ALPY - 2011




VI dzień - Hohenzell - Ried - Branau - [D] - Burghausen - Chiemsee - Aschau - [A] - Kuffstein - Jenbach



DST 207,2 km - AVS 22,1 km/h - MAX 68,1 km/h - ALT 1385 m


Na starcie zaliczam mocno pagórkowaty odcinek z kilkoma ostrymi ściankami po 10-11%, wypłaszcza się przed Branau gdy zbliżam się już do Innu. Za Branau wreszcie opuszczam tą nadspodziewanie ruchliwą drogę z Eferding. Do Burghausen bardzo przyjemny kawałek boczniejszą drogą, trochę lasu, krótka górka, tylko widoków na Inn zabrakło. Za to Burghausen - pierwsza klasa, do mostu na granicznej rzece Salzach ostry zjazd, z którego wspaniale prezentuje podobno najdłuższy (ponad 1km) zamek w Europie. Do Trostbergu dużo pagórków, krajobrazy charakterystyczne dla Bawarii - dużo idealnie zielonych łąk, ładne wioski, a w tle już widać pierwsze ściany Alp. Z Trostbergu bardziej ruchliwy kawałek, ale za to w nagrodę mam wspaniałe widoki nad Chiemsee - duże jezioro, od południowej strony otoczone Alpami. Nad samą wodą robię dłuższy odpoczynek, ze słonecznej pogody korzysta wielu wczasowiczów kąpiąc się i pływając na łódkach.
Najbliższe kilometry to piękna trasa okalająca jezioro, od Aschau już więcej pod górę, do Austrii wracam przez przełęcz ponad 700m. Ale sporo bardziej niż podjazd dał się we znaki przeciwny wiatr, lecz wspaniałe widoki na które czekałem od startu wyprawy i które wreszcie mam na wyciągnięcie ręki - rekompensują trudy jazdy. Z granicy szybko zjeżdżam na poziom Innu i kontynuuję jazdę ogromną doliną tej rzeki. Drogi dość ruchliwe, dolina dość zurbanizowana, ale widokowo trasa atrakcyjna. No i w dolinie wreszcie powiało mi w plecy, tak więc i dziś mimo już górskiego terenu przekroczyłem 200km, nadrabiając ponad 30km nad moim planem, co przyda się by już jutro przejechać Bielerhohe i mieć nieco łatwiej w kolejnych bardzo napiętych dniach wyprawy. Miałem nocować na kempingu, ale w końcu udało mi się trafić niezłą miejscówkę koło Jenbach i oszczędzić 40-60zł (tyle kosztują obecnie kempingi na zachodzie).

VII dzień - Jenbach - Innsbruck - Imst - Landeck - Galtur - Bielerhohe (2036m) - Partenen



