ALPY 2003




Wstęp

W tym roku, po doświadczeniach z deszczem z wyjazdu do Grecji, zdecydowałem się na zakup nowych, w pełni wodoodpornych sakw. Mój wybór padł na cieszącą się zasłużoną renomą niemiecką firmę Ortlieb. Pełen zestaw sakw (Front Roller, Back Roller + dwie kieszenie i duży worek Rack Pack) kosztowały mnie naprawdę sporo (łącznie ok.900zł), ale jest to wydatek na lata (5 lat gwarancji!). W ten sposób skończyły się moje problemy z przeciekaniem, czy też spadaniem sakw z bagażnika (miałem przynajmniej z 5 takich przypadków). Po lekturze świetnego przewodnika dla rowerzystów na stronie rower.orbit.pl zdecydowałem się również kupić opony Schwalbe Marathon (model Comfort, para za 120zł) - i był to strzał w dziesiątkę - jeżdżę na nich do dziś (3 lata) i ani razu (!) nie złapałem gumy. Do roweru zainstalowałem też lemondkę, dobrą do jazdy po płaskim, czy też pod wiatr, choć nie taką lekką (600g). Na wyprawę w tym roku postanowiłem wybrać się w Alpy szwajcarskie i francuskie, by zmierzyć się z kilkoma słynnymi z Tour de France przełęczami; powrót zaplanowałem autokarem, tym razem aż z Neapolu.

I dzień - [PL] - Warszawa - Błonie - Łowicz - Łęczyca - Wąkczew

DST 152,1 km - AVS 21,1 km/h - MAX 39,2 km/h - ALT 275 m

Już kilkaset metrów od domu stwierdzam, że przedni bagażnik się rusza więc wracam by go poprawić. Był to również nowo zakupiony model firmy Topeak, choć mam go do dziś, nikomu nie polecam. Kupiłem go ze względu na to, że jego pręty były mocowane do roweru poprzez metalowe obejmy, co zmniejszało ryzyko pęknięcia prętu. Ale tego typu mocowanie powoduje, że cały czas występują minimalne drgania, co objawia się i to dość często, wkurzającym trzeszczeniem. A już naprawdę wściekłem się po pierwszym deszczu, gdy okazało się że śruby nie są odporne na korozję i rdzewieją; tego typu oszczędność producenta, przy bardzo wygórowanej cenie bagażnika (150zł) jest czystym złodziejstwem. Warszawę opuszczam mało ciekawą, ale za to bardzo ruchliwą drogą - ulicami Łopuszańską i Dźwigową, doskonale mi znaną z licznych wypadów do Puszczy Kampinoskiej. Dalej jadę szosą poznańską do Błoni, tam skręcam na Szymanów. Na pierwszy postój staję dopiero w Bolimowie po 70km. Jedzie się jak to zwykle na Mazowszu, śmiertelnie nudno, a kawałek Błonie-Bolimów jest już wyjątkowo nudny nawet jak na Mazowsze. Trasa idealnie płaska, do tego duży upał (ponad 30'C) - to wszystko powoduje, że można niemal zasnąć nad kierownicą. Za Bolimowem jest jedyny ciekawszy fragment dzisiejszego odcinka - przejazd przez Nieborów, Arkadię i Łowicz, skąd po postoju ruszam na Piątek i Łęczycę. Kolegiaty w Tumie nie zwiedzam, ponieważ byłem tu z objazdem na studiach, gdzie nasi pracownicy naukowi uraczyli studentów ponad dwugodzinnym zwiedzaniem tego zabytku (ciekawy, ale nie aż tak!). Za Łęczycą, już nieźle zmachany (ponad 150km - okazało się, że był to najdłuższy dystans tego wyjazdu), rozbijam się przy wiejskiej drodze w rejonie Wąkczewa. W namiocie przeżywam mały kryzys psychiczny - nie chce mi się jechać w tak ciężką trasę samemu, boję się że w górach nie dam rady; postanawiam że jutro zadzwonię do mojego kolegi Marcina, który za dwa dni wybiera się do Chorwacji, by spróbować zabrać się razem z nim.

II dzień - Wąkczew - Poddębice - Warta - Błaszki - Brzeziny - Kalisz - [pociąg] - Katowice

DST 119,7 km - AVS 21,8 km/h - MAX 38,6 km/h - ALT 412 m

Początek dnia to powtórka "wrażeń" z wczoraj, dopiero 20km za Poddębicami, w rejonie Warty i Jez. Jeziorsko jest co pooglądać; robi się jeszcze cieplej niż wczoraj (34'C). Po postoju w Błaszkach wjeżdżam wreszcie w las i temperatura robi się znośniejsza. W Brzezinach mam nocować w domku kempingowym, ale dzwonię do Marcina i okazuje się, że wyjeżdża już jutro (pociągem do Katowic); umawiamy się na telefon z Kalisza, gdzie jest najbliższa linia kolejowa. Szybko pokonuję 20km dzielące mnie od tego miasta, robiąc niezłą pętlę zanim trafiam na stację kolejową. Pociąg do Katowic jest za dwie godziny, dzwonię więc do Marcina i umawiamy się na dworcu w Katowicach, gdzie on ma być ok.9, a ja ze 4h wcześniej. Z wrażeniami (ledwo wyrobiłem się podczas przesiadki w Ostrowie Wlkp.) docieram do Katowic, gdzie czeka mnie kilka godzin walki ze snem.

