BALKALPIN 2009




Wstęp

Tegoroczna wyprawa miała być w zamyśle taką "poprawką" po wyprawach w Alpy i na Bałkany. W obu tych rejonach miałem jeszcze sporo do zobaczenia, kilka słynnych i bardzo ciężkich podjazdów w Alpach, wiele ciekawych miejsc na Bałkanach (w 2002 roku jechałem tylko nad morzem, a rok temu w 2008 z powodu pękniętej obręczy musiałem się wycofać w Durmitorze). Miałem na nią jechać wspólnie z Markiem i Mikim (z którymi byłem w zeszłym roku w Alpach), wszyscy bardzo lubimy jazdę w górach - dlatego trasę zaplanowałem bardzo wymagającą, koncentrując się na wielkich podjazdach zarówno w Alpach jak i na Bałkanach. Po pewnym czasie okazało się, że Marek jednak nie może jechać, tak więc ostatecznie pojechaliśmy we dwójkę. Początkowo mieliśmy jechać wspólnie z Monachium, ale krótko przed wyjazdem udało mi się zamienić w pracy na parę dni i zyskałem w ten sposób czas by ruszyć na wyprawę bezpośrednio z Warszawy.
Z modyfikacji sprzętowych - w tym roku zmieniłem dość drastycznie ekwipunek biwakowy, kupując nowy namiot - Hilleberg Akto. Głównym kryterium tego zakupu była niska waga (zaledwie 1,5kg) bardzo pożądana na górskiej trasie, to aż 2,5kg mniej w porównaniu z moim starym namiotem Marabut Atacama, choć oczywiście kosztem komfortu (znacznie mniej miejsca w środku namiotu, mniejszy przedsionek). Zamieniłem także karimatę na materac samopompujący Therm-aRest Prolite, tym razem tracąc trochę na wadze, zyskując za to na komforcie i znacznie mniejszym gabarycie po spakowaniu.

I dzień - [PL] - Warszawa - Żyrardów - Skierniewice - Jeżów - Brzeziny - Łódź - Szadek - Warta - Błaszki



DST 219 km - AVS 24,1 km/h - MAX 50,9 km/h - ALT 974 m


Od paru dni męczyło mnie przeziębienie, więc wyjazd stał pod dużym znakiem zapytania, poważnie rozważałem pierwotny plan - czyli dojazd pociągiem do Monachium wspólnie z Mikim. Wstałem wcześnie rano, przed 5 - i doszedłem do wniosku, że jednak dalej jestem lekko podziębiony i nie ma co ryzykować poważniejszej choroby, która mogłaby rozłożyć całą wyprawę. Ale też i bardzo było mi szkoda tych paru dni, więc przez parę godzin się długo waham. W międzyczasie zrobiła się bardzo fajna pogoda, do tego objawy przeziębienia niemal zupełnie przeszły. Tak więc ostatecznie decyduję się jednak zaryzykować i pojechać. Niestety za późno się zdecydowałem - i w efekcie ruszam na trasę dopiero ok. godziny 14, co przy dzisiejszym dystansie (ponad 200km) oznacza konieczność jazdy nocą dobrych paru godzin. W ogóle cały odcinek do Monachium jest bardzo napięty i wymaga dużej dyscypliny na trasie.
