BALKALPIN - 2009




VI dzień - Landshut - Freising - Monachium - Starnberg - Weilheim - Peissenberg



DST 143,2 km - AVS 21,2 km/h - MAX 51,6 km/h - ALT 841 m


Dziś kończy się samotna część mojej wyprawy - w Monachium mam się spotkać z Mikim, który dojeżdża tu z Polski pociągiem. Po wymianie SMS-ów wiem o której godzinie i na którym peronie ma dojechać (a na rozkładzie niemieckich kolei można polegać), więc mogę sobie zaplanować czasowo trasę. Dzień zaczynam od przejażdżki po Landshucie, w którym akurat trwają przygotowania do lokalnego święta (podobno jakaś kilkusetletnia rocznica ślubu niemieckiego władcy z polską księżniczką, jak mi tłumaczył spotkany rowerzysta). Miasto robi duże wrażenie (piękna starówka, zamek na wzgórzu), widać że to bogata Bawaria. Za miastem wjeżdżam na drogę którą pokonywałem w 2002 roku podczas wyprawy w Alpy. Pogoda marna, pochmurno, 17-18'C, płasko, ale trochę pod wiatr więc jedzie się niespecjalnie. Niemniej na płaskiej trasie kilometry zawsze szybciej lecą niż w górach, więc szybko melduję się we Freisingu, odpoczywam podobnie jak w 2002 w ładnym parku (tylko że wtedy był upał 33-34'C). Za Freisingiem jeszcze trochę jazdy przez pola, po czym wjeżdżam do aglomeracji Monachium i dość długo przebijam się przez miasto. W samym centrum jest organizowany jakiś wielki masowy bieg, co spowodowało, że bardzo trudno się było przedostać koło najciekawszych obiektów miasta (przede wszystkim Marienplatz). Z centrum już tylko rzut beretem na dworzec, jestem z 15min przed pociągiem Mikiego, który dojeżdża punktualnie. Witamy się, dzielimy wrażeniami z dotychczasowej jazdy i ruszamy na trasę.
Długo wyjeżdżamy z Monachium w kierunku południowym (do nawigacji w mieście bardzo przydaje się GPS), droga przez Grunwald (tak, tak!) jest nieciekawa, duży ruch; Miki ma spore problemy z licznikiem (zablokowany przycisk samoczynnie kasuje wszystkie dzienne dane). W Schaftlarn zjeżdżamy z głównej drogi, zaliczamy krótką ostrą ściankę i jedziemy do Starnbergu niebrzydką drogą, częściowo w lesie. Dalej poruszamy się drogą wzdłuż jeziora Starnberg, zatrzymujemy się na postój. Sporo czasu straciliśmy na przeprawę remontowaną drogą, nie pojechaliśmy objazdem licząc, że rowerem się przejedzie, ale okazało się że zerwany jest duży kawał szosy na skarpie, trzeba było przenosić rowery przez dwa płoty i prowadzić po budowie; nie zawsze "cwaniaczkowanie" popłaca :). Przed Tutzing dopada nas spory deszcz, który przeczekujemy pod dość ekskluzywnym hotelem. Mokrą, pagórkowatą drogą kontynuujemy jazdę odbijając znad jeziora w stronę Weilheim, gdzie wjeżdżamy na główniejszą drogę. Ostatni kawałeczek do Peissenbergu już raczej płaski, na nocleg rozbijamy się kawałek za miasteczkiem. Miejscówka całkiem fajna - na zielonym polu, niedaleko rzeki, wkrótce odwiedziło nas kilka koni pasących się na ogrodzonym polu sąsiadującym z naszym, wyraźnie zainteresowanych naszą obecnością :)

VII dzień - Peissenberg - Rottenbuch - Steingaden - Schwangau - Nesselwang - Oberstdorf



