BALKALPIN - 2009




XI dzień - Ora - Trydent - Besenello - Malga Palazzo (1580m) - Acquaviva



DST 82,1 km - AVS 15,3 km/h - MAX 46,1 km/h - ALT 1685 m


Pierwszy kawałek dzisiejszego dnia to zupełnie płaściutkie 40km do Trydentu, trasa łatwa i do tego piękna, mamy wspaniałe widoki na górskie zbocza opadające niemal pionowo do doliny Adygi, właśnie takim zboczem będzie prowadzić podjazd na słynną Malgę Palazzo - czyli najcięższy podjazd całej Europy, a pewnie i świata. Na przedmieściach Trydentu znajdujemy sklep rowerowy w którym kupuję klucz zgubiony przed Oberstdorfem, poprawiam też lekko rozregulowane łożyska (do których dokręcenia są potrzebne dwa takie klucze). Wjeżdżamy do centrum Trydentu, na pięknym rynku jemy lody (mimo wczesnej godziny już jest grubo powyżej 30'C). Przy wyjeździe z Trydnetu trochę kołujemy zanim udaje nam się trafić na właściwą drogę, zatrzymujemy się jeszcze w McDonaldzie, gdzie Miki pije zimną colę i jedziemy do Besenello. Upał robi się potworny, licznik pokazuje 39-40'C, w takich temperaturach jeszcze nigdy w swojej "karierze" nie jeździłem. Docieramy do Besenello i zaczynamy się rozglądać za drogą na Malgę. Okazało się, że to wcale nie takie proste, bo nigdzie nie ma znaków kierujących na podjazd, na GPS też drogi nie widać. Najpierw ja pojechałem na krótki rekonesans, ale na drodze przed kamieniołomem mocne nachylenie zniechęciło mnie do dalszej jazdy, nie wyglądało, że to tutaj może prowadzić droga - co okazało się błędem. Zjeżdżam do miasteczka, Miki w międzyczasie rozmawiał z miejscowym rowerzystą i wynikało z tego, że droga rzeczywiście prowadzi przez kamieniołom. I faktycznie - droga w miasteczku to Via Scanuppia, czego nie zauważyłem. Ruszamy więc wąziutkimi, brukowanymi uliczkami Besenello w górę, niestety daleko nie zajechaliśmy bo okazało się, że mam gumę. Niepotrzebnie wczoraj dopompowywałem rower i leciutka dętka Extra Lite tego nie wytrzymała (dziura jest od wewnątrz). W czasie gdy zaklejałem dziurę Miki ruszył w górę i znalazł podjazd na Malgę; wrócił po mnie już bez części bagażu. Ruszamy więc wspólnie w górę, już pod koniec miasteczka nachylenie przekracza 15%, na ściankach przed kamieniołomem nawet 20%, z pełnym bagażem to juz ekstremum. Przejeżdżamy kamieniołom i fotografujemy się przy słynnym znaku informującym o nachyleniu 45% (tam rozpoczyna się właściwy podjazd). Przepakowujemy bagaże zabierając najpotrzebniejsze rzeczy (w tym sporo picia), resztę zostawiamy w krzakach.
Podjazd od razu na dzień dobry momentalnie wycina, nachylenia potężne - jak na Nebelhornie, z tym że różnica jest zasadnicza - na Maldze nie ma asfaltu, tylko beton, na którym opony mają świetną przyczepność - i da się normalnie jechać, częste postoje spowodowane są tylko zmęczeniem, nie problemami ze ślizgającymi się oponami. Pierwsza część podjazdu to jest niesamowita rzeźnia, długie kawałki z nachyleniami ponad 30%, stawać trzeba co 30-50m, więcej płuca i nogi nie wyrabiają; ruszanie na takiej ścianie też do przyjemności nie należy. Na początku drogi towarzyszą nam stacje drogi krzyżowej - nie da się ukryć, że lepszego miejsca na to nie można było wybrać; my też mamy tu prawdziwą Golgotę :)). Po kilku pierwszych ścianach orientuję, że znowu złapałem gumę, co mnie zdrowo wkurzyło, przeklinając na sprzęt biorę się za naprawę, niepotrzebnie w Besenello łatałem gumę, zamiast zmienić dętkę na grubszą (normalną nie ExL). Po napompowaniu