Z Warszawy wyjeżdżam drogą przez Raszyn, następnie parę kilometrów jadę szosą katowicką do Nadarzyna, gdzie skręcam na boczną drogę do Grodziska Maz. Pierwsze kilometry idą bardzo sprawnie, mam wiatr w plecy, prędkość średnia mimo jazdy z ciężkim bagażem oscyluje w granicach 26km/h. W Grodzisku wjeżdżam na drogę 719 i kieruję się na Żyrardów. Za tym miastem jazda robi się przyjemniejsza, dużo lasów, mały ruch. Do Skierniewic docieram w dobrej formie, mimo jazdy bez postojów, dopiero odcinek do Jeżowa (gdzie jest trochę górek) dał mi bardziej w kość i na pierwszym postoju po 100km wyraźnie już czuję dystans w nogach, jazda z bagażem to jednak nie to samo co na leciutkiej szosówce; ale przez ten mocno opóźniony wyjazd nie mam zupełnie czasu do stracenia. Po odpoczynku wjeżdżam na drogę do Łodzi, trasa niebrzydka, jest sporo małych górek (zaczyna się tzw. Garb Łódzki), niestety wrażenia psuje bardzo duży ruch. Pogoda szybko się psuje, gdy docieram do Łodzi - burza już wisi w powietrzu. Gdy jadłem obiad w McDonaldzie na Piotrkowskiej - nad Łodzią przechodzi silna burza z bardzo gwałtownymi opadami, na szczęście dość krótkotrwała; gdy po ok. pół godzinie ruszam dalej pada już symbolicznie. Szybko przebijam się przez miasto na drogę do Konstantynowa; tam niestety zaczyna padać już mocniej, więc przebieram się w strój przeciwdeszczowy. Powoli robi się też ciemno, więc odpalam oświetlenie. Padało (nie za mocno) tak przez 20-30km, później na szczęście przestało; droga dość pusta - więc nocą nie jechało się tak źle. W Szadku odpoczywam z 15-20min, kolejny kawałek do Warty - to dużo jazdy przez las, szczególnie za Rossoczycą, ma to swój urok - naprawdę ciemno, do tego niemal zupełnie pusto, dochodzi już północ i ruch jest symboliczny. Przekraczam Wartę, w miasteczku o tej samej nazwie krótko odpoczywam, na ostatnim kawałku do Błaszek juz czuję zmęczenie całą trasą. Kawałeczek przed Błaszkami zaczynam się rozglądać za sensownym miejscem na nocleg, po krótkim poszukiwaniu rozbijam się na dość szerokiej polnej drodze. Do nocnego rozkładania obozowiska bardzo przydaje się czołówka, którą w tym roku używam na wyprawie dopiero pierwszy raz. Do snu jestem gotowy dopiero trochę przed trzecią - co przy jutrzejszym planie nie wróży najlepiej :))

