BALKALPIN - 2009




XVI dzień - Amaro - Tarvisio - [SLO] - Kranjska Gora - Vrsic (1611m) - Bovec



DST 115,7 km - AVS 17,9 km/h - MAX 57,3 km/h - ALT 1839 m


Dzisiaj czeka nas ostatni dzień prawdziwie alpejski, choć oczywiście gór jeszcze przed nami wiele. Od rana pogoda elegancka, słonecznie. Cała trasa do Tarvisio to żmudna jazda w górę doliny, pokonywałem już tą trasę na wyprawie w 2004. Z tym, że wtedy miałem wiatr w plecy, obecnie mamy przeciwny, więc jedzie się upierdliwie. Na samym początku zjeżdżamy jeszcze do Moggio, bo Mikiego przycisnął brak papierosów (niestety pali i to sporo :). Droga piękna, cały czas jedziemy dość wąską doliną o zalesionych zboczach, na szosie raczej pusto, bo większość ruchu idzie równoległą autostradą (na tym odcinku w większości w tunelach, więc nawet i hałasu nie ma z tego powodu). Prawie 50km do Tarvisio wymęczyło nas jednak nieźle, w sumie wjeżdżamy z niecałych 300m na lekko ponad 800m (trudno zauważalna przełączka przed Tarvisio). Do samego miasta doprowadza nas szybki zjazd, dalsza droga w stronę słoweńskiej granicy jest mocno pagórkowata, z paroma ostrzejszymi ściankami (z 2004 zapamiętałem ją jako bardziej płaską). Przed granicą słoweńską już się wypłaszcza, robimy fotki na przejściu (tutaj już symbolicznym); po paru kilometrach pokonanych w stronę Kranjskiej Gory pojawiają się fantastyczne widoki na masyw Alp Julijskich, urodą porównywalnych z Dolomitami. Do doliny w której mieści się słynna mamucia skocznia w Planicy tym razem jak w 2004 nie zajeżdżamy - bo przed nami dużo większe wyzwanie - najwyższy słoweński podjazd na słynny Vrsic. W Kranjskiej Gorze robimy zakupy i długi postój, ceny w sklepach zauważalnie niższe niż we Włoszech, co skłoniło mnie do zakupu litra lodów, które zjadam na miejscu (co jak się później okazało było poważną głupotą).
Początek podjazdu piękny, nachylenie umiarkowane, mijamy kilka turkusowych jeziorek świetnie wpasowanych w górski krajobraz. Ale po paru kilometrach kończy się tak sielanka i góra pokazuje różki - nachylenie oscyluje w granicach 9-11%, nie brakuje ścian po 14-15%, do tego na większości zakrętów są dłuższe odcinki z nierównej kostki, co przy takim nachyleniu bardzo utrudnia jazdę (drogę budowali w trakcie I wojny światowej rosyjscy jeńcy wojenni). Kawałków "odpoczynkowych" nie ma tak wiele, przewyższenie aż 800m, co czyni z Vrsica jeden z najcięższych podjazdów na tym wyjeździe pokonanych z pełnym bagażem. Ale jak to zwykle bywa - za włożony wysiłek dostajemy nagrodę w postaci przepięknych widoków, przebijających wiele dolomickich podjazdów, do tego tutaj mamy świetną pogodę, wreszcie nie ma żadnych problemów z deszczem. Na ok. 1300m stajemy na chwilkę na zdjęcia przy punkcie widokowym na jedną z najwyższych gór Alp Julijskich (ok. 2500m jak mnie pamięć nie myli). Końcówka podjazdu - bardzo ostra, nie odpuszcza do samego końca, długie odcinki po 12-13%. Sama przełęcz piękna, wpasowana idealnie w wapienne ścianki, nie brakuje tu rowerzystów, których paru mijaliśmy po drodze. Odpoczywamy trochę, po czym ruszamy w dół na zasłużony zjazd - bardzo kręty, ale piękny widokowo. Po ostrej, pierwszej części (podjazd również od strony południowej jest bardzo wymagający) zaczyna się druga - łagodniejsza jazda doliną Soczy; zachwycamy się jej niesamowitym, idealnie turkusowym kolorem i krystaliczną czystością, aż się wierzyć nie chciało, że prawdziwa rzeka może na długim odcinku mieć tak niesamowity kolor. Na trasie jest też sporo pamiątek z okresu I w.św. - bo w tym rejonie toczyły się bardzo ciężkie walki. W końcówce jednak ta piękna droga zaczęła nas już mocno wkurzać, zmęczeni bardzo ciężkim podjazdem na Vrsic marzyliśmy tylko o "darmowej" jeździe w dół - a tu okazało się że jest całkiem sporo pod górę, trafiają się nawet ze dwie, długie ściany ponad 50m i parę mniejszych. Dopiero przed Bovecem wąziutka dotąd dolina mocno się rozszerza i robi się płasko, dookoła wielkie zielone łąki. Na jednej z nich postanawiamy się rozbić na noc, uprzednio nabierając w miasteczku wodę. Okolica dość ludna, mimo że staraliśmy się znaleźć miejsce w miarę na uboczu - to sporo osób przechodziło koło naszych namiotów, nawet nas krótko pozdrawiało, nikomu to że się tu rozbiliśmy nie przeszkadzało.

