ALPY - 2011




XVI dzień - Aigueblanche - Col de la Madeleine (1993m) - La Chambre - Col du Glandon (1924m) - Col de la Croix Fer (2068m) - Le Bourg d'Oisans



DST 122,1 km - AVS 15,3 km/h - MAX 69,2 km/h - ALT 3482 m


Dzisiaj czeka mnie spore kolarskie wyzwanie - 2 wielkie przełęcze z pełnym bagażem. Przełęcze może nie tak spektakularne i wysokie jak Iseran czy Galibier, ale faktycznie dużo trudniejsze. Na starcie parę kilometrów w dół doliny - i rozpoczynam podjazd pod Madeleine. Od razu widać, że to jedna z najbardziej znanych ścian Tour de France - wszędzie znaki ostrzegające by zachować 1,5 metra odstępu przy wyprzedzaniu; przed każdym kolejnym kilometrem jest też słupek z informacjami o aktualnej wysokości, dystansie do końca, nachyleniu najbliższego kilometra - jednym słowem rowerzystów się tu wręcz rozpieszcza. Podjazd ciężki, z ogromnym przewyższeniem (1500m) i wieloma odcinkami z dotkliwym nachyleniem koło 10%. Generalnie pierwszy odcinek jest ostry, środkowy rejon przełęczy łatwiejszy (długie trawersy, po drodze kilka wiosek) - a końcówka to serpentyny na już widocznej z daleka zielonej ścianie. Górę choć męczącą zaliczam bardzo sprawnie nawet mi się udało łyknąć ludzi na szosówkach, wyraźnie procentują te wszystkie górskie kilometry przejechane na tej wyprawie. Sama przełęcz jakiegoś wrażenia nie robi, natomiast spoglądając z niej do tyłu - można podziwiać wspaniałą panoramę masywu Mont Blanc, wczoraj schowanego za chmurami - dziś widocznego jak na dłoni.
Zjazd z przełęczy równie ostry jak podjazd - więc 50-60km/h często widuje się na liczniku. Niestety mija to bardzo szybko i wkrótce znowu jestem na poziomie zaledwie 450m w La Chambre. Kolejny podjazd na Glandon - jest jeszcze cięższy i równie długi (1500m w górę na zaledwie 21km, w tym w środku parę km wypłaszczenia). Podjazd raczej mało widowiskowy, ale bardzo trudny, chyba najcięższa asfaltowa góra jaką we francuskich Alpach zaliczałem. Na skalę trudności wpływało zmęczenie pierwszym podjazdem, a także i upał ponad 30'C; do tego zaczynają się coraz większe problemy z moją poparzoną nogą, która na ostrym słońcu coraz mocniej się babrze. Na raz udało mi się dociągnąć na ok. 1300m, tam zrobiłem sobie większy odpoczynek. Końcówka mordercza, poniżej 9% nachylenie nieczęsto spada, a ostatnia ścianka przez dobre 2km trzyma ponad 10% (z maksami koło 14%). Ale u góry pojawiło się też sporo pięknych widoków, więc i jedzie się przyjemniej, satysfakcja ze zdobycia tak ciężkiej góry - spora. Na szczycie robię przerwę, chwilę pogadałem z innymi rowerzystami (a tych są tu wręcz dziesiątki) - po czym ruszyłem jeszcze kawałek w górę, by zdobyć pobliski dwutysięcznik Col de la Croix Fer (2068m). Tu już podjazd łatwy i dość krótki, ale widoki piękne, na przełęcz warto wjechać bo rozpościera się z niej piękny widok na kolejną dolinę, niedostępny z Glandon. Na przełęczy bardzo zaskoczyło mnie małżeństwo z małym szkrabem- którzy dali radę tu wjechać ciągnąc dziecko w ciężkiej przyczepce; duży podziw!
Z przełęczy zjeżdżam nad piękne jezioro zaporowe na ok. 1700m, tu jest trochę pod górę, następnie atomowy zjazd na ok. 1100m (prawie 70km/h). Później nieźle się wkurzyłem, bo rozpoczął się zupełnie niespodziewany, bardzo irytujący podjazd, w sumie pod górę trzeba było się wpakować ponad 100m, a ja gór dzisiaj już miałem wystarczająco. Ale po tym już było właściwie tylko w dół, z ładnymi widokami nad jeziorem Verney już na samym dole. W końcówce pokonuję jeszcze parę kilometrów po płaskim do Bourg d'Oisans, w miasteczku robię zakupy i kieruję się na jeden z licznych w tym rejonie kempingów. Na pierwszy rzut oka widać wielką liczbę rowerzystów na drogach, Bourg d'Oisans to doskonała baza wypadowa na wiele okolicznych gór, ze słynnym L'Alpe d'Huez na czele.
Z dzisiejszej trasy jestem bardzo zadowolony, pobiłem swój rekord przewyższeń z pełnym bagażem (niemal 3500m), z nóg nie padałem, natomiast coraz większym problemem staje się moja poparzona lewa noga. Skóra schodzi z niej w bardzo brzydki sposób, ciągle cieknie ropa i krew; nie jestem w stanie chodzić bez bólu, każdy ruch po dłuższej przerwie jest bolesny; zaczyna to być coraz mocniej odczuwalne także podczas jazdy na rowerze.