DST 175,9 km - AVS 19,4 km/h - MAX 64,8 km/h - ALT 1976 m


W nocy przeszła mocniejsza burza; spowodowało to zmianę pogody - a przede wszystkim zmianę kierunku wiatru, więc cały długi 100km odcinek po w miarę płaskim terenie do Landecku muszę jechać pod wiatr. Na szczęście nie jest tak mocny jak wczoraj, niemniej odczuwalny. Sprawnie docieram do Innsbrucku, tutaj psuje się pogoda i zaczyna padać. Ale ledwo się przebrałem w strój przeciwdeszczowy - już się skończyło, okazało się, że przez dolinę Innu przechodziła taka mocno deszczowa ciemna chmura, ale niewielkich rozmiarów, za nią było już słoneczne niebo.
Droga trochę monotonna - ciągle po płaskim, ale jest co pooglądać, bo po obu stronach doliny piętrzą się dwutysięczne szczyty. Przed Imst są już dwie większe ścianki, dochodzą też ładne widoki na Inn płynący w tym rejonie głębokim kanionem. W samym Imst robię zakupy i staję na zasłużony odpoczynek w cieniu (temperatura już przekracza 30'C). Za Imst już się bardziej wypłaszcza, ale za to przeciwny wiatr znacznie przybiera na sile, tak więc jazda w górę doliny do przyjemności się nie zaliczała.
Po skręcie na Bielerhohe szybko zaczyna się ostry podjazd (sporo w tunelu), który wyprowadza na wysokość ponad 1000m, po drodze piękne widoki na rwącą rzekę. Dalsza część podjazdu to żmudna walka z wiatrem, nachylenia nie są wielkie, bo dolina jest rozciągnięta na wiele kilometrów; na odkrytych przestrzeniach wiatr ostro daje popalić, ale na moje szczęście aż tak wielu na tej trasie ich nie ma. Podmęczony docieram do ostatniego miasteczka pod przełęczą - urokliwego Galtur (ok. 1600m), tutaj odpoczywam pod ładnym kościółkiem by nabrać siły przed ostatnim podjazdem. Kawałek za Galtur zaczyna się (płatna dla samochodów) Silvretta Hohalpenstrasse - piękna widokowo trasa, z fantastycznymi zielonymi alpejskimi łąkami. Końcówka podjazdu daje mocno w kość, są i nachylenia po 12-13%, a jako że miałem już aż niemal 170km w nogach - łatwo nie było. Na przełęczy wita mnie piękna panorama na okoliczne masywy oraz spore zaporowe jezioro. Jako, że było dość chłodno (13'C) i mocno wiało - długo tu nie zabawiłem i szybko zjechałem malowniczą drogą (niżej jest jeszcze jedno jezioro). Trochę się naszukałem miejscówki, w końcu nocuję na dość nachylonej ścieżce na wysokości ok.1200m.

VIII dzień - Partenen - Bludenz - Feldkirch - [FL] - Vaduz - [CH] - Walenstadt - Glarus - Klausenpass (1948m) - Ittigen



