ALPY - 2011




XI dzień - Ulrichen - Brig - Visp - Zermatt (1609m) - Visp - Sierre - Granges



DST 156,5 km - AVS 22,4 km/h - MAX 72,1 km/h - ALT 1355 m


Dziś w planach miałem dzień odpoczynkowy po wczorajszej trasie, ale rano w sumie w ogóle nie byłem zmęczony. Pierwszy odcinek to długi zjazd w stronę Brig, jedzie się szybko i sprawnie. Długo się zastanawiałem czy jest sens jazdy do Zermatt (to "ślepa" dolina i trzeba wracać tą samą drogą), ale dobra pogoda i duże szanse na ujrzenie słynnego Matterhornu w pełnej krasie przeważyły. Podjazd do Zermatt wcale nie okazał się taki łatwy jak to zakładałem, ma budowę "tarasową" - ostre ścianki i później więcej po płaskim, co w sumie męczy bardziej niż łagodniejszy, ale nieco dłuższy podjazd. Do tego temperatura wyraźnie przekraczała 30'C. Co ciekawe - do wysokości ok. 1400m zdecydowanie pomagał mi wiatr, natomiast wyżej - zmienił kierunek o 180 stopni i końcówka do Zermatt dało mocno w kość. W drugiej części podjazdu pojawiają się wspaniałe widoki na wiele lodowców, zarówno po bokach jak i na główne zgrupowanie zamykające dolinę. Ale sam Matterhorn (jak przystało na królewską górę) - pojawia się dopiero pod sam koniec, dopiero w samym Zermatt (spory kurort, niestety w lecie ciągną się rozmaite budowy przygotowujące miasteczko do sezonu zimowego). Przejechałem przez całe Zermatt i już za miasteczkiem zrobiłem sobie długi postój ze wspaniałym widokiem na majestatyczny masyw Matterhornu, nie dziwne że ta góra tak działa na wyobraźnię wielu wspinaczy.
Wg planu miałem nocować w rejonie Zermatt, ale że jest jeszcze wcześnie postanawiam pociągnąć sporo dalej, by jutro mieć krótszy odcinek do przejechania. Do Visp docieram szybciutko, a gdy skręcam w dolinę Rodanu okazuje się że szczęście się do mnie uśmiechnęło - i wieje mi mocno w plecy, bez problemu utrzymuję prędkości po 27-28km/h (w 2003 strasznie się tu z wiatrem nawalczyłem). Przejechałem więc jeszcze ponad 30km, gdy pojawiło się kilka burzowych chmur rozbijam obozowisko na nierównym gruncie koło przydrożnej winnicy.
W czasie gotowania obiadu dochodzi do poważnego wypadku, który położył się cieniem na tej wyprawie. Przewraca mi się kuchenka gazowa, a wrzątek z menażki wylewa się wprost do namiotu. Sporą chwilę trwało zanim się z niego wydostałem i schłodziłem oparzenie zimną wodą, skutki opłakane - mocno poparzona lewa noga (od połowy łydki do połowy uda), prawa tylko w rejonie kolana. Niestety wielkim błędem było zabranie maszynki gazowej, bardzo niestabilnej (szczególnie przy stosowaniu wysokiego kartridża 450g). Oczywiście za wypadek odpowiada też moja nieuwaga, niemniej przy dużo stabilniejszej maszynce benzynowej nie byłoby na niego w ogóle szans.