II dzień - Błaszki - Grabów n.Prosną - Ostrzeszów - Syców - Oleśnica - Wrocław - Kąty Wrocł. - Jawor - Jelenia Góra



DST 242,6 km - AVS 20,8 km/h - MAX 41,1 km/h - ALT 1693 m


Miałem zamiar spać do 6, ruszyć koło 8, ale okazało się, że po wczorajszym dniu pełnym wrażeń nie mogłem zasnąć, więc uznałem że sensowniej będzie ruszyć wcześniej bo dziś mam w planach jeszcze dłuższy dystans. O 6 jestem już na trasie, pogoda niestety niespecjalna - ciemne chmury i dość zimno. Do Grabowa sporo lasów, wjeżdżam do województwa wielkopolskiego. Przed Ostrzeszowem zaczynają się pierwsze małe górki, niestety zaczyna się też deszcz. Z mżawki dość szybko przechodzi w porządną ulewę, a że dziś nie mam zupełnie czasu na przeczekiwanie - przebieram się w strój przeciwdeszczowy i jadę dalej. Do Sycowa teren pagórkowaty, dopiero tutaj przestaje padać - tak więc po odpoczynku (smaczne pączki) mogę się przebrać z powrotem w strój kolarski. Zaraz za Sycowem wjeżdżam na ruchliwą trasę Warszawa-Wrocław, samochodów bardzo dużo, ale jest też dobre pobocze. Kawałek do Wrocławia bez historii, po prostu kilometry nudnej drogi do wklepania, jedyne urozmaicenie to przejazd przez Oleśnicę (szosa omija miasto i na tym kawałku przechodzi w ekspresówkę). Aglomeracja Wrocławia ciągnie się bardzo daleko, tak wiec już niedaleko za Oleśnicą wjeżdżam w miasto. Samo centrum Wrocławia niestety fatalne dla rowerzystów, wąskie uliczki z kiepską nawierzchnią, sporo jednokierunkowych, marzę tylko żeby wreszcie mieć to miasto za sobą. Obejrzałem tylko piękny Rynek i fragment Starego Miasta z katedrą, na resztę miałem dziś za mało czasu i ochoty na szarpaninę z ciężkim rowerem w tym mało przyjaznym dla bicykli mieście. Na drodze na Kąty był na domiar złego jakiś bardzo długi remont, część jechałem jednym pasem jezdni w wielkim korku, część po dziurawym chodniku. Tak więc chwilę w której zakończył się Wrocław przyjąłem z wielką ulgą, kawałek za miastem odpoczywam na przystanku.
Przed Kątami dopada mnie kolejna burza, deszcz gwałtowny ale na szczęście krótki, ze 20min. Dalej jadę bocznymi drogami na Ujazd, coraz bardziej daje się we znaki wiatr, który dzisiaj już na pewno nie jest tak korzystny jak wczoraj, wieje z północy, podczas gdy ja jadę bardziej na zachód. W Ujeździe znowu trochę popaduje, jadę dalej lekko pagórkowatą drogą na Jawor, gdzie trochę zakołowałem. Kawałek za Jaworem zatrzymuję się na długi postój w trakcie którego gotuję dwie zupki chińskie, na tak długim dystansie ciepły posiłek bardzo się przydaje. Gdy ruszam dalej niestety pada, a gdy zaczynają się większe podjazdy (wjeżdżam w Góry Kaczawskie) leje już jak z cebra. Podjazdy też mnie trochę zaskoczyły, spodziewałem się łagodnych wzgórz, tymczasem nie brakuje ostrych ścian po 11-12% gdzie w tych warunkach w gore-texie jedzie się bardzo ciężko. W sumie wjeżdżam na ponad 400m, trochę po płaskim i w dół w rejonie Świerzawy. Za Świerzawą zaczyna się długi podjazd na przełęcz przed Jelenią Górą, wjeżdża się aż na 620m, nie spodziewałem się tutaj tak wysokich gór, ulewa ani na chwilę nie spuszcza z tonu, widać że dzisiaj może tak lać jeszcze długo. Z wielką ulgą docieram na szczyt, zjeżdżam w dół bardzo ostrożnie, widoczność jest kiepściutka (w dodatku zaczyna już zmierzchać), droga śliska, więc nie ma co szarżować; do tego na zjeździe mocno zmarzłem, bo oczywiście gore-tex na deszczu nie najlepiej oddycha i podmacza koszulkę pod spodem. Do Jeleniej Góry dojeżdżam po 21, robi się już ciemno, miałem tu nocować na kempingu, ale że ciągle potężnie leje nie wchodzi to w grę, postanawiam przenocować w schronisku młodzieżowym (spałem tu w 2001 roku na trasie do Barcelony), dzięki GPS-owi szybko trafiam na miejsce, na szczęście jeszcze była obsługa. W schronisku były włączone kaloryfery, więc sporą część rzeczy udało mi się przesuszyć.
Dzień był wręcz masakryczny, wielki dystans jak na jazdę z sakwami (aż 240km), nieprzespana noc, do tego sporo gór, których większość była pod sam koniec - i do tego na tej górskiej końcówce była najgorsza pogoda, lało potężnie przez 40km; tak więc do Jeleniej Góry dotarłem już zdrowo zmordowany i wściekły na siebie że za ambitnie zaplanowałem trasę, dystanse ponad 200km to jednak na jazdę z sakwami zdecydowanie za dużo.

III dzień - Jelenia Góra - Przeł. Karkonoska (1198m) - [CZ] - Vrchlabi - Jicin - Nymburk - Kourim - Sazava