DST 177,5 km - AVS 20 km/h - MAX 56,4 km/h - ALT 1975 m


Pierwsze kilometry - godne i sprawiedliwe, jednym słowem zasuwam pełnym gazem w dół do Bludenz. Tam robię zakupy duże zakupy (dziś sobota, więc musiałem mieć jedzenie do poniedziałku rano) i z sakwami wypchanymi na full (w takich chwilach bardzo brakuje przednich sakw) boczniejszą drogą (główna to autostrada) docieram do Feldkirch. Kawałek dalej przejeżdżam granicę Liechtensteinu, są tu normalne kontrole, przeprowadzane do tego przez Szwajcarów (Szwajcaria jest z Liechtensteinem w unii celnej). Teoretycznie Szwajcaria (a z nią i Liechtenstein) jest w strefie Schengen (choć nie w UE) - ale praktyka jest inna. Przejeżdżam w skrócie niemal cały Liechtenstein - od Schaan aż po Balzers, ale wiele to się od Austrii czy Szwajcarii nie różni i nic ciekawego tu do oglądania nie ma, może poza malowniczo położonym zamkiem książęcym. Bo co ciekawe - Liechtenstein jest jedyną monarchią w Europie, gdzie monarcha ma realną władzę, a nie pełni tylko czysto dekoracyjne funkcje.
Do Szwajcarii wjeżdżam przekraczając most na Renie, odcinek do Walenstadt bardzo przyjemny, z wiatrem w plecy i zjazdem nad jezioro. A nad samym Walensee pojawiają się widoki klasy światowej, jezioro jest pięknie wkomponowane w wysokogórski krajobraz, znad jego tafli (poziom ok. 400m) wyrastają potężne szczyty przekraczające 2000m. Zauroczony tym widokiem zrobiłem tu sobie długi postój przy ławeczkach nad samą wodę; było tak pięknie, że aż nie chciało się jechać dalej.
A i dalsza trasa bardzo ciekawa, na tym odcinku jadę (podobnie jak w 2003 roku) ścieżką rowerową, tylko tym razem mam idealną pogodę. A ścieżka bardzo ciekawie poprowadzona, mocno skalistym wybrzeżem jeziora, są nawet nachylenia ponad 20% (na szczęście w dół ;)). Są także dwa tunele zrobione na potrzeby tej ścieżki (jeden ma z jakieś 300-500m długości) - jednym słowem o rowerzystów tu się naprawdę dba, a ścieżki są takie że aż chce się nimi jechać, nie takie barachło jak u nas.
Ścieżka kończy się za jeziorem, dalej moja droga skręca na południe, ku mojej radości tym razem jadąc w górę doliny mam wiatr (i to naprawdę mocny) w plecy. Tak więc aż do Linthal jechało mi się śpiewająco, naprzeciw fantastycznym lodowcom. Bo Szwajcaria to już Alpy sporo wyższe od austriackich, są tu nawet czterotysięczniki, gdzie śnieg utrzymuje się cały rok, w Austrii takich zaśnieżonych szczytów wiele nie było, więc i widoki nieco gorsze. Za Linthal zaczyna się sztywny podjazd z 700m na jakieś 1300m, trzyma prawie cały czas powyżej 7%. Na 1300m wypłaszcza się i wjeżdżam do pięknej zielonej doliny (masa krów, ciągle słychać głośne dzwonki, który niemal każda ma na szyi), a w tle już z daleka widać końcową ścianę podjazdu na Klausen. Odpoczywam w Urmer Boden i ruszam na ciężkie końcowe kilometry podjazdy. Podobnie jak wczoraj nie jest łatwo, bo i równie wiele mam już w nogach. W pewnym momencie dość łatwo wyprzedza mnie z satysfakcją grubas ważący na oko sporo ponad 100km. Myślę - już tak ze mną kiepsko? Ale rzuciłem uważniej okiem na jego sprzęt - i okazało się, że skubaniec ma silnik elektryczny! Po co tacy ludzie pchają się w góry i jeszcze próbują się ścigać z rowerzystami - ciężko zrozumieć; dla mnie "rower" z silnikiem to po prostu motor, jazda na takim sprzęcie nie ma z kolarstwem nic wspólnego.
Po drodze musiałem jeszcze krótko odpocząć i już nieźle podmęczony wjeżdżam na Klausen. Jazda przez tą przełęcz (zamiast przez Schwyz jak w 2003) była świetnym pomysłem, piękna widokowo na długich odcinkach, do tego wymagająca, a kilometrowo spory skrót. Podobnie jak wczoraj zjeżdżam kilkaset metrów w dół i rozbijam się blisko drogi, tym razem na sporej polance, mam do dyspozycji nawet wodę cieknącą z pobliskiego kranika.
Jestem bardzo zadowolony, że udało mi się w 100% zrealizować niezwykle napięty plan pierwszej, przelotowej części wyprawy, w 8 dni przejechałem aż 1575km, szczególnie dwa ostatnie dni były ciężkie, z trudnymi podjazdami w samych końcówkach bardzo długich etapów

IX dzień - Ittigen - Altdorf - Andermatt (1447m) - Oberalppass (2040m) - Andermatt - Furkapass (2436m) - Ulrichen