zakładam koło i okazało się, że nie mieści się w rozpiętych hamulcach, po przepchnięciu na siłę klocek hamulcowy wysunął się trochę z szufladki. Awarii bez obcążek (które zostały w bagażu na dole) nie dało się usunąć - więc dalej muszę jechać bez hamulca, co bardzo przeszkadza nawet na podjeździe (bo był bardzo przydatny przy ruszaniu na takim nachyleniu, tylny działa symbolicznie). Kontynuujemy jazdę, nadal jest upał 34-35'C, ale na szczęście większość trasy jest zacieniona, więc słońce tak nie przeszkadza. Do wysokości ok. 750m podjazd jest potworny, kawałków poniżej 20% jest co kot napłakał, ścian powyżej 30% nie brakuje. Już zdrowo wypompowani docieramy do zakrętu, gdzie kończy się ta najcięższa część; mocno nie doceniliśmy tego podjazdu, myśleliśmy że zajmie nam dużo mniej czasu, tłumacząc sobie - w końcu ile można jechać 7km? Okazało się, że jednak można bardzo długo :)). Podjazd sumarycznie dużo cięższy od Nebelhornu choć tam były większe nachylenia na prostych (do 45%, tu dochodzą do 35%, powyżej 40% jest tylko na zakrętach) - to tutaj zabija długość podjazdu (aż 1300m deniwelacji ze średnim nachyleniem 17%). Kawałek na wys. 800-1000m jest w miarę płaski (na Maldze płasko to tak 12-15% fragmenty gdy nachylenie spada poniżej 10% - to jak jazda po płaskim :)). Na wys. ok. 1000m mylę drogę - jadę ostro pod górę, zamiast przez mini wioseczkę, musiałem wracać spory kawałek, jak się później dowiedziałem w tym samym miejscu nabrał się też Miki. Co ciekawe - na tym wzgórzu nie brakuje zamieszkanych domostw, widziałem co najmniej kilkadziesiąt, a tą piekielną drogą jeździ trochę samochodów (mijało nas z 10 pojazdów).
Końcówka to znowu ciężkie ściany, wiele powyżej 20%, ale już nie aż tak ciężkie jak na samym dole, choć z drugiej strony dużo większe zmęczenie. W samej końcówce betonowa droga przechodzi w kamienistą, po czym po kawałku kończy się utwardzona nawierzchnia, trzeba otworzyć bramkę i pojechać kawałek szutrem, który wyprowadza na górską halę - czyli ową słynną Malgę Palazzo (malga to po włosku hala - jak się później dowiedzieliśmy). Żadnej tabliczki, żadnych oznaczeń - parę drewnianych chałup - tak się kończy najcięższy podjazd Europy. Jako, że czasu nie ma za wiele - szybko ruszam w dół, rychło okazuje się, że bez przedniego hamulca nie ma mowy o pokonywaniu zjazdu na rowerze, większość trasy muszę biec. Na ok. 1300m spotykam Mikiego, chwilkę rozmawiamy umawiając się na spotkanie na dole, po czym kontynuuję "zjeżdżanie", spiesząc się bardzo by być na dole przed 19, by się jeszcze załapać na zakupy w sklepie. Namęczyłem się na tym zjeździe niewąsko, normalnie człowiek po mordędze podjazdu ma zawsze nagrodę w postaci szybkiego zjazdu - ale na Maldze nie ma tak lekko... Na dół docieram z porządnym juz bólem łydek (od zbiegania na takim nachyleniu), szybko zakładam bagaże i ruszam w dół do Besenello, docierając do sklepu parę minut przed zamknięciem, wizja lodów i zimnej coli trzymała mnie przy życiu na podjeździe. Robię zakupy, jem lody i biorę się za naprawę hamulca. Na to wszystko zeszła się z godzina - akurat gdy skończyłem dociera Miki - i dzielimy się wrażeniami z tego jedynego w swoim rodzaju podjazdu, rzeźni, która nie ma sobie równych w Europie (a pewnie i na świecie). Na mięciutkich nóżkach wracamy do głównej szosy, jedziemy kawałek w stronę Trydentu, po czym podobnie jak wczoraj zjeżdżamy w winnice i rozbijamy się w jednej z nich.

