ALPY 2003




XXVI dzień - Diano Marina - Albenga - Savona

DST 66,1 km - AVS 21,2 km/h - MAX 47 km/h - ALT 381 m

Dzisiejszy dzień jest sporo krótszy i mniej górzysty od wczorajszego, ruch samochodowy choć nadal dotkliwy, też jest mniejszy niż ten w rejonie Monaco. Jadąc nad morzem obserwuję liczne tu plaże, większość jest zapchana na ful, nie wiem jak się ludziom chce wypoczywać w takich warunkach - ale takie są uroki Lazurowego Wybrzeża, których w prospektach reklamowych raczej nie zobaczymy. Porównanie z bardzo podobną, jeśli chodzi o urodę wybrzeża, Dalmacją wypada zdecydowanie na korzyść Chorwacji - poza największymi kurortami wyraźnie mniej ludzi, samochodów, a ceny ze dwa razy niższe. Dojeżdżam zaledwie do Savony, bo z powodu terminu odjazdu autokaru nie mam gdzie się śpieszyć, lepiej dystans do Genui rozbić na 2 dni, niż przejechać na raz, a później się nudzić. Tym razem nocuję na kempingu, płacąc 12 euro, co na oferowane tu warunki (potworny tłok, beznadziejne miejsce) jest czystym złodziejstwem.

XXVII dzień - Savona - Arenzano - Genua - Pegli

DST 75,5 km - AVS 18,7 km/h - MAX 50,6 km/h - ALT 491 m

Szybko pokonuję odcinek dzielący mnie od Genui. Choć słońce jest dziś za chmurami, nadal jest bardzo gorąco (31'C) i parno, tego typu warunki, obecne na całym Lazurowym Wybrzeżu potrafią dość szybko zmęczyć. Genua (zaliczana od strony Pegli) ma dwa oblicza - pierwsze to kilkunastokilometrowej długości przejazd przez obskurny port - nie ma tu absolutnie nic do oglądania; natomiast drugie to przepiękne miasto z dużą ilością wspaniałych budynków, wielkich placy i pomników, nie brakuje też zielonych parków. Objeżdżam większość miasta w poszukiwaniu Piazza Della Vittoria - miejsca skąd jutro ma odjechać mój autokar. Na nocleg wracam na dość kameralny (i co za tym idzie bez tłoku) kemping w Pegli.

XXVIII dzień - Pegli - Genua

DST 16,6 km - AVS 19,3 km/h - MAX 40,6 km/h - ALT 70 m

Na miejscu odjazdu jestem ok.8 rano, na godzinę przed odjazdem. Po podstawieniu autokaru zaczynają się problemy - kierowcy przyjechali spóźnieni, więc teraz starają się możliwie szybko zapakować wszystkich pasażerów. Z początku roweru w ogóle nie chcą zabrać, mówiąc, że będzie komplet i nie ma miejsca. Później "cudownie" miejsce się znalazło w bocznym luku, ale kierowca (linia Eurolines) popisał się wyjątkowym świństwem karząc mi zapłacić dwukrotną cenę za nadbagaż (2x8 euro) za rower + osobno 8 euro za namiot i dwie dodatkowe torby (bo teoretycznie ma się prawo do przewozu jednej sztuki bagażu, nieważne że taka torba ma wielkość 1/3 walizki - gdybym taką sytuację przewidział wcześniej, to wszystko włożyłbym w jeden 120-litrowy worek na śmieci). Tego typu sytuacje są właśnie najbardziej wkurzające przy korzystaniu z usług polskich firm przewozowych. Gdy trafi się na takiego chama jak ja nic nie da się na to poradzić, trzeba potulnie płacić (w moim przypadku aż 40 euro), bo w autokarze kierowca to pan i władca. Zresztą pal licho pieniądze, wolałbym już z góry ustalony cennik, nawet i 150zł za rower, żeby tylko nie tracić nerwów i nie płacić złodziejowi do kieszeni, bo przecież Eurolines moich 40 euro z pewnością nie zobaczył.

Podsumowanie

W sumie na wyprawie przejechałem 2281,1 km, prędkość maksymalna to 66,1km/h (z Cime de la Bonette), najdłuższy odcinek dzienny to 152,1km na trasie Warszawa-Łęczyca, suma podjazdów - 24 987m, najdłuższy dzienny podjazd - 2 114m (dzień z podjazdem pod Galibier), liczba dni z dystansami powyżej 100km - 7. Wyprawa, pomimo poważnych zawirowań na początku, była bardzo udana. W Alpach jechało mi się nadspodziewanie dobrze, wielu momentów kryzysowych nie miałem (najgorzej było na strasznej pile pod Faschinę). Nabrałem sporego doświadczenia w jeździe po najwyższych górach Europy, również jeśli chodzi o noclegi na dziko, czego na poprzednich wyjazdach porządnie się obawiałem - a potrafi to w znaczący sposób obniżyć koszt wyjazdu, bo ceny kempingów na Zachodzie potrafią być horrendalne. Widokowo była to z pewnością moja najciekawsza wyprawa, krajobrazy alpejskie nie mają sobie równych, szczególnie malownicze są rejony przełęczy Furka, Wielkiego Bernarda i Galibieru. Pogodę trafiłem doskonałą, z naprawdę dotkliwym deszczem nie musiałem się zmagać ani razu (moża poza przebiciem się przez burzę w rejonie St. Michel), co w wysokich górach należy raczej do rzadkości. Jeśli chodzi o sprzęt to sprawował się doskonale, poza drobnymi problemami z przednią piastą nie miałem żadnych awarii, świetnie sprawdziły się też moje nowe sakwy Ortlieba; szczególnie godny uwagi jest system połączenia sakw tylnych z Rack Packiem eliminujący konieczność stosowania niewygodnych w montażu gumowych linek, często nieskutecznych szczególnie przy przytrzymywaniu butelek z piciem (na Rack Packu są znacznie stabilniejsze dzięki paskom). Również opony Schwalbe Marathon pokazały co są warte - zero przebić w porównaniu z dziesięcioma z zeszłego roku mówi samo za siebie.