ALPY 2003




XI dzień - Rehmen - Faschinajoch (1486m) - Feldkirch - [FL] - Vaduz - Triesen



DST 72,8 km - AVS 18,8 km/h - MAX 56,7 km/h - ALT 1132 m

Ponieważ wczoraj udało mi się zaliczyć Hochtannberg, dzisiejszy dzień do Liechtensteinu miał być luźny, z jednym niewielkim podjazdem. Ku mojemu przerażeniu po 2km jazdy, w miasteczku Au, przy skręcie na Faschinę widzę mapę z której wynika, że muszę wjechać aż na 1486m. Na mojej mapie, całkiem dokładnej (1:300tys) Faschina nie była zaznaczona jako przełęcz, wyglądało to jak 200-300m łagodnej jazdy w górę rzeki. A w rzeczywistości była to najcięższa przełęcz jaką na tym wyjeździe zaliczyłem (a byłem m.in. na Furce i Galibierze). Straszny jest szczególnie początek, wg profilu jeden kilometr o nachyleniu 10,9%, drugi 9,6%, ale to nie mówi wszystkiego, bo miejscami dochodzi chyba do 15%. Mając zaledwie kilka km w nogach zaczynam siadać i to dużo bardziej niż wczoraj. Chwilami jadę nawet na najlżejszym przełożeniu 22-28. Razem ze mną z przełęczą walczy ok. 45-letni rowerzysta jadący bez bagażu, ale za to na szosówce, z przełożeniem na oko 39-28 i na najcięższych kawałkach musi podprowadzać. Ja się zaciąłem, bo pchanie roweru to jak dla mnie jednak poddanie się w zmaganiach z górą; ale odpoczywać musiałem chyba z 5 razy, podobnie jak i ten szosowiec; więc dobrych kilka razy wyprzedzamy się nawzajem. Zastanawiam się jak niektórym udało się wjechać z bagażem na słynną przełęcz Turracher, gdzie nachylenie przekracza 20% - a czytałem takie opisy! Na wys. ok.1100-1150m robi się już bardziej płasko, ale że nogi mam już miękkie nadal jedzie mi się ciężko. W Damuls skręcam na Faschinę, podczas gdy szosowiec kieruje się na przełęcz Furka (nie mylić z tą w Szwajcarii). Końcówka to znowu nachylenie bliskie 10%, prawie cały odcinek jedzie się w długim, przeciwśniegowym półtunelu. Na przełęcz docieram już zdrowo skatowany, ale pociesza mnie świadomość, że jednak dałem radę bez podprowadzania i odtąd mam już z górki, choć niepokoi mnie to że jeśli taka mordęga jest na stosunkowo małej przełęczy, to co będzie na 2 albo i 3 razy dłuższych podjazdach. Zjazd a szczególnie jego pierwsza faza, jest chyba jeszcze bardziej nachylony niż to co właśnie zaliczyłem, ale trasa jest dość kręta, więc 60km/h nie udaje mi się przekroczyć. Na ok.800m jest wypłaszczenie, którym jadę spory kawałek przez lasek, po czym zjeżdżam do położonego na 400m, niebrzydkiego Feldkirch. Granicy Liechtensteinu z Austrią strzegą żołnierze szwajcarscy (Szwajcaria ma unię celną z Liechtensteinem). Gdy widzą, że jestem z Polski od razu sprawdzają zasobność portfela i chyba nie do końca usatysfakcjonowani tym co zobaczyli pozwalają jechać dalej. Tego typu sytuacja potrafi zdenerwować, widziałem też na granicy autokar z Serbii i Czarnogóry, przeczesywany przez celników z iście szwajcarską precyzją, natomiast samochody z A na rejestracjach wpuszczano bez najmniejszej kontroli, widać że w Szwajcarii Polaków ciągle uważa się za gorszych od tych ze "Starego" Zachodu. Po kilku km docieram do stolicy Liechtensteinu - Vaduz, która jednak lekko rozczarowuje, jedyną godną uwagi budowlą jest położony wysoko na wzgórzu , u którego stóp leży miasto, zamek książęcy. Na nocleg staję kawałek za Triesen, płacąc na kempingu prawdziwie szwajcarską cenę - ok.60zł (w Liechtensteinie płaci się frankami szwajcarskimi).