DST 110,8 km - AVS 21,4 km/h - MAX 65,4 km/h - ALT 1357 m


Rano dobra, słoneczna pogoda, od razu na samym starcie zaczynamy podjazd do Bobing, wcale nie taki lekki, w sumie ze 150m. Później trochę po płaskim i bardzo ostry zjazd na którym przekraczamy 60km/h. Duża prędkość się przydała, bo bez kawałka płaskiego od razu zaczyna się jeszcze ostrzejszy podjazd do Rottenbuch (13-14%), z piękną końcóweczką w ładnym miasteczku z kostką. Chwilkę odpoczywamy po czym pagórkowatą drogą docieramy do Steingaden, kawałek wcześniej wjeżdżamy na główną drogę do Schwangau. Po zakupach w sklepie ruszamy dalej, ruch nie jest za wielki, a droga piękna z coraz ładniejszymi widokami na wyrastające z zielonych łąk alpejskie szczyty. Kawałek przed Schwangau skręcamy do słynnego "disneyowskiego" zamku wybudowanego Ludwika Szalonego - Neuschwanstein. Zamek już z paru kilometrów prezentuje się fantastycznie, co rusz zatrzymujemy się na fotki. U stóp wzgórza na którym stoi - oczywiście tłumy turystów. Do samego zamku trzeba zaliczyć bardzo wymagający 150m podjazd, z nachyleniami po 10-11%; przedzieramy się przez setki turystów, wyprzedzamy wiozące leniwych dorożki. Zamek położony jest fantastycznie, na szczycie ostrej skały, choć jak dla mnie troszkę lepiej prezentuje się jednak z dołu. Robimy trochę zdjęć, chwilkę odpoczywamy, po czym zjeżdżamy ta samą drogą. W Fussen poszukujemy sklepów rowerowych bo Mikiemu zależy na wymianie licznika. Niestety okazało się, że z VDO akurat jest niewielki wybór, a kablowego MC 1.0 nie sposób dostać. Ale warto tu parę słów poświęcić niemieckim sklepom rowerowym - nawet w niewielkich miasteczkach można spotkać naprawdę wypasione, np. bez problemów można poprzymierzać świetną rowerową odzież firmy Gore-Bike (wiele produktów), w Polsce nawet w Warszawie można sobie o tym pomarzyć. Ponadto gołym okiem widać zupełnie inne proporcje sprzętu - rowery szosowe występują tak samo często jak MTB, w Polsce można je dostać w bardzo niewielu sklepach, podobnie jest z typowo szosowym osprzętem. Trochę na to chodzenie po sklepach straciliśmy czasu (czekaliśmy trochę na otwarcie jednego), więc szybko ruszamy dalej i niebrzydką drogą kontynuujemy jazdę u stóp Alp.
Niestety pogoda szybko zaczyna się psuć i wkrótce dopada nas deszcz, kilka razy zatrzymujemy się na trochę by go przeczekać. Za Nesselwangiem zaczynają się trochę większe górki, myśleliśmy że będzie tutaj bardziej płasko, a tymczasem musimy się wdrapywać na ponad 1000m, na podjeździe lekko popaduje, dopiero podczas długiego zjazdu do doliny Oberstdorfu wreszcie się wypogadza na dobre. Do Sonthofen jedziemy boczną drogą, dalej (obawiając się że wpakujemy się na większe górki) decydujemy się wjechać na główną. Górek wielkich nie było, ruch niestety bardzo duży, do tego walczymy z przeciwnym wiatrem. Kawałek przed Oberstdorfem w moim rowerze przestaje działać tylna przerzutka. Po krótkim "oglądzie" okazało się, że awaria jest cudaczna - linka zablokowała się w pancerzu, wystarczyło parę kropel smaru do łańcucha. Niestety w czasie naprawy zgubiłem klucz imbusowy nr5 (najpopularniejszy rozmiar, który musiałem później osobno kupować). Wjeżdżamy do centrum Oberstdorfu, po krótkiej rundce po miasteczku zjeżdżamy kawałek w dół doliny na kemping położony tuż przy linii kolejowej (namioty mamy ze 20-30m od torów). Za to widoki wspaniałe, skocznię narciarską słynną z Turnieju Czterech Skoczni widzimy jak na dłoni. Dzień bardzo przyjemny, pokonany na luzie, bez ścigania się z czasem, z dużą ilością odpoczynków, niemal wypoczynkowy (po mojej wcześniejszej trasie do Monachium) - tak się powinno jeździć na wyprawach, niestety później już niewiele mieliśmy takich "dniówek :))

VIII dzień - Oberstdorf - Nebelhorn (1936m) - Oberstdorf - Oberjoch (1178m) - [A] - Reutte - Fernpass (1210m) - Nassereith



