BALKALPIN - 2009




XXI dzień - Petrovac - Mrkonjic Grad - Jajce - Donji Vakuf - Bugojno - Ost



DST 153,4 km - AVS 22 km/h - MAX 60,3 km/h - ALT 1369 m


Początek dzisiejszego dnia to równie piękny kawałek co wczorajsza końcówka - lekko pagórkowata jazda przez zielone wzgórza. Po ok. 20km zaczyna się długi zjazd z 800m aż na ok. 260m. W kolejnym większym mieście - Klucu zatrzymujemy się krótko na lody (znowu upał), po czym zaczynamy długą wspinaczkę na ponad 700m. Po osiągnięciu wierzchołka jest trochę jazdy płaskowyżem, wjeżdżamy do serbskiej części Bośni, na tablicach drogowych pojawiają się informacje pisane cyrylicą. Zmienia się też nieco krajobraz, ta część jest bardziej przemysłowa i gęściej zaludniona, mijamy wiele brzydkich wsi i miasteczek, jedynym "jaśniejszym punktem" jest Mrkonic Grad, który mijamy bokiem oglądając z góry panoramę pięknie położonego miasta z charakterystycznymi czerwonymi dachami na wielu domach. Za miastem dalej kontynuujemy zjazd, jest piękny kawałek nad jeziorem ładnie wpasowanym w góry (droga przez chwilę prowadzi nad samą taflą), pod jego koniec krótka ostra ścianka, po czym zjazd do miasta o komicznej nazwie - Jajce :). Miasto niebrzydkie, z malowniczymi ruinami zamku, jako że dystans w nogach mamy już znaczący stajemy w parku pod zamkową fosą na długi postój; bardzo nie chciało nam się ruszać z przyjemnego cienia w dalszą drogę, bo upał jest w granicach 38-39'C.
Jajce opuszczamy drogą przez tunel - i zaczyna się delikatny, wielokilometrowy podjazd w górę doliny w stronę Dolnego Vakufu. Nachylenie minimalne, dlatego jedzie się dość szybko, dużo sprawniej niż na sporo cięższych podjazdach przed Mrkonic Gradem, do tego w dość wąskiej dolinie jest sporo cienia. Końcówka przed Vakufem to znowu bardziej zurbanizowane tereny z brzydką zabudową, w mieście krótki postój, po czym skręcamy na Bugojno opuszczając dolinę, droga dalej lekko się wznosi, tym razem płaskowyżem. Właściwie cały odcinek do Bugojna to ciąg wiosek, im bliżej miasta tym gęstsza zabudowa. Samo miasto - po prostu obskurne, jedyne co nam mocniej zapadło w pamięć - to miejscowe linie autobusowe "BugojnoLines", z logiem idealnie ściągniętym z tego które ma "EuroLines" (tylko "flota" autobusowa nieco inna, same rzęchy :)). Kawałek za miasteczkiem nabieramy wody i zaczynamy się rozglądać za noclegiem, niestety również i tutaj wioski cały czas ciągną się przy drodze, jedziemy obciążeni dodatkowym ładunkiem długie kilometry i nic nie jesteśmy w stanie znaleźć, w końcu już mocno wkurzeni decydujemy się rozbić na dość gęsto zarośniętej łączce przy drodze (nieźle się naszarpaliśmy by tam sprowadzić rowery). Nocleg chyba najgorszy na całej wyprawie, obok mieliśmy co prawda rzeczkę, ale niestety mieszkańcy traktowali ją jako wysypisko śmieci, roślinność na łące obskurna, do tego masa komarów i innego robactwa.