DST 173,9 km - AVS 19,8 km/h - MAX 63,1 km/h - ALT 2059 m


W nocy wreszcie się wyspałem, rano ciągle jest pochmurno, ale nie pada (a lało prawie całą noc, nawet jak wstałem robić śniadanie). Szybko ruszam na trasę, wyjeżdżając z Jeleniej Góry widzę, że kilkudniowe opady deszczu wyraźnie podniosły poziom wody w rzekach, Kamiennej juz niewiele brakuje do opuszczenia brzegów, jeszcze jeden-dwa deszcze takie jak lały wczoraj - i dojdzie do powodzi. Na samym starcie - od razu jedno z większych wyzwań całej wyprawy, czyli słynna przełęcz Karkonoska - najcięższy podjazd w Polsce. Początek to łagodna jazda przez Podgórzyn, minimalnie w dół, dopiero za tym miasteczkiem zaczyna się ostrzejsza góra. Droga wąziutka początkowo przez wioski, trochę powyżej 600m wjeżdża w las, mijam grupkę młodzieży kościelnej maszerującą pieszo w Karkonosze. Podjazd wymagający (nawet do 13-14%), ale to jeszcze nie to, prawdziwa rzeźnia zaczyna się dopiero za szlabanem na wys. ok. 800m. Tam już nachylenia przekraczają 20%, jadę na najlżejszym biegu 26-34, prędkość oscyluje w granicach 5-6km/h; wysiłek by jechać z pełnym bagażem na takiej ścianie ogromny. Niestety zaczyna się mżawka, która szybko przechodzi w mocny deszcz, co bardzo mnie wkurzyło, bo jazda w stroju przeciwdeszczowym na tak ekstremalnym podjeździe to już czysta męczarnia. Poczekałem chwilkę i na szczęście mocny deszcz przeszedł bokiem, jazda w mżawce już specjalnie nie przeszkadza. Podjazd ma swój niekłamany urok - wąziutka droga (asfalt dość dziurawy) w lesie, chmury wiszą bardzo nisko; tak więc mgła jest cały czas, chwilami widać na kilkanaście metrów. Z tych 800m gdzie zaczyna się bardzo trudny podjazd pierwszy kilometr jest bardzo ciężki, dwa kolejne w normie, po czym ostatni czwarty km znowu bardzo ciężki, z nachyleniami ponad 20%, szczególnie końcowa cholernie ostra ściana wyprowadzająca na przełęcz, ze 300m (w poziomie) dała mi się mocno we znaki, musiałem na niej stanąć na chwilę na hamulcach by złapać oddech. Na przełęczy widoczność właściwie zerowa, nawet się pomyliłem i podjechałem do schroniska Odrodzenie (1226m), też ostra ściana, sądząc, że stamtąd prowadzi droga do Czech. Pod hotelem przebieram się na zjazd w kompletny strój przeciwdeszczowy, też i w cieplejsze ubrania, bo szybko zacząłem marznąć, temperatura na szczycie oscyluje w granicach 8-9'C.
Na zjeździe rozpadało się mocno, ale to już tak jak na podjeździe nie przeszkadza, bo człowiek się o niebo mniej poci, chociaż trzeba bardzo uważać na śliskiej drodze (ale akurat obładowany rower jest wyraźnie stabilniejszy od pustego). Zjazd bardzo długi, szybko przejeżdżam przez Spindleruv Mlyn i jadę na Vrchlabi, przed którym przestaje padać, znowu się przebieram. Odcinek do Novej Paki mocno pagórkowaty, cały czas siedzi mi na plecach niewielka chmurka, z której co chwilę popaduje, tak więc przebierałem się jeszcze ze dwa razy. Ale im dalej Karkonosze zostają z tyłu - tym lepsza robi się pogoda, gdy na postój staję kilka km za Jicinem jest już pełne słońce. Droga - jak to w Czechach cały czas pagórkowata, ale generalnie więcej w dół - bo zjeżdżam w kierunku Łaby. W Dymokurach zjeżdżam z główniejszej drogi, skręcając na Nymburk, pogoda znowu daje się we znaki, sporo grzmi, a w rejonie Rasovic dopada mnie deszcz który postanawiam przeczekać. Zeszło się na to z pół h, po czym kontynuuję jazdę nieprzyjemną, mokrą drogą. W Nymburku (całkiem ładny) przekraczam Łabę i boczniejszymi drogami jadę na Sadskę i Kourim. Droga z początku płaska, powoli zaczyna się lekko wznosić. W Kourimie zatrzymuję się na kolejny odpoczynek na pięknym rynku - jest co pooglądać, to jedno z licznych ślicznych czeskich miasteczek (kamieniczki, brama wjazdowa na Stare Miasto), których w Polsce tak niewiele niestety mamy. Końcówka to już coraz większe pagórki i większe zmęczenie (ładna ścianka w Hornych Krutach ulokowanych na wzgórzu), coraz mocniej zaczyna mnie pobolewać kolano, kilka razy zmieniam ustawienie siodełka. Do Sazavy doprowadza mnie długi zjazd, powoli zaczyna już zmierzchać, w tym ładnie położonym miasteczku (w takim mini-kanionie) jeszcze trochę się nakołowałem poszukując kempingu, w końcu znajduję go na samym końcu miasta nad rzeką, jest trochę ludzi ale nie ma właściciela, rozbijam się i gotuję już po ciemku.