XVII dzień - Bovec - Tolmin - Idrija - Godovic - Col - Predjamski Grad - Postojna - Pivka



DST 152,1 km - AVS 20,5 km/h - MAX 69,8 km/h - ALT 1810 m


Rano pogodę mamy niespecjalną, a już się łudziliśmy, że po wczorajszym bezdeszczowym dniu poprawi się na dobre. No i do tego zaczynam odczuwać efekty wczorajszych lodów - leciutkie podziębienie i minimalna gorączka, wściekły jestem na siebie, że się tak głupio załatwiłem. Pierwsze kilometry to dalsza jazda doliną Soczy, do Kobaridu trasę mamy podobnie jak wczoraj mocno pagórkowatą, pomimo jazdy w dół rzeki. Na fragmencie jest remont drogi i ruch puszczany wahadłowo, gdy stoimy na światłach dopada nas deszcz i do Kobaridu docieramy już "na mokro", tam na stacji benzynowej czekamy na przejaśnienie. Opady dość szybko przechodzą i możemy kontynuować jazdę, w końcu robi się bardziej płasko i do Tolminu dojeżdżamy bez większych górek, krótka ścianka jest tylko w samym miasteczku. Kawałek za Tolminem opuszczamy dolinę malowniczej Soczy (w tym rejonie to już duża rzeka, nie górski strumyczek jak w górnej części podjazdu na Vrsic, ale kolor dalej turkusowy). Skręcamy na Idriję, rozpoczynając jazdę w górę rzeki Idrijcy, mocno obawialiśmy się tego kawałka po doświadczeniach jazdy doliną Soczy (gdzie droga była bardzo pagórkowata i męcząca) - ale okazuje się że dolina Idrijcy jest na rower świetna, droga nie wznosi się wiele więcej niż sama rzeka. Kawałek do tego bardzo ładny, jedziemy dość wąską doliną, często tuż przy samej rzece; deszcz ciągle wisi nam nad głowami, parę razy spadło kilka kropel, ciepło też nie jest (17-18'C). Jako, że dystans mamy dziś długi na odpoczynek zatrzymujemy się dopiero w Idriji pod marketem, gdzie robimy duże zakupy.
Za Idriją zaczyna się troszkę ostrzejszy podjazd na jakieś 400m, po tym już 4-6% góra która wyprowadza nas na wysokość ok.650m w rejonie Godovica. Później troszkę w dół (ładne kawałki w lesie, droga dość pusta) - i za Crnym Vrchem ostrzejszą ścianką z serpentynami w lesie wjeżdżamy aż na 870m, aż takich wysokości się tu nie spodziewaliśmy. Na przełączce chwilę odzipnęliśmy, po czym zaliczamy fantastyczny zjazd do Col, z wiatrem na 10% ściankach ciągnie się aż miło (prawie 70km/h). Z mapy dalsza droga do Predjamskiego Gradu wyglądała na raczej płaską, ale nieoczekiwanie musimy zaliczyć kolejny długi, niemal 300m podjazd do Podkraju, chwilami naprawdę ostry, ciągnął się niemiłosiernie, jeden spory plus - pogoda się wyklarowała, wyszło słońce zrobiło się wyraźnie cieplej, widoki też ciekawe, bo ostro trawersujemy zbocze, po prawej stronie mamy głęboki wąwóz, po drugiej stronie wzgórze równie wysokie co nasze. Kawałek za Podkrajem skręcamy na Predjamski - i zgodnie z naszymi przewidywaniami okazało się że ten kawałek jest szutrowy. Ale, że droga jest mocno w dół i dość przyzwoitej jakości - to szybko schodzi (głównie w lesie), asfalt wraca chwilę przed skrzyżowaniem z drogą z Postojny. Aby zobaczyć Predjamski Grad trzeba zjechać w dół niemal 100m - ale z pewnością warto! Zameczek jest niesamowity, jedyny w swoim rodzaju, fantastycznie wpasowany w otaczające go wapienne skały. W tym uroczym miejscu robimy sobie dłuższy odpoczynek, po ok. pół h ruszamy w stronę Postojny na dzień dobry zaliczając bardzo ostrą ścianę, którą wcześniej zjeżdżaliśmy. Do Postojny kawałek dość pagórkowaty, ale ładny, dużo zielonych łąk, słynnych jaskiń w Postojnie nie zwiedzaliśmy (obaj mieliśmy już je okazję oglądać). Za Postojną jeszcze krótkie zakupy i skręcamy na Pivkę, jako że to jedna z głównych dróg łączących Słowenię z Chorwacją ruch jest duży. Droga raczej płaska, przez płaskowyż, w Pivce w dużym markecie nabieramy wodę na nocleg, Mikiemu udało się nawet ogolić w marketowej łazience :). Na nocleg rozkładamy się kawałek za Pivką, na łące położonej przy szosie.
Dzień teoretycznie miał być w miarę płaski - a tymczasem okazało się, że podjazdów było tyle samo co wczoraj (niemal 2000m!), gdy zaliczaliśmy najwyższą słoweńską przełęcz, takie kalkulacje na terenie byłej Jugosławii zawodzą bardzo często, to że nie ma jakiś wysokich przełęczy, czy jedziemy nad morzem bynajmniej nie oznacza, że będzie płasko :)).