XXII dzień - Ost - Gornji Vakuf - Makljen (1125m) - Jablanica - Kanion Neretvy - Mostar - Zitomislici



DST 127 km - AVS 22 km/h - MAX 58,2 km/h - ALT 995 m


Szybko docieramy do Gornjego Vakufu, krajobrazy wreszcie robią się ciekawsze od wczorajszej końcówki, kończą się wioski, zaczynają góry a ściślej podjazd na przełęcz Makljen (1125m). Początek jeszcze dość łagodny, ale od ok. 700m robi się ostrzej, w granicach 5-8% i takie mniej więcej nachylenie trzyma aż do samego końca. Podjazd niebrzydki, droga dobrej jakości, całe szczęście że pokonywaliśmy go na początku dnia, gdy temperatura jeszcze oscylowała w granicach 30'C. Dość sprawnie docieramy na szerokie siodło przełęczy, gdzie robimy sobie postój, ze szczytu jest piękna panorama w kierunku południowym, widać ścianę wysokich dochodzących do 2000m szczytów. Z Makljenu jest bardzo długi zjazd w stronę Jablanicy, od tej strony przełęcz jest dużo cięższa niż z północy, widokowo też zdecydowanie ładniejsza (m.in. długi trawers odkrytym zboczem). Zjeżdżamy aż na 300m, no i zaczyna się prawdziwa żarówa, upał już ciężki do wytrzymania. Przed Jablanicą jest jeszcze sporo krótszych podjeździków nad wielkim jeziorem zaporowym, które utworzono na Neretvie. Sama Jablanica raczej nieciekawa, za to ładnie położona, wciśnięta w wąziutką dolinę, położona zaledwie na 200m, otoczona przez góry powyżej 1000m. W mieście w centrum zatrzymujemy się na długi postój, na którym zjadam ponad 0,5kg winogron, Miki z kolei dużej porcji lodów też sobie nie odpuścił.
Wyjazd z Jablanicy prowadzi sporo pod górę, do tego jest mocno rozryta jezdnia, trwają remonty, wszędzie zapach asfaltu, w tych warunkach (upał dochodzi do 40'C) jedzie się bardzo trudno. Kawałek dalej zjeżdżamy - i zaczyna się przepiękny kanion Neretvy, tą całkiem dużą, płynącą tutaj na wysokości poniżej 200m rzekę otaczają potężne wapienne szczyty powyżej 1500m, widoki niesamowite, droga poprowadzona często tuż nad samą rzeką, wiele tuneli. Jazdę nieco psuje bardzo duży ruch na trasie, no i przede wszystkim potężny upał, który dochodzi do 42'C (zacienionych miejsc niewiele), do tego sporo mamy pod wiatr. Kanion jest bardzo długi, ciągnie się ze 30km, choć najbardziej widowiskowy jest pierwszy odcinek. Pod koniec wyjeżdżamy na rozległą równinę, tereny zdecydowanie rolnicze, masa wszelakich upraw przy drodze, wioski ciągną się już dobre 10km przed Mostarem, robi się też zupełnie płasko, jesteśmy na wys. 20-30m, góry nas otaczające też zdecydowanie zmalały. Przed Mostarem zatrzymujemy się na długo pod wielkim centrum handlowym, przyjemnie było posiedzieć choć chwilę w cieniu, bo mimo to że dochodzi już 17 upał trzyma cały czas powyżej 40'C. Po odpoczynku przebijamy się przez dość duży Mostar, samo miasto raczej nieciekawe, ale starówka - klasa światowa, turkusowa Neretva przepływa przez samo centrum głębokim kanionem, nad rzeką jest charakterystyczny kamienny most - znak firmowy miasta. W czasie ostatniej wojny Mostar ucierpiał bardzo, oglądaliśmy zdjęcia z lat 90, gdy ponad połowa miasta stała w gruzach, obecny Stary Most jest tylko kopią tego autentycznego XVI-wiecznego, zburzonego przez Chorwatów. Ale widać, że tamte czasy na szczęście odchodzą w niepamięć, obecnie Mostar rozwija się bardzo prężnie, turystów też masa, przez wąziutkie kamienne uliczki starówki z trudem się przeciskamy z obładowanymi rowerami - taki panuje tu tłok. Trochę posiedzieliśmy pod przepięknym mostem, jest tutaj kilku amatorów skoków do wody (most jest z dobre 15m nad rzeką), jeden chętny nawet się przymierzał, ale w końcu zrezygnował :). Za Mostarem zaczynamy się już rozglądać za noclegiem, ujechaliśmy jeszcze z 15km za miasto; tym razem udało się nam znaleźć fantastyczną miejscówkę na nocleg - niemal nad samą Neretvą, w czyściutkiej, rozgrzanej rzece można było nawet popływać (choć prąd był mocny), zrobić pranie (rzeczy schną bardzo szybko)