DST 115,2 km - AVS 17,6 km/h - MAX 67,7 km/h - ALT 2593 m


Początek trasy identyczny jak wczoraj - czyli długi zjazd :)) Dalszą jazdę kontynuuję jeszcze zacienioną doliną w stronę Andermatt. Podziwiać tutaj można inżynieryjną maestrię Szwajcarów - w wąskie gardło doliny wrzynają się dwie drogi dla samochodów (w tym autostrada) oraz niesamowicie poprowadzona linia kolejowa; dla miłośników kolejnictwa ten kraj to po prostu prawdziwy raj. Do tego warto dodać, że niedawno przebito pod przełęczą świętego Gotarda ponad 50km tunel, który przystosowany będzie do kolei wielkich prędkości (250km/h)! Moja trasa prowadzi do Wassen i Goschenen umiarkowanymi podjazdami, dalej się już zaczyna ostro - wymagający podjazd głównie w półtunelach, niestety trochę zepsuty przez duży ruch (jest niedziela i masę osób jedzie by odpocząć w górach).
Po przejechaniu ostatniego tunelu otwiera się szeroki widok na dolinę Andermatt, który głęboko zapadł mi w pamięć na wyprawie w 2003 roku. Dzięki temu, że wczoraj dałem radę przejechać przez Klausen - dzisiaj mam czas na zaliczenie dodatkowej przełęczy czyli Oberalp. Przejeżdżam przez samo Andermatt (urokliwy kurorcik, sporo ładnych drewnianych domów), musiałem podjechać jakieś 100m, zanim udało mi się znaleźć sensowne miejsce na zostawienie bagażu. Dalej już na lekko ruszam w górę, jakieś 15kg mniej bagażu czuć wyraźnie, więc podjazd (swoją drogą nie taki ciężki) idzie bardzo gładko. Sama przełęcz niebrzydka, z dużym jeziorem, nad którego taflą przechodzi linia kolejowa prowadząca dalej do Sankt Moritz (na ostrzejszych fragmentach jest to już kolej zębata). Parę fotek - i błyskawicznie wracam na dół, przepakowuję bagaż, drugi raz przejeżdżam przez Andermatt, tym razem kierując się ku największemu wyzwaniu dzisiejszego dnia - czyli Furce. W Realp robię porządny odpoczynek. Miałem wielką ochotę na jakieś słodkie picie - a tu wszystko zamknięte na głucho, jedynie w kolejowym barku sprzedawali colę, ale po prawdziwie szwajcarskiej cenie (4 franki, czyli 16zł za 0,5l!).
Podjazd pod Furkę tak jak tego oczekiwałem - bardzo wymagający, do tego pokonywany w silnym słońcu. W kość daje szczególnie pierwsza część, gdzie nachylenie rzadko spada poniżej 8%, od poziomu mniej więcej 2050m serpentyny przechodzą w długi trawers. Na pierwszy rzut oka wydaje się łagodny, ale to tylko złudzenie, również i tu jest trudno, aczkolwiek nie tak jak na początku, do tego widok zbliżającej się przełęczy mobilizuje do jazdy. Na szczyt docieram w dobrej formie, po krótkim fragmencie zjazdu otwiera się niesamowity widok na wielkie zgrupowanie ośnieżonych czterotysięczników oraz lodowiec z którego wypływa Rodan; jedna z najpiękniejszych panoram tej wyprawy! Zjazd z przełęczy bardzo szybki, porządne nachylenie trzyma niemal do samego Ulrichen. A Ulrichen wybrałem na miejsce noclegu ze względu na kemping, ponieważ jutro mam w planach jazdę po górach na lekko. Cena porażająca, jedna noc (a ja musiałem zapłacić za dwie) - to 80zł, a warto dodać, że standard kempingu bynajmniej nie wybitny, do tego w tej cenie nie ma prysznica, ciepłej wody nie ma też w kranach! Ale w końcu nie od dziś Szwajcarzy cieszą się opinią najbardziej pazernych ludzi w Europie, nawet mienie żydowskie zrabowane przez Niemców i zdeponowane w ich bankach trzeba było z nich wyciskać długie lata, ugięli się dopiero przed groźbą wielkich konsekwencji finansowych. Ale pal licho pieniądze, grunt że cały czas jechało mi się świetnie, dziś mimo 2500m podjazdów w ogóle nie byłem zmęczony, jest ogromna różnica między dystansami w górach na poziomie 100-130km jak dziś, a tymi koło 170km jakie miałem przez wcześniejsze 2 dni.

