ALPY 2003




XXI dzień - le Roche - Guillestre (1000m) - Col de Vars - Jausiers - [nocleg na dziko] (1800m)

DST 69,7 km - AVS 15 km/h - MAX 57,3 km/h - ALT 1897 m

Na odcinku do Guillestre wyprzedzają mnie i pozdrawiają spotkani wczoraj na Galibierze Niemcy. W miasteczku zatrzymuję się na zakupy, po czym ruszam na podjazd pod Col de Vars. Wbrew temu co o tej przełęczy czytałem wcale nie jest taka łatwa, szczególnie jej pierwsza część, gdzie nachylenie oscyluje w granicach 8-9%, a większość drogi jest na słońcu. Pod górę bez czapki praktycznie jechać się nie da, bo po chwili pot zalewa oczy, a czapkę trzeba mieć daszkiem do przodu bo inaczej niewiele to daje. Co zabawne, po kilku podjazdach mam już lekko zasoloną śrubę a-head od wspornika do kierownicy, na którą akurat spływa pot z daszka. Natomiast na zjazdach praktykuję odwrotną technologię - daszkiem do tyłu lub bandana, bo jadąc daszkiem do przodu pęd powietrza spycha kapiący pot znowu na oczy. Na porządnej górze czapkę trzeba wykręcać dobrych parę razy. Przeszkadzają też szybko brudzące się okulary, ale ze względu na słońce nie da się bez nich jechać. W rejonie wioski Vars (1639m) jest wreszcie wypłaszczenie, nawet krótki zjazd. Przy ujęciu wody napotykam ponownie Niemców, po krótkiej rozmowie dowiaduję się że pochodzą z Monachium, natomiast na rowerach jadą z Genewy. Po krótkim odpoczynku w lasku jadę dalej, teraz nachylenie nie jest takie dotkliwe, a ja mam nawet małą satysfakcję wyprzedzając na serpetynach w górskiej stacji narciarskiej les Claux obładowanych w połowie tak jak ja Niemców. Na przełęczy robię długi odpoczynek, pogoda jest idealna, a na tej wysokości nie ma już takiego upału. Zjazd z Col de Vars jest beznadziejny, ze względu na fatalny stan asfaltu (poza krótkim górnym odcinkiem), prawie cały czas trzeba jechać na hamulcach w granicach 30km/h. Warto tu dodać, że francuskim szosom jednak trochę brakuje do austriackich czy szwajcarskich, a na de Vars to już klasa niemal Albanii. W Jausiers widzę znaki informujące, że droga na Cime de la Bonette jest zamknięta. Okrążanie tej góry strasznie skomplikowałoby moją trasę, więc mimo wszystko decyduję się jechać dalej. Z doświadczenia wiem, że jeśli nie jest zerwany np. most, to z reguły rowerem da się przepchnąć, na wyjazdach do Rzymu i do Grecji pozwoliło to na uniknięcie długich objazdów. Okazało się, że na wys.ok.1400m mały strumyczek zerwał trochę asfaltu, ale i samochody mogły to bez najmniejszego problemu przejechać, zresztą był dla nich przeprowadzony specjalny krótki objazd, więc zupełnie nie rozumiem dlaczego na dole postawiono znaki o zamknięciu przełęczy. Nachylenie jest porządne, daje mi się już we znaki całodzienny wysiłek. W jednym ze strumieni, bojąc się że wyżej już nie będę miał tej szansy, nabieram wody. Ale obciążenie roweru dodatkowymi 8 kg (karnister 5l + 2 butelki 1,5l), powoduje, że daleko w górę już nie ujechałem. Dociągam na wys. 1800m, gdzie rozbijam się na dużej stromiźnie; a jak okazało się jutro, na wys. 2000m były idealne miejsca pod biwak - na płaskim, na trawce i tuż nad strumieniem.