XXIII dzień - Zitomislici - [HR] - Metkovic - [BiH] - Neum - Slano - Dubrovnik - [MNE] - Herceg-Novi



DST 168,5 km - AVS 22,1 km/h - MAX 64,1 km/h - ALT 1611 m


Jako, że mamy dziś długi odcinek do pokonania wstajemy dość wcześnie, poranne słońce fantastycznie odbija się w jeszcze lekko zamglonej Neretvie - krajobraz niemal bajkowy. Początek jazdy to płaska trasa w dół Neretvy, widoki niebrzydkie bo rzeka na tym kawałku płynie w dość szerokiej kotlince, czasem jedziemy jej skrajem, czasem nad samą wodą. Na jednym z takich zboczy jest ulokowane miasteczko Pocitejl, z nieźle zachowaną turecką zabudową. Kawałek dalej robimy ostatnie zakupy w taniej Bośni i ponownie wjeżdżamy do Chorwacji. Już jest bardzo gorąco, powyżej 30 stopni, mimo wczesnej godziny, widać że upał będzie potężny. Dlatego dziś postanawiam pociągnąć "na raz" jak najdalej, bo częste postoje które preferuje Miki w takich temperaturach mnie dobijają. Kawałek za Metkovicem zaczyna się rozległa delta Neretvy, krajobraz bardzo nietypowy dla adriatyckiego wybrzeża Chorwacji - rozległa równina, niemal w całości wykorzystana na potrzeby rolnictwa. Przed Klekiem jest długi podjazd na ok. 150m, z góry widać deltę jak na dłoni, z licznymi szachownicami pól i upraw. Za Klekiem krajobraz wraca do normy - po lewej stronie góry, po prawej morze i liczne wyspy. Ale warto dodać, że ten fragment Jadranskiej jest chyba najpiękniejszy, masa tu miasteczek pięknie wciśniętych w zbocza górskie, lazurowe morze prezentuje się niesamowicie. Szybko wpadam w dobry rytm i mimo trudnej trasy (góry i słońce) jedzie mi się bardzo dobrze. A upał robi się potężny - przekracza 40'C, a to już dla rowerzysty ekstremum. Na szczęście trasa często prowadzi nad morzem, od którego coś tam zawsze wieje, chłodząc powietrze, ale na podjazdach, bardziej w głąb lądu to jest już piekarnik. W rejonie Neumu wracam na chwilę do Bośni, za miastem jest długi, niezamieszkany odcinek, który tak dał mi popalić w 2002 roku, chorwacka kontrola jest daleko za właściwą granicą.
Za skrętem na półwysep Peljesac droga wjeżdża bardziej w ląd, jest tu tez sporo górek, na podjazdach słońce pali do żywego. już mocno zmęczony docieram do Slano, gdzie zatrzymuję się w porcie pod palmami na długi odpoczynek, jedząc lody i pijąc dużo zimnego picia. Ostatnie 30km do Dubrovnika to długi trawers (niestety nie tak płaski), droga przepiękna widokowo, nawet duży ruch nie przeszkadza w rozkoszowaniu się pięknem dalmatyńskiego krajobrazu. W Zatonie droga objeżdża zatokę wrzynającą się w ląd, jedzie się nad samą wodą, później jeszcze kolejna wspinaczka na poziom ok.100m i docieram nad zatokę Dubrovnika ze wspaniałym mostem Franja Tudżmana na pierwszym planie. Tutaj zgodnie z umową czekam na Mikiego, który