ALPY 2003




XVI dzień - Bourg St. Pierre - Col du Gd St. Bernard (2473m) - [I] - Aosta - Morgex



DST 76,8 km - AVS 19,3 km/h - MAX 54,7 km/h - ALT 1239 m

Zaraz za Bourg St. Pierre zaczyna się długi i ciemny półtunel, nachylenie jest raczej niewielkie. Właściwy ciężki podjazd zaczyna się od momentu, gdy główna droga wpada w tunel pod przełęczą (kieruje się tam większość samochodów, więc u góry ruch jest niewielki). Od tego momentu jedzie się już trudno, nachylenie to 7-9%. Jest tutaj wiele doskonałych miejsc na nocleg, dużo lepszych niż to moje w Bourg St. Pierre, tuż nad strumieniem. Droga nie jest aż tak widowiskowa jak ta na Furkę, przypomina nieco wyższe partie Tatr Zachodnich, szczególnie rejon Czerwonych Wierchów - nie brak tu licznych wapiennych skałek, co jakiś czas są również tablice opisujące zmagania armii napoleońskiej z forsowaniem tej przełęczy. Na wys. ok.2100m robię sobie postój nad rwącym strumieniem. Ostatni odcinek jest bardzo wymagający, ale i najładniejszy, a sama Wielka Przełęcz Świętego Bernarda wprost urzekająca, jak dla mnie to najpiękniejsza przełęcz Alp (oczywiście spośród tych na których byłem). Jest tutaj niewielkie, bardzo malownicze jeziorko, zewsząd otoczone skalistymi trzytysięcznikami, kilka budynków fajnie wpasowanych w krajobraz. Wielu pieszych turystów traktuje to miejsce jako bazę wypadową w najwyższe partie gór, choć nie brakuje i rowerzystów. Po długim prawie godzinnym odpoczynku z żalem opuszczam to niezwykle urokliwe miejsce, ale nie ma co narzekać - przede mną 40km (i aż 1800m deniwelacji) zjazdu do Aosty, które schodzi jak z bicza strzelił; jedyne co mi zapadło w pamięć to bardzo wysoki most, który przejeżdża się w rejonie, gdzie z tunelu wychodzi na włoską stronę droga pod przełęczą. W Aoście jest potworny upał - aż 38-40'C, największy z jakim się dotąd spotkałem, a w moim przypadku dochodzi jeszcze kontrast z przyjemnymi ok.20'C na Bernardzie. Decyduję się na przeczekanie największego słońca do ok.15-16, przed sobą mam jeszcze 30km, nocować zamierzam w rejonie Pre-St.-Didier. Na szczęście gdy ruszam pojawia się trochę chmur, dających ulgę, choć nadal jest ze 33'C. 30km drogi doliną Aosty, mimo że podjeżdża się z niecałych 600m na ok.1000m jest dość łagodne, prawie nie odczuwam, że jadę pod górę. Jestem też trochę rozczarowany bo masyw słynnego Mont Blanc z powodu chmur jest kiepsko widoczny, również ze zdjęcia robionego pod słońce niewiele wyszło. Tym razem nocuję na kempingu, cena jak to we Włoszech wysoka - aż 11 euro, ale taki kemping po kilku noclegach na dziko z pewnością się przydaje.

XVII dzień - Morgex - Colle del Piccolo St. Bernard (2188m) - [F] - Bourg St. Maurice - le Raile



DST 73 km - AVS 15,6 km/h - MAX 44,6 km/h - ALT 1730 m

Dzisiejszy dzień to przede wszystkim zmagania z "Małym Bernardem", tym razem bez żadnego handicapu - ruszam z samego dołu, podjazd zaczyna się zaraz za skrzyżowaniem w Pre St.-Didier. Pierwsza część to jazda w lesie doliną rzeki la Thuile. Za narciarskim miasteczkiem o tej samej nazwie droga zaczyna się wspinać na zbocze. Na wys.ok.1700m robię sobie postój w lesie nad strumyczkiem. W ogóle las trzeba uznać za element charakterystyczny dla tej przełęczy - jego górna granica leży tu bardzo wysoko ok.1800-1900m, dzięki temu większość podjazdu jedzie się bardzo fajnie, wśród przyjemnego zapachu i co ważniejsze w cieniu. Końcówka jest nieco ostrzejsza, choć generalnie Mała Przełęcz Św. Bernarda jest łatwiejsza od Wielkiej, nachylenie rzadko przekracza 7-8%. Na szczycie robię sobie zdjęcie pod wielką statuuą patrona przełęczy; czytając tablicę informacyjną dowiaduję się, że droga prowadziła tędy już w okresie starożytnego Rzymu. Zjazd to jedno wielkie rozczarowanie (poza pierwszym kawałkiem z wspaniałymi widokami na francuskie Alpy, szczególnie masyw szczytu Pointe de la Grande Casse) - ledwo daje się przekroczyć 40km/h i tak przez całe 30km. Zjeżdżam na sam dół do Bourg St. Maurice (jadąc na Val d'Isere można sobie trochę skrócić drogę), ponieważ muszę zrobić większe zakupy. Po odpoczynku ruszam dalej, pierwsze kilometry podjazdu do Val d'Isere nieźle dają mi się we znaki, czuć już zmęczenie całym dniem (1730m podjazdów). Chciałem dociągnąć jak najbliżej tej słynnej stacji narciarskiej, ale ciemne chmury zbierające się od jakiegoś czasu przede mną przekreśliły te zamiary. Rozbijam się tuż przy drodze (i tuż przed deszczem) na wys. ok. 1300m nabierając wcześniej wodę w jednym z nielicznych domów przy szosie.