XXII dzień - [nocleg na dziko] - Cime de la Bonette (2802m) - St. Etienne - St. Sauveur

DST 70,3 km - AVS 19,4 km/h - MAX 66,1 km/h - ALT 1047 m

Podjazd pod Cime de la Bonette przypomina nieco ten pod Galibier - cały czas jest tu porządny pochył, nie ma wielu miejsc gdzie można odetchnąć, jeśli chodzi o skalę trudności, to mieści się gdzieś pomiędzy lżejszym Iseranem a cięższym Galibierem. Do wys. ok.2500m jest prawie cały czas nachylenie 7-8%; robię sobie postój, koło małego fortu położonego właśnie na tej wysokości, co ciekawe wybudowanego jako umocnienie w okresie poprzedzającym IIw.św., gdy Francuzi mieli lekką obsesję na punkcie budowania fortyfikacji (słynna Linia Maginota). Wg. tabliczki pod koniec lat 30 przeprowadzono w tym rejonie ogromne manewry z udziałem 30 tys. żołnierzy - to musiało wyglądać! Na ok.2550-2600m jest wypłaszczenie, jedzie się długą granią, widać już szczyt Bonette. Bowiem w przeciwieństwie do innych wzniesień które zaliczałem Cime de la Bonette jest właściwie szczytem, nie przełęczą i to najwyższym w tym rejonie, więc w czasie podjazdu ma się wrażenie "ataku szczytowego". Na ok.2700m zaczyna się jednokierunkowa pętla wokół Bonette, a ostatnie 50m to bardzo ciężkie nachylenie (ponad 10%), godne jednej z najwyższych szos Alp. W końcu osiągam wierzchołek położony na 2802m, co jest oczywiście moim rekordem wysokości na rowerze. Szosa jest tu reklamowana jako najwyższa droga Europy, ale jest to trochę na wyrost - wg moich danych najwyższy "asfalt" naszego kontynentu to Pico de Veleta w górach Sierra Nevada (grubo ponad 3000m), a i w Alpach trochę wyżej położona jest szosa na Otztal Arena. Szczyty w tym rejonie nie są za bardzo widowiskowe, jednak panorama z samego wierzchołka (położonego kilkadziesiąt metrów wyżej - dojście tylko na piechotę) ze względu na rozległość robi duże wrażenie. Sam początek zjazdu jest piorunujący, trochę za późno zorientowałem się, że przecież tu również jest droga jednokierunkowa i wyciągam "zaledwie" 66,1km/h, a myślę że dałoby się z 75km/h. Zjazd z Cime de la Bonette w kierunku Morza Śródziemnego to chyba najdłuższy zjazd Europy - 110km ciągle w dół, nie licząc krótkiego 50m podjazdu w rejonie St. Etienne. Oczywiście z czasem nachylenie jest symboliczne, niemniej jednak zawsze jest to w dół. Po krótkim odpoczynku w Isoli (skąd malowniczo prezentuje się podjazd na Col de la Lombarde) zjeżdżam do St. Sauveur, gdzie na miejscowym kempingu rozbijam namiot na 2 noce.

XXIII dzień - St. Sauveur - Isola - St. Sauveur

DST 30,9 km - AVS 21,8 km/h - MAX 39,5 km/h - ALT 398 m

Ten dzień przeznaczony na odpoczynek wynikał raczej z potrzeby dostosowania się do terminu odjazdu autobusu z Genui niż z rzeczywistej konieczności. Jak zwykle porządnie się wynudziłem, żeby choć trochę "zabić" czas przejechałem się wczorajszą trasą do Isoli i z powrotem, w sumie 30km.

XXIV dzień - St. Sauveur - St. Laurent

DST 69,7 km - AVS 23,4 km/h - MAX 54,5 km/h - ALT 115 m

Zaraz za St. Sauveur zaczął się przepiękny odcinek, droga prowadzi tu wąskimi wąwozami, jest cały czas w dół, a widoki kapitalne. Nie brakuje tuneli, jeden jest naprawdę długi (ponad 2km). Po ok. 20km dolina się rozszerza, jest już prawie zupełnie płasko, przez chwilę mam wiatr w twarz (już zacząłem się obawiać problemów z mistralem, który tak dał mi się we znaki na wyprawie do Barcelony), ale po paru minutach wiało już w stronę morza, co pozwalało na dość szybką jazdę. Na przedmieściach Nicei zatrzymałem się na zakupy w wielkim centrum handlowym, po czym udałem się po raz pierwszy w tym roku nad morze, którego widok, po długiej przerwie, zawsze robi na mnie duże wrażenie. Po lekkich kłopotach ze znalezieniem noclegu rozbijam się na kempingu w St. Laurent, położonym kilka km w głąb lądu.