XII dzień - Granges - Sion - Martigny - Col du Grand Saint Bernard (2469m) - [I] - Aosta - Chatillon



DST 143 km - AVS 18,7 km/h - MAX 57,7 km/h - ALT 2240 m


Rano noga oczywiście dalej boli, ale jakoś na rowerze się daje jechać, problemy są np. przy zsiadaniu, ruszaniu itd., skóra się jakby zbiegła i przy ruchu gdzie się ją mocniej naciąga boli. Ale postanawiam jechać dalej i zobaczyć jak się rany będą goić. Pierwszy odcinek to jazda w dół doliny Rodanu, w tym fragmencie doliny królują rozległe winnice, są takie miejsca, gdzie jak okiem sięgnąć widać tylko winogrona (i oczywiście wysokie góry w ich tle). Do Martigny docieram dość szybko, w mieście nie stawałem, tylko od razu ruszyłem na główne danie dzisiejszego dnia - czyli podjazd pod Wielkiego Bernarda. Tutaj zaczyna mocniej operować słońce, co powoduje, że na mojej poparzonej nodze bardzo szybko pojawiają się pęcherze, kupiłem plastry by to osłonić, ale poparzenia były za rozległe by to było skuteczne. Zakładam więc długie spodnie, co przy temperaturze koło 30'C i to na podjeździe nie należało do przyjemnych rozwiązań.
Podjazd idzie sprawnie, szybko zdobywam wysokość, przypominając sobie po drodze krajobrazy oglądane w 2003 roku. Ale tym razem nie zaliczam jak wtedy połowy - ale cały podjazd. "Na raz" udało mi się dociągnąć aż za długi półtunel za Bourg St. Pierre, tutaj główna droga dla samochodów wpada w wielokilometrowy tunel, a boczna odbija na samą przełęcz; od tego też momentu podjazd staje się bardzo wymagający. Robię sobie odpoczynek wcinając chleb z Nutellą i zbierając siły na ostrą końcówkę. Powyżej 2000m nachylenie rzadko spada poniżej 8%, ale widokowo podjazd robi wrażenie - ponura dolina (jeszcze zaszło słońce) najeżona wieloma skałami, aż się wierzyć nie chce że w 1800 roku (i to w maju!) przełęcz forsowała armia Napoleona idąca pod Marengo. Na pięknej przełęczy krótki odpoczynek, ale że istniało zagrożenie deszczem i zaczęło mocniej wiać - wiele się tu nie nasiedziałem. Zjazd w pierwszej części nieco rozkopany, sporo remontów i wahadłowego ruchu, niżej jest już elegancko.
W dolinie Aosty zgodnie z oczekiwaniami gorąco i do tego bardzo mocno wieje ze wschodu, gdzie prowadziła moja trasa. Robię zakupy w tanim włoskim dyskoncie i rozpoczynam walkę z tym cholernie nieprzyjemnym wiatrem. Szarpałem się tak 25km do Chatillon, tutaj odbijam w bok na Cervinię i w pierwszym lepszym miejscu przy drodze rozkładam obozowisko.

XIII dzień - Chatillon - Breuil-Cervinia (2001m) - (3041m) - [pieszo] - Theodulpass (3301m) - Chatillon - Donnas - Ivrea