dociera po niemal godzinie, mocno już zmęczony upałem. Ale mimo tych warunków nie zmienił swojego postanowienia by w Chorwacji nie wydać już ani grosza (ze względu na panujące tu zdzierstwo), pije wodę tylko nabieraną po drodze, jedzie bez wspomagania się napojami z lodówki; tylko podziwiać! Dlatego mimo zmęczenia bez problemów zgadza się na moją propozycję by dziś dociągnąć aż do Czarnogóry (w planach mieliśmy nocleg za Dubrownikiem); uznaliśmy, że jutro jest na tyle ciężki dzień, że warto trochę nadrobić.
Przejeżdżamy mostem nad zatoką, wspinamy się na wzgórze omijając nowe dzielnice Dubrownika, dopiero po 2-3km pojawia się widok na Stare Miasto. Ku mojemu zdziwieniu Miki postanawia pojechać górą, bez zwiedzania miasta, zmęczenie wzięło górę (przy wyjeździe z miasta trzeba zaliczyć ciężki, ponad 100m podjazd). Umawiamy się na spotkanie pod granicą czarnogórską, po czym zjeżdżam do centrum, cześć drogi prowadzi już przez Stare Miasto, ulica jest puszczona wąskimi skalnymi przejściami wewnątrz twierdzy. Dubrownik to bez wątpienia najpiękniejsze miasto całej Chorwacji, a myślę że i nad całym Adriatykiem, wspaniałe kamienne ulice i liczne świetnie zachowane budowle z okresu świetności miasta w XIV-XVI wieku. Niestety turystów jest tu po prostu zatrzęsienie, co nieco psuje wrażenie. Objechałem centrum na rowerze (na wyślizganych marmurowych ulicach trzeba uważać by się nie przewrócić :), w porcie zafundowałem sobie wielką porcję świetnych lodów. Wyjazd z miasta z powrotem na szosę do Czarnogóry - to wymagający podjazd, z nachyleniem nawet 9-11%, do tego pokonywany na zatłoczonych miejskich ulicach. Z podjazdu mam wspaniałe widoki na dubrownicką twierdzę oświetloną popołudniowym słońcem, dobrych parę razy zatrzymuję się na zdjęcia. Pierwszą część drogi do Czarnogóry pokonuję mocnym tempem, trasa bardzo wymagająca, cały czas góry po 50-150m, nachylone po 5-9%. Ale juz jakieś 10km przed granicą zaczynam mocno odczuwać trudy całego ciężkiego dnia (mam już ponad 150km w nogach) i musiałem się zatrzymać na jeszcze jeden postój pod granicą i nabrać trochę "paliwa". Pod samą granicę jest ostra ścianka (w sumie na ponad 200m), zgodnie z umową czeka tu na mnie Miki; od 2002 roku wiele się zmieniło, wtedy były obskurne baraczki, teraz jest normalny terminal. Zjazd bardzo ostry, przekraczamy 60km/h, gdyby nas nie przyblokowały samochody z asekuracyjnie jadącymi kierowcami dałoby się jeszcze więcej :) Jako, że zaczyna już zmierzchać szybko decydujemy się na nocleg na przedmieściach Herceg-Novi, miejsce może nie nadzwyczajne, ale z dobrą trawą i małą rzeczką obok, w nocy mieliśmy pięknie rozgwieżdżone niebo.

XXIV dzień - Herceg-Novi - Kotor - Krstac (934m) - Mauzoleum Njegosa (1565m) - Njegusi - Cetinje