XVII dzień - Le Bourg - Le Deux Alpes (1650m) - Col du Jandri (3151m) - Le Bourg - L'Alpe d'Huez (1815m) - Le Bourg



DST 105,4 km - AVS 13,3 km/h - MAX 66,1 km/h - ALT 3720 m


Podobnie jak w Ulrichen nocowałem na kempingu by kolejnego dnia ruszyć na lekko na bardzo ciężki dzień w górach. Moim głównym celem jest trzytysięczna terenowa przełęcz Jandri, pierwsza część podjazdu to szosowy odcinek do ośrodka alpejskiego Le Deux Alpes. Początek to piękny kawałek w drodze na Galibier, droga prowadzi tu wąskim kanionem, jest kilka tuneli, krajobrazy boskie; ten rejon francuskich Alp w ogóle robi spore wrażenie. Na niecałych 1100m droga do Dwóch Dolin skręca w prawo i podjazd momentalnie przybiera na sile; teraz cały czas trzyma 8% i więcej. Ale na lekko jedzie się zauważalnie łatwiej, a zmęczenia wczorajszym dniem w ogóle nie czuję, jedynie niepokoją mnie problemy z poparzoną nogą. W Le Deux Alpes trochę się naszukałem właściwej drogi wyjazdowej na Jandri, od jakiś 1700m asfalt przechodzi w szuter, rośnie też nachylenie. Na szczęście droga jest w przyzwoitym stanie, kamieni nie za wiele (używają jej głównie ciężarówki docierające do infrastruktury wyciągowo-barowej ośrodka narciarskiego). Do ok. 2100m prowadzi serpentynami nad Dwoma Dolinami, wyżej otwiera się szeroki widok na kolejną połać doliny, nad pięknym jeziorem (ok. 2350m) robię sobie dłuższy odpoczynek. Jazda wygląda zupełnie inaczej niż na asfalcie - jest puściuteńko, na całej trasie spotkałem zaledwie parę pojazdów obsługi technicznej i kilku turystów, jednym słowem całe góry mam dla siebie, taki jest spory plus jazdy terenowej. Ale coś za coś - wyżej droga już znacznie przybiera na trudności, pojawiają się kamieniste ściany ponad 20% na których podjeżdża się już z ogniem w nogach i płucach. Cały podjazd ma budowę nieco tarasową, co jakiś czas otwiera się przede mną coraz szerszy widok na wyższe partie doliny. Powyżej 2600-2700m jest cudnie - wszędzie wspaniałe ośnieżone trzytysięczniki i wąziutka nitka drogi meandrująca między skałami i piargami. W dwóch czy trzech miejscach było już za ostro by podjechać i kawałek musiałem popchać, ale generalnie jest tu podjechać trochę łatwiej niż na Theodul; do tego pogoda jest boska. Końcowa ścianka na przełęcz bardzo ostra, powyżej 25%, ale nie chciałem wprowadzać na sam szczyt, więc zaciąłem się mocniej i dałem to radę podjechać. Z przełęczy (na której jest ulokowana spora stacja wyciągu narciarskiego wraz z barem) roztacza się piękny widok na spory lodowiec, na którym można jeździć na nartach przez cały rok.
Chwilkę posiedziałem na szczycie podziwiając widoki i ruszyłem na nieprzyjemny zjazd po terenie, 10km/h nieczęsto się przekraczało, na kamieniach i bardzo mocno nachylonej drodze nie ma żartów i na sztywnym rowerze trzeba bardzo uważać; puścić hamulce można dopiero na asfalcie za Le Deux Alpes. Na chwilkę wróciłem na kemping i po przepakowaniu jedzenia postanowiłem zaatakować dziś także i słynny L'Alpe d'Huez. Pod względem wytrzymałościowym czułem się bardzo przyzwoicie, natomiast z nogą jest coraz gorzej, chodząc po kempingu muszę mocno utykać. Stan poparzeń wystawionych na silne słońce niestety pogarsza się z dnia na dzień, w długich spodniach też nie sposób jechać - bo za mocno obcierają rany, w paru miejscach prześwitujące gołym mięsem.
Podjazd postanowiłem podjechać "na raz" bez żadnych odpoczynków. Wykręciłem czas 1h26min, niespecjalny, ale tego dnia miałem już w nogach o wiele cięższy i wyższy podjazd pod Jandri, a poparzenia zaczynają mocno przeszkadzać w czasie samej jazdy. Sam podjazd wymagający, ale myślę że legenda trochę go przerasta, aż taki trudny nie jest. Najostrzejszy jest chyba początek tu trzyma koło 10%, wyżej z reguły jest to 7-8%. Ale czuć tutaj ducha kolarstwa - droga dosłownie na całej długości jest pokryta nazwiskami znanych zawodników, na każdym wirażu (a jest tu 21 "harpinów") jest informacja o wysokości, i czasach jakie uzyskiwali różni znani kolarze; a wyżej w samym kurorcie L'Alpe nawet kwietniki są porobione z rowerów, a drogowskazy kierują na "metę Tour de France" by nie zabłądzić pośród uliczek stacji narciarskiej. Do tego raz na tydzień jest tu organizowana jazda na czas dla chętnych amatorów; kolarzy spotyka się oczywiście dziesiątki. Na szczyt docieram czując już zmęczenie całego dnia, ale stąd już mam tylko w dół :)) Zjazd pokonuję błyskawicznie, robiąc zakupy w markecie już ledwo łażę, budząc powszechne zainteresowanie innych rowerzystów, sądzących, że zaliczyłem jakąś groźną wywrotkę.
Na kempingu po dłuższym zastanowieniu się postanawiam jednak zrezygnować z wyprawy, bo stan nogi coraz mocniej mnie niepokoił, w tych warunkach jazda przestaje sprawiać przyjemność. Głównym problemem nie był sam ból, bo z tym można było sobie jeszcze jakoś poradzić - ale fakt, że stan ran pogarszał się z dnia na dzień i nie było żadnych widoków na szybkie zaleczenie przy ciągłej jeździe na ostrym słońcu, warunki higieniczne panujące przy noclegu pod namiotem też nie były wskazane na otwarte rany (a takie miałem na sporym kawałku nogi), o zakażenie nietrudno; obecnie wyglądało to już naprawdę źle. Uznałem że nie ma sensu ryzykować zdrowia, bo na dalszej trasie na południe Europy raczej nie było co liczyć na mniej słońca.
Przedzwoniłem więc do Polski do Marcina (dzięki!) prosząc o pomoc w znalezieniu sensownego połączenia lotniczego do kraju; udało się znaleźć przelot z Turynu do Katowic liniami LOT.