DST 122,1 km - AVS 16 km/h - MAX 57,6 km/h - ALT 2496 m


Dziś w planach miałem wymagający szutrowy podjazd na Theodulpass, o drodze ciężko było się czegokolwiek dowiedzieć, tak więc nawet nie orientowałem się czy będzie przejezdna. Jedno było pewne - z bagażem nie było co tam nawet próbować uderzać; z początku miałem jechać do Cervinii (tu się kończy asfalt) i tam zostawić bagaż, ale że nie chciało mi się aż taki kawał jechać z bagażem (nocowałem na zaledwie ok. 650m) - postanawiam zaryzykować i zostawić na prawie cały dzień bagaże w krzakach, ze sobą zabieram najpotrzebniejsze rzeczy (w sumie ok.5-6kg). Podjazd na lekko idzie elegancko, aczkolwiek okazał się bardziej wymagający niż mi się to wydawało - prawie 1400m przewyższenia nigdy tak gładko się nie łyka :))
W Cervinii robię krótki odpoczynek i długo analizuję na GPS prawidłową drogę na Theodulpass. Na szczęście dysponowałem porządną mapą topograficzną i to bardzo ułatwiło nawigację wśród plątaniny licznych ścieżek. Pierwszy odcinek terenowy jeszcze w miarę, nachylenia już przekraczają 10%, ale prawdziwe "uderzenie" następuje koło 2200m, tu już jest 20%, są nawet i ścianki ponad 25%. Taka jazda wymaga ogromnego wysiłku i jest cały czas na granicy zatrzymania się, bo koła na kamienistym podłożu lubią zabuzować. W takiej jeździe pedały SPD bardzo przeszkadzają, bo trudno się na tyle szybko wypiąć by uniknąć wywrotki, po 2 upadkach najostrzejsze ścianki zacząłem podjeżdżać z jedną noga wypiętą, ale tak z kolei niewygodnie się kręci.
Ok. 2500-2600m zaczynają się coraz większe problemy, jest więcej bardzo ostrych ścian, w paru miejscach trzeba już podprowadzać, bo na wąskich szosowych oponach nie jestem w stanie podjechać, do tego dochodzi już spore zmęczenie, bo cały podjazd od Cervinii jest bardzo wymagający. Trochę żałuję, że akurat dziś nie ma słońca, a raczej nie ma go w tym rejonie - majestatyczne szczyty otaczające całą dolinę są częściowo w chmurach, do tego nad rejonem Theodulpass zbierają się powoli ciemniejsze chmury; ale i tak widoki na góry są wspaniałe, poza tym jest tu puściutko, spotykam zaledwie pojedynczych turystów, dzięki temu daje się zobaczyć (i usłyszeć!) sporo zamieszkujących okolicę świstaków. Rowerem udało mi się dociągnąć do stacji wyciągu narciarskiego na 3041m, końcówka podjazdu pod przełęcz jest już nie do podjechania nawet na rowerze górskim - za ostro i za dużo kamieni, przynajmniej na pierwszym odcinku do ok. 3150-3200m. Ale zależało mi by się dostać na przełęcz, bo liczyłem na piękne widoki z granicznej włosko-szwajcarskiej grani na której leży Theodul. Przypinam więc rower do barierki pod stacją na wyciągu - i dalej idę na piechotę. Podejście niełatwe i dość długie, ale wspaniałe widoki dodają sił. Na samej przełęczy zaczęło mocno wiać, temperatura koło 10'C - ale widoki na ogromny lodowiec Gornergletscher po szwajcarskiej stronie niesamowite, z chmur wyłania się też Mały Matterhorn, a momentami przebłyskują z oddali Breithorn i drugi co do wysokości masyw Europy - Monte Rosa (4634m). Chwilkę posiedziałem, wszedłem jeszcze kawałek wyżej do stacji wyciągu na grani położonej na 3332m - to chyba najwyższa wysokość osiągnięta w moim życiu.
Powrót mało przyjemny - zjazd mocno nachyloną kamienistą drogą na sztywnym rowerze nie należy do przyjemności, telepie jak diabli, cały czas jechałem na mocno ściśniętych hamulcach powtarzając sobie sekwencję Golluma z "Władcy Pierścieni" wygłoszoną podczas schodzenia po pionowej skale - "śpiesz się mój ssskarbie powoli" :)); taki jest spory minus podjazdów terenowych. Za to po powrocie na szosę w Cervinii nadrobiłem nieco zaległości, 1400m tylko w dół zawsze pokonuje się z dużą przyjemnością. Moimi rzeczami nikt się nie zainteresował, więc przepakowuję sprzęt i ruszam dalej w dół doliny Aosty. Podobnie jak wczoraj - wieje w twarz jak cholera, pierwsze 20km to spora męczarnia, na szczęście było tu sporo w dół. Na poziomie ok. 300m już tak nie wiało, wróciła także słoneczna pogoda, tak więc pociągnąłem nawet kawałek dalej niż miałem w planach - aż za Ivreę, gdzie już zupełnie się wypłaszcza, nocuję kawałek za tym miastem. Wraca za to zmora nizinnych rejonów - czyli komary, na biwaku znowu są ich setki, a ja właśnie wczoraj wyrzuciłem spray na te owady, sądząc, że już mi się nie przyda ;))