XVIII dzień - Pivka - [HR] - Rijeka - Senj - Jablanac



DST 162,3 km - AVS 21,9 km/h - MAX 52,1 km/h - ALT 1700 m


Na starcie zaliczamy dość długi zjazd, następnie kontynuujemy jazdę pagórkowatą droga w stronę chorwackiej granicy. Jako, że wyjeżdżamy ze strefy euro a nie posiadamy chorwackich kun pilnie rozglądamy się za kantorami, sprawdzając kursy w kilku; w końcu decydujemy się na wymianę na samej granicy (różnice były symboliczne). Za granicą jeszcze trochę pagórków, po czym zaczynają się długie zjazdy do Rijeki nad Morze Adriatyckie, czas schodzi nam dość szybko na debatach polityczno-religijnych :)). Bardzo szybko zmienia się krajobraz, o ile w rejonie Pivki było dużo łąk i typowa europejska roślinność, to w rejonie Rijeki ma już zdecydowanie śródziemnomorski charakter - dużo kolczastych krzaków, coraz więcej cykad na spalonych słońcem suchych wzgórzach, są nawet i palmy. Sama Rijeka na nas wielkiego wrażenia nie zrobiła, przejazd przez wielkie miasto po tylu kilometrach spokojniejszej jazdy to nic ciekawego, w pamięć zapadł mi właściwie tylko interesująco ulokowany stadion piłkarski (nad samym morzem, pod ostrym wzgórzem z którego doskonale można było oglądać rozgrywane mecze). W Rijece w centrum handlowym mamy długą przerwę, bo Miki kupuje kolejny odtwarzacz MP3 i czekamy na zgranie wszystkich plików. Gdy ruszamy (a przed nami jeszcze kawał drogi, bo dziś mamy bardzo długi odcinek) - bardzo szybko psuje się pogoda, na jednym ze wzgórz przeczekujemy deszcz, po czym popełniam duży błąd zakładając jedynie wodoodporne skarpetki i ochraniacze, bez długich spodni. Na zjeździe znowu zaczęło padać, droga była bardzo mokra, bryzgało spod kół samochodów i w efekcie zamoczyłem zarówno buty jak i skarpetki, co spotęgowało efekt przeziębienia, zaczynam wyraźnie odczuwać gorączkę. Jazda chorwackim wybrzeżem, jak to zapamiętałem z 2004 bardzo wymagająca, niemal cały czas górki, wcale nie takie małe, po 100 i więcej metrów, do tego pogoda marna, ze 20km jechaliśmy w deszczu, później deszczowa chmura bardzo długo siedziała nam na plecach; co się na chwilę zatrzymaliśmy - juz zaczynało kropić. Do tego jeszcze mocno wieje, generalnie od lądu, a że droga bardzo kręci, tak więc nieraz musimy się zmagać z czołowym wiatrem i uważać na boczne podmuchy, potrafiące lekko rzucić rowerem. Ale mimo tego z Rijeki twardo ciągnęliśmy, jadąc z gorączką marzyłem aby ten dzień jak najszybciej się skończył, na postój zatrzymaliśmy się dopiero w Senju, w miejscu jako-tako osłoniętym od wiatru.