DST 115,1 km - AVS 18,1 km/h - MAX 69 km/h - ALT 2198 m


Rano sprawnie się zbieramy i szybko wjeżdżamy do centrum ruchliwego Herceg-Novi (jest też spory podjazd), Miki szuka przyzwoitej mapy Czarnogóry, niestety jest z tym bardzo marnie. Wyjeżdżamy więc z centrum kierując się nad Bokę Kotorską, którą przesmyk dzieli od zatoki Tivatu (tak duża, że omyłkowo wziąłem ją za otwarte morze z wyspami). Na drugą stronę zatoki postanawiamy się przeprawić promem (rowerzyści i piesi za darmo), nie objeżdżamy całej zatoki jak to robiłem w 2002 roku. Widoki w czasie rejsu mamy niesamowite, słynna Boka Kotorska to chyba jedyny poza Norwegią fiord w Europie, morze wrzyna się tu głęboko w ląd, otaczają je wysokie na 1000m szczyty. Na środku zatoki są dwie małe wysepki z kościółkami koło Perastu, dodające jej uroku. Po przeprawie ruszamy w stronę Kotoru, cały czas jedziemy dość wąską drogą nad samym morzem, z szeroką perspektywą na całą zatokę. W mijanych kurortach masa urlopowiczów, wielu się kąpie, nas też to trochę kusi, bo już jest grubo powyżej 30'C - ale "program" na dziś mamy bardzo napięty. Do centrum Kotoru już nie wjeżdżamy, bo trzeba by nadrobić dobrych parę kilometrów (ja byłem tam w 2002, Miki nie był zainteresowany). Na wyjeździe z miasta zatrzymujemy się na zakupy, a potem na cmentarzu w toalecie nabieramy wodę, ja nawet zdążyłem się ogolić, Mikiego już babcia klozetowa przegoniła, twierdząc że zmarli potrzebują spokoju (choć sama nawijała z resztą obsługi na cały regulator) :).
Kawałek dalej zaczyna się gwóźdź programu - czyli podjazd na przełęcz Krstac, w 2002 w wyniku pomyłki zamiast tą drogą pojechałem do Budvy, teraz nadszedł czas by nadrobić zaległości. Pierwsze metry podjazdu bardzo trudne, nachylenie 5-7%, ale we znaki bardzo daje się palące słońce, bo jedziemy odkrytym terenem. W pierwszej fazie droga odbija na południe, okrążając zbocze mamy piękne widoki na zatokę Tivatu i niesamowicie położone lotnisko, którego pas startowy kończy się nad samym morzem. Na ok. 300m droga zakręca i trawersując zbocze wracamy nad zatokę Kotorską. Od ok. 400m zaczyna się bardzo długi ciąg serpentyn, klasycznych "sto osiemdziesiątek". Droga jest po prostu boska, jedna z najpiękniejszych (jak nie najpiękniejsza!) jakie w życiu pokonywałem, im wyżej tym cudniejsze widoki, bo wraz z wysokością mamy coraz szerszą perspektywę jako że wjeżdżamy ponad góry zasłaniające nam wcześniej kolejne morskie zatoki bardzo skomplikowanej w tym rejonie linii brzegowej. Na szczęście na podjeździe jest trochę cienia, bo upał daje się ostro we znaki, dopiero teraz doceniamy jak dobrym pomysłem było pociągnięcie wczoraj tych 40km więcej pod czarnogórską granicę, dzięki temu podjazd pokonujemy o w miarę jeszcze wczesnej