XVIII dzień - le Raile - Val d'Isere - Col d'Iseran (2770m) - Lanslebourg - Modane - St. Michel

DST 108 km - AVS 19 km/h - MAX 60,8 km/h - ALT 1623 m

Rano znów świeci słońce, więc ruszam z przyjemnością. Z początku podjazd jest ciężki, ale na ok.1700m wyraźnie się wypłaszcza. Oglądam wielką zaporę na Iserze tworzącą jezioro Chevril, wzdłuż którego prowadzi szosa. Kapitalny jest odcinek tuż przed Val d'Isere - dolina bardzo się zwęża, mam wrażenie jazdy niemal przez wąwóz, na dodatek przejeżdża się przez kilka "klimatycznych" wąskich i słabo oświetlonych skalnych tuneli (bez sztucznych ścian i sufitów). W Val d'Isere nabieram jedynie wody i ruszam dalej. Kilka km jedzie się po prawie płaskim, dopiero za mostem na Iserze zaczyna się właściwa zabawa. Podjazd skalą trudności zbliżony jest do Wielkego Bernarda, choć więcej jest tu wypłaszczeń, zmniejszających średnie nachylenie; za to długość i wysokość jednak większe. Jazdę uprzyjemniają pojawiające się co kilometr tablice z informacjami na temat nachylenia następnego odcinka. Rowerzystów tu nie brakuje, choć wszyscy jadą na nieobciążonych rowerach (najczęściej na szosówkach), ale nawet i takich kilku udało mi się "połknąć". W pewnym momencie wyprzedza mnie chyba trenujący tu zawodowy kolarz, bo aż się wierzyć nie chciało jak zasuwał - tam gdzie ja ciągnąłem ledwo 9-10km/h on na oko przekraczał 20km/h! Mój bagaż wzbudza dużą sympatię pasażerów przejeżdżających samochodów, co chwilę ktoś mnie pozdrawia, są nawet tacy co krzyczą Vive la Pologne! (mam literki PL na sakwach). Partia szczytowa ma trochę ponury charakter - ciemniejsze skały, liczne wcześniej łąki zastępują gołoborza i piargi skalne. Na przełęcz docieram w dobrej formie (co to znaczy mieć 1,5tys km w nogach), jechało mi się doskonale, nie licząc robienia zdjęcia i nabierania wody w Val d'Isere w ogóle nie stawałem. Zjazd z Iseranu jest ostry, choć w tej najbardziej nachylonej części trochę za kręty. W rejonie Lanslebourga wypłaszcza się, jest nawet kilka krótkich podjazdów. Odcinek do Modane jest niebrzydki widokowo, przejeżdża się m.in. koło bardzo malowniczych ruin zamku. W Modane robię długi postój, ale ruszając zauważam, że w dolinę przede mną zeszły ciemne chmury, których leżąc pod drzewami nie widziałem. Pogoda we Francji w tym okresie jest zadziwiająco regularna - co dzień ok.15-16 zaczyna się chmurzyć i padać, a następnego dnia rano wraca słońce. Chcąc niechcąc ruszam dalej, ale rychło doganiam i chmurę i deszcz. Po kilku takich próbach decyduję się wjechać w ulewę. Było to doświadczenie naprawdę niezwykłe - silny deszcz co chwilę zalewał mi oczy, bo jechałem dość szybko z góry (deszcz przy prędkości ponad 40km/h odczuwa się prawie jak grad), po chwili doszedł do tego bardzo mocny, burzowy wiatr w plecy, dzięki któremu na nachyleniu gdzie normalnie jedzie się 35-40km/h przekraczam 60km/h (więcej niż z Iseranu), co na śliskiej drodze robi się niebezpieczne, choć wrażenia są niezapomniane. W pewnym momencie wyprzedzam burzę - droga przede mną jest sucha, a dalej mam wiatr w plecy. W St. Michel, po krótkim poszukiwaniu udało mi się znaleźć kemping i rozstawić namiot tuż przed nadciągającą burzą (a lało jak z cebra dobrych kilka godzin) - to się nazywa fart!