Za Senjem zaczynają się trochę bardziej bezludne i bardziej "dziko" wyglądające tereny, droga robi się ładniejsza, mamy piękne widoki na Adriatyk i okoliczne wyspy. Pod koniec dnia, już mocno zmęczeni zaliczamy długi podjazd, chwilami całkiem ostry, w sumie ponad 350m, nieźle dał nam w kość. Ale i widoki coraz ładniejsze, z takiej wysokości mamy znacznie szerszą perspektywę, Jadranska wrzyna się mocno w nadmorskie zbocza, są nawet krótkie tunele i wąwozy, bardzo dodające trasie uroku, niestety gorączka nie pozwala mi się tym w pełni rozkoszować, zasuwam by jak najszybciej dociągnąć do planowanego na dziś Jablanaca. Za tym najwyższym podjazdem (to także najwyższa góra całej Jadranskiej) mamy już wyraźnie w dół, nabieramy wody na nocleg w jednej z przydrożnych restauracji. Gdy docieramy w rejon Jablanaca - orientujemy się że samo miasto leży nad morzem i trzeba by do niego zjechać. A że jutro musielibyśmy jeszcze raz ten podjazd zaliczyć - uznajemy że to nie ma sensu i rozbijamy się na zboczu, jakieś 100m od szosy.
W czasie rozkładania obozowiska akurat przestało wiać, więc namioty rozstawiliśmy tak sobie, co później okazało się poważnym błędem. Bowiem wraz z upływem czasu wiatr robił się coraz mocniejszy, koło 12 w nocy wyrywa mi jeden z odciągów namiotu i nie daje się go z powrotem umocować - tak wieje! Problem tkwi w tym, że obaj z Mikim mamy namioty ustawione bokiem do wiatru, w ten sposób dostają bardzo mocne uderzenie wiatru, którego odciągi już nie wytrzymują. Postanawiamy więc wspólnymi siłami je przestawić, była to cholerna robota, bo cały czas wiało potwornie, do tego podłoże też mieliśmy niespecjalne, śledzie trzeba było wbijać kamieniami. Naszarpaliśmy się strasznie, chyba z 2h się męczyliśmy. Wykonać tego samotnie chyba by się nie dało, namiot po prostu by odleciał, całe szczęście że było nas dwóch, a i tak ledwo daliśmy radę. Po przestawieniu namiotów było już znacznie lepiej, dało się nawet trochę zdrzemnąć (mimo hałasu łopoczących namiotów).