XII dzień - Acquaviva - Trydent - Stringo - Castello Tesino - Passo Brocon (1620m) - Canal San Bovo



DST 101,8 km - AVS 16,9 km/h - MAX 52,5 km/h - ALT 2018 m


Pierwszy kawałek dzisiejszego dnia - to powrót wczorajszą trasą do Trydentu. Już w samym mieście zaczynają się podjazdy, całkiem ostre, w sumie wjeżdżamy aż na ok.450m. Wybraliśmy jazdę boczną drogą, bo główna w tym rejonie ma charakter dwujezdniowej drogi ekspresowej. Ale wkrótce ostre podjazdy na bocznej drodze dają nam tak porządnie w kość (nachylenia po 10-12% , większość na pełnym słońcu) - że zaczynamy się zastanawiać czy jednak na ekspresówkę nie wjechać, bo do początku dzisiejszego głównego punktu programu - długiego podjazdu na Passo Brocon jeszcze duży kawał i nie ma sensu tracić sił na masę drobnych górek na dojeździe do tej właściwej, jeśli da się to ominąć. Przed Civezzano coś mi się pokręciło i sądząc, że Miki już zjechał w dół do głównej szosy - też poleciałem, co kosztowało nas z 50m niepotrzebnego podjazdu (bo na główną szosę w tym miejscu nie dało się wjechać). Jedziemy więc jeszcze kawałek boczną i przed Cire Fratte wjeżdżamy na główną. I było to dobre rozwiązanie, bo górek było na niej znacznie mniej, dzięki czemu jechało się szybciej i znacznie mniejszym wysiłek. Droga była oznaczona w sposób cudaczny, kilka razy pojawiały się znaki drogi ekspresowej, nawet autostrady (niepłatnej - bo we Włoszech są ich dwa rodzaje), później nie było żadnego znaku że taka droga się kończyła, a po paru km nieoczekiwanie pojawiało się oznaczenie, że np. za 1km znowu zaczyna się autostrada. Co najistotniejsze - było szerokie pobocze i nikt się do nas nie czepił, we Włoszech takie numery spokojnie przechodzą, to typowo południowy naród i przepisy traktują z dużą swobodą, w przeciwieństwie do np. Niemców. Wjeżdżamy na niewyraźną przełęcz ok. 500m, po czym trochę jedziemy łagodnie w dół, dopiero przy zjeździe z głównej szosy w rejonie Strigno zaczynają się większe ścianki, w miasteczku stajemy na zasłużony postój. Upał powyżej 35'C, z ulgą leżymy sobie w cieniu pod drzewami.
Za Strigno zaczyna się już porządny podjazd, słońce na nachyleniu 5-8%, chwilami więcej potężnie daje się we znaki, jest 38'C. Do położonego na ok. 800m Bieno docieram zmordowany, życie uratowała mi tam studzienka z wodą, gdzie spędziłem parę minut, później również i Miki zawarł z nią znajomość :)). Za Bieno już jest łagodniej, wjeżdża się na małą przełęcz ok.900m, z której szybkim zjazdem docieram do Pieve Tesino, gdzie czekam na Mikiego. Dalej ładną drogą dojeżdżamy do Castello Tesino (miasteczko fajnie położone na wzgórzu), tam zaczyna się właściwy podjazd na Passo Brocon. Nachylenie jest umiarkowane (z reguły 5-6%), niemniej tego dnia mamy już masę gór w nogach i dlatego podjazd okazuje się nadspodziewanie ciężki, ciągnął się niemiłosiernie, na 1300m robię sobie odpoczynek na ok.15min. Większość drogi jest w lesie, więc widokowo podjazd średni, za to na całe szczęście zaszło słońce i temperatura zrobiła się dużo przyjemniejsza. Już na wys. 1600m jest długie wypłaszczenie, wreszcie pojawiają się ciekawsze widoki, dobrych kilka km jedzie się niemal po równym, pogoda szybko zaczyna się psuć, robi się pochmurno, temperatura już poniżej 20'C, zaczyna nawet grzmieć. Na przełęczy czekam sporo na Mikiego (któremu przełęcz jeszcze bardziej dała się we znaki), trochę już marznąc, bo zdrowo wieje. Po przyjeździe Mikiego szybkie fotki, przebieramy się na zjazd i ruszamy. W dół droga bardzo kręta, moje hamulce wyją niesamowicie, już na początku Canal San Bovo postanawiam zmienić klocki hamulcowe, zeszło się na to sporo czasu, bo w czasie roboty zginęła jedna z części, tak więc ledwo-ledwo wyrobiliśmy się przed ulewą. Na nocleg rozbijamy się w bardzo nietypowym miejscu - pod ogromnym wiaduktem, wysokim na dobre 30-40m, już tak nisko upadliśmy, że zaczynamy spać pod mostami :)). Ledwo rozstawiliśmy namioty - a potężnie lunęło i padało dobrych parę godzin; Mikiego który miał namiot trochę bliżej mostu dodatkowo jeszcze zalewała woda ściekająca z góry.