XIV dzień - Ivrea - Castellamonte - Locana - Ceresole Reale - Colle del Nivolet (2621m) - Pont - Creton



DST 94,1 km - AVS 13,9 km/h - MAX 48,8 km/h - ALT 2531 m


Rano pogoda taka sobie, widać sporo chmur na zachodzie - czyli tam gdzie mam jechać. Perspektywa na dzisiejszy dzień - to ciężka orka, nocowałem na zaledwie 200m, a wjechać mam na jedną z najwyższych alpejskich szos - czyli przełęcz Colle del Nivolet (2621m). Przełęcz mimo swojej wysokości mało znana, ponieważ droga prowadzi tam tylko w jedną stronę, ale ja mam ambitny plan przebicia się z rowerem terenem do miejscowości Pont, oszczędzając sobie ponad 200km objazdu.
Pierwsze kilometry to jeszcze dość płaski dojazd do doliny prowadzącej na podjazd, przejeżdżając przez kilka miasteczek (Castellamonte, Cuorgne, Locana) daje się zaobserwować, że ten rejon Włoch do zamożnych się nie zalicza. Ale także i dzięki temu podjazd ma swój klimat, jest tu dość pusto, góry wyglądają jakby nieco bardziej "dziko"; jednym słowem całkiem mi się tu spodobało. Podjazd ma łagodny charakter, mniej więcej do paru km przed miejscowością Noasca, dalej już się zaczyna ciężka piła, kawałek za Noascą są wymagające serpentyny po 13-14%, następnie zaczyna się długi ponad 3km tunelem - najbardziej nachylony tunel jakim miałem okazję jechać, całe te 3km po 9-12%, nawet w podmorskim tunelu na Nordkapp tyle nie było. Ale dzięki temu dość szybko uzyskuje się wysokość i docieram na dłuższy postój do mini-kurortu Ceresole Reale (ok. 1700m) położonego nad ładnym jeziorem zaporowym. Uzupełniam kalorie nad samym jeziorem, niestety pogoda marna, jest coraz zimniej (koło 15-16'C), chwilami nawet popaduje. Końcówka podjazdu na Nivolet - godna alpejskiego giganta (podobnie jak Bolo Perez za giganty uznaję podjazdy powyżej 2500m :), od ok. 1900m zaczyna się długa ściana wieńcząca zieloną dolinę, w którą wpijają się ostro nachylone serpentyny, gradient poniżej 8% rzadko spada. Ale widokowo podjazd piękny, w czym i pogoda ma swój udział, chmury to odkrywają, to chowają okoliczne szczyty. Na poziomie 2350m kończy się ostra ściana i zaczyna się ciąg jezior zaporowych, droga prowadzi tuż koło potężnej tamy tworzącej jedno z nich. Kolejne jezioro jest na ok. 2500m, końcówkę trasy pokonuję już częściowo w chmurach, na szczycie jest zaledwie 10'C i zaczyna padać - warunki w sam raz na terenową przeprawę która mnie czeka ;)
Na szczycie się szybko przebieram, zjeżdżam kawałek w dół, asfalt kończy się jakiś kilometr za przełęczą. Tylko, że tutaj nie ma nawet kamienistej drogi jak wczoraj na Theodul, a jedynie wąska ścieżka - typowy szlak górski dla pieszych turystów, a ja jadę z pełnym bagażem. Pierwszy odcinek daje się jeszcze częściowo jechać, ale po 2-3km kończy się i to - zostaje jedynie pchanie obładowanego roweru po kamieniach czy sprowadzanie go po bardzo mocno ponachylanych kamiennych schodach i skałach. Pierwszy raz w życiu zaliczałem taką przeprawę, było to bardzo męczące, a na domiar złego lało cały czas jak z cebra. Mile zaskoczyły mnie moje buty SPD, które na mokrych skałach niemal w ogóle nie traciły przyczepności, co było kluczową sprawą, bo przez całą drogą trzeba było się zapierać nogami by utrzymać na sobie ciężar roweru i zapobiegać jego upadkowi. Katorga była potężna, prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero, gdy szlak dotarł na skraj wysokiego klifu z którego było już widać położone dobre 400m niżej Pont. W dół ścieżka prowadziła ostrymi serpentynkami, dopiero tutaj piesi turyści z którymi pokonywałem ten szlak zostawili mnie sporo z tyłu. Namęczyłem się niemożebnie, do Pont docieram mocno przemoczony i zmarznięty (przede wszystkim stopy, temperatura ustabilizowała się na 9'C), ale i z ogromną ulgą; summa summarum opłaciło mi się to z pewnością - cała przeprawa zajęła mi 2,5h, kosztowało mnie to masę sił - ale oszczędziło aż ok. 200km objazdu i to tymi samymi drogami, którymi już jechałem. W Pont nabieram wodę i szybko zjeżdżam w deszczu kawałek w dół, miejscówkę na namiot znalazłem na ok. 1500m.

