ALPY 2003




VI dzień - St'ahlavice - Prestice - Merklin - Domażlice - Babylon

DST 78,1 km - AVS 20,3 km/h - MAX 47,8 km/h - ALT 916 m

Rano jest wyraźnie chłodniej niż wczoraj, nawet obawiam się czy nie będzie padać. Ukształtownie terenu jak poprzedniego dnia, czyli czeska klasyka. Przed Presticami fragment drogi jest w remoncie, ale ze 100m jazdy po błotnistym piasku wystarcza, by nieźle uświnić rower (w takich chwilach żałuję, że nie mam błotników). Za Presticami górki są większe, trafiają się nawet podjazdy ponad 100m. Odpoczywam przy niebrzydkim jeziorku koło Merklina. Wypłaszcza się trochę dopiero koło Domażlic, 7-8km dalej zatrzymuję się na kempingu w wiosce Babylon. Nazwa jest jak najbardziej na miejscu, bo choć mieszka tu niewiele więcej niż 200-300 stałych mieszkańców, to domów publicznych jest co najmniej pięć, nie brakuje też przedstawicielek najstarszego zawodu świata przy szosie, z doświadczenia wiem, że podobnie jest w pobliżu każdego przejścia na granicy Czech z Austrią i Niemcami.

VII dzień - Babylon - [D] - Furth - Cham - Straubing



DST 80 km - AVS 20,9 km/h - MAX 52,4 km/h - ALT 776 m

Na starcie zaliczam niebrzydki podjazd w lesie pod granicę, następnie z Furth, z ok.600m jedzie się już w dół. Przed miastem o wdzięcznej nazwie Cham wraca wreszcie słońce, ale za to pojawia się problem z drogą - na głównej szosie co rusz są zakazy dla rowerów lub niebieskie znaki z samochodzikiem oznaczające drogę ekspresową. Ponieważ żeby dojechać do Straubing przez Michelsneukirchen musiałbym sporo nadrobić, a do tego wjechać w wyższe góry decyduję się jechać. W Niemczech generalnie (przynajmniej w Bawarii) te znaki szos ekspresowych to mała plaga dla rowerzystów, u nas takie stawiają jedynie na drogach dwujezdniowych klasy prawie autostrady, a tu często na zwykłych szosach, a sensownych objazdów zwykle brakuje. Przed Straubing teren robi się płaski - widomy znak że zbliża się dolina Dunaju. Zatrzymuję się na kempingu na lewym brzegu rzeki. Kemping jest w idealnym stanie, nie aż tak drogi - 8 euro; cenowo (szczególnie pod względem noclegów) Austria i Niemcy wyglądają zdecydowanie lepiej niż Włochy czy Szwajcaria. Po obiedzie idę na przechadzkę po Straubing - centrum miasta jest niebrzydkie, robię sobie również spacer brzegiem, dość wąskiego w tym miejscu Dunaju.

VIII dzień - Straubing - Mengkofen - Landshut - Moosburg - Freising - Monachium

DST 144,3 km - AVS 22,1 km/h - MAX 60,3 km/h - ALT 639 m

Rano dość wcześnie wyruszam na dzisiejszy długi odcinek do Monachium. Do Mengkofen jedzie się praktycznie po równej drodze, za to kawałek dalej zaliczam krótki, ale bardzo ostry podjeździk, z równie ostrym zjazdem (60,3km/h) po drugiej stronie. Na postój staję dopiero w Landshucie po ponad 70km. Gdy ruszam dalej robi się bardzo upalnie (35'C), ale mam dobry wiatr i po lekko pagórkowatym terenie często przekraczam 30km/h. Do Freising docieram już kompletnie mokry od potu, w centrum dla ochłody wkładam głowę pod fontannę; na dłuższy postój zatrzymuję się w położonym niedaleko parku, podczas odpoczynku mam okazję obserwować życie sporej kaczej rodzinki urzędującej w rzeczce przepływającej przez park. Gdy ruszam dalej pogoda powoli się zmienia, robi się coraz ciemniej, widać że prędzej czy później będzie z tego burza. Udało mi się dociągnąć do Monachium, ale na kemping dojechać już nie dałem rady. Godzinną ścianę wody przeczekuję na przystanku, już w mokrym i nieprzyjemnym mieście jadę na kemping położony w płd. części stolicy Bawarii. Po drodze (jechałem ścieżką rowerową) na drewnianym mostku na jakiejś niewielkiej rzeczce wybiega mi pod koła małe dziecko. Gwałtownie hamując odnoszę połowiczny sukces - chłopca nie potrąciłem, ale na śliskim drewnie nie obeszło się bez gleby - dość widowiskowej, ale na szczęście dla mnie, roweru i bagażu niegroźnej. Podczas rozkładania namiotu znowu zaczyna padać i tak jest już przez całą noc.

