ALPY 2011




Wstęp

Celem tegorocznej wyprawy miała być Hiszpania, ale w trakcie wyjazdu sprawy się trochę skomplikowały i skończyło się na intensywnym wypadzie w Alpy, podczas którego zaliczyłem sporo dotychczas jeszcze nie przejechanych gór.

I dzień - [PL] - Warszawa - Grójec - Drzewica - Końskie - Łopuszno - Włoszczowa - Szczekociny



DST 225,8 km - AVS 21,5 km/h - MAX 51,2 km/h - ALT 1018 m


Początek trasy niespecjalny, od razu na samym starcie zaczyna padać deszcz, więc przebieram się w strój przeciwdeszczowy. Na szczęście opady miały bardziej charakter mżawki i przed Grójcem się trochę uspokoiło. W samym Grójcu na rynku wziąłem się za naprawę trzeszczącego łańcucha - okazało się, że był źle puszczony przez wózek (w przerzutkach typu Shadow łatwo się pomylić), a to trzeszczenie denerwowało mnie przez dobre 2 miesiące ;). Większość dzisiejszej trasy pokonuję doskonale znaną drogą 728, nie jest z pewnością jakoś specjalnie atrakcyjna, ale jedzie się nią całkiem sprawnie. Sporym problemem są pedały SPD w których tym razem się wybrałem, założyłem je ze względu na poważną kontuzję, której się nabawiłem ze 2 miesiące wcześniej, a którą wywoływał nacisk na pedały środkiem lub tyłem stopy, pedały zatrzaskowe to eliminowały na sztywno ustawiając lepiej stopę; ale za to powodowały inne problemy i kontuzje- tak więc pierwsze kilometry (a nawet dni) trasy upływają pod znakiem ciągłych regulacji pozycji na rowerze - zarówno siodła jak i bloków w butach
Na większy odpoczynek staję tradycyjnie w Drzewicy, dalej zaczynają się pierwsze górki, pogoda ciągle niespecjalna, większy deszcz dopada mnie za Radoszycami, tyle dobrego że choć intensywny - trwał krótko, w Łopusznie można już zdjąć kurtkę przeciwdeszczową. Za Łopusznem skręcam na drogę do Włoszczowej, generalnie jest płaska, z jedną ostrzejszą ścianką, na tym odcinku zaliczam też kilka nowych gmin. Za Czarncą zjeżdżam na Szczekociny, żałuję że wcześniej nie nabrałem wody - bo w okolicznych lasach nie brakowało świetnych miejsc na nocleg. A tak musiałem dociągnąć aż do samych Szczekocin, tam nabrać wody i wyjechać na okoliczne pola. Jak przez niemal całe tegoroczne lato - komarów masy, bardzo skutecznie potrafią obrzydzić biwak, trzeba jak najszybciej wskakiwać do namiotu i szczelnie zamykać suwaki, walcząc z tym co już do środka wlecieć zdążyło ;))

II dzień - Szczekociny - Pilica - Olkusz - Chrzanów - Andrychów - Beskid Tanganicki (562m) - Żywiec - Milówka - Koniaków (820m) - Zwardoń