XIII dzień - Canal San Bovo - San Martino di Castrozza - Passo Rolle (1984m) - Paneveggio - Passo Valles (2033m) - Falcade - Alleghe



DST 81,3 km - AVS 15,1 km/h - MAX 51,7 km/h - ALT 2220 m


Dzisiaj czeka nas ciężki górski dzień z dwiema wymagającymi przełęczami, dość krótki dystans niewiele mówi o trudności tej trasy, od rana po wczorajszej burzy nie ma śladu - mamy znowu pełne słońce. Na starcie przejeżdżamy przez centrum Canal San Bovo i zastanawiamy się nad wyborem dalszej drogi. Po analizie mapy i wysokości pokazywanych na GPS-ie uznajemy, że znacznie sensowniejsze będzie przejechanie do doliny San Martino tunelem, niż starą drogą przez góry - bo ta wymagałaby niemal 300m podjazdu, a że dzisiaj gór ma być masa, nie ma co przeginać i jeszcze więcej ich sobie dokładać. Tunel oczywiście z zakazem, długi (ponad 3km) ale za to zdecydowanie w dół - więc pokonujemy go błyskawicznie, z prędkością pod 50km/h. Początek trasy doliną San Martino to łagodniutki podjazd, mijamy kilka ładnych miasteczek, robimy zakupy, poważniejsze góry zaczynają się za Sirorem, jest parę ścianek po ok.10%, ale generalnie nachylenie spokojne. Widoki raczej mizerne, głównie w lesie, dopiero przed San Martino zaczynają prawdziwe Dolomity. W samym miasteczku (narciarski kurort z ładną górska zabudową) odpoczywamy, po czym ruszamy na drugą część podjazdu, wg profilu miała być ostrzejsza, ale faktycznie jest to podobne nachylenie jak niżej. Dość szybko zaczyna się za to psuć pogoda, trochę nawet popaduje, chmury ograniczają widoki na wspaniałe dolomickie szczyty. Na ok. 1800m droga wyjeżdża nad las i roztacza się szersza perspektywa na zielone łąki i liczne skałki, jest sporo pasących się jasnych krów; droga bardzo kręta z dużą ilością serpentyn. Na szczycie długo nie zabawiłem, nie czekałem na Mikiego - bo akurat dopadł mnie mocniejszy deszcz, więc szybko chciałem zjechać w dół. Na zjeździe popadywać zaczęło na tyle mocno, że musiałem się przebrać w strój przeciwdeszczowy i jechać ostrożnie. Przy skręcie na Passo Valles (na ok. 1570m) czekam na Mikiego, w międzyczasie nieźle przemarzłem, bo mocno się ochłodziło do ok. 14-15'C, choć też przestało padać.
Gdy dociera Miki szybko ruszamy na Passo Valles, bo w tych warunkach nie ma co czekać aż się mocno rozpada. Pogoda jest jednak bardzo kapryśna, po drodze kilka razy nas mocno "sieknęło", przebierałem się chyba dwa razy. A trzeba dodać, że Valles jest przełęczą zdecydowanie cięższą od Rolle, przewyższenie to niecałe 500m, ale za to nachylenie średnie oscyluje koło 9%, a to z pełnym bagażem już bardzo dużo. W końcu decyduję się jechać w gore-texie, bo już mnie zniechęciło to ciągłe przebieranie. Na przełęcz docieram już bardzo zmordowany ostrą końcówką; częściowo w chmurach, co rusz popaduje, po ok. 15min jest i Miki. Robimy tylko fotki (na przełęczy przechadza się ładny bernardyn), ubieramy ciepło - i ruszamy. Zjazd masakryczny, zdecydowanie najgorszy na tej wyprawie - zimno, deszcz, bardzo duże przewyższenie (na dole jest ok. 850m), nachylenia jeszcze większe niż na podjeździe i co najgorsze - w moim rowerze ciągle szwankują hamulce, tylny właściwie w ogóle nie działa, dlatego zjeżdżam bardzo ostrożnie, z duszą na ramieniu, Miki wyprzedził mnie dużo. W Falcade (ok.1250m) kończy się najostrzejsza część zjazdu, chwilkę tu odsapnęliśmy, ale dalej popaduje, przestało dopiero na samym dole w rejonie Cencenighe, tutaj wreszcie mogę się przebrać w rowerowy strój i krótkie spodenki. Końcówka trasy to już dość ulgowy kawałek w stronę Caprile, podjeżdżamy w sumie ponad 100m, ale po Valles takie odcinki nie robią na nas juz większego wrażenia. Widoki robią się przepiękne, wjeżdżamy w serce Dolomitów, koło Alleghe możemy podziwiać wspaniały masyw Civetty, przejeżdżamy też nad pięknie wkomponowanym w górski krajobraz jeziorem Alleghe. Kawałek dalej rozbijamy się na nocleg na polance pod opuszczonym domem; Miki jedzie jeszcze do Alleghe na pizzę, ja w tym czasie biorę się za zmianę klocków hamulcowych tym razem w tylnym kole. Dzień jednak bardzo trudny, masa gór (ponad 2000m podjazdów), niska średnia (to także efekt deszczowych zjazdów, na których nie można było poszarżować). W porównaniu z wczorajszym dniem jechało się nam sporo lepiej (duże znaczenie miał tu fakt, że przełęcze były dużo wcześniej niż wczorajszy Brocon pokonywany na setnym kilometrze) i jesteśmy w bojowych nastrojach przed jutrzejszym królewskim etapem w Dolomitach.