godzinie. Na 700m zatrzymuję się na odpoczynek, ruch na drodze jest niewielki, bo samochody na trasie Kotor-Cetinje jadą przez Budvę, tą drogę wybierają właściwie tylko turyści. Końcówka to jeszcze kilka serpentyn, po czym zaczyna się długi, już bardziej płaski trawers w stronę przełęczy Krstac. generalnie cały podjazd do jakiś super-ciężkich nie należy (nachylenie 4-7%), niemniej przewyższenie robi swoje (ponad 900m, bo zaczyna się przecież na poziomie morza) - i w sumie jednak jest bardzo wymagający. Przed samą przełęczą jeszcze wspanialsze widoki, bo droga wrzyna się mocno w skały, mija się nawet dużą jaskinię. Na przełęczy miałem dużą ochotę na lody, niestety nie było tu sklepu, tylko handlarz sprzedający rakiję, zjechałem nawet kilkadziesiąt metrów do wioski Krstac - ale tam też nic nie było; poza wybrzeżem turystyczna infrastruktura w Czarnogórze jest symboliczna. Wracam więc na przełęcz (z niej odchodzi droga do parku Lovcen), gdzie z pół h czekam na Mikiego (na postój stawał m.in. we wspomnianej jaskini :).
Zastanawiamy się czy do Mauzoleum Njegosa jechać z bagażem (trudniejszy podjazd), czy na lekko (ale wtedy do Cetinje dużo dłuższa droga, wymagająca zaliczenia jeszcze jednej przełęczy). W końcu postanawiamy zobaczyć jak trudny będzie podjazd; początek jest w lesie, i już na wys. 1000m zaczyna się ostry ponad 10% kawałek. Decyduję się więc jechać na lekko, Miki wybiera wariant z bagażem, bo bardziej go motywował fakt, że po zaliczeniu Mauzoleum będzie miał już tylko w dół. Bagaże zostawiam w krzakach i ruszam, jazda na lekko pod górę - to jednak zupełnie inny komfort. Szybko doganiam Mikiego i kontynuuję podjazd, trzeba przyznać, że jest wyraźnie cięższy niż ten na przełęcz Krstac, choć po tym 12-13% kawałku na 1000m już tak ciężko nie jest. Widoki dalej piękne, nad zatoką Tivatu jesteśmy już bardzo wysoko, droga okrąża od południa najwyższy szczyt gór Lovcen - Stirovnik (1749m). Na 1400m jest pięćdziesięciometrowy zjazd, kończący się na rozjeździe dróg na Cetinje i na szczyt Jezerskiego Vrh'u (1657m) na którym jest ulokowane Mauzoleum Njegosa, widoczne już z daleka. Początek podjazdu w lesie, nachylenie 6-8%, natomiast w samej końcówce, tak od 1500m robi się bardzo wymagające, po 11-13%. Podjazd kończy się na parkingu, na wysokości 1565m, do Mauzoleum stąd prowadzą bardzo długie schody. Przypinam więc rower pod restauracją i idę na piechotę, nogi mocno dają się we znaki - bo podejść trzeba aż 100m w pionie. Ale dojście do mauzoleum jest wykonane w bardzo ciekawy sposób - większa część drogi prowadzi w tunelu wykutym w zboczu góry, ma to swój klimat. Na szczycie tunel się oczywiście kończy, jest kawałek po płaskim i sam budynek mauzoleum, w którym jest pochowany najsłynniejszy władca