XVIII dzień - Le Bourg - Col du Lautaret (2057m) - Briancon - Col du Montgenevre (1860m) - [I] - Cesana Torinese - Oulx



DST 105,6 km - AVS 18 km/h - MAX 64,1 km/h - ALT 2049 m


Dziś rozpoczynam już odwrót do Turynu - ale to wcale jeszcze nie oznaczało końca gór na tej trasie, bo dojazd do Włoch z Le Bourg jest bardzo górzysty. Na pierwszy ogień idzie dwutysięczna przełęcz Lautaret, pierwsza część podjazdu to wczorajsza trasa w stronę Dwóch Dolin; dalej kieruję się wzdłuż zaporowego jeziora Chambron. Podjazd generalnie dość łatwy i piękny widokowo (w rejonie La Grave królują wspaniałe lodowce). Ale męczyłem się tutaj mocno, noga coraz bardziej boli przy zginaniu, to tylko upewniło mnie, że decyzja o wycofaniu się była słuszna, bo w tych warunkach jazda jest męczarnią, nie przyjemnością. Początkowo w planach miałem także podjazd na pobliski Galibier (600m w górę z Lautaret), ale w tej sytuacji uznałem, że to nie ma sensu i trzeba jechać najkrótszą drogą, a na Galibierze przecież już byłem. Zjazd z Lautaret szybki tylko w pierwszej części, ale generalnie do Briancon jest cały czas lekko w dół, choć pod wiatr. W markecie w Briancon robię zakupy, po czym ruszam na Montgenevre. Ten podjazd choć sporo krótszy od Lautaretu, to jednak "bardziej nabity" i pokonywany w porządnym upale. Ale dzięki temu że ostry - to dość szybko przeleciał; trochę się tu zmieniło od czasu gdy tu przejeżdżałem w 2001 - jest spory kawałek drogi ekspresowej, reszta w budowie. Szybko zjeżdżam do Cesany, na dole wieje już mocno i pod ten wiatr musiałem jechać do Oulx (ale sporo w dół). Tam zacząłem się rozglądać za noclegiem, który udało mi się znaleźć na ostrym stoku przy drodze.