X dzień - Ulrichen - Nufenenpass (2478m) - Airolo - Gotthardpass (2105m) - Andermatt - Wassen - Sustenpass (2224m) - Innertkirchen - Grimselpass (2165m) - Ulrichen



DST 164,9 km - AVS 17,4 km/h - MAX 77,6 km/h - ALT 4697 m


Plan na dziś - to zaliczenie aż 4 wielkich przełęczy jednego dnia, w tym właśnie celu nocowałem na kempingu, by na trasę wyjechać ze stosunkowo lekkim bagażem (ale i tak z 6kg się zebrało). Na pierwszy ogień idzie zdecydowanie najcięższy podjazd czyli najwyższa w pełni szwajcarska przełęcz - Nufenen. Ruszam na trasę wcześnie rano, jeszcze jest chłodno (koło 10'C), ale na nachyleniach koło 10% jakie tu dominują szybko się rozgrzewam. Podjazd bardzo wymagający, wypłaszczeń tu niewiele, średnio trzyma koło 9%. Początkowo zalicza się ostrą ściankę w lesie, później wspinam się w górę doliny, aż do serpentyn na finałowej ścianie, zaczynającej się na niecałych 2000m. Ocieniona wschodzącym słońcem cała dolina prezentuje się majestatycznie, robiąc spore wrażenie, u góry widać także okoliczne lodowce. Na szczyt docieram w dobrej formie, mimo wczesnej pory tuż za mną dotarło tu już 2 kolarzy, generalnie szosowych rowerzystów jest w tym rejonie naprawdę wielu. Zakładam kurtkę na wiatr - i ruszam w dół. Zjazd mimo, że pokonywany pod wiatr bardzo szybki - bo także i od strony Airolo Nufenen jest podjazdem bardzo ciężkim.
Na dole w Airolo jest już całkiem ciepło, ponad 20'C - dobra pogodowa passa na tym wyjeździe cały czas trwa! Kolejna góra, która na mnie czeka - to legendarna przełęcz świętego Gotarda, jedna z najstarszych przepraw alpejskich (drogę wybudowano tam już w 1830 roku, a samej przeprawy używano od średniowiecza). Od strony Airolo są aż 3 warianty przeprawy przez góry (+ tunel kolejowy) - pierwszy to autostrada, która jedzie długim tunelem pod górami, drugi to nowa droga (do jakiś 1500m jest to droga ekspresowa) oraz ostatni - czyli stara droga, którą postanowiłem pojechać. Można tutaj poczuć historię, na drodze specjalnie zachowano klimatyczną kostkę, asfaltowe odcinki są tylko w pierwszej części podjazdu, tak od 1600-1700m jest juz tylko kostka. Oczywiście podnosi to skalę trudności podjazdu, ale wygląda rzeczywiście świetnie, taki podjazd bez wątpienia ma swoją "duszę". Końcówka bardzo fajna, archaiczny charakter ma nie tylko sama nawierzchnia - także i podbudowa pod niektóre serpentyny, świetnie się to komponuje z wapienną doliną którą prowadzi. Sam podjazd też nie taki lekki, trzyma 6-9%, a nawierzchnia jeszcze stopień trudności powiększa. Sama przełęcz niebrzydka, na jej szczyt doprowadza ładna ostra ścianka, przejeżdża się koło słynnego hospicjum, jest tu też spore jezioro, a nad wszystkim góruje pomnik...kata Pragi - czyli feldmarszałka Aleksandra Suworowa, którego armia forsowała tą przełęcz w okresie wojen napoleońskich. Zjazd do Andermatt - leciało się po prostu bosko, świetna droga, bardzo mało zakrętów, wiatr w plecy - był to najszybszy zjazd w moim życiu, jak sprawdziłem na GPS niecałe 9km pokonałem w trochę ponad 9min, co daje średnią prędkość niemal 60km/h, 70km/h przekraczałem kilkukrotnie, dochodząc do 76km/h