IV dzień - Sazava - Benesov - Neveklov - Sedlcany - Milevsko - Zvikov - Sedlice - Horazdovice - Susice - Annin



DST 174,9 km - AVS 19,2 km/h - MAX 54,6 km/h - ALT 2256 m


Dzisiaj czeka mnie bardzo wymagający dzień po czeskich górkach, więc ruszam bardzo wcześnie, na tyle wcześnie że ciągle nie ma właściciela kempingu, więc nocowałem za darmo :)). Od razu na dzień dobry zaliczam długi, ponad 200m podjazd za Sazavą (głównie w lesie). Jest dość pochmurno, nie za ciepło - ale na rower to niezłe warunki. Na odcinku do Benesova już widać, że dziś nie będzie łatwo - typowa czeska jazda, tylko góra-dół, podjazdy może nie jakieś super wymagające, ale za to cały czas. Benesov opuszczam ładną boczną drogą przez Konopiste (niedaleko jest tu piękny zamek) i już cały czas po pagórkach jadę do bardziej przemysłowych Sedlcan, gdzie po ok. 50km (i już prawie 800m podjazdów) staję na większy postój. Kolejny odcinek do Milevska jest też mocno pagórkowaty, po drodze mijam malowniczo położony na wzgórzu zamek w Vysokim Chlumcu. Za Milevskiem - dla odmiany znowu pagórki, większy podjazd za Velką, po czym długi zjazd na ok. 300m na most na Wełtawie, płynącej tutaj bardzo widowiskowym kanionem.
Za mostem jadę kawałek przez las, po czym skręcam na boczną drogę do zamku Zvikov. Z głównej szosy trzeba zjechać ze 2-3km i sporo w dół - ale warto! Zamek jest położony fantastycznie, na wysokiej kilkudziesięciometrowej skale w miejscu gdzie Otava wpada do Wełtawy, zachowany jak na budowlę średniowieczną nie tak źle; wrażenie robi przede wszystkim jego lokalizacja i wpasowanie w krajobraz. Na ławeczkach pod zamkiem robię dłuższy postój, po czym kontynuuję jazdę na Mirotice, gdzie skręcam na boczną drogę na Lom. Podjazdy robią się coraz bardziej wymagające, niektóre naprawdę ostre, po 10-11%, do tego asfalty bardzo kiepskiej jakości; mam już tego serdecznie dość, zdrowym przegięciem było zaplanowanie w takim terenie dystansu sporo ponad 150km i to kolejnego z rzędu. Naprawdę się wkurzyłem, gdy okazało się że droga z Lom do Blatnej jest zamknięta (położono świeżutki asfalt) i musiałem jechać objazdem przez Mużelice i Sedlice. Ale o dziwo okazało się że na tym objeździe wcale źle nie wyszedłem, bo z Sedlic postanowiłem jechać nie przez Blatną a bocznymi drogami przez Cekanice i Doubravice. I za Sedlicami droga się jednak wyraźnie wypłaszczyła, do tego wrócił przyzwoity asfalt, także i pogoda jest coraz lepsza, po porannych chmurach nie ma już śladu, wszędzie słońce. Za Horażdovicami staję na postój; ostatni odcinek do Susic też dość płaski, generalnie łagodna jazda w górę doliny i parę małych górek. Wreszcie pojawiają się ciekawsze widoki - góry Szumawy na horyzoncie. Jadę kawałek za Susice i na nocleg rozbijam się na ładnie położonym, leśnym kempingu w Anninie. Ledwo zjadłem obiad - a zaczęła się porządna ulewa, nie mam szczęścia do pogody, cały czas w kratkę.
Dzień bardzo wymagający i męczący - czeska klasyka w pełni! Całą trasę jechałem w przedziale wysokości 300-550m, nie było żadnego ciężkiego, długiego podjazdu - a mimo to suma podjazdów grubo przekroczyła 2000m, czyli wartość którą i w Alpach nie tak często się osiąga. Ale coś za coś - są i piękne widoki, śliczne czeskie miasteczka; tak więc jest co pooglądać.