XV dzień - Creton - Morgex - Colle del Piccolo Saint Bernardo (2188m) - [F] - Bourg St. Maurice - Moutiers - Aigueblanche



DST 124,6 km - AVS 19,7 km/h - MAX 50,9 km/h - ALT 1727 m


Noc na tej wysokości oczywiście była zimna, ale ku mojej dużej uldze nad ranem okazuje się że wróciło bezchmurne niebo. Ale z powodu wczesnej pory dolina jeszcze była zacieniona i zjeżdżać na poziom doliny Aosty (ok. 700m) musiałem przy zaledwie 6'C, co w zestawieniu z mokrym ubraniem z wczorajszej przeprawy spowodowało, że nieźle mnie wytrzęsło. Ale w dolinie Aosty jest już ciepło, koło 20'C i rzeczy szybko przesychają. Żeby nie było za dobrze - okazało się że wieje mocny wiatr z zachodu; cały odcinek dojazdowy do Pre-Saint-Didier musiałem z nim walczyć; masyw Mont Blanc niestety w chmurach. Liczyłem, że na podjeździe pod Małego Bernarda wiatr się zmieni - ale gdzie tam, na całej górze dawał się we znaki. Do ok. 1800m jeszcze to tak nie przeszkadzało (spora miejscowość La Thuile, później lasy), ale wyżej na zupełnie odkrytym terenie zaczął bardzo przeszkadzać, do tego pogoda szybko się psuła - zaledwie 7'C, lekko popadywało, no i mocno wiało prosto w twarz. Tak więc by wjechać na tą z pozoru dość łagodną przełęcz musiałem się nieźle nażyłować; na szczycie szybko przebrałem się w cieplejsze ubrania i ruszyłem na jeden z najbardziej beznadziejnych zjazdów w Alpach - nudne serpentyny, na których więcej jak 45km/h się nie pojedzie, do tego cała okolica w chmurach (a przy ładnym niebie byłoby co tu pooglądać).
Na dole jest już trochę lepiej (i przede wszystkim cieplej), odcinek doliną Izery poszedł mi sprawnie, dalej pod wiatr, ale tu już tak mocno nie wieje i wraca słońce. Miłym zaskoczeniem okazała się droga - na sporym odcinku ma charakter drogi ekspresowej (dwie jezdnie, po dwa pasy w każdą stronę) - a mimo tego nikt stąd rowerzystów nie wygania i zakazów nie stawia, zamiast pobocza jest tu szeroki pas rowerowy; a jeszcze bardziej mnie zaskoczyło że tak samo sytuacja wyglądała w długim (niemal 2km) tunelu! Takie podejście do rowerzystów to ja rozumiem, widomy znak że powoli zbliżam się do francuskiej "Mekki" kolarstwa szosowego - czyli rejonu słynnych z Tour de France przełęczy, które odwiedzają tysiące amatorów kolarstwa. Nocuję kawałek za Moutiers, koło wioseczki Aigueblanche.

DALEJ >>>