AUSTRIA 2000




XI dzień - Trebon - Kaplice - [A] - Freistadt - Linz



DST 140,8km - AVS 20,9km/h - MAX 61,9km/h - ALT 1454m

Od rana znowu jest pogoda, ale przed wyjazdem tracę z pół godziny na czyszczenie niemożliwie uświnionego namiotu, który stał na dość podmokłej ziemi (bez trawy), a cały wczorajszy deszczowy dzień dopełnił miary. Kieruję się na Borovany i Trhove Sviny, dalej Sobenov; do głównej szosy Praga-Linz dojeżdżam w rejonie Kaplic. Nieoczekiwanie droga jest strasznie górzysta, a liczyłem że przynajmniej pierwszy odcinek będzie dość płaski; ponadto wyszło z 10km więcej niż wg. mapy. W Kaplicach jestem już porządnie zjechany, a do Linzu ciągle kawał drogi. Na odcinku z Kaplic do przejścia granicznego w Dolni Dvoriste aż roi się od panienek lekkich obyczajów, czekających na bardziej zamożnych klientów z Austrii - jak na dłoni widać tu ciągle obecną granicę ekonomiczną dzielącą kraje byłego obozu socjalistycznego od państw Zachodu. Na krótkiej, ale ostrej ściance przed granicą wykręcam największą prędkość wyjazdu - 61,9km/h. W Austrii od razu zaczyna się ok. 150m podjazdu do miasteczka Rainbach, na szczycie znajduje się dział wodny dzielący zlewiska Morza Północnego i Czarnego oraz kranik z wodą (jakże na miejscu - świeci słońce i jest dość ciepło). Następnie zjazdy doprowadzają mnie do pierwszego większego miasteczka austriackiego - Freistadtu (niebrzydkie i oczywiście bardzo czyste - gołym okiem widać "ordnung"). Kolejnym 100m podjazdem osiągam Neustadt, skąd zjeżdżam do miejsca, gdzie moja główna droga przechodzi w autostradę; kieruję się więc na zaczynającą się tutaj boczną do Linzu. Zatrzymuję się na obiad, następnie jeszcze przez kilka km walczę z górkami, po czym długim zjazdem osiągam wreszcie Linz. Ale jestem już tak wykończony, że tylko przejeżdżam przez centrum bez żadnego zwiedzania. Kemping jest położony kawałek na płd. od miasta, nad jeziorem Pichling, aby go osiągnąć trzeba się przepchnąć przez dokładnie cały Linz. Jadę po ulicach, bo nie mam już siły na liczne tu ścieżki rowerowe - może to i bezpieczniejsze, ale przy każdym skrzyżowaniu z poprzeczną drogą trzeba wyhamować i na nowo się rozpędzać co z prawie 30kg bagażem kosztuje sporo energii. Kemping jest bardzo porządny, ale cena też (35zł), jednak dziś jestem tak skatowany, że dałbym pewnie i dwa razy tyle. Był to najdłuższy (ponad 140km) i zdecydowanie najcięższy (aż 1454m podjazdów - i to bez zaliczania jakiejś większej góry) dzień tej wyprawy.