W Andermatt wreszcie robię zakupy w markecie (dziś już poniedziałek), nabieram wody i kontynuuję zjazd drogą, którą wczoraj podjeżdżałem. Już na kawałku koło Goshenen, wyprzedziła mnie z dużą prędkością betoniarka, łapiąc się w tunel aero który wytworzyła pojechałem nawet szybciej niż z Gotarda - 77,6km/h, co okazało się największą prędkością tej wyprawy. Ale za te szaleństwa trzeba było wkrótce zapłacić - za chwilę czekał mnie podjazd z 900m aż na 2200m ;)) Pierwsze kilometry ostre, droga ze szwajcarskim kunsztem inżynierskim wbija się w ostre zbocze górskie, następnie zaczyna się żmudna jazda w górę zielonej doliny, w tle już z daleka widać pierwsze lodowce. Na podjeździe pomaga mi dość mocny wiatr w plecy, ale za to tu na dole jest bardzo gorąco, temperatura dochodzi aż do 38'C, a że z przodu nic nie wieje - powietrze jest tak gęste, że można siekierę zawiesić. Podjazd jak wszystkie dzisiejsze - wymagający, nie tak trudny jak Nufenen, ale ogromne przewyższenie swoje robi. Na postój staję koło 1900m, na końcówce są przepiękne widoki na otaczające dolinę lodowce - właśnie na coś takiego liczyłem planując tutaj trasę - i nie rozczarowałem się! Na samą przełęcz dociera się tunelem, podobnie jak na Gotardzie tak i na Susten jest jeziorko, tylko mniejsze, ale za to bardziej malownicze. Zjazd z Susten - wręcz epicki, z 2224m aż na ok. 600m i to zdecydowana większość z tego odcinka to porządne nachylenie, na którym przekracza się spokojnie 50km/h. Także i widokowo ten rejon przepiękny - wspaniałe lodowce, zarówno po bokach, jak z przodu (z kolejnej doliny), na drodze masa króciutkich tuneli skalnych dodających trasie wiele uroku.
Na dole w Innertkirchen kupuję czekoladę - i robię duży odpoczynek przed ostatnim podjazdem. Ostatniej przełęczy, relatywnie najłatwiejszej Grimsel (aczkolwiek łatwych przełęczy to tu nie ma) najbardziej się obawiałem - właśnie dlatego że było ostatnia :)). Miałem już w nogach wielki dystans i wielkie przewyższenia, a na Grimsel trzeba było podjechać aż 1500m w pionie. Sporo pomógł mi fakt, że jechałem tu juz późnym popołudniem i słońce mniej operowało, większość trasy pokonałem w optymalnej temperaturze 23-25'C, więc żadnego kryzysu nie miałem, jedynie stopy dawały się w końcówce mocno we znaki (aż tyle podjazdów to było za dużo na buty SPD). Także i tu zachwycają rozwiązania techniczne, tunele po których jest odprowadzana woda, czy ścieżka rowerowa mijająca długi tunel, wycięta w skalnym zboczu. W górnej części podjazdu (ok. 1700m) jest seria połączonych ze sobą jezior zaporowych (3 czy 4) która ciągnie się aż na sam szczyt. Po drodze jeszcze mijam rowerzystę spieszącego również na kemping w Ulrichen, jadącego na cudacznym rowerze poziomym, z małymi kółkami i większością bagażu w torbie w rejonie kierownicy, z pozycją jak na Harleyu. Ale rower poziomy w góry się nie nadaje zupełnie, a co dopiero tak cudaczny, więc wlókł się niesamowicie (3-4km/h), tak więc za długo razem nie porozmawialiśmy, prosił tylko by poinformować obsługę kempingu, że dojedzie późnym wieczorem. Na Grimsel wjeżdżam z ogromną satysfakcją, że dałem radę na tak trudnej trasie (ponad 4600m podjazdów, a licznik na dużych podjazdach zawsze trochę zaniża); dzień wspominam z wielką przyjemnością - była to jedna z najbardziej udanych (jak nie najbardziej udana) górskich tras jakie w życiu zaliczyłem - były potężne i ciężkie podjazdy, były zjazdy na których głowę urywało, wreszcie praktycznie przez cały dzień towarzyszyły mi fenomenalne widoki. Z Grimsel mam już tylko w dół, więc do Ulrichen docieram błyskawicznie, wyrobiłem się akurat tuż przed zmierzchem.

DALEJ >>>