DST 195,3 km - AVS 20,1 km/h - MAX 61,2 km/h - ALT 2095 m


Dziś czeka mnie bardzo wymagający dzień - wielki dystans i do tego sporo gór, więc startuję wcześnie rano. Pogoda już sporo pewniejsza niż wczoraj, zgodnie z prognozami zaczyna się wypogadzać. Na starcie płaski odcinek do Pradeł, dalej już się zaczynają całkiem ostre pagórki Jury, do Pilicy prowadzi ładny częściowo leśny odcinek, z przełączki ładne widoki na kolejną dolinę. Pilicę opuszczam bardzo ostrą ścianką (11-12%) prowadzącą na Złożeniec - to taki przedsmak tego co mnie dzisiaj jeszcze czeka. W całym tym rejonie aż do samej Wisły - niby nie ma wielkich wzniesień, ale jednak małe górki są cały czas. Ale jedzie mi się całkiem sprawnie, trasa dużo ciekawsza niż wczoraj, zaliczam większy podjazd za Olkuszem, później ostrzejsze ścianki za Chrzanowem. W międzyczasie zrobiło się już całkiem ciepło, a na trasie do Andrychowa wręcz upalnie. W samym Andrychowie robię większy odpoczynek, wcinam miedzy innymi spore lody.
Kawałek dalej czeka mnie bardzo ostry podjazd pod Beskid Targanicki, przełęcz może niewysoka (562m), ale za to z końcową ścianką z zabójczym nachyleniem 17-20%, wjechanie tu z bagażem to juz nie lada sztuka. Wypompował mnie nieźle, na szczycie robię sobie odpoczynek. Od drugiej strony wreszcie porządnie wyasfaltowano drogę do Porąbki, kiedyś była tu dziura na dziurze - teraz zjeżdża się elegancko w ładnym lesie nad rzeką. Z Porąbki jadę do Żywca nad jeziorami Międzybrodzkim i Żywieckim, niestety bardzo się oszukałem na tej trasie; widokowo co prawda bardzo atrakcyjna, niemniej dziś jest słoneczna niedziela i ludzi i samochodów po prostu tysiące, przez co aż do samego Żywca jedzie się marniutko.
Za Żywcem jest już lepiej, znacznie mniej samochodów, ładna droga w stronę Milówki (niezły zjazd do Węgierskiej Górki); dociągnąłem aż do Kamesznicy i tam zatrzymałem się by zregenerować się przed bardzo wymagającym podjazdem do Koniakowa. A jest to jedna z lepszych rzeźni w Polsce, nachylenia przekraczają 20%, przejeżdżałem tu już z bagażem w zeszłym roku, ale wtedy akurat nawalał mi napęd i musiałem się zatrzymywać, teraz chciałem wjechać bez stawania. Mimo juz prawie 190km kilometrów w nogach podjazd poszedł mi nadspodziewanie dobrze, zmęczył mnie mniej niż sporo krótszy Beskid Targanicki, w czym pewnie pomogła pora dnia (już przyjemny wieczorny chłodek po upalnym dniu). Z grzbietu w Koniakowie szybko zjeżdżam w dół w stronę Zwardonia (jest tu niebezpieczne miejsce, gdzie asfalt niespodziewanie przechodzi w wyślizganą kostkę), nabieram wody i rozbijam się na dole przed graniczną przełęczą w ładnym miejscu nad rzeczką, wyżej w górach komarów już prawie nie ma.

III dzień - Zwardoń - Przeł. Myto (701m) - [SK] - Oscadnica - Zilina - Povaska Bystrica - Trencin - Piestany - Trnava



DST 206,9 km - AVS 22 km/h - MAX 66,7 km/h - ALT 646 m


Na starcie czeka mnie rozgrzewka (przydaje się bo chłodno!) pod granicę w Zwardoniu, na Słowacji od razu mocno w dół. Tym razem nie pojechałem przez Cadcę, a wypatrzonym na GPS skrótem przez Oscadnice co okazało się dobrym rozwiązaniem. Trzeba było co prawda zaliczyć ostrą ściankę, ale kilometrowo wychodzi to sporo mniej, do tego jedzie się całkiem przyjemną drogą, a nie główną szosą z wielkim ruchem. Na wspomnianą szosę wjeżdżam dopiero parę kilometrów za Cadcą, odcinek do Żiliny z ogromnym ruchem samochodów, ale jest z wiatrem i trochę w dół. Za Żiliną sytuacja się zmienia, bo zaczyna się autostrada na którą kieruje się większość ruchu, a ja kontynuuję jazdę spokojną starą drogą.
Ten odcinek miał charakter czysto przerzutowy, mało tu do oglądania, od czasu gdy jechałem tu w 2004 w Dolomity niewiele się zmieniło - jest równie nudno. Ale droga jest płaska, wzniesień niewiele (jeden zauważalny podjazd za Povaską Bystricą) - dzięki czemu w sam raz nadaje się na długie dystanse, kilometry lecą dość szybko. Na duży postój dociągnąłem do Trencina (piękny zamek na wysokim wzgórzu), w samej końcóweczce przed Trnavą droga odbija nieco od Vahu i jest do pokonania kilka malutkich górek. Pogoda szybko się psuje, przede mną pojawiają się burzowe chmury, więc juz nawet nie traciłem czasu na nabranie wody, kupiłem ją w pobliskim sklepie i szybko wyjechałem przed miasto w kierunku z którego przyjechałem mając burzowy wiatr w plecy. A tam jak na złość nie było żadnych miejscówek do rozbicia namiotu; na moje szczęście burzowa chmura nieco skręciła i deszcz mnie tylko liznął, gdy przebijałem się przez Trnavę. Wyjechałem kawałek za miasto i obozowisko rozstawiłem tuż pod polem słoneczników. W nocy mocno błyskało, ale w końcu wszystko rozeszło się po kościach i nawet deszcz nie spadł.