Czarnogóry, jeden z twórców jej państwowości - Petar Njegos, co ciekawe był także jednym z najbardziej znanych czarnogórskich poetów, do tego jeszcze biskupem. Samo mauzoleum niespecjalne, za wejście trzeba płacić 2E, natomiast z pewnością warto było tu się wgramolić dla wspaniałej panoramy, jak wyczytałem w przewodniku - przy dobrej pogodzie widać stąd podobno całą Czarnogórę, tutaj można doskonale zrozumieć jak trafna jest ta nazwa - góry jak okiem sięgnąć, jedynie jezioro Szkoderskie nie wpisuje się w ten schemat :).
Po paru fotkach szybko zbiegam po schodach w dół i ruszam na zjazd; na ok. 1400m spotykam Mikiego (na rozjeździe też zostawił bagaże, by do mauzoleum podjechać na lekko). Ustalamy szczegółowo miejsce spotkania w Cetinje, po czym kontynuuję zjazd (zaliczając po drodze też tą 50m ściankę za rozjazdem). Szybko docieram do miejsca gdzie zostawiłem bagaże, przepakowuję się i zjeżdżam na przełęcz Krstac i jeszcze dużo niżej do Njegosi - rodzinnej wsi dynastii Njegosów, jest tu nawet małe muzeum w chałupie w której urodził się Petar. Pogoda już nie taka pewna, nad Lovcenem wiszą ciemne chmury, na szczęście nie pada. W sumie zjechałem aż na 850m, za Njegosi zaczyna się kolejny podjazd, który jedzie mi się już dość ciężko, zaczynam odczuwać trudy tego bardzo ciężkiego dnia, jednego z najbardziej górskich na wyprawie (aż 2198m podjazdów). Na szczęście okazuje się że podjazd jest tylko na ok.1100m, nie 1200m jak było zaznaczone na mapie. Po drugiej strony przełęczy - widoki preriowe, dużo łąk i masa małych skałek, w takim krajobrazie zjeżdżam bardzo krętą drogą do Cetinje, mijając kilku jadących z naprzeciwka rowerzystów (a to nieczęsty widok w tym kraju). W mieście bez problemu spotykam czekającego tu Mikiego, robimy zakupy, prowadząc krótką "rozmowę" z miejscowym szczeniakiem, który zażyczył sobie byśmy mu dali kilka akcesoriów z naszych rowerów. Samo Cetinje mnie mocno rozczarowało, po byłej czarnogórskiej stolicy spodziewałem się dużo więcej, a tak naprawdę to prowincjonalne miasteczko pokroju powiedzmy Grójca, jedynie parę budynków rządowych przypomina o jego dawnej świetności. Wyjeżdżamy za miasto i rozpoczynamy ostry zjazd do Podgoricy, parę kilometrów za Cetinje ostro hamujemy - bo trafiła się boczna dróżka, przy której znajdujemy miejscówkę na nocleg. Miejsce niezłe, dobra trawa, zupełnie pusto, ale za to masa ogromnych pająków, które musieliśmy usunąć by udało się rozstawić obozowisko. Przy gotowaniu okazało się, że sprzętowy pech Mikiego nie opuścił - tym razem wysiadła mu komórka (prawdopodobnie zawilgocona w torebce podsiodłowej).
Dzień bardzo męczący, wieczorem ledwo nogi czuję, ale z pewnością jeden z najpiękniejszych na całej wyprawie, obaj Czarnogórą jesteśmy zachwyceni.