XXV dzień - St. Laurent - Nicea - [MC] - Monaco - Monte Carlo - [F] - Menton - [I] - Ventimiglia - San Remo - Imperia - Diano Marina



DST 113 km - AVS 19,3 km/h - MAX 44,3 km/h - ALT 996 m

Początek dnia to przejazd słynną Promenadą Anglików w Nicei - reprezentacyjną ulicą prowadzącą tuż nad morzem. Jest tu wydzielona szeroka ścieżka rowerowa, na której nie brakuje również biegaczy i rolkarzy. Zaraz za Niceą zaczyna się mordercza jazda Lazurowym Wybrzeżem - co chwilę są krótkie, ale ostre podjazdy, z każdą chwilą robi się coraz upalniej, a co najgorsze na drodze jest piekielny ruch. Samo wybrzeże jest piękne - przypomina mi to dalmatyńskie w Chorwacji, ale ogromne zagęszczenie samochodów i ludzi mocno przeszkadza i denerwuje. W Monaco aż trzy razy przeprawiam się przez długi tunel wykuty w czarnej skale (i to ze skrętem w lewo, co przy takim natężeniu ruchu nie jest prostym manewrem) - raz by dotrzeć do Carrefoura, dwa razy w poszukiwaniu małego ręcznika do twarzy, który gdzieś mi zaginął - niestety bezskutecznego, co nieźle mnie rozeźliło. Samo Monaco jest bardzo malowniczo położone, na postój zatrzymuję się nad morzem, oglądając lekko kołyszące się na falach okrągłe miliony dolarów przycumowane tu w porcie. Zaraz po odpoczynku czeka mnie ok.70m piły do górnej części miasta, gdzie położone jest słynne kasyno. Budynek niebrzydki, choć na mnie większe wrażenie zrobił położony przed nim piękny park z palmami i fontannami. Do włoskiej granicy droga nadal jest górzysta, przejeżdżam też przez kilka tuneli. Na kolejny odpoczynek staję w San Remo, fundując sobie porządną porcję lodów, na dokładniejsze zwiedzanie miasta jestem już za bardzo zmęczony (upał zdrowo daje w kość), zresztą w tego typu nadmorskich miejscowościach położonych również i na górzystym terenie z reguły najciekawsze budowle są przy głównej ulicy (lub w jej pobliżu). Za San Remo jest już bardziej płasko, powoli zaczynam rozglądać się za noclegiem. Po raz pierwszy na kempingu spotykam się z odmową przyjęcia ze względu na brak miejsc - i to kilka razy. W ten sposób dociągam już nieźle zmordowany do Diano Marina, zaliczając jeszcze za Imperią ok.120m ostrej ścianki. Tutaj z wielką łaską właściciel mówi, że może coś znajdzie, ale cena to 18 euro. Takiej taryfy za kilka metrów kwadratowych terenu pod rozbicie mojego własnego namiotu jeszcze nie przerabiałem! Prawie 80zł to już szczyt wszystkiego, nawet jak na dość drogie pod tym względem Włochy. Ponieważ takiej bandyckiej ceny nie zamierzam płacić, decyduję się pojechać kilka km w głąb lądu (i pod górę), gdzie rozbijam się na dziko w oliwkowym sadzie. Niestety w nocy się okazało że nie był to dobry pomysł - pełno tu było małych żarłocznych muszek - prawdziwych wampirków, które cięły znacznie gorzej niż komary, a były tak małe, że przedostawały się przez moskitierę namiotu; jest też potwornie gorąco, a ja ze względu na te cholerne muszki muszę spać w śpiworze.

DALEJ >>>