XII dzień - Triesen - [CH] - Walenstadt - Lachen - Sattel



DST 98,7 km - AVS 20,1 km/h - MAX 53,4 km/h - ALT 1000 m

Po wczorajszym słońcu nie ma śladu, podczas zwijania obozowiska zaczyna popadywać; tym razem bez żadnej już kontroli przekraczam szwajcarską granicę na Renie; w Sargans muszę się zatrzymać, by dokręcić poluzowane konusy w piaście przedniego koła. Do Walenstadt docieram dość szybko, tu robię pierwsze w Szawajcarii zakupy, ceny zdecydowanie wyższe od austriackich i niemieckich, chleb kosztuje ok.6zł. Droga wzdłuż jeziora Walensee nie jest taka łatwa jakby to z mapy wynikało - ciągle trzeba podjeżdżać, w końcu szosa odbija za daleko i za wysoko od jeziora, więc jadę ścieżką rowerową. Oznakowanie, jak to zwykle na takich dróżkach bywa, jest kiepskie, asfalt dość rzadko, jest też parę niespodzianek jak podprowadzanie i sprowadzanie roweru wąską żwirowaną ścieżką o nachyleniu 25%. Duże wrażenie robi na mnie ze 300m tunelu, dobrze oświetlonego i szerokiego, wybudowanego specjalnie na potrzeby tej ścieżki - kiedy u nas tak będzie? Za Walensee jest dość płasko, gdy dojeżdżam nad kolejne jezioro Obersee wreszcie wraca słońce. W Pfaffikon skręcam za znakami na przełęcz Św. Gotarda i zaliczam podjazd na ok.900m (z 400m). Ze względu na szwajcarskie ceny postanawiam w tym kraju nocować na dziko, choć dziś trochę za późno zabrałem się za szukanie miejscówki (po długim wypłaszczeniu zaczął się już zjazd), tak więc namiot rozkładam na sporej stromiźnie w rejonie Sattel.

XIII dzień - Sattel - Schwyz - Altdorf - Andermatt (1447m) - Realp

DST 75,5 km - AVS 17,8 km/h - MAX 52,2 km/h - ALT 1392 m

Początek dnia mam wymarzony - długi zjazd do Schwyz, z pięknymi widokami na Alpy. Przy wjeździe do miasta jestem świadkiem niecodziennej sytuacji - droga ma tu dwa pasy ruchu w kierunku w którym jadę, z tym że prawy, przeznaczony jest dla rowerów, a szerokości jest tej samej co ten dla samochodów. Na pasie dla samochodów robi się regularny korek, ale nikomu nie przychodzi do głowy wjechać na niczym nie odgrodzony pas dla rowerów. W Polsce coś takiego jest absolutnie niemożliwe do realizacji, pod względem kultury drogowej do Szwajcarów nam dalej nawet niż pod względem ekonomicznym. Za Brunnen zaczyna się przepiękny odcinek nad Jez. Czterech Kantonów (w większości ścieżką rowerową). Droga prowadzi nad samą wodą, bardzo ostrym, skalnym zboczem góry, częste są tunele (osobne dla rowerzystów), a widoki wprost fantastyczne, czuję że wreszcie wjeżdżam w serce Alp. Dłuższy postój robię w Amsteg, z kilometr po ruszeniu zauważam brak małego ręczniczka do twarzy więc muszę zawrócić, na szczęście zguba się znalazła. Za Amsteg zaczyna się podjazd, jedzie się całkiem przyjemnie, po drodze wyprzedzam małżeństwo Polaków na rowerach - bardzo chwalą sobie pogodę, gdy byli w tym rejonie rok temu musieli się zmagać nawet ze śniegiem! Na mnie z kolei duże wrażenie robią szklane (!) butelki z piwem przyczepione na zewnątrz przednich sakw naszego rodaka - to jest fantazja! Żegnam się z nimi na rozjeździe na Sustenpass, gdzie planują dziś dojechać. Za tym skrętem jest już ciężej, a za Goschenen podjazd robi się naprawdę ostry. Trochę przeszkadza duży ruch samochodowy (1 sierpnia jest w Szwajcarii jakieś święto i wiele osób udaje się na wypoczynek w góry). Wjazd do Andermatt jest po prostu niesamowity, to jeden z najpiękniejszych momentów tego wyjazdu - ostatnie 3km pokonuje się prawie w całości w ciemnych i często mokrych półtunelach, ponadto droga prowadzi wąską skalną doliną; pod sam koniec wjeżdża się do ciemnego tunelu, a po wyjeździe z niego - absolutna zmiana krajobrazu - ogromna, słoneczna dolina otoczona zewsząd górami i idealnie zielona (jak na reklamach Milki) trawa. Ten kontrast pomiędzy wąskim i ciemnym podjazdem, a jasną i zieloną doliną po prostu rzuca na kolana; większość osób których opisy wypraw czytałem docierała do Andermatt przez Furkę lub Oberalp, ale sądzę że droga Św. Gotarda znad Jez. Czterech Kantonów jest ciekawsza. Dalej przez kilka km jadę wzdłuż doliny, po czym tuż przed kempingiem w Realp rozbijam się na dziko w doskonałym miejscu (łąka tuż przy drodze, ale niewidoczna z jej poziomu). Uznaję że na atak na Furkę, z którym się dziś nosiłem, jestem już za bardzo zmęczony (podjazd do Andermatt dał mi nieźle w kość), lepiej dłuższy dystans zrobić jutro gdy większość drogi będzie w dół.

