HAMULCE

Ponieważ w swoim rowerze długi czas stosowałem starszy model klamkomanetek Alivio przeznaczonych pod cantilevery, nie widziałem potrzeby drogiej inwestycji w nowe manetki pod hamulce V. Na pewno V-brejki są skuteczniejsze, ale ja na canti nie narzekałem; jedynym problemem jest konieczność dość częstej regulacji. W obecnym rowerze mam szosowe manetki Dura-Ace (do baranka), do których hamulce V również nie za bardzo można stosować, postanowiłem więc zainwestować w nowy model cantileverów i zakupiłem niedawno wypuszczony przez Shimano BR-550 (chyba jedyny obecnie produkowany model cantileverów z wyższej półki, do dostania w Cykloturze) i jestem z nich bardzo zadowolony - mniejsze problemy z ustawianiem, a i siła hamowania zauważalnie lepsza.

PEDAŁY

Jestem zwolennikiem tradycyjnych pedałów platformowych. Przy jeździe z bagażem w czasie dnia trzeba się wielokrotnie zatrzymywać i jazda w SPD potrafi zrobić się niewygodna - więcej jest kłopotów z wypinaniem się niż korzyści (szczególnie w dużych miastach). Pedały z klasycznymi noskami są z kolei trochę niebezpieczne, w razie poważniejszej wywrotki nie ma szans na szybkie wyjęcie stopy z noska. Do SPD zniechęciłem się w 2005 roku, gdy po około miesiącu jazdy w tym systemie wybrałem się na rekordową dla mnie trasę (340km) Warszawa-Kraków (przez Nw. Słupię i Nw. Korczyn). Po raz pierwszy miałem okazję jazdy w SPD po górach i bardzo szybko objawiło się to bólem pod prawym kolanem. Przez kolejne 150km do Krakowa kontuzja się nasilała (z początku myślałem, że to przez mokre od deszczu opaski bo akurat w Górach Świętokrzyskich padało); w Krakowie ledwo mogłem już chodzić i musiałem zrezygnować z planowanego Zakopanego (do którego kondycyjnie byłbym w stanie dojechać). Z kontuzją od sierpnia zmagałem się aż do kwietnia 2006 roku, przez ten czas praktycznie na rower nie wsiadałem. Poza tym oceniając SPD nie należy przesadzać z jego cudownymi właściwościami - prędkość zwiększa maksymalnie o jakieś 5%, trochę większy wpływ ma na rytm kręcenia, ale to można opanować (choć z większym trudem) i bez pedałów zatrzaskowych; SPD bardziej nadaje się do jazdy o charakterze sportowym, a nie turystycznym. Ale na podstawie moich złych doświadczeń z SPD na pewno nie można generalizować - po prostu należę do grupy 10-15% rowerzystów, którym specyficzna budowa ciała uniemożliwia jazdę w tym systemie; wiem że już więcej pedałów zatrzaskowych nie założę - za mały z nich pożytek by ryzykować kolejną groźną kontuzję, a już na pewno nie na długiej wyprawie, gdzie ból kolana spowodowałby konieczność wcześniejszego powrotu.

KIEROWNICA

Najlepiej jeśli ma jak najwięcej chwytów, dobry pomysł szczególnie na podjazdy to montaż rogów. Ostatnio przerzuciłