysokie dwutysięczne szczyty. Zjazdem po kamieniach (10-14km/h) docieram do miasteczka (750m), na wjeździe straszą kikuty przemysłowych budowli z czasów jego świetności, gdy kopalnie jeszcze pracowały. W centrum "pogadałem" chwilę z miejscowymi, upewniając się co do drogi na Fushe-Lure. Na całe szczęście był tu sklep, zrobiłem porządne zakupy (naprawdę tanio), nie pieką tu normalnego chleba tylko coś w rodzaju bardzo płaskich placków; miejscowi patrzyli na mnie jak na kosmitę - niewykluczone, że byłem pierwszym sakwiarzem, który tu dotarł - bo zadupie było nieziemskie, przebicie się tu przez góry nawet samochodem terenowym nie jest takie proste. Ale też i życie w takich wioseczkach toczy się zupełnie innym rytmem, nikt się nie spieszy, dużą estymą cieszą się ciągle osiołki, mijałem paru takich jeźdźców na specjalnych siodłach. No i zachowanie mieszkańców też zupełnie inne, nie ma tej denerwującej nachalności co w większych miastach na nizinach. Tak więc wizyta w Kurbnesh znacznie podniosła moją ocenę Albanii, naprawdę mi się tu podobało, widoczna gołym okiem bieda (wiele zrujnowanych budynków, wiele lepianek, sklep jak z lat 50-tych PRL-u) - wcale nie przeszkadza, ludzie bardzo przyjaźnie nastawieni, śmieci (zmora dużych miast) prawie tu nie ma. Gdyby nie te pieprzone drogi! Ale prawda jest też taka - że gdyby łatwo tu było dojechać, to i znacznie więcej zdobyczy cywilizacji by tu docierało, zmieniając miasteczko bezpowrotnie.
Za Kurbnesh dolina mocno się zwęża, jadę w górę rzeki, postanowiłem pociągnąć jeszcze kawałek dalej, by znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg. Droga cały czas mocno kamienista, 10km/h jest nieosiągalnym marzeniem. Po paru kilometrach coraz węższa rzeka nagle w ogóle zanika, więc zawróciłem kawałek i rozbiłem się na zielonej polance nad wodą, niestety w miejscu dość widocznym z drogi.

XXX dzień - Kurbnesh - Fushe-Lure - Cidhen - Peshkopi - [MK] - Debar - Dzepista



DST 101,9 km - AVS 12,6 km/h - MAX 46,3 km/h - ALT 1982 m


Dzisiaj wg planu miałem wjechać bardzo wysoko w góry do Liqueni Madh aż na 1700-1800m (prawdopodobnie najwyższa droga w Albanii). Od rana kontynuuję jazdę w górę doliny, droga dalej fatalna, cały czas kamienie. Po paru km docieram do Merkathu, w wiosce masy kamieni i ostre ścianki, dopiero dalej nawierzchnia nieco się polepsza, skręcam na wschód - i zaliczam małą przełączkę na wysokości 1000m, widoki robią się coraz ciekawsze, piękne zielone łąki, coraz wyższe górki. Zjeżdżam nieco do kolejnej wioski (malusieńki kamienny kościółek przy drodze), w pewnym momencie spada mi część bagażu z tyłu, z początku przeraziłem się - bo myślałem że pękł hak sakwy, co by mnie strasznie udupiło, ale okazało się że tylko się odkręcił w wyniku licznych wibracji, więc wystarczyło parę chwil by to naprawić. Droga okrąża górskie zbocze, skręca na południe i zaczyna się mozolny podjazd do Fushe-Lure. Jadę przez zacienione stoki, więc do kamieni dochodzi jeszcze sporo wody, momentami strumyki po prostu płyną sobie drogą, na wysokości wioski jest ponadto sporo odpływów, mieszkańcy tak ściągają do siebie wodę, nie bawią się w żadne kładzenie rur - po prostu wykopany 10-15cm rowek w poprzek drogi i tyle, higieną nikt się tu nie przejmuje :). Długim zacienionym zboczem (jest sporo lasów, zupełnie dzikie tereny) docieram do Fushe-Lure, jest nawet jakaś tabliczka, że zaczyna się ichni park narodowy. Ale mnie dużo bardziej niepokoi droga, bo widzę że ta prowadząca nad miasteczko jest w tragicznym stanie. Gdy zastanawiałem się którędy jechać (nie było to takie oczywiste, bo było parę dróg) - do wioski wjeżdża z gór konwój samochodów terenowych. Jakie było moje zdziwienie - gdy okazało się że to polska wyprawa terenowa! Spotkać akurat Polaków na takim zadupiu graniczyło niemal z cudem! Ale zdecydowanie mniej ucieszyło mnie to czego się od nich dowiedziałem - jechali właśnie z Liqueni Madh do którego zmierzałem i twierdzili, że droga jest bardzo trudna, zryta przez ciężki sprzęt ciągnący drzewa po ścince, na drodze roi się od dziur na kilka metrów, oni marudzili tam kilka dobrych h. W tym momencie dochodzę do wniosku, że ładować się tam po prostu nie ma sensu, do jakiej-takiej drogi miałem z 50km, a z tego co mówili nie wyglądało że rowerem dałoby się przejechać, sporą część musiałbym pchać - co nie ma po prostu sensu. "Pogadałem" (operując nazwami miejscowości) też z Albańczykiem z Fushe-Lure, którego zainteresował mój rower - i on stanowczo odradzał jazdę rowerem do Liqueni Madh. Po analizie mapy i tego co mi mówił postanowiłem pojechać do Peshkopi przez Cidhen, on twierdził że jest to lepsza droga niż do Liqueni (choć w pierwszej części bardzo ostra), na mojej mapie miała jeszcze niższą kategorię (w ogóle najniższą jaka tam była :), ale mapa nie uwzględniała pewnie prac leśnych które zniszczyły trasę na Liqueni.
Przejeżdżam przez "centrum" Fushe-Lure, robili tam akurat drogę przez wieś (oczywiście z tych cholernych kamieni!), zaraz za wioską rozpoczyna się bardzo ciężki podjazd, nawierzchnia tragiczna, nachylenie powyżej 10%. W sumie podjeżdżam ponad 300m, aż na 1400m - kawałek po prostu piekielny, chwilami na drodze są już nie kamienie a lite skały, u góry nachylenia po 20% - na paru fragmentach musiałem już rower pchać, bo nie dało się jechać. Na przełęczy spotykam dwóch jeźdźców (jednemu trochę spłoszyłem konia swoim rowerem :)), zjeżdżam do małej, zielonej kotlinki (już lepsza nawierzchnia) i wspinam na ostatnią przełęcz, na której staję na długi odpoczynek. Z przełęczy jest fenomenalny widok na wielką dolinę Czarnego Drinu w której leży Peshkopi. Zjazd fatalny, ledwo 10km/h dało się jechać, cały czas w dolnym chwycie z rękoma na hamulcach, trzęsło niemiłosiernie, wszędzie te zasrane kamienie, po takiej nawierzchni to jest po prostu nie jazda, a szarpanina, zamiast podziwiać widoki trzeba jechać z nosem w przednim kole i uważać by przez kierownicę nie przelecieć. Ciągnęło się to strasznie, a jechałem tempem podobnym co koleś na osiołku z wielką wiązką drewna, który mnie mijał gdy odpoczywałem na przełęczy :). Na ok. 600m docieram do wioski Cidhen - i przerażenie mnie bierze, gdy widzę jak można mieszkać w XXI wieku. Drogę przecinają rynsztoki (po prostu wykopy w poprzek drogi), którymi z gór spływa woda używana przez mieszkańców. W paru miejscach rozlewają się w bajorka na całą szerokość drogi, więc jest i kupa błota, którym nieźle uświniłem rower i bagaże. Większość domów to lepianki, niesamowity kontrast stanowią mercedesy stojące pod domami paru miejscowych "notabli" - i to bynajmniej nie 20-30 letnie modele. Długo przebijam się przez tą obskurną wioskę, dalej zaczyna się jazda w dół rzeki, droga ciągle bardzo marna, kupa piachu, kamienie, aczkolwiek jedzie się lepiej niż u góry, nie mogę się już doczekać zaznaczonej na mapie jako drugorzędnej drogi do Peshkopi.
Ale okazuje się, że ta droga niczym się od tej z Cidhen nie różni, nawet nie zauważyłem skrzyżowania z nią i pojechałem ze 2km za daleko, dopiero gdy droga skręciła na północ zorientowałem się że jadę w stronę Kukes. Zawracam więc i kieruję się na Kukes przejeżdżając mostem rzekę płynącą z doliny Cidhen, średnią na prawie 40km mam w granicach 10km/h! Droga do Peshkopi cały czas fatalna, masa kamieni i piachu, daje się jechać tempem mniej więcej 14km/h, w Polsce pewnie w ogóle by jej na mapach samochodowych nie oznaczono. Ale zasuwam cały czas ostro naprzód, mocno motywuje mnie chęć opuszczenia Albanii, coraz mocniej zaczynam się zastanawiać nad zmianą całej trasy (w planach miałem Ochryd, a następnie ponowny wjazd do Albanii - Gjirokaster, Sarande, Vlora aż do czarnogórskiego Baru, skąd miałem wracać pociągiem) - po tej górskiej przeprawie bocznymi drogami mam już tego kraju serdecznie dość, a jazda ma być w końcu przyjemnością. Po kilkunastu km docieram do mostu na Drinie (w stanie jak wszystko w Albanii, nawierzchnia drewniana z masą dziur), w jego rejonie jest kąpielisko, większość osób zjeżdża samochodami nad samą rzekę, to że jest brudna też im specjalnie nie przeszkadza. Ale za mostem wreszcie wraca asfalt i da się już w miarę normalnie jechać. Ale mimo tego kawałek do Peshkopi bardzo mnie zmęczył (jest sporo do góry) - mocno odczuwam trudy całego dzisiejszego dnia i przeprawy przez albańskie góry. W Peshkopi nieład typowy dla albańskich miast, krowy łażące po ulicach w samym centrum itd. Zrobiłem rundkę po mieście w poszukiwaniu kantoru, znalazłem w końcu jakiś oddział Western Union, gdzie wymieniłem pozostałe leki (niewiele wydałem) z powrotem na euro - bo jestem już zdecydowany na powrót przez Grecję zamiast ponownego wjazdu do Albanii, egzotyki wchłonąłem juz wystarczającą dawkę; mimo jej wielu minusów - wolę jednak klasyczną europejską komerchę :))
Kawałek z Peshkopi do granicy - to po prostu modelowy przykład jak się dróg robić nie powinno. Zamiast puścić szosę płaską doliną Drinu wybudowano ją spory kawałek od rzeki, przez co przecina wszystkie małe grzbieciki schodzące do głównej doliny, w sumie wjeżdża się aż na 800m, ponad 300m nad poziom rzeki. Droga asfaltowa, ale bardzo marnej jakości, typowa albańska szosa z jak to nazywałem "latającym asfaltem" - takie wybrzuszenia, że nawet obładowany rower potrafi zdrowo podskoczyć, szczególnie na zjeździe. Tak więc do granicy docieram z wielką ulgą, bardzo już zmęczony całym dzisiejszym dniem. Przejście graniczne po albańskiej stronie obskurne, po macedońskiej już jako tako wygląda - no i przede wszystkim wraca normalnej europejskiej klasy asfalt. Kawałek za granicą zatrzymuję się koło kranika z wodą na duże mycie roweru mocno usyfionego po kilometrach szutrowych dróg (łańcuch był już zupełnie wysuszony). Parę kilometrów za granicą wjeżdżam do Debaru, robię tu zakupy, pieniądze funkcjonują tu podobnie jak w Bośni - można płacić w euro, resztę wydają w miejscowych dinarach. Za miastem od razu zaczyna się sztuczne jezioro Debarskie, ładnych parę km jedzie się nad samą wodą. Początek dość płaski, później zaczynają się górki, w wiosce Dzepiste nabieram wody i jako że zaczyna już zmierzchać rozbijam się na łące na nocleg.

DALEJ >>>