XXV dzień - Cetinje - Podgorica - Niksic - Plużinje



DST 136,3 km - AVS 20,6 km/h - MAX 61,9 km/h - ALT 1838 m


Początek dzisiejszej jazdy mamy wymarzony - niemal cały odcinek do Podgoricy w dół, fragmentami droga jest mocno nachylona, jedzie się ponad 60km/h, droga doskonałej jakości. Pogoda jak drut - znowu zapowiada się upalny dzień (ale dzięki temu Mikiemu udało się wysuszyć komórkę, która wraca "do życia"), na przedmieściach Podgoricy zatrzymujemy się na zakupy, jak zwykle największym powodzeniem cieszą się napoje z lodówki, na szczęście w Czarnogórze ceny są przystępne i nie trzeba się tak sępić jak w Chorwacji. Do centrum Podgoricy nie wjeżdżamy, byłem tu w 2002 i w 2008 - miasto brzydkie, szkoda na nie zupełnie czasu. Dlatego skręcamy od razu na Niksic i jedziemy dalej główną drogą. Początek dość płaski, upał znowu piekielny, 40-42'C, na szczęście przy drodze trafił nam się kranik (rzadkość na Bałkanach) - robimy tutaj porządniejszą przepierkę, mokre koszulki rowerowe susząc oczywiście na plecach (jest tak gorąco, że wystarczy 20-25min by ze stanu zupełnego zamoczenia wysychały :), Miki też wreszcie mógł się ogolić. Na drugim kawałku do Niksica są już większe góry, z długim, ciągnącym się w nieskończoność podjazdem, cały czas na palącym słońcu, pośród wapiennych skał. Ten kawałek dał nam zdrowo w kość, przed Niksicem musieliśmy jeszcze zatrzymać się na odpoczynek. Parę kilometrów przed miastem jest długi tunel, stanowiący swoistą bramę do kotliny Niksica, bo za nim zupełnie zmienia się krajobraz, robi się płasko, pojawiają się zielone łąki, przyjemna odmiana po wysuszonym krajobrazie podjazdu; a w tunelu przynajmniej chwilkę jest chłodno. Niksic raczej niespecjalny, zaciekawiły nas tylko ruiny zamku. W centrum robimy zakupy i dłuższy postój w cieniu, blokowisko na którym odpoczywamy bardzo zaniedbane, poziomem życia wiele miast Czarnogóry od Chorwacji odstaje.
Za Niksicem jeszcze spory kawałek płaskiego, po czym opuszczamy kotlinę długim, wymagającym podjazdem na 900m. Na tej wysokości jest krótki zjazd, myślałem że to już koniec, a tymczasem ciągnął się dalej - i takich miejsc było jeszcze kilka, bo w sumie trzeba było wjechać aż na prawie 1200m. Tą drogą po awarii roweru wracałem w zeszłym roku autokarem, pamiętałem że jest wredna, ale nie myślałem, że aż tak, jednak z okna busa ocenia się drogę trochę inaczej niż z rowerowego siodełka. Gór jest całe mnóstwo, bo po tym długim podjeździe na 1200m zaczęły się typowe Czechy - góra-dół bez końca i to długie ściany, nawet i ponad 100m, a byliśmy już zdrowo zmęczeni długą trasą (ponad 100km w nogach). Za to widokowo ten kawałek za Niksicem piękny, bardzo pusto, prawie nie ma wiosek przy drodze, na trasie ruch też znikomy; krajobraz preriowy - dużo łąk, piękne góry dookoła, a na sam koniec już przed Plużinje - fantastyczne widoki na Zalew Pivski, położony w głębokim, otoczonym górami kanionie. Od Niksica słońce już mniej dawało się we znaki, stopniowo pojawiało się coraz więcej chmur, na ostatniej przełęczy przed Plużinje zaczął nawet padać deszcz.
Do Plużinje wjeżdża się długim zjazdem z 1050m na ok. 700m, widoki piękne, bo miasteczko leży nad samym Zalewem Pivskim, który w tym rejonie jest najbardziej widowiskowy, już z daleka widać serpentyny Drogi Tuneli do Durmitoru wycięte w wapiennym zboczu, którą będziemy pokonywać jutro. Na Mikiego się sporo naczekałem, trasa dała mu popalić jeszcze bardziej niż mnie, psychicznie jednak lepiej znosi się jeden długi podjazd, niż wiele krótkich, tym bardziej jeśli aż tylu się człowiek nie spodziewa :)) A jeszcze mało brakowało byśmy się z Mikim rozminęli bo w ostatniej chwili przypomniało mi się, że zapomniałem kupić chleb (a bałem się że już sklep mi zamkną, bo późno było) i zjechałem z szosy niżej do miasteczka, a w tym właśnie czasie zjechał z góry Miki, na szczęście jeszcze zatrzymał się przy stacji benzynowej. Już w miasteczku zaczynamy się rozglądać za noclegiem - niestety marnie to wygląda, bo wszędzie są ostre zbocza, a już kawałek za Plużinje zaczyna się długi podjazd do Durmitoru, na który byliśmy zdecydowanie za bardzo zmęczeni. Zjechaliśmy na sam dół nad zalew (jedną z jego odnóg przecina się długim mostem, okupowanym przez wędkarzy), trochę się tam pokręciliśmy i w końcu rozbiliśmy się na wąskim pasku zieleni tuż przy samej szosie, w dość gęstych kolczastych krzakach. Samo miejsce pod namioty może niespecjalne, ale generalnie miejsce przepiękne, dookoła wysokie na kilkaset metrów góry, otaczające Zalew Pivski - jedno z najpiękniejszych miejsc Czarnogóry, klasy po prostu światowej. Ruch na szczęście był minimalny, więc samochody nam właściwie nic nie przeszkadzały, echo niesamowite, słyszeliśmy głosy wędkarzy z odległego o dobre kilkaset metrów mostu.

DALEJ >>>