XIV dzień - Alleghe - Caprile - Passo Falzarego (2105m) - Passo Valparola (2192m) - Cortina d'Ampezzo (1205m) - Passo Tre Croci (1805m) - Misurina - Tre Cime di Lavaredo (2351m) - Misurina - Auronzo - San Stefano



DST 122 km - AVS 16,8 km/h - MAX 71,5 km/h - ALT 3361 m


Ruszamy wcześnie, niestety pogoda tym razem nas zawiodła - od samego rana jest pochmurnie, deszcz wisi w powietrzu. W Caprile sie rozdzielamy - Miki, mimo moich delikatnych sugestii postanawia pojechać do Cortiny przez przełęcz Giau (w planach mieliśmy Falzarego, ale Mikiego skusiło to, że Giau jest na liscie BIG - belgijskiej stronce z podjazdami, moim zdaniem opartej na dziwacznych zasadach dobierania gór). Giau jest dużo cięższa od Falzarego (na obie wjechałem w 2004 roku), dlatego przy dzisiejszym bardzo nabitym planie uważałem za dość ryzykowne jazdę przez tą przełęcz; do tego Falzarego jest przełęczą znacznie ładniejszą.
Tak więc samotnie ruszam na Falzarego, początkowe metry dość ostre (do 10%), dalej przełęcz jest umiarkowanie trudna (z reguły 5-7%), dość chłodno - co na podjazd jest lepszą pogodą od upału. Szybko wpadam w dobry rytm i jedzie mi się świetnie, zatrzymywałem się tylko na zdjęcia i wymianę baterii w GPS. Widoki niebrzydkie, wprawdzie jest sporo chmur, ale są fantastycznie wpasowane w górskie doliny, zarówno pod i nad drogą którą jadę. Końcówka podjazdu - przepiękna, jedzie się skalnym, wapiennym zboczem, jest tunel w którym droga zakręca o 180 stopni i kawałek dalej wyprowadza na siodło przełęczy z którego roztaczają się przepiękne widoki na masywy Cinque Torre i Lagazuoi na który prowadzi kolejka z przełęczy (wjeżdżałem na szczyt, gdy parę lat temu byłem tu nartach). Ale pogoda nie rozpieszcza, na szczycie robi się zimno, temperatura spada poniżej 10'C, więc bez odpoczynku ruszam na Valparolę (2192m), z Falzarego to zaledwie niecałe 100m podjazdu, więc szkoda nie skorzystać, w 2004 po rajdzie po czterech przełęczach byłem na to już za bardzo zmęczony. Kawałek na Valparolę co prawda króciutki -ale bardzo ostry, średnio z 10%, ścianki po 12-13%. Ale za to przełęcz piękna - dość wąskie górskie siodło wciśnięte w skały. Na szczycie zaczyna popadywać, więc czym prędzej przebieram się na zjazd i wracam na Falzarego, tam już pada porządniej, zakładam nawet grube gore-texowe rękawice, bo zjazd jest długi, a temperatura to zaledwie 8'C. Zjazd nieprzyjemny, sporo deszczu, mokra szosa, choć nie jest tak ostro i kręto jak wczoraj na Valles, więc jedzie się jednak wyraźnie lepiej. Gdy docieram do Pocolu, gdzie moja droga łączy się z tą z Giau, pada porządniej, a że niespecjalnie mi się uśmiecha marźnięcie w czasie oczekiwania Mikiego - więc postanawiam wyjechać mu naprzeciw :). Z Pocolu jest króciutki zjazd, tam w krzakach chowam większość bagażu, zabierając w górę tylko niezbędne rzeczy. Giau tak jak to zapamiętałem z 2004 - to ciężkie, solidne nachylenie 9-11%, do tego jadę w stroju przeciwdeszczowym, bo co chwilę trochę popaduje. Dojechałem aż na jakieś 1900m (GPS trochę mi zaczął świrować na tym kawałku), tam spotkałem zjeżdżającego z przełęczy Mikiego, mocno zaskoczonego moim pojawieniem się. Jako, że wjechałem już tak wysoko poważnie się zastanawiałem czy nie spróbować wjechać na szczyt; jednak akurat zaczęło mocniej lać, co skutecznie wybiło mi ten pomysł z głowy. Wracamy więc do Pocolu, przepakowuję rzeczy i kontynuujemy deszczowy zjazd do Cortiny. Ze zjazdu są fantastyczne widoki na całą przepiękną kotlinę Cortiny, niestety dzisiaj nie mamy tyle szczęścia co ja w 2004 i chmury skrywają wiele szczytów; choć widać niemało. W Cortinie robimy rundkę po centrum, długo szukamy sklepu, ale akurat jak na złość trwa sjesta, więc stajemy odpocząć z tym co jeszcze mamy.