DST 121,9 km - AVS 17,5 km/h - MAX 71,1 km/h - ALT 2399 m


Dzisiaj na samym początku dnia czeka nas jedno z największych wyzwań wyprawy - czyli podjazd na słynny Nebelhorn, jeden z najcięższych podjazdów Europy. Właśnie dlatego nocowaliśmy na kempingu - by móc zostawić bezpiecznie bagaże, ruszamy z małymi, 4-5kg sakwami. Szybko podjeżdżamy pod skocznię (bo właśnie tam się zaczyna podjazd) i po paru fotkach ruszamy. Od razu na początku zaczyna się ostre nachylenie, poniżej 10% spada bardzo rzadko, są i fragmenty, gdzie lekko przekracza 20%, średnio jakieś 13-15%. To juz bardzo wymagające nachylenie, prędkość wyraźnie poniżej 10km/h, jadę często na przedostatnim biegu. Droga dobrej jakości, czasem są krótkie betonowe wstawki, ale wiele to nie przeszkadza; widokowo nic ciekawego - trasa w lesie. Dopiero gdy docieramy do stacji pośredniej kolejki na Nebelhorn (na ok. 1270m) rozpościera się piękny widok na zielone hale i dwutysięczne szczyty. Trochę odpoczywamy, po czym ruszamy na drugą część podjazdu, dużo cięższą, dzięki której Nebelhorn cieszy się zasłużoną sławą piekielnie ostrej góry. Początek jeszcze w normie, 8-9%, choć wyraźnie pogorszyła się nawierzchnia, zmienia się w taki psujący się asfalt, przechodzący w żwir, Miki jedzie swoim tempem, trochę z tyłu. Pierwsza ściana juz z daleka robi ogromne wrażenie, od razu wrzucam ostatni bieg (26-34). Nachylenie przekracza 30%, w połowie ścianki mnie zatrzymało, bo tylne koło straciło przyczepność. Ruszanie na takim nachyleniu (i przede wszystkim takiej nawierzchni) to straszna masakra, trzeba próbować po kilka razy, a jak się już ruszy to potężne nachylenie natychmiast wycina, bardzo szybko traci się oddech, nawet jazda tempem 5-6km/h jest bardzo trudna. Po dwóch zakrętach docieram do górskiej rzeki, gdzie zaczyna się prawdziwa rzeźnia - to tutaj są najcięższe ściany, z których słynie Nebelhorn, dochodzące do 45% na prostej. Spotykam dwóch amerykańskich turystów idących tu pieszo, robią mi parę fotek, po czym ruszam dalej. Niestety okazuje się, że podjechanie tej ściany w całości jest niemożliwe, stan nawierzchni jest coraz gorszy, utrzymać się przez całą ścianę na takim nachyleniu na sypkim żwirze przekracza moje możliwości. Próbuję ruszać po kilkanaście razy, po czym fragmentami rower podprowadzam w miejsce, gdzie asfalt jest w nieco lepszym stanie. Nie da się ukryć, że taka jazda bardzo wkurza, nie pozwala na równą walkę z górą, w 100% jej podjechać nie dałem rady. I tak właściwie szarpię się przez sporą część podjazdu, ruszając dziesiątki razy na ogromnym nachyleniu, co jakiś czas podprowadzając 5-10m na najbardziej zepsutych fragmentach nawierzchni. Miałem tez kilka wywrotek, bo rower bardzo często skręca. Generalnie podjazd trzyma cały czas średnio w granicach 20%, najcięższe 2-3 ściany przekraczające 40% są na ok. 1450-1600m, 30% też parę; najgorsza nawierzchnia jest właśnie w rejonie tych najostrzejszych ścian . Pod szczyt docieram więc już zdrowo zjechany, dopiero tutaj udało mi się dogonić idących pieszo Amerykanów, z których jeden biegnąc za rowerem popchnął mnie teraz w górę spory kawałek :)). Ze szczytu jadę jeszcze kawałek na punkt widokowy, robię sporo fotek; Mikiego już od dłuższego czasu nie widziałem na podjeździe - okazało się, że zniechęcony fatalną nawierzchnią postanowił zrezygnować w rejonie tych