XIX dzień - Jablanac - Veliki Alan (1414m) - Gornji Kosinj - Licko



DST 76,2 km - AVS 15,4 km/h - MAX 53,5 km/h - ALT 1482 m


Dziś w planach mieliśmy trochę bardziej ulgowy dzień, tylko z małym "ale". Tym "ale" był podjazd na Velikiego Alana, chyba najwyższy chorwacki podjazd. Rano już tak mocno jak w nocy nie wieje, szybko opuszczamy Jadranską, od razu zaczynając podjazd. Początkowo raczej płasko, po skręcie na południe zaczyna się długi trawers, już z mocniejszym nachyleniem, aczkolwiek nie masakrycznym, w granicach 6-8%, ostrzejszych fragmentów nie ma wielu. Trasa krajobrazowo jest wspaniała - cały czas mamy piękne widoki na Adriatyk i okoliczne wyspy, roślinność typowo śródziemnomorska, im wyżej wjeżdżamy, tym szerszą mamy perspektywę. Podjazd może nie jest super-ostry, niemniej swoją długością daje w kość, dobrze że pokonywaliśmy go na początku dnia, nie pod koniec. Droga dobrej jakości, bardzo wąska, ale ruch jest zupełnie symboliczny, minęło nas zaledwie kilka samochodów, nie zaatakowały nas tez żadne węże, przed którymi wczoraj ostrzegał nas pewien Chorwat w Rijece, twierdząc że podobno ten kawałek słynie z obecności "skaczących zielonych węży" (święta prawda!:))), znaleźliśmy tylko skórę jednego z nich. Na ok. 650m osiągamy pierwsze zbocze i trochę oddalamy się znad morza, droga skręca najpierw na wschód, potem na północ, przez pewien czas nie widać Adriatyku, widoki wracają dopiero gdy wjeżdżamy odpowiednio wysoko, już w granicach 1000m. Podjazd ciągnął się niemiłosiernie, końcówka (ok.1300m) trochę ostrzejsza, mocniej odbijamy w głąb lądu, żegnając się z Adriatykiem na parę dni. Na 1300m kończy się asfalt, a zaczyna kamienna szutrówka marnej jakości, szczególnie początek bardzo nieprzyjemny - dużo luźnych kamieni na ostrym nachyleniu, później się na szczęście polepsza, droga też się wyraźnie wypłaszcza, kawałek przed przełęczą zatrzymuję się czekając ok. 40min. na Mikiego, który jechał spokojnym tempem, czas wykorzystałem na regulację hamulców. Dalej już wspólnie osiągamy przełęcz i zaczynamy długi zjazd.
Krajobraz zmienia się błyskawicznie, po drugiej stronie łańcucha Velebitu wraca zieleń, wracają normalne drzewa, duże wrażenie robi tak szybka zmiana pejzażu. Niestety droga jest bardzo marnej jakości, masa kamieni, jedzie się 12-16km/h, całe szczęście że jedziemy w dół, jazda w górę tą trasę byłaby nie lada wyzwaniem. Z ulgą przyjmujemy powrót asfaltu przed Bakovacem, w wiosce zatrzymujemy się na zakupy, bardzo nas rozczarowują tutejsze ceny, jest tak samo drogo jak na wybrzeżu, ze dwa razy drożej niż w Polsce, co dziwi tym bardziej, że widać gołym okiem, że ten rejon do bogatych nie należy, wygląda gorzej niż polska wieś. Sporo jedziemy przez zielone łąki, w rejonie Kosinja trasa robi się coraz bardziej pagórkowata, jest dużo króciutkich ścianek po parę metrów, do tego trasa bardzo kręta, mijamy sporo małych wapiennych skałek - jednym słowem jedzie się przyjemnie, wreszcie nie musimy nigdzie śpieszyć się i zasuwać. Do samego Licka doprowadza nas długi i szybki zjazd, robimy zakupy i nabieramy wody, wyjeżdżając z miasteczka szukamy niezłych miejscówek na nocleg; znajduje się bardzo fajna, nad samą rzeką (można się wykąpać, zrobić pranie), idealna trawa, nawet mamy stolik z ławkami pod nosem.

XX dzień - Licko - Vrhovine - Jez. Plitwickie - [BiH] - Bihac - Bosanski Petrovac