Cortinę opuszczamy drogą na Passo Tre Croci (przestało padać), która zaraz za miastem "pokazuje różki", wg profilu miała to być raczej lekka górka - niemniej dała nam zdrowo w kość, nie brakuje ścian ponad 10%, ciągnie się długo. Widokowo też ładna, szczególnie końcówka, gdy mija się wspaniały trzytysięczny masyw Cristallo, gdzie prowadzą z poziomu szosy wyciągi narciarskie. Na przełęczy czekałem na Mikiego ponad pół h; widać, że zaliczenie z pełnym bagażem tak ciężkiej przełęczy jak Giau nieźle go wykończyło i na Tre Croci dociera już zdrowo zjechany; postanawia też zrezygnować z najsłynniejszego dolomickiego podjazdu na Tre Cime, słusznie uważając - że nie ma się co żyłować na siłę, jazda ma być w końcu przyjemnością; w ogóle Miki zaczyna się zastanawiać czy ma sens jazda dalej trasą naszej wyprawy - co mnie już do reszty zniechęciło do BIG-ów :). A co zabawne - jak sprawdziłem po powrocie, w owej klasyfikacji BIG Falzarego rzeczywiście nie było; natomiast była Valparola (i oczywiście Tre Cime z którego Miki musiał zrezygnować); tak więc pchania się przez Giau sensu tego dnia nie było.
Z Tre Croci zjeżdżamy ze 150m (wreszcie sucha jezdnia i można trochę docisnąć), po czym zaliczamy krótką, ale ostrą ściankę na drodze do Misuriny. Ta położona jest nad przepięknym jeziorem, wpasowana w wysokie góry niesamowicie. Przed sklepem przepakowuję bagaż (w górę trzeba zabrać wszystkie rzeczy na deszcz, bo pogoda ciągle niepewna) i zostawiam pod opieką Mikiego. Podjazd na Tre Cime di Lavaredo to bez dwóch zdań królewska ściana Dolomitów - najcięższa, najwyższa, a do tego jeszcze chyba najpiękniejsza widokowo. Od razu za Misuriną zaczyna się rzeźnickie nachylenie 14-15% i to na długich kawałkach, na ok. 1870m jest zjazd z 50m nad kolejne piękne górskie jezioro, z którego dalej jest już tylko pod górę. Podjazd bardzo ciężki, poniżej 11% praktycznie nie spada, są długie odcinki w granicach 15-16%, a w końcówce nawet pod 20%. Do tego im wyżej - tym szybciej psuje się pogoda, rychło dopada mnie deszcz, mocno wieje, na ok. 2150m pada już na tyle mocno, że jestem zmuszony przebrać się w strój na deszcz (bez długich spodni, bo bym na tych ścianach chyba nie wyrobił). Końcówka coraz bardziej widowiskowa, zza chmur przebłyskuje wspaniały masyw Tre Cime, legendarna góra dla wielu wspinaczy, znana z ekstremalnie trudnych tras wspinaczkowych. Na szczycie chwilkę posiedziałem zupełnie sam, porobiłem sporo fotek i ruszam w dół, bo czasu za wiele nie było. Zjazd mizerny, mokra szosa na takim nachyleniu powoduje, że trzeba jechać ostrożnie, nie można się rozpędzać za bardzo bo później się nie wyhamuje. Błyskawicznie docieram do Misuriny, przepakowuję bagaży i ruszamy z Mikim (któremu odpoczynek bardzo dobrze zrobił) w dalszą drogę. Tym razem wreszcie w dół - z Misuriny zaczyna się długi zjazd w stronę Auronzo di Cadore i wreszcie można poszaleć - sucha szosa, duże nachylenie, leciutko przekraczam 70km/h. Za Auronzo jest jezioro z fenomenalnym widokiem na Dolomity, jednym z najpiękniejszych jakie widzieliśmy na tej wyprawie (porównywalnym z równie wspaniałym jeziorem w Misurinie). Za Auronzo wjeżdżamy w długi, ponad 3km tunel, jedziemy jeszcze kawałek w stronę San Stefano, pod przydrożnym kranikiem robimy krótką toaletę i przepierkę, po czym wracamy z pół kilometra i rozbijamy się na łące. Miki długo jeszcze się zastanawiał nad tym czy dalej wspólnie ze mną jechać, czy też wybrać mniej morderczą trasę przez Alpy i Hochtor. Do tego mocno go wkurzyła awaria MP3 zakupionego w Merano, dla Mikiego bardzo przydatnego gadżetu, szczególnie na długie podjazdy.