XIX dzień - odpoczynek

Dzień odpoczynku schodzi mi na praniu i suszeniu rzeczy; mentalnie przygotowuję się do czekającego mnie podjazdu pod Galibier, wyraźnie najcięższego ze wszystkich (34km z Saint Michel w tym 5km w dół, deniwelacja 2000m). Wcześniej, ponieważ nie miałem oznaczonej na mapie wysokości St. Michel sądziłem, że leży na wys. ok.900-1000m, a tu się okazało że to zaledwie 700m. Parę słów warto poświęcić kempingowi na którym nocuję - bowiem jest to tzw. kemping municypalny, zarządzany przez miasto, nie ma tu żadnej obsługi (oczywiście poza sprzątaczkami), czy też recepcji, jedynie rano przychodzi policjant zbierający opłaty, zresztą bardzo niskie (3 euro). Francja, jeśli chodzi o ceny kempingów jest zdecydowanie najtańszym krajem Unii, na ceny w sklepach też nie ma co narzekać.

XX dzień - St. Michel - Col du Telegraphe (1566m) - Valoire (1430m) - Col du Galibier (2645m) - Briancon - le Roche

DST 90,1 km - AVS 16,9 km/h - MAX 62,5 km/h - ALT 2114 m

Jeszcze w Saint Michel zatrzymuję się by naprawić lekko trzeszczącą piastę, na co schodzi mi się aż 45min. Już w samym miasteczku zaczyna się podjazd pod Telegraphe. Nachylenie jest w granicach 6-8% - ciężkie, ale też i nie przerażające. Jedzie mi się świetnie, czuję się bardzo świeżo, dzień odpoczynku bardzo się przydał. Trasa prowadzi w zdecydowanej większości lasem, więc i słońce specjalnie nie przeszkadza. Na szczyt docieram bez zatrzymania (nie licząc zakładania łańcucha, który spadł mi podczas zrzucania na najmniejszą tarczę z przodu). Na Col du Telegraphe długo nie zabawiłem (tylko zdjęcie i rzut oka na tablicę informacyjną), z przełęczy zjeżdżam do Valoire, gdzie po zakupie owoców rozpoczynam właściwy podjazd pod Galibier. Od tego miasteczka towarzyszą mi prawdziwe tłumy rowerzystów, bowiem Galibier cieszy się zasłużoną sławą jednej z najcięższych gór Tour de France. Nachylenie robi się coraz porządniejsze, w granicach 7%; z początku jedzie się w górę doliny do wys. ok.1900m, gdzie przy górskim barku jest zakręt o 180 stopni i zaczyna się najostrzejszy fragment podjazdu (koło 9%) - serpentynami w górę zbocza, wśród malowniczych ciemnych skał. Na jezdni nie brakuje nazwisk znanych kolarzy (najpopularniejszy jest zdecydowanie Richard Virenque) rysowanych tu przez kibiców Touru. Na wys.ok.2200m zatrzymuję się na pierwszy dzisiaj postój, mija mnie wtedy grupka niemieckich sakwiarzy, którą z kolei ja mijałem podczas ich odpoczynku. Końcowa część podjazdu jest ciężka, nachylenie rzadko spada poniżej 8%, ale co istotniejsze jest cały czas w miarę równe, bez takich gwałtownych skoków jakie mnie wykończyły podczas jazdy na Faschinę, da się cały czas jechać ok.8km/h. Na ok.2550m jest tunel dla samochodów, natomiast na samo siodło trzeba wjechać wąską drogą o nachyleniu 10%, ale gdy widzi się jak mało brakuje już do szczytu, przychodzi to bez specjalnego problemu. Przełęcz jest nietypowa - bardzo mała, klasyczna "szczerba" górska, ale dzięki temu niezwykle urokliwa. Panorama zapiera dech w piersiach, trochę żałuję, że nie ma tu choć odrobiny śniegu (często obecnego na tej wysokości nawet w lecie), który by te wrażenia dodatkowo spotęgował. Na szczycie spotykam Niemców, którzy mijali mnie na postoju - wyposażeni są również w sakwy Ortlieba, choć bagażu mają zaledwie połowę tego co ja (same tylne sakwy) - to przywilej grubego portfela mieszkańców Europy Zach. Zjazd na przełęcz Lautaret (2058m) jest porządny, w pewnym momencie trochę przeszarżowałem - rozpędzając się do 62,5km/h za późno zacząłem hamować i na zakręcie (na szczęście było pusto) wyrzuciło mnie na środek drogi. Z Lautaretu do Briancon nachylenie nie jest już tak ostre, choć w górnej części da się jechać 50km/h. W Briancon zatrzymuję się na zakupy w tym samym centrum handlowym co 2 lata temu w drodze do Barcelony. Gdy ruszam dalej zaczynają mnie niepokoić ciemne chmury nad przełęczą Izoard (której nie miałem w planach). Ponieważ moja droga nadal była w większości w dół na kemping w rejonie le Roche udało mi się dotrzeć przed deszczem. Dzień z pewnością można zaliczyć do bardzo udanych - na Galibierze jechało mi się dużo lepiej niż się tego spodziewałem, przy okazji ustanawiając swój rekord dziennego podjazdu - 2114m.

DALEJ >>>