XIX dzień - Oulx - Susa - Turyn



DST 85,6 km - AVS 24,8 km/h - MAX 61,2 km/h - ALT 278 m


Dzień właściwie bez historii - po prostu dojazd na lotnisko w Turynie. Wczesnym rankiem okazuje się, że od wczoraj na moje szczęście zmienił się wiatr, który przez większość drogi mi sprzyjał; do tego w pierwszej części do Susy było wiele zjazdów. Widoki już nie takie jak wczoraj - góry otaczające dolinę, którą jadę coraz niższe, przed Turynem zanikają zupełnie ustępując nudzie niziny Padańskiej (jeden z najnudniejszych rejonów Europy). Do tego w końcówce sporo jazdy miejskiej najpierw po przedmieściach, a później po samym Turynie. Na lotnisko trafiam bez problemów (na szczęście miałem ten kawałek mapy na GPS) z dużym zapasem czasowym. A co ciekawe dziś jechało mi się całkiem przyzwoicie, noga bolała sporo mniej niż wczoraj - tak więc chwilami zaczynałem już żałować odwrotu ;))
Odprawa przebiegła bez problemów (nawet nie płaciłem za rower), podobnie jak przelot do Katowic. Tutaj na lotnisku odbierają mnie Marek ze Zbyszkiem (wielkie dzięki chłopaki!) i samochodem jedziemy do Zbyszka do Zawiercia, gdzie nocuję (dziś nie było już pociągów do Warszawy). U Zbyszka sporo sobie pogadaliśmy o wyprawowych planach, pooglądaliśmy zdjęcia z tegorocznych wypraw (Marek ze Zbyszkiem w tym roku rowerowali po Szkocji, pogodę mieli równie piękną co ja - a to w tamtych rejonach rzadkość). Rano Zbyszek (jeszcze raz dzięki za gościnę!) odprowadza mnie na dworzec (tutaj zwyczajowe krótkie problemy z PKP) i po 4h pociągiem wracam do Warszawy.

Podsumowanie

Na wyprawie przejechałem w sumie 2 913,8km, największą prędkość (77,6km/h) wyciągnąłem na zjeździe z Andermatt, najdłuższym dniem okazał się pierwszy dzień wyprawy - z Warszawy do Szczekocin (225,8km). Natomiast jeśli chodzi o podjazdy - było rekordowo, z pełnym bagażem aż 3482m, natomiast na lekko jeszcze sporo więcej - 4697m. Jest to de facto mój górski rekord, zrobiłem co prawda więcej na maratońskiej trasie do Budapesztu (ponad 5tys) czy na BBTour, ale tamta jazda ma zupełnie inny charakter, na ten wynik kumuluje się masa mikro-ścianek, natomiast w Alpach dystans nie był wielki, za to góry ogromne, aż 4 wielkie przełęcze od samego dołu.
Oceniając tą wyprawę mam mieszane uczucia. Celu oczywiście nie udało się zrealizować, kontuzja była za ciężka by ryzykować dalszą jazdę. Ale z drugiej strony przejechałem większość odcinka alpejskiego, zaliczyłem masę ciekawych podjazdów (aż 13 szczytów powyżej 2000m). Jechało się po prostu świetnie, mimo, że trasa była bardzo ambitna (zarówno odcinek czysto górski jak i bardzo intensywny odcinek dojazdowy) - udawało mi się trzymać napiętego planu w 100%. W górach nawet po dniach z ponad 3000m podjazdów kolejnego dnia właściwie nie czułem zmęczenia. Do tego doszła doskonała pogoda, niemal cały czas słonecznie, deszczu tylko jeden dzień - a to oznaczało boskie widoki w Alpach. Dobrym pomysłem były terenowe eskapady - podjazdy bardzo ciężkie, ale ponad trzytysięczne góry spłacały włożony trud fenomenalnymi panoramami (szczególnie podjazd na Jandri zapadł mi w pamięci); to tylko przyspieszyło moją decyzję o zakupie roweru górskiego