XV dzień - San Stefano - Cima Sappada (1290m) - Ovaro (550m) - Monte Zoncolan (1747m) - Ovaro - Tolmezzo - Amaro



DST 93,1 km - AVS 19 km/h - MAX 73,7 km/h - ALT 1827 m


Zbieramy się dość sprawnie i szybko ruszamy na trasę. Pogoda przyzwoita, od razu za San Stefano zaczyna się jazda pod górę, aczkolwiek nachylenie malutkie, powolna wspinaczka w górę zacienionej, dość ponurej doliny. Dopiero po jakiś 10-15km dolina się zwęża i zaczyna się ostrzejszy podjazd na Cima Sappada. Na wysokości ok. 1100-1200m jest piękny wodospad, przy którym na chwilę stajemy, robiąc krótką przerwę na zdjęcia i odsapnięcie. Kawałek dalej zaczyna się Sappada, kurort narciarski, ciągnie się dość długo, później jest troszkę zjazdów i zaczyna się krótka ścianka do Cima Sappada, mniejszej od Sappady wioski ładnie wpasowanej w góry. Tam stajemy na dłuższy odpoczynek pod małym kościółkiem. Jest dość chłodno, jakieś 15-17'C, słońce nieczęsto widujemy. Za Sappadą od razu zaczyna się zjazd do Ovaro, długi, z krótką ostrą 15% ścianką, na której udaje mi się wyciągnąć 73,7km/h. Cały zjazd przyjemny, szybko docieramy do Ovaro, skąd mamy ruszać na słynny z Giro d'Italia Monte Zoncolan. Oczywiście na tak ciężki podjazd nie ma co uderzać z pełnym bagażem, więc szukamy miejsca na zostawienie bagaży. Mikiemu udało się dogadać z bardzo uprzejmą dziewczyną pracującą w miejscowej informacji turystycznej, która zgodziła się zabrać samochodem bagaże do swojego domu (położonego wyżej, właśnie w drodze na Zoncolan). Więc przepakowujemy bagaże, jemy co-nieco, przygotowując się do jednego z największych wyzwań tej wyprawy. Niestety pogoda bardzo szybko się pogarsza i rychło nad Ovaro wisi ciemna warstwa chmur, wygląda to fatalnie, zaliczanie tak ekstremalnej góry w stroju przeciwdeszczowym zupełnie nam się nie uśmiecha.
Ale nie ma co czekać, bo na przejaśnienie nie ma widoków - więc szybko ruszamy w górę. Już kawałek za Ovaro są zdrowe ścianki (ponad 10%), później troszkę lżej i wjeżdżamy do Liaris (gdzie mieszka Nadia, która wzięła nasze bagaże) i gdzie dopada nas ulewa. Zatrzymujemy się na przystanku, przeczekując główne uderzenie deszczu. Siedzieliśmy tam w sumie chyba z pół h, ale w końcu przestało padać, więc ruszamy, choć pogoda dalej jest pod psem. Za Liaris od razu widać, dlaczego Zoncolan jest uważany za jeden z najtrudniejszych podjazdów szosowych, poniżej 10% nachylenie praktycznie nie spada, za pierwszym zakrętem, już w lesie, chwilami przekracza nawet 20%. Ale nawierzchnia jest świetna, nie ma problemów z przyczepnością, więc na lekkich rowerach dajemy sobie radę całkiem przyzwoicie, choć oczywiście prędkość zdecydowanie poniżej 10km/h. Na ok. 1000m ponownie bardziej się rozpadało, więc zakładam ochraniacze by nie zamoczyć butów, na kurtkę i długie spodnie się nie zdecydowałem - na takim nachyleniu za bardzo bym się zapocił; Miki jedzie w sandałach, w ogóle się nie przebierając. Podjazd bardzo długi i bardzo ciężki (średnio aż 12%, a odejmując bardziej płaski początek do Liaris jeszcze więcej, przewyższenie aż 1200m). Czuć tutaj ducha wielkiego sportu - co jakieś 500m są wielkie portrety słynnych kolarzy, poczynając od tych przedwojennych, kończąc na współczesnych. Widokowo podjazd niespecjalny, cały czas w lesie, dopiero w końcówce robi się ciekawie. Ruchu nie ma żadnego, natomiast powyżej jakiś 1300m pojawia się sporo krów, z których wiele wchodzi na wąziutką drogę, tak że trzeba się między nimi niemal przeciskać. Już mocno zmordowany staję na krótki odpoczynek na 1500m, ostatni fragment to długi, widowiskowy trawers, jest sporo skał, po czym droga wjeżdża w dwa bardzo wąskie i zupełnie ciemne tunele, po których jeszcze jest końcowa, ok. 50m ściana z ostrym, ok. 15% nachyleniem - i z dużą satysfakcją melduję się na szczycie. Krótki odpoczynek i szybko się przebieram, bo zrobiło się zimno (8'C), zaczyna też coraz bardziej popadywać (na podjeździe była głównie mżawka). Jakieś 10min po mnie dociera Miki, który od kraniku za Liaris jechał w ogóle bez postojów.
Przebieramy się w pełne stroje przeciwdeszczowe, strzelamy wspólną fotkę na szczycie i ruszamy na zjazd. Mieliśmy sporo szczęścia - bo ledwo ruszyliśmy to zaczęła się ulewa, gdyby dopadła nas jeszcze na podjeździe byłoby fatalnie. Niemniej zjazd jest tragiczny, na tak masakrycznym nachyleniu jazda po mokrej drodze, w strumieniach deszczu jest bardzo niebezpieczna, do tego wytrzęsło nas nieźle, bo jak wspominałem mocno się ochłodziło. Z moimi niespecjalnymi hamulcami wolałem nie ryzykować i jechałem bardzo wolno, Miki zjechał sporo szybciej i zaczekał na mnie w Liaris. Już wspólnie szybko dojeżdżamy do domku Nadii, gdzie udało się nam wkręcić na ciepłą herbatę - co bardzo nam się przydało, bo byliśmy juz zdrowo przemarznięci. Przy okazji dowiedzieliśmy, że jeszcze tydzień przed naszą wizytą tunele na Zoncolanie były nieprzejezdne z powodu zalegającego śniegu (a jest pierwsza dekada lipca!), do tego w tym rejonie Włoch, podobno od dłuższego czasu nie ma dnia by przynajmniej raz nie padało. Gdy w końcu ruszamy w dalszą drogę - na szczęście przestało padać, a im dalej od Ovaro tym pogoda robi się lepsza. Odcinek do Tolmezzo to szybka jazda w dół doliny, gdy dojeżdżamy na sam dół (poziom ok. 300m) jest już całkiem ciepło, powyżej 20'C. Przed Tolmezzo robimy jeszcze zakupy w dyskoncie (zdecydowanie taniej niż w zwykłych marketach), samo miasto omijamy obwodnicą. W krajobrazie spore zmiany - nie ma już pięknych wapiennych szczytów charakteryzujących Dolomity, w tym rejonie większość gór jest porośnięta lasami, a w dolinach rzeki zajmują nawet po 500-1000m szerokości, z tym że sama rzeka z reguły jest wąziutka, natomiast otaczają ją bardzo szerokie łachy z białych kamieni. W Amaro nabieramy wodę i po krótkich poszukiwaniach znajdujemy bardzo przyjemną zatoczkę przy drodze, pod bokiem mamy strumyczek, więc można się porządniej umyć.

DALEJ >>>