IV dzień - Trnava - Senec - Bratysława - [A] - Hainburg - Wiedeń - St. Polten - Witzendorf



DST 183,7 km - AVS 20,8 km/h - MAX 56 km/h - ALT 911 m


Rano pogoda wraca do normy, jeszcze dość chłodno, ale zapowiada się słoneczny dzień. Pierwszy odcinek to malutkie pagóreczki do Seneca, dalej już bardzo ruchliwą drogą do Bratysławy, przed stolicą Słowacji przechodzi w dwujezdniową. W Bratysławie już byłem parę razy, więc miasto zwiedzam bardzo pobieżnie z siodełka, robiąc krótką rundkę po centrum. Dunaj przekraczam charakterystycznym mostem, przy wyjeździe przez Petrzałkę fragment pokonałem autostradą, do austriackiej granicy jest zaledwie parę kilometrów.
Austria to już jednak inny świat, niby byłe państwa komunistyczne są już tyle lat w tej Unii, ale przeskok ciągle jest ogromny, podobnie jak i jakość życia. Po łagodnych wzgórzach docieram do pięknego Hainburga, szosę fajnie tu wkomponowano w zabytkową część miasta. Dalsza droga do Wiednia nudna, przejeżdżam przez typowo rolnicze tereny, jest niemal zupełnie płasko, a słońce już mocno operuje. Wjazd do Wiednia poszedł bardzo sprawnie, miasto oczywiście dużo większego formatu niż Bratysława, jedne z najpiękniejszych w Europie. W centrum można się wygodnie poruszać sensownie zrobionymi ścieżkami rowerowymi, robię sobie krótką pętelkę po wspaniałym centrum, gdzie koncentruje się najwięcej zabytków.
Wyjazd z Wiednia już niestety dużo mniej przyjemny, ogromny ruch, wyjeżdżam na zachód (więc pod górę), do tego słońce mocno pali i co chwilę trzeba stawać na światłach. W kierunku zachodnim przedmieścia Wiednia ciągną się strasznie, za miasto wyjeżdża się dopiero za Purkersdorfem, tu wreszcie można trochę odetchnąć. Droga robi się pagórkowata, przed Neulengbach wjeżdża się na ok. 400m, później już więcej w dół. W miasteczku robię zakupy i kontynuuję jazdę do Sankt Polten. To z kolei mnie rozczarowało, na mapie było zaznaczone jak "ramkowe" (szczególnie warte zwiedzania) a nic specjalnego tu nie było, budynek katedry nie robi żadnego wrażenia. Korzystam za to z darmowego kraniku z wodą (trafia się takie w większości miast w krajach alpejskich, to prawdziwe błogosławieństwo dla rowerzystów). Nocuję parę kilometrów za St. Polten, przy polu kukurydzy.

V dzień - Witzendorf - Melk - Grein - Mauthauzen - Linz - Wilhering - Bad Schallerbach - Hohenzell



DST 202,4 km - AVS 21,7 km/h - MAX 49 km/h - ALT 683 m


Pogoda się ustabilizowała na dobre - w skrócie cały czas słońce. Szybko docieram do Melk, gdzie znajduje się słynne benedyktyńskie opactwo, pięknie położone na wysokiej skale nad Dunajem; najlepiej je widać po przejechaniu na lewy brzeg rzeki. Miałem jechać dalej szosą, ale dobrej jakości ścieżka skłoniła mnie do zmiany planów, w tym wypadku myślę że warto. Jest wyasfaltowana, a są z niej dużo ciekawsze widoki niż z szosy, długimi odcinkami prowadzi nad samą rzeką otoczoną w tym rejonie wzgórzami- był to najładniejszy kawałek dzisiejszego dnia. Przed Grein już się to zaczyna trochę psuć, kawałek prowadzi szosą, kawałek odbija trochę w bok, a parę km za Grein odbija już mocno od rzeki. Jako że na szosie był zakaz pojechałem dalej ścieżką, ale ta zaczyna bardzo kluczyć, jest też kilka nieasfaltowych odcinków itd., a jako, że dzisiaj znowu mam bardzo długi odcinek do przejechania - coraz bardziej mnie to irytowało. Przy pierwszej możliwości więc zjeżdżam na boczną szosę, którą docieram do Mauthauzen, tam robię zakupy i dłuższy odpoczynek. Do Linzu dalej jadę ścieżką (znowu prowadzi nad samym Dunajem), trochę też nadrobiłem, bo nie dało się z niej wjechać na most którym chciałem dotrzeć do miasta.
W Linzu długo nie zabawiłem, wyjeżdżam z niego na Wilhering, droga w tym rejonie elegancko zacieniona przez okoliczne wzgórze, po wielu kilometrach na patelni (było już 33-34'C) miła odmiana. Eferding omijam bocznymi drogami, później już wjeżdżam na bardzo ruchliwą szosę do Ried., trochę pokołowałem po uzdrowisku Bad Schallerbach. Kawałek dalej zaczęły się większe górki, w sumie trzeba było wjechać na ponad 500m, co po prawie 200km w nogach się czuje. Ale z przejechanej trasy jestem póki co bardzo zadowolony, plan na odcinek przejazdowy z Warszawy w Alpy był bardzo ambitny, ale udaje mi się utrzymywać zakładane tempo, nie mam żadnych opóźnień.

DALEJ >>>