III dzień - Katowice - [pociąg] - Chałupki - [CZ] - Bohumin - Ostrava - Lucina



DST 47,1 km - AVS 18,5 km/h - MAX 47,8 km/h - ALT 309 m

Pociąg Marcina dociera punktualnie, pod dworcem robimy śniadanie. Marcin nie jest specjalnie zachwycony perspektywą wspólnego powrotu autokarem ze Splitu (2 rowery - to może okazać się dla kierowcy za wiele); myślał, że będę wracał z Neapolu, po przepłynięciu Adriatyku promem z Chorwacji. Ja z kolei mocno się waham, nie jestem do końca przekonany do jego trasy (w dużej części pokrywa się z moją z zeszłego roku) i w końcu decyduję się w katowickim oddziale firmy Eurolines na zamianę biletu autokarowego z Neapolu na Genuę (co było doskonałym pomysłem) i lekkie zmniejsze planowanych dystansów w wysokich górach w stosunku do pierwotnego planu. Ok.13 wsiadamy w pociąg osobowy do Chałupek, który na miejsce jedzie aż 2h z hakiem. Przekraczamy granicę, po 10km docieramy do Ostravy, gdzie dowiaduję się o pociągi do Pragi. Sama Ostrava specjalnie piękna nie jest, plasuje się poniżej czeskiego standartu w tej dziedzinie. Wyjeżdżamy z miasta na Havirov, kierując się nad jezioro Żermanice. Ponieważ mamy jedynie mapę w skali 1:800tys porządnie się nakołowaliśmy, zanim po długim zjeździe trafiliśmy w końcu na kemping. Tuż po kolacji, już po zmroku, przeczekujemy jeszcze dosyć gwałtowną burzę.

IV dzień - Lucina - Ostrava - [pociąg] - Praga

DST 33 km - AVS 21,5 km/h - MAX 43 km/h - ALT 123 m

Wspónie zaliczamy podjazd do drogi Ostrava-Cieszyn, gdzie się żegnamy. Jak się, ku mojemu zdziwieniu, dowiedziałem po wyjeździe, Marcinowi zaledwie kilka km za Cieszynem odechciało się dalszej jazdy i wrócił pociągem do Warszawy (później wybrał się jeszcze na tydzień po Czechach). Ja tymczasem dojechałem do Ostravy, gdzie czekała mnie straszliwa mordęga z załadunkiem bagażu, bowiem rower trzeba było nadać na bagaż, a ja zostałem z sakwami i namiotem ważącymi w sumie ok.30kg, a co gorsze bardzo nieporęcznymi do noszenia; a wejście na perony jest w Ostravie spory kawałek od hali dworcowej, trzeba też zaliczyć 2 serie długich schodów. Po godz.19 docieram do Pragi, gdzie rower odbieram od razu na peronie, więc załadunek idzie znacznie sprawniej. Wyruszam na krótką przejażdżkę po mieście, o tej godzinie zwiedza się znaczniej przyjemniej, nie ma już takich tłumów. Zaliczam "zwyczajowy zestaw" - Stare Miasto, mostem Karola przekraczam Wełtawę, po czym z pełnym bagażem żyłuję się na ciężkim (kostka, nachylenie) podjeździe pod Hradczany, gdzie ok.20 jest prawie pusto. Przejeżdżam koło katedry Św. Wita, oglądam Złotą Uliczkę, po czym kieruję się na kemping, położony na wyspie nad rzeką, gdzie spałem 2 lata temu w drodze do Barcelony. Panuje tu straszna ciasnota, mój namiot na nieszczęście stoi tuż przy namiotach dwóch Amerykanów, którym zebrało się na pogawędki. Nawijali przez dobre 3h - i to na cały regulator, głównie o Czechach i innych państwach Europy Wsch., wykazując się przy tym (jak to często u mieszkańców Zachodu w tej dziedzinie bywa) kompletną ignorancją na ten temat. Zasnąć udaje mi się dopiero ok.2 w nocy.

V dzień - Praga - Beroun - Rokycany - St'ahlavice

DST 97,5 km - AVS 21,3 km/h - MAX 64 km/h - ALT 1060 m

Po całej serii zawirowań z trasą dzisiaj wreszcie rozpoczynam właściwą wyprawę. Pogoda jest świetna, ciepło (31'C) - aż chce się jechać! Pragę opuszczam długim, łagodnym podjazdem, w kierunku na Pilzno; większość samochodów zaraz za miastem skręca na równoległą do mojej drogi autostradę, więc jedzie się przyjemnie. Od razu za granicami Pragi zaczynają się górki typowe dla Czech i tak jest przez cały dzień. Na pierwszy postój staję w miejscowości o zabawnej nazwie - Żebrak. Za Rokycanami skręcam na drogę do St'ahlav, zaliczam porządny podjazd, po którym zaczyna się jeszcze porządniejszy zjazd. Nachylenie jest imponujące, asfalt bardzo gładki, ale chyba był dopiero co położony, sprawiał wrażenie śliskiego, co powoduje że jadę bardzo ostrożnie, a i tak wykręcam 64km/h (da się sporo więcej). Boczną dróżką przez las docieram na kemping położony przy hotelu na wielkiej polanie, otoczonej zewsząd lasem. Po obiedzie biorę się za rozkręcanie roweru - podczas jazdy cały czas słyszałem denerwujące trzaski w suporcie; na szczęście mam ze sobą klucz do wkładu i ściągacz do korb, niemniej jest z tym sporo roboty, ale co najważniejsze moje wysiłki okazują się skuteczne - trzaski ustają (prawdopodobnie wkład się minimalnie poluzował).

DALEJ >>>