IX dzień - Monachium - Schaeftlarn - Starnberg - Weilheim - Peissenberg

DST 79,7 km - AVS 21,3 km/h - MAX 45,2 km/h - ALT 498 m

Przez noc pogoda niewiele się polepszyła, podczas śniadania i składania namiotu co jakiś czas lekko mży. Najpierw kieruję się na krótką przejażdżkę po centrum, którego wczoraj niewiele zdąrzyłem zobaczyć; dominują tu monumentalne budowle, generalnie miasto jest całkiem ładne, czego się raczej nie spodziewałem, ale żeby je zwiedzić dokładniej trzeba mieć dużo więcej czasu niż ja (są tu organizowane specjalne wycieczki rowerowe z przewodnikiem, niestety dość drogie - ok.20 euro). Po małym kołowaniu (nie mam planu) opuszczam Monachium ruchliwą drogą na Garmish-Partenkirchen z której po kilkunastu km skręcam na Starnberg. Na krótkim podjeździe trochę się rozgrzewam (jest zaledwie koło 20'C), po czym zjeżdżam nad Starnberg See, którego brzegiem jadę do Tutzing, gdzie zatrzymuję się na odpoczynek. Kilka km przed Weilheim zaczyna padać. Zakładam tenisówki i pożyczoną od taty kurtkę przeciwdeszczową (od czasu wyjazdu do Grecji do peleryn rowerowych już się nie dotykam) i jadę dalej; dzięki sakwom Ortlieba o bagaż nie muszę się już martwić (co było stałą zmorą poprzednich wypraw) - nigdy więcej pokrowców, worków na śmieci, torebek foliowych, czy innych wynalzków które przędzej czy później zawodziły! Leje aż do Peissenbergu, gdzie nocuję na kempingu. Już w namiocie zwalczam spustoszenie jakiego dokonał w tylnej sakwie sos do makaronu, który wyciekł mi do bagażu (akurat w tym przypadku klasyczny model sakw byłby sporo lepszy niż nie przepuszczający wody Ortlieb).

X dzień - Peissenberg - Steingaden - Schwangau - [A] - Reutte - Steeg - Hochtanbergpass (1675m) - Rehmen



DST 146,4 km - AVS 20,2 km/h - MAX 47,4 km/h - ALT 1837 m

Rano już nie pada, choć pogoda nie jest za ciekawa (chłodno-poniżej 20'C, wszędzie chmury). Do Steingaden jadę boczną drogą przez Bobing i nieoczekiwanie muszę zaliczyć trzy porządne podjazdy, które zdrowo dają w kość, w pamięci zapadła mi szczególnie ostra piła w Rottenbuch, z końcówką po kostce - podjazd ciężki, ale z tym specyficznym klimatem - na wąskich brukowanych ulicach miasteczka czuję się jak na którymś ze słynnych szosowych klasyków w Belgii. Z Steingaden do Fussen jedzie się generalnie w górę, ruch robi się dość duży, zdecydowana większość samochodów kieruje się do słynnego, "bajkowego" zamku Ludwika Bawarskiego - Neuschwanstein. Trzeba przyznać, że wygląda niesamowicie, do tego jest fantastycznie ulokowany na szczycie spadzistego wzgórza. Ponieważ z początku nie zauważyłem drugiego zamku, nie aż tak efektownego Hohenschwangau, postanowiłem podjechać rowerem pod Neuschwanstein, sądząc że stamtąd będzie widoczny. Już w połowie (cały ma ok.130m) miałem dosyć - średnie nachylenie chyba koło 10%, ale szkoda było włożonego wysiłku. W końcu mijając dziesiątki turystów docieram na szczyt. Jak to zwykle bywa, z bliska zamek nie jest aż tak piękny jak na pocztówkach, ale kapitlne ulokowanie robi wielkie wrażenie, nie żałuję już że się tu wepchałem, choć z 15min muszę dochodzić do siebie po tym wysiłku. Za długo jednak nie mogłem tu zabawić, ponieważ wg planu miałem dziś jeszcze zaliczyć przełęcz Hochtannberg. Za Fussen przekraczam ledwo zauważalną austriacką granicę, kilkanaście km dalej zatrzymuję się na zakupy w Reutte. Z tego miejsca czeka mnie bardzo długa jazda doliną rzeki Lech, na prawie 50km pokonuje się zaledwie 250m w górę. Gdybym z mapy nie wiedział że jadę pod górę, to pewnie bym tego nie zauważył. Jak to bywa przy jeździe w górę doliny mam wiatr w plecy (z mojego doświadczenia 80-90% przypadków), dzięki czemu cały czas udaje się utrzymywać tempo ponad 20km/h. Już nieźle zmęczony docieram do Steeg (1120m) - w nogach mam przecież 110km po górach. Mocno obawiałem się tego podjazdu pod Hochtannberg, ale wiedziałem że jak dziś uda mi się przez niego przepchnąć to jutro do Liechtensteinu będzie dzień ulgowy. Na postoju w Steeg gotuję dwie chińskie zupki, dobre właśnie na taką ciepłą przegryzkę, bo na pełny obiad to jednak trochę za mało. O dziwo pod górę jedzie mi się całkiem dobrze, nachylenie jest dość łagodne, przed Warth (1490m) doganiam małżeństwo sakwiarzy. Po krótkim postoju ruszam na ostatni fragment podjazdu. Powoli słońce skrywa się za górami, robi się dość zimno, muszę nawet założyć polar. Koło krótkiego tunelu mija mnie jadący z góry rowerzysta wyposarzony jedynie w ... przednie sakwy - pierwszy raz coś takiego widzę, ciekaw jestem jak wygląda stabilność i skrętność takiego roweru. Przed szczytem jadę już cieniutko, momentami nawet 7km/h - to efekt większego nachylenia i już naprawdę dużego zmęczenia, ale w końcu udaje mi się osiągnąć wierzchołek bez dodatkowego zatrzymywania się. Na szczycie Hochtannbergu (1675m) jestem ok.19, jest zaledwie 12'C, na zjeździe strasznie mnie wytrzęsło, ręce choć w kolarskich rękawiczkach mam zupełnie zgrabiałe. Na kempingu w rejonie Rehmen rozbijam się już po zmroku. Z dzisiejszego dnia jestem bardzo zadowolony - 146km, aż 1837m podjazdów, a to wszystko przy bardzo wysokiej jak na tyle gór średniej - 20,2km/h.

DALEJ >>>