XII dzień - Linz - Wels - Puchheim

DST 66km - AVS 20,6km/h - MAX 38,8km/h - ALT 340m

Od samego rana leje, poranną herbatę gotuję więc w przedsionku namiotu, po raz pierwszy w "karierze" przerabiam składanie namiotu w deszczu, co do przyjemnych rzeczy nie należy. Gdy wyjeżdżam z kempingu babka z recepcji z tym jakże naturalnym uśmiechem najemnego pracownika (widząc mnie, nieźle wkurzonego w strugach deszczu, kurtce i torebkach foliowych na nogach) pyta czy dobrze mi się spało! - zero jakiegokolwiek wyczucia. Kilka km za kempingiem psuje mi się licznik (lekko naderwany wczoraj kabelek w deszczu przestał kontaktować) zatrzymuję się więc pod wiaduktem i wymieniam go na zapasowy (przewalając w poszukiwaniach całe sakwy), który przezornie zabrałem z domu. Przy dojeździe do głównej drogi na Wels nieźle zakołowałem tracąc z dobre 5km (było tu kilka nowo wybudowanych szos, których nie miałem na mapie); komuś kto będzie jechał tą trasą zdecydowanie polecam jazdę prawym, a nie jak ja lewym brzegiem rzeki Traun. Ponownie błądzę już w samym Wels, gdzie oznakowanie jak na Austrię jest tragiczne, a szosa tak kluczy, że traci się orientację co do kierunków świata - w pewnym momencie musiałem wyciągnąć kompas, który mam w scyzoryku by się zorientować, czy jadę na zachód (autentyczne!). Odcinek z Wels do Lambach jest bardzo nieprzyjemny - porusza się tędy mnóstwo ciężarówek, pojawia się też przeciwny wiatr, który zaczyna nieżle obciągać na tym dość odkrytym terenie. Na szczęście od Wels już nie pada, choć ciemne chmury nadal nade mną czuwają. Za Lambach wiatr się zwiększa, na prostej jedzie się zaledwie 17-19km/h, a na horyzoncie przede mną pojawia nowa ściana ciemnych chmur, co mnie do reszty dobija. Już nieżle przeczesany przez deszcz zatrzymuję się w Puccheim i wyjazdu mam już powyżej uszu. Analizując rozkład jazdy dołączony do mojego biletu kolejowego (na trasie Feldkirch-Wiedeń) uświadamiam sobie, że za niecałą godzinę pociąg będzie się tu zatrzymywał (mam bilet z otwartą datą odjazdu). Jestem już zupełnie znięchęcony pogodą, a nie widać żadnych szans na poprawę. Szybka decyzja i w deszczu dojeżdżam na stację kolejową, wsiadam w pociąg i po kilku godzinach jestem w Wiedniu. Muszę niestety przejechać z dworca Westbahnhof na Sudbahnhof, który obsługuje połączenia z Polską, a nad stolicą Austrii przechodzi właśnie potężne oberwanie chmury, czekać nie mogę bo do odjazdu nie ma już za wiele czasu. Na dworzec docieram kompletnie mokry, podobnie jest z większością rzeczy w sakwach. Okazuje się, że pociąg do Warszawy nie ma wagonu bagażowego (miał być) i roweru nie można zabrać. Nadaję go więc na bagaż (doszedł do Warszawy po kilku dniach), a sam zostaję z całym majdanem. Jakimś cudem udało mi się z tym wszystkim (prawie 30kg i to potwornie nieporęczne - 4 sakwy, śpiwór, namiot, karimata, karnister na wodę i jeszcze długa pompka) dotrzeć do miejsca z wózkami bagażowymi. Teraz już bez większych problemów schodzę na peron i na raty ładuję bagaż do przedziału. W tym czasie pewna dobrodusznie wyglądająca babcia (na oko 75-80 lat) zakosiła mój wózek (był na 10-szylingową monetę) - to się nazywa desperacja! Podobną katorgę z bagażem przechodzę już w Warszawie na Centralnym; żeby ze wszystkimi gratami dotrzeć do kiosku, gdzie można kupić kartę telefoniczną trzeba się nieźle naszarpać. Po zdobyciu karty dzwonię do taty, który po ok. pół godzinie przyjeżdża i już znacznie łatwiej we dwóch przenosimy bagaż do samochodu.

Podsumowanie

Nie da się ukryć, że wyjazd zakończył się pełną klapą, nie udało mi się przejechać jego najciekawszej części (Salzburg, Innsbruck, Alpy, Liechtenstein), zdjęć (oszczedzając film na Austrię) zrobiłem zaledwie 5, z czego wyszły 4! Zabrakło przede wszystkim odporności psychicznej, widać pod tym względem przewagę zdecydowaną przewagę wypraw przynajmniej w dwie osoby nad samotnymi. Jadąc z kimś jest zawsze łatwiej stawić czoła różnym (głównie pogodowym) trudnościom, człowiek nie jest wtedy zdany tylko na siebie. Swoją drogą w tym roku była wyjątkowo dziadowska pogoda, mój kolega Marcin, który w tym samym okresie podróżował po Litwie i Łotwie miał dokładnie te same problemy. Już po powrocie do Warszawy śledziłem prognozy dla obszarów, którymi miałem jechać - okazało się że lało tam przez cały tydzień, a rejon Voralbergu nawiedziły nawet lawiny błotne. Zebrałem za to moc nowych doświadczeń, które bardzo się przydały przy organizacji kolejnych wypraw, bo co najważniejsze - po takiej klęsce ciągle nie straciłem chęci do roweru. W sumie przejechałem 996,7 km, prędkość maksymalna to 61,9km/h, najdłuższa odległość - 140,9km, suma podjazdów - 8085m, najdłuższy dzienny podjazd - 1454m