AUSTRIA 1999




Wstęp

W tym roku po raz pierwszy na wyprawę jadę sam. Marcin zdecydował się na trasę przez kraje nadbałtyckie - jak dla mnie stanowczo za płasko. Po zeszłorocznej przeprawie przez Apeniny wyraźnie ciągnie mnie w góry. Ponieważ mam tylko niecałe 3 tygodnie wolnego czasu, na cel mojej wyprawy wybieram Liechtenstein, po drodze planując zaliczyć ponad dwutysięczną przełęcz Bielerhohe.

I dzień - [PL] - Warszawa - Grójec - Nowe Miasto n. Pilicą - Inowłódz

DST 119,3km - AVS 19,6km/h - MAX 47,2km/h - ALT 580m

Pogoda przy wyjeździe jest mizerniutka - chmury wiszą dość nisko, w każdej chwili może zacząć padać, jest zaledwie 17'C. Dojeżdżając do Lasku Kabackiego przekonuję się, że zapomniałem pompki, więc muszę wrócić do domu w sumie tracąc na to z 5km. Niepotrzebnie zamiast jechać do Piaseczna Puławską, zdecydowałem się na przejazd przez Lasek Kabacki (wczoraj padało) - po rozmokniętym piachu i kałużach jedzie się z bagażem do niczego. Z Piaseczna do Grójca jadę ciągle obserwując niebo - na razie mam trochę szczęścia i deszcz mnie omija. Po postoju ruszam w kierunku Nowego Miasta n. Pilicą, krajobraz jest typowo mazowiecki - jednym słowem nic ciekawego. W Nowym Mieście w czasie gotowania obiadu zaczyna padać, początkowo nieznacznie, ale gdy jestem gotów do drogi już porządnie leje. Ponieważ nie ma żadnych widoków na przejaśnienie zakładam foliową pelerynkę kolarską (niestety bez kaptura) i tenisówki i jadę dalej. Po ponad 20km jazdy przez ulewę deszcz wreszcie się kończy, ale to już niewielka pociecha - i tak jestem zupełnie mokry. Kawałek za Rzeczycą wychylam się (jadąc ok. 20km/h), by poprawić pasek od przedniej sakwy obijający się o szprychy, no i niestety dłoń wkręca mi się w koło, obijając się o szprychy aż do wytracenia prędkości; prawdziwy cud, że nie przeleciałem przez kierownicę. Ale skutki mojej głupoty i tak są poważne - ręka cała we krwi, bardzo mocno rozcięty mały palec, a co gorsza rana jest strasznie zabrudzona - zabłocone szprychy wręcz wtarły w nią brud. Do schroniska w Inowłodzu dojeżdżam trzymając kierownicę jedną ręką. Tam przemywam ranę utlenioną wodą, ale większości brudu nie daje się w ten sposób usunąć, musiałem się zabawić w chirurga i z zagryzionymi zębami z otwartej rany po prostu wycinać nożem zanieczyszczenia. Aż do końca wyjazdu miałem z tą ręką kłopoty (całego brudu nie dało się usunąć) - skaleczenie goiło się bardzo powoli, a bliznę po nim mam do dziś. Przebierając się w schronisku stwierdzam, że wiele rzeczy w sakwach jest mokrych, specjalne pokrowce na deszcz dały tylko tyle, że zbierała się w nich woda, od spodu dodatkowo mocząc sakwy. Siła złego na jednego - już pierwszego dnia zaczynam mieć wyjazdu serdecznie dość.

II dzień - Inowłódz - Tomaszów Maz. - Piotrków Tryb. - Radomsko

DST 90,4km - AVS 18,4km/h - MAX 30,6km/h - ALT 436m

Rano na szczęście nie pada, choć chmury wiszą nisko i jest jak na lipiec bardzo chłodno (17'C), ale przynajmniej przemoczone wczoraj rzeczy mogą trochę podeschnąć. Droga do Spały i dalej do Tomaszowa Mazowieckiego prowadzi przez niebrzydki las, natomiast przejazd przez sam Tomaszów jest wyjątkowo obskurny. Do Piotrkowa jadę szosą "katowicką", po postoju w mieście kieruję się na Kamieńsk i Radomsko boczną drogą, równoległą do "trasy czynu żołnierskiego". Cały odcinek, aż do Radomska zmagam się z przeciwnym wiatrem pozwalającym na rozwinięcie prędkości 17-18km/h i potęgującym jeszcze uczucie chłodu. Przed samym Radomskiem mijam długą aż na kilka km pielgrzymkę do Częstochowy; w mieście zatrzymuję się w schronisku młodzieżowym.