DST 137,9 km - AVS 21,4 km/h - MAX 61,3 km/h - ALT 1493 m


Pogoda wyraźnie się nam ustabilizowała, wreszcie jest to na co liczyliśmy wjeżdżając na Bałkany - ciepło i bezdeszczowo, skończyły się na dobre popołudniowe opady, które nas męczyły przez połowę trasy. Rano próbuję zakleić materac samopompujący Therm-a-Rest, który wczoraj w czasie nocnego przestawiania namiotu się przedziurawił, niestety nie mam specjalnego zestawu naprawczego, pożyczony od Mikiego jego zestaw pomaga tyle o ile - powietrze schodzi trochę wolniej. Materac bez powietrza daje wygodę i izolację mniej więcej karimaty, więc nie jest to tragedia, niemniej oczekiwałem więcej po produkcie za ponad 400zł. Kierujemy się w stronę Bośni, nasz pierwszy cel to słynne jeziora Plitwickie. Kawałek za Lickiem rozpoczyna się dość łagodny podjazd, który okazał się zaskakująco długi, w sumie wjeżdżamy aż na 800m. Początkowo do Plitvic mieliśmy skręcać sprzed Gornjego Babiego Potoku, ale droga okazała się kamienistą szutrówką, więc skręcamy w następną, nieco lepiej wyglądająca na mapie. W rzeczywistości też niespecjalna, ale jednak asfalt, choć bardzo dziurawy, jest też fragment kostki. Droga w lesie, pagórkowata. Dość nieoczekiwanie wjeżdżamy do parku jezior Plitwickich od tyłu, z tej strony nie ma żadnego wejścia. To o tyle dziwne, że wstęp kosztuje niemało, w 2004 płaciłem prawie 100zł. A od tej strony wylatuje się na asfaltówkę, którą po terenie parku jeździ ciuchcia wożąca zwiedzających. Zatrzymujemy się po drodze, nawet schodzę po ostrej skarpie by zrobić zdjęcia najbardziej widowiskowych wodospadów. Trochę szkoda, że droga którą jedziemy jest w gęstym lesie, przez to widoki na jeziora mamy dość ograniczone, a czasu na dokładniejsze zwiedzanie brak. Docieramy w ten sposób do głównego wejścia, którym wyjeżdżamy na szosę do Plitwic. Ruch na niej zdecydowanie mniejszy niż miałem w 2004 roku, wybudowanie nowej autostrady prowadzącej spod Zagrzebia nad morze zdecydowanie ją odciążyło. Zaliczamy ze 100m podjazdu, po czym zaczynają się długie zjazdy (z 650m na 400m). Od rana zdążyło się już zrobić bardzo ciepło, temperatura wyraźnie przekracza 30'C. W Innovacu skręcamy na Bihac i stajemy na dłuższy odpoczynek na zacienionym przystanku. Droga do Bihaca pagórkowata, ale więcej mamy w dół, przed samą granicą wjeżdżamy na rozległą równinę, z której bardzo fajnie prezentują się okoliczne góry.
Do Bośni wjeżdżamy bez problemów, ale co nas dziwi - nigdzie nie ma kantorów. Po wizycie w paru sklepach okazuje się, że można tu płacić w euro, resztę najczęściej wydają w swoich markach konwertywnych (banknoty jakości papieru toaletowego :); z grubsza obowiązuje kurs 1E=2marki. Szosy całkiem przyzwoite, widać że jest tu biedniej niż w Chorwacji, ale nie jest to porażająca różnica, natomiast co nas bardzo cieszy - jest zdecydowanie taniej, poziom cen porównywalny z polskim, ponadto przy drogach jest po prostu zatrzęsienie sklepów (w Chorwacji było z tym dużo gorzej), czynnych w każdych godzinach, nawet w niedzielę późnym wieczorem. Do Bihaca dalej mamy w dół, pojawiają się pierwsze meczety, samo miasto raczej niespecjalne. W centrum był remont mostu, który samochody musiały omijać długim objazdem, my przejeżdżamy kładką dla pieszych. Kawałek za Bihacem zaczyna się długa seria podjazdów, w sumie z 200m aż na 750m, nachylenie może nie jakieś super wymagające, ale za to początek w ostrym słońcu, później na szczęście pojawiło się trochę chmur i jazda zrobiła się przyjemniejsza. Po odpoczynku wjeżdżamy na przełączkę 800m i zaczyna się bardzo fajny kawałek, dla mnie jeden z ładniejszych w Bośni - rozległe zielone łąki otoczone górami, ogromne przestrzenie na których nie ma w ogóle osad, fajny kontrast w porównaniu do rejonu Bihaca, mocno zaludnionego i zeszpeconego brzydka zabudową. Taki krajobraz ciągnie się przez wiele kilometrów, aż do Bosanskiego Petrovaca. Tam postanawiamy się wybrać do restauracji by spróbować lokalnej specjalności - czyli jagnięciny. Obiad bardzo smaczny, przyjemnie było zjeść wreszcie coś "normalnego" po tylu dniach. Z pełnymi żołądkami wyjeżdżamy kawałek za miasto i rozkładamy obozowisko na jednej z łąk.

DALEJ >>>