najcięższych ścianek - i zjechał do Oberstdorfu. Po krótkim odpoczynku ruszam w dół, ale rychło okazało się, że jazda na takiej drodze w dół jest bardzo niebezpieczna, na sypkim żwirze i 30% nie jestem w stanie wyhamować do zera, zaliczam w ten sposób dwie gleby, dużo groźniejsze niż na podjeździe (bo i prędkość już jakaś była) lekko przytarłem sakwę. Po tej nauczce na najostrzejszych fragmentach sprowadzam rower, bo jechać bezpiecznie się nie da. Od ok. 1400m da się już jechać normalnie, więc szybko docieram z powrotem na kemping, gdzie dzielimy się z Mikim wrażeniami z tego niesamowitego podjazdu.
Szybko zwijamy obozowisko i ruszamy dalej, bo jeszcze spory kawał wymagającej trasy przed nami. Tym razem do Sonthofen wracamy boczną (nie główną jak wczoraj) drogą, wymaga to zaliczenia ok. 50m, czyli podobnie jak na głównej drodze, a ruch malutki, więc na pewno tędy bardziej warto jechać. W Sonthofen skręcamy na wschód i kierujemy się w stronę Austrii. Pierwsza część podjazdu pod graniczną przełęcz Oberjoch zupełnie łagodna, dopiero za Bad Hindelang zaczyna się fajnie położony podjazd (serpentyny nad miasteczkiem, zamek na górze). Nachylenie umiarkowane (4-6%), ale za to zrobiło się całkiem ciepło i upał trochę przeszkadza. Na ok. 1150m docieramy do miasteczka Oberjoch, droga się wypłaszcza, trochę po zupełnie płaskim, oraz jeszcze jedna dłuższa ścianka, Austria zaczyna się już kawałek poniżej właściwej przełęczy; tam zatrzymujemy się na dłuższy postój. Z przełęczy zjazd ok. 100m, po czym zaczyna się jazda doliną. Myśleliśmy, że będzie bardziej w dół - a tu nieoczekiwanie okazuje się że sporo podjeżdżamy. Co zabawne - podjazd jest tak łagodny, że mamy wrażenie jazdy w dół, gdyby nie wysokościomierze to byśmy się nie zorientowali :)). Dopiero po ponad 15km takiej jazdy (piękny kawałek nad jeziorem Haldensee) zaczyna się porządny ok. 200m zjazd do doliny rzeki Lech, wyciągam ponad 70km/h. Stąd do Reutte walczymy z niezłym wiatrem, wiejącym jak to zwykle w Alpach bywa w górę doliny. W Reutte stajemy na zakupy, trochę odpoczywamy pod marketem; decydujemy się spróbować przejechać dzisiaj przez Fernpass (wg planu mieliśmy dotrzeć do Ehrwaldu) - tak by jutro (także bardzo wymagający dzień) mieć trochę krótszy odcinek do pokonania.
Zaraz za Reutte zaczyna się podjazd, w sumie aż na 1050m, co trochę nas wkurzyło (bo wg mapy miało być lekko ponad 900m). Na zjeździe do Lermoos mamy fantastyczne widoki na najwyższy szczyt Niemiec Zugspitze, przypominają się nam chwilę z początku zeszłorocznej wyprawy Giro d'Alpi, żałujemy, że tym razem Marek nie mógł do nas dołączyć. Do Ehrwaldu już nie zjeżdżamy, jedziemy trasą przez Biberwier, szybko zaczyna się bardzo przyjemny podjazd pod Fernpass (piękne widoki na turkusowe jezioro, nachylenie nie za ciężkie, dobry asfalt). W końcówce niestety lekko zaczęło popadywać, chwilkę czekamy na parkingu przed szczytem, potem już na samej przełęczy przeczekujemy większe uderzenie deszczu z pół h. Zjazd z przełęczy bardzo nieprzyjemny, znowu mocniej się rozpadało, kawałek przed Nasereith zaczynamy się juz rozglądać za noclegiem, bo już powoli zmierzch się zbliża. W końcu rozbijamy się na bocznej dróżce, kawałek od głównej szosy, wszędzie mokro, ale na szczęście już nie pada, kolejny dzień powtarza się ten sam schemat pogodowy - rano świetnie, wieczorem opady.