III dzień - Radomsko - Częstochowa

DST 54,4km - AVS 19,2km/h - MAX 33km/h - ALT 310m

Dzisiaj mam do pokonania jedynie krótki odcinek do Częstochowy. Pogoda jest trochę lepsza, choć nadal jest chłodno (ciągle 17'C). Przed Częstochową pojawiają się pierwsze w tym roku hopki - wjeżdżam na teren Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. W mieście w schronisku zostawiam bagaże i ruszam na zwiedzanie Jasnej Góry, choć byłem tu już kilka razy, klasztor zawsze robi na mnie duże wrażenie. Po powrocie niebo jest już zupełnie bezchmurne, mam nadzieję że utrzyma się to dłużej.

IV dzień - Częstochowa - Lubliniec - Strzelce Opolskie - Góra Św. Anny

DST 119,4km - AVS 20,3km/h - MAX 44,6km/h - ALT 761m

Niestety pogoda wraca do normy - chmury i chłód (zaledwie 13'C, a jest lipiec!) na odcinku do Lublinca muszę założyć kurtkę, bo w bluzie jest za zimno. Pierwsza część trasy jest dość nieprzyjemna - drogą do Lublińca jedzie dużo tirów, a jakość jezdni pozostawia wiele do życzenia. W miasteczku skręcam na Strzelce Opolskie. Tu z kolei jest bardzo pusto, jedzie się długo szeroką drogą przez las, bez żadnych zakrętów. Ciągle brakuje słońca, przy zachmurzonym niebie automatycznie wpada się w gorszy nastrój. W Strzelcach odpoczywam w parku, po czym ruszam na Górę Św. Anny, którą atakuję od strony południowej. Dość łagodny podjazd w sumie ma ok. 100m. W schronisku dowiaduję się, że z powodu jakiś młodzieżowych spotkań religjnych mają komplet, ale dostaję zgodę na rozbicie namiotu w pobliżu. W trakcie załatwiania formalności orientuję się, że nie mam zegarka, który zdjąłem w trakcie odpoczynku w Strzelcach. Wściekły zostawiam bagaż w schronisku i na luzie jadę z powrotem do nieszczęsnego parku. Tracę na tym ponad 20km i jeszcze raz muszę podjechać na Górę Św. Anny, ale humor poprawia mi znalezienie zegarka. Tym razem podjeżdżam od strony północnej, pod koniec droga jest trochę rozkopana z powodu budowy autostrady, ulokowanej jak na mój gust trochę za blisko zabytkowego miasteczka. Po rozbiciu namiotu zwiedzam kościół franciszkanów wraz z kaplicami kalwaryjskimi, oglądam też położony w pobliżu monumentalny pomnik ku czci Powstańców Śląskich.

V dzień - Góra Św. Anny - Prudnik - Głuchołazy - [CZ] - Jesenik



DST 99,7km - AVS 19km/h - MAX 52km/h - ALT 630m

Dzień zaczyna się od przyjemnego zjazdu, po czym przekraczam Odrę na zabawnym promie, gdzie klienci dostają do rąk drewniane drągi, za pomocą których, wraz z właścicielem ciągniemy stalową linę, by przeprawić się na drugi brzeg. Za Głogówkiem łapie mnie na krótko deszcz, następnie dojeżdżam do Prudnika, gdzie staję na krótki odpoczynek. Ciągle jest zimno, o krótkim rękawku można sobie jedynie pomarzyć. Przed Głuchołazami teren robi się bardziej pagórkowaty, a przed przejściem jest dość ostry podjazd, następnie zjazd na samą granicę, ale z powodu oczekujących samochodów nie można się rozpędzić. Już w Czechach droga robi się naprawdę fajna, zaczynam wjeżdżać w góry - szosa prowadzi niskim wąwozem wzdłuż górskiego strumienia. Pierwsze czeskie miasto - Jesenik pozwala gołym okiem dostrzec różnicę pomiędzy Czechami a Polską - dlaczego nasze miasteczka tak nie wyglądają? Po krótkim błądzeniu trafiam na położony na płd. od Jesenika kemping, gdzie zostaję na nocleg.

DALEJ >>>