XIV dzień - Realp - Furkapass (2436m) - Brig - Sierre - Granges

DST 122,7 km - AVS 19,7 km/h - MAX 64 km/h - ALT 1196 m

Od samego startu czeka mnie ciężka walka z podjazdem na Furkę, który zaczyna się tuż za Realp. Pierwszy odcinek to długi ciąg serpentyn, doskonale widoczny z dołu. Nachylenie jest dotkliwe (cały czas 8-9%), jadę 8-9km/h, na najmniejszej tarczy z przodu. Wraz z kolejnymi zakrętami coraz bardziej wznoszę się nad dolinę Andermattu, teraz widoczną jak na dłoni. Mimo nachylenia jedzie mi się dobrze, wyraźnie lepiej niż wczoraj, cały czas trzymam dobry, dość szybki rytm kręcenia, istotny przy podjeździe; wychodzę z założenia że lepiej jechać na trochę za lekkim biegu, niż trochę za ciężkim. Serpentyny kończą się na wys. ok.2000m, maleje też nachylenie, szosa prowadzi teraz długim trawersem, a widoki są kapitalne. Przed samym szczytem znowu jest dość ostry, ale tym razem krótki odcinek, a po nim pojawia się samo siodło przełęczy, jestem na wys.2436m co stanowi mój rekord, pobiłem pirenejską Envalirę o niecałe 30m, ale na tej wyprawie będę go poprawiał jeszcze kilka razy. Na Furkę docieram w dobrej kondycji, bez stawania (oprócz zdjęć) z samego dołu. W czasie odpoczynku na przełęczy jestem świadkiem niecodziennego widowiska - zasłabł jeden z grupki starszych szosowców (rowerzystów tu nie brakuje), na pomoc przylatuje wezwany helikopter, lądując z niezłym hukiem i wzbudzjąc tumany kurzu na przełęczy. Kawałek za szczytem pojawia się wspaniały widok na największe zgrupowanie czterotysięczników w całych Alpach, doskonale widać też wycięty w zboczu góry podjazd na Grimselpass, a także mój zjazd do Gletsch. W dół jedzie się bardzo szybko - cały czas powyżej 50km/h, chwilami lekko przekraczam 60km/h, choć sądzę że wyprzedzający mnie szosowcy lecą z 75km/h. Przed Ulrichen (1346m) trochę się wypłaszcza, ale generalnie aż do Brig (687m) jedzie się tylko w dół (ponad 50km z Furki) - to jest to co tygrysy lubią najbardziej! Za to za Brig zaczyna się mordęga - szeroką doliną Rodanu wieje wiatr, oczywiście w górę doliny, a mi prosto w twarz. Pierwszy raz na wyjeździe przydała mi się do czegoś lemondka (w górach bezużyteczna), ale nawet dzięki niej jadę ledwo 18-20km/h, a w końcu cały czas jest lekko w dół. Dolina jest niezwykle widowiskowa, jedzie się cały czas po płaskim, a po obu stronach same dwu- i trzytysięczniki; przypomina mi to nieco dolinę Innu w rejonie Innsbrucku. Na nocleg rozbijam się w gruszkowym sadzie (jeśli chodzi o uprawy to zdecydowanie królują tu winnice) w rejonie Granges, kilka km za Sierre.

XV dzień - Granges - Sion - Martigny - Bourg St. Pierre (1632m)

DST 73,8 km - AVS 16,5 km/h - MAX 35,7 km/h - ALT 1321 m

Rano szybko pokonuję 40km dzielące mnie od Martigny. Do miasta wjeżdżam zlany potem, jest potworny upał (35'C w cieniu), wchodząc do klimatyzowanego McDonalda, gdzie postanowiłem wydać pozostałe mi jeszcze franki (nie na wiele to starczyło), czuje się prawdziwą ulgę. Za Martigny (467m) zaczyna się długi (prawie 45km i 2000m w pionie) podjazd pod słynną Wielką Przełęcz Świętego Bernarda. Z początku jest dość dość płasko, ale już za Osiers (900m) robi się ciężko. Strasznie daje mi się we znaki palące słońce, choć wg profilu trasy nachylenie jest rzędu 5-6%, to już zaczynam zdychać i czuję, że na raz do Bourg St. Pierre nie dojadę. Po ok. półgodzinnym postoju na wys. ok.1100m jest już trochę lepiej, a wraz z wysokością i upływem czasu słońce praży coraz mniej. Nocuję w Bourg St. Pierre, rozbijając się na dziko na dość ostrym wzgórzu tuż przy szosie; dochodzę do wniosku że w górach z noclegami na dziko nie ma większych problemów, gorzej sytuacja przedstawia się na bardziej zurbanizowanych terenach. Wypracowałem też sobie sposób planowania trasy na jazdę po górach rzędu 2000m - warto sobie podjazd rozbić na 2 dni - pod koniec pierwszego zaliczyć z reguły lżejszą pierwszą część podjazdu, drugiego natomiast, jadąc na świeżo cięższą szczytową partię, a później po zjeździe lżejszą część kolejnego. Oczywiście nie zawsze da się w ten sposób zaplanować, ale jeśli jest taka możliwość to każdemu to polecam, pozwala to unikać częstego zdychania pod koniec góry, gdy rozpoczynało się z samego dołu.

DALEJ >>>