V dzień - Annin - Zelezna Ruda - [D] - Zwiesel - Regen - Deggendorf - Landshut



DST 160,2 km - AVS 20,2 km/h - MAX 64,1 km/h - ALT 1447 m


Pół nocy padał deszcz, także i rano popaduje, na szczęście nie tak obficie. Zwijam obozowisko (i mokry namiot) i ruszam na trasę w góry Szumawy. Jazda nieprzyjemna, bo od razu zaczyna się długi podjazd, a w stroju przeciwdeszczowym jazda po górach nie należy do przyjemności, szybko można się "zagotować", bo przy takim wysiłku gore-tex nie nadąża z odprowadzaniem potu. Także i Otavie (którą przejeżdżam mostem na starcie) niewiele już brakuje do wystąpienia z brzegów, mocno pada od paru dni. Podjazd raczej umiarkowany (ale dość długi, na ponad 900m), choć są i krótkie ścianki ponad 10%. Przed Hartmanicami przestaje powoli padać i mogę się przebrać w strój rowerowy, choć dalej jest dość zimno i muszę jechać w windstopperze, ale to o niebo wygodniejsze niż kurtka gore (a na domiar złego zrobiłem błąd zabierając ciężki dwuwarstwowy gore zamiast lekkiego Paclite'u; jednak lepsza wodoodporność - czyli brak nasiąkania na dużym deszczu charakterystyczny dla Paclite'u, nie rekompensuje sporo gorszej oddychalności). Po wjeździe na przełęcz lekko powyżej 900m są krótkie zjazdy, trochę równego - krajobrazy malownicze, sporo nisko zawieszonych chmur nad górami, sporo lasów; no i dzisiaj to są prawdziwe góry, nie pagórki które tak mi dały w kość wczoraj, satysfakcja z zaliczania takich podjazdów jednak sporo większa. Po pierwszej przełączce jest jeszcze druga trochę wyższa na ok. 950m, po której zaczyna się dłuższy zjazd, dojeżdżam do głównej drogi z Pilzna i ostro w dół zjeżdżam do Zeleznej Rudy.
Na granicy z Niemcami masa brzydkich kramów, na stoiskach królują nieśmiertelne krasnale ogrodowe, w których tak się Niemcy lubują. Już w Niemczech drogą do Zwiesel jedzie się bardzo przyjemnie - lekko w dół i to z lekkim wiatrem w plecy. Sam Zwiesel mijam bokiem, trochę zaryzykowałem i pojechałem główną drogą (objazd kierował na drogę przez miasto) - okazało się że w remoncie był most, ale rowerem dało się przejechać. Za Zwieselem parę krótkich ścianek - i docieram do Regen, przed tym miasteczkiem znowu na chwilę się rozpadało i musiałem założyć ochraniacze na buty. Za Regen zaczyna się podjazd, nieoczekiwanie bardzo długi, w sumie aż 300m, jechałem i jechałem i skończyć się nie chciał, a akurat zrobiło się naprawdę ciepło, w granicach 30'C. Na przełęczy odpoczywam z pół h, po czym długim 500m zjazdem osiągam Deggendorf. W Deggendorfie trochę się nakołowałem, żeby przekroczyć Dunaj (znaki kierowały na autostradę); również i ta ogromna rzeka ma bardzo wysoki poziom wody, a kolor jak to "powodziowe" rzeki - brunatno-żółty (dużo osadów). Za miastem góry kończą się zupełnie, wjeżdżam na długą równinę, już do Monachium będę jechał wzdłuż dopływu Dunaju - Izary. Krajobraz zupełnie inny niż przez dwa ostatnie dni - zielone równiny, płaściutko, na 80km do Landshutu podjechałem zaledwie 100m. Taki spory kawałek płaskiego stanowił bardzo przyjemną odmianę po bardzo ciężkich górskich odcinkach w Karkonoszach i w Czechach. Pogoda ustabilizowała się - pełne słońce, żadnych chmur; jedynym zgrzytem na tym kawałku był moment, gdy zorientowałem że moja lampka (PowerLed) przestała działać po ostatnich deszczach. Z początku tylko nie kontaktowała (po potrząśnięciu zaskakiwała), ale długo to nie potrwało - szybko przestała działać w ogóle, zostałem więc tylko z czołówką, bardzo mnie to rozczarowało, po produkcie za 300zł oczekuje się dużo więcej, pełna wodoodporność powinna być obowiązkowa. W Landshucie nocuję na kempingu miejskim, nad samym brzegiem Isary, której do przelania się brakuje już mniej niż metr.

DALEJ >>>