IX dzień - Nassereith - Imst - Solden - Otztal Arena (2829m) - Solden



DST 97,6 km - AVS 17,4 km/h - MAX 67,4 km/h - ALT 2533 m


Rano znowu świetna pogoda, sprawnie się zwijamy i ruszamy na trasę, niestety dość szybko okazuje się, że wczorajszy deszcz nadwyrężył moje hamulce i straciliśmy trochę czasu na poprawienie tego. Po tym kontynuujemy jazdę w stronę Imst, generalnie sporo w dół, w sumie na 720m. W Imst skręcamy na Innsbruck i jedziemy ok. 10km (jedna ścianka po drodze, piękny mini-kanion Innu) w kierunku wschodnim, po czym skręcamy tym razem na północ, wjeżdżając do wielkiej doliny Otztal. Przy samym wlocie doliny stajemy na większe zakupy, generalnie w Austrii ceny są całkowicie do zaakceptowania, trochę drożej niż u nas, drożej też niż w zeszłym roku (zmiana kursu euro). Po postoju ruszamy w górę doliny, bardzo szybko pojawiają się piękne widoki wielkich, dwutysięcznych szczytów. Droga z początku dość łagodna, ale dość szybko po ok. 10km jazdy zaliczamy długą serię podjazdów wyprowadzających nas na wysokość ponad 1100m, dolina w tym miejscu gwałtownie się wznosi, płynąca dnem rzeka Otztaler Ache gwałtownie spada serią kaskad (dobre miejsca na rafting). Po pokonaniu tego przełomu dolina gwałtownie się rozszerza, mamy coraz piękniejsze widoki na zielone łąki i coraz wyższe szczyty dookoła, część wierzchołków juz lekko zaśnieżona. Dobrym tempem ciągniemy do Solden (cały czas mamy wiatr w plecy, tak więc mimo jazdy w górę średnia wysoka). Samo Solden ciągnie się dobrych parę kilometrów, to jakby taki zespół miejski grupujący parę mniejszych wiosek jak się zorientowaliśmy z zamieszczonej przy wjeździe mapy. Jedziemy jeszcze parę km i docieramy do położonego mniej więcej w centrum kempingu.
Rozstawiamy namioty, przepakowujemy bagaże, jemy co-nieco, szykując się do dzisiejszego głównego "dania dnia" - czyli podjazdu na Otztal Arenę, najwyższą szosę całych Alp (a drugą w całej Europie). Podobnie jak na Nebelhorn jedziemy tylko z jedną sakwą z niezbędnymi rzeczami. Od razu po zjeździe z głównej szosy zaczyna się ciężka góra, oscylująca w granicach 11-13%. I tak jest przez długi czas, nachylenie bardzo rzadko spada poniżej 10%, cały czas jest stabilne; Otztal Arena to nie tylko najwyższy podjazd Alp, ale także i jeden z najcięższych, średnie nachylenie na przewyższeniu aż 1400m to aż ok. 10,5% (czyli więcej niż słynne Mortirolo). Pierwsza część podjazdu to dość szeroka droga w lesie, sporo serpentyn, wbijamy się na zbocze górujące nad Solden. Na troszkę ponad 2000m jest krótki zjazd (też bramka opłat dla samochodów bo dalej droga jest płatna), po czym zaczyna się druga część podjazdu, zupełnie inna od pierwszej - na tej wysokości nie ma już lasu, tylko ponura i piękna skalna dolina, widać już lodowiec na który doprowadza podjazd. Najpierw długa upierdliwa prosta (cały czas mordercze nachylenia) po której bez oporów spacerują sobie kozy, potem następuje seria serpentyn fantastycznie wpasowanych w skalne zbocze. Wraz z wysokością robi się coraz zimniej, powyżej 2500m temperatura spada poniżej 10'C, też trochę wieje, do tego coraz bardziej zaczyna się chmurzyć, widać że prędzej czy później z tego może lunąć. Już porządnie zmęczony docieram do lodowca Rettenbachtferner (ok. 2650m), gdzie droga się rozdziela. Jako, że Mikiego na podjeździe nie widzę - ruszam na Pitztaler Joch (2800m). Podjazd mimo, że już nie tak długi (ok. 150m) - to cholernie ciężki, grubo ponad 10%, ze ściankami po 15%; jednym słowem końcówka wspaniałej góry prawdziwie królewska. Także i widoki są królewskie, bo dojeżdża się do samych stóp lodowca, można sobie pochodzić po śniegu, strzelić piękne fotki; bo w końcu niewielu ma okazję zdobywać alpejskie lodowce rowerami :)) Po krótkim odpoczynku i napawaniu się widokami ruszam w dół do skrzyżowania. Przejrzałem serpentyny podjazdu przez zoom aparatu - ale Mikiego dalej nie mogłem zauważyć, więc uznałem iż jest sporo niżej, albo w ogóle zrezygnował i ruszam by zdobyć najwyższą drogę Alp, przy lodowcu Tiefenbachtferner. Podjazd nielekki, choć nie aż tak mocno nachylony jak końcówka Pitztaler Joch. Pierwszy kawałek to piękny przejazd przez skały, dalej zaczyna się długi tunel, ok. 2km, mocno nachylony (w granicach 10%). Tunel oświetlony, niemniej bardzo mokry, no i oczywiście zimny (7'C). Jako że nie ma zakrętów - cały czas widać to przysłowiowe światełko w tunelu. Już bardzo zmęczony docieram na szczyt (najwyższy punkt tej drogi i jednocześnie najwyższa szos całych Alp to właśnie wylot tunelu). Odpoczywam chwilę, delektując się zupełną ciszą i pięknymi widokami na drugi co do wysokości szczyt Austrii - Wildspitze i wiele innych okolicznych lodowców, co ciekawe po tej stronie tunelu jest wyraźnie cieplej niż w rejonie Rettenbachtferner. Ale, że pogoda za pewna nie była - szybko ruszam w dół, wcześniej jeszcze sobie zjechałem kawałek poniżej tunelu na parking, ale wiele tam ciekawego do oglądania nie było. Ruszam więc w dół na bardzo długi zjazd do Solden. W tunelu było strasznie zimno, bo gnałem 60km/h, do tego jadąc mokrą drogą nieźle się uświniłem, wyglądałem jak po ukończeniu błotnego maratonu MTB :)). Zjazd szybko mija, na takim nachyleniu zjeżdża się błyskawicznie, u góry zaczęło też już popadywać). Przy krótkim podjeździku na ok. 2000m, gdzie na chwilę stanąłem niespodziewanie pojawia się Miki - okazało się że musieliśmy się minąć, w czasie gdy ja jechałem w tunelu, Miki podjeżdżał na Pitztaler. Trochę nie zrozumiał moich wyjaśnień na dole odnośnie tego która z dwóch dróg jest wyższa i w efekcie zdobył trzecią co do wysokości drogę Alp zamiast najwyższej, bo pogoda tak szybko się zaczęła psuć, że nie miał już czasu na zaliczanie obu podjazdów. Szybko kończymy zjazd i wracamy na kemping. Wyczucie czasu mieliśmy idealne, bo krótko po naszym powrocie zaczęła się porządna burza z piorunami i dużą ilością deszczu, niezłego mieliśmy farta że nas to nie złapało u góry.

X dzień - Solden - Timmelsjoch (2480m) - [I] - Merano - Bolzano - Ora



DST 120,5 km - AVS 21 km/h - MAX 66,1 km/h - ALT 1624 m


Rano znowu słońce, pięknie oświetlające dolinę Oetztal; szybko pakujemy się i ruszamy na trasę; ze 20min przed nami z kempingu rusza też małżeństwo niemieckich sakwiarzy. Wpadamy jeszcze na chwilę do sklepu, po czym ruszamy w górę doliny. Początek, zaraz za Solden dość ostry, później lekki zjeździk i dalsza jazda w górę doliny. Widokowo trasa bardzo ładna, dużo zielonych łąk, lasów; wyżej pojawia się też trochę lodowców po prawej i widowiskowe zbocze po lewej (którym wkrótce będziemy podjeżdżać) i to wszystko pięknie oświetlone porannym słońcem, . Podjazd umiarkowany, z reguły w granicach 4-5%, jedzie się całkiem przyjemnie. Na wys. ok.1900m w rejonie Obergurgl zatrzymujemy się na odpoczynek, gdy ruszamy dalej droga zakręca o 180 stopni i ostro wrzyna się w widziane wcześniej zbocze. Podjazd robi się dużo ostrzejszy po 8-10% a są nawet i fragmenty ponad 12%. W Hochgurgl na wys. ok. 2130m droga się wypłaszcza i roztaczają się wspaniałe widoki na leżącą dużo niżej zieloną dolinę Otztal, tutaj też doganiam sakwiarzy którzy ruszyli przed nami z Solden. Kawałek dalej są rogatki (dla samochodów dalej droga jest płatna), po czym długi, ponad 100m zjazd, po którym droga skręca o 90 stopni w kierunku wschodnim i wspina w górę. Podjeżdżamy na zachodnie zbocze, więc mimo że to już lipiec, przy drodze leży jeszcze całkiem sporo śniegu, im wyżej - tym więcej. Widokowo podjazd piękny, jeden z najładniejszych na tej wyprawie, fantastyczny kontrast soczyście zielonych łąk i białego śniegu; rowerowo - bardzo wymagający, nachylenie prawie cały czas 9-11%, do tego to jedna z najwyższych przełęczy Europy, więc podjazd ciągnie się bardzo długo. W końcu już mocno zmęczony docieram na szczyt, niestety trochę zeszpecony stojącym tu dość wysokim dźwigiem. Odpoczywając mam świetną perspektywę na serpentyny podjazdu i obserwuję jak z górą walczą niemieccy sakwiarze i Miki. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta Niemka - podjeżdżała z pełnym, czterosakwowym bagażem, a trzymała takie samo tempo jak Miki - wielkie gratulacje, z rozmowy z małżeństwem dowiedziałem się że dalej też nie zamierzają się oszczędzać, jadą w Alpy francuskie, jutro zamierzają wjechać na słynne Stelvio. Ok. 30min po mnie dociera Miki, w końcowej fazie podjazdu obaj kręcimy trochę filmików.
Odpoczywamy jeszcze trochę, po czym wjeżdżając do Włoch rozpoczynamy jeden z najdłuższych zjazdów Europy - z 2500m aż na 300m do Merano. Pierwsza część - bardzo ostra, trzepie się często ponad 50km/h, choć często trzeba hamować, bo droga jest bardzo kręta. Po włoskiej stronie zupełnie inne krajobrazy, w ogóle nie ma śniegu (wschodnie zbocze), wszędzie zielono. Wraz z pokonywanymi błyskawicznie kilometrami robi się coraz cieplej i wkrótce musimy się przebierać. Od jakiś 1700m zjazd nieco łagodnieje, jedziemy teraz wzdłuż rzeki (choć dużo nad nią), od ok.1000m nachylenie wyraźnie maleje i we znaki zaczyna się dawać przeciwny wiatr, jak to zwykle w Alpach - wiejący w górę doliny. Ale jednak jest zauważalnie w dół, a to powoduje, że ciągle jedzie się dość szybko, ok. 30km/h. Najbardziej wywiało nas na kawałku za San Leonard, gdzie jest spory kawałek bardziej płasko, we znaki zaczyna się tez dawać upał, temperatura dochodzi do 34'C, w porównaniu z ok. 20'C na szczycie Timmelsjochu to duży przeskok. Końcówka przed Merano to znowu ostrzejsze zjazdy, okolica piękna, dużo małych wiosek i położonych na górskich zboczach winnic, znowu kilka razy mijamy się z parą Niemców, ostatecznie rozstajemy się już w centrum miasta.
Odpoczywamy koło pięknego mostu nad Adygą, upał ogromny, skusiłem się na bardzo smaczne lody, w tym czasie Miki wybrał się na poszukiwania nowego odtwarzacza MP3 (stary mu padł na trasie). Pod sklepem czekamy z pół h na przegranie zawartości pendrive'a na nowy odtwarzacz; po czym ruszamy do Bolzano niebrzydką drogą przez liczne plantacje jabłek (kilka zamków na wzgórzach), którą pokonywaliśmy w ubiegłym roku. Na szczęście wiatr się trochę uspokoił i już tak nie przeszkadza, za to dużo bardziej daje się we znaki upał, na samym dole temperatura dochodzi do 38'C. Trochę przed Bolzano odpoczywamy pod kranikiem z wodą (to prawdziwe błogosławieństwo dla zmęczonych rowerzystów w krajach alpejskich, na Bałkanach będzie nam tego bardzo brakowało). Bolzano mijamy bokiem, po czym wpakowaliśmy się na główniejsza drogę do Ory, pokonując długi, ze 3km tunel. Końcówka to już zupełnie płaska droga w szerokiej w tym miejscu dolinie Adygi, dookoła ogromne plantacje winogron, na jednej z nich kawałek za Orą się rozbijamy na nocleg, nawet wieczorem upał zdrowo daje się we znaki, w namiocie ledwo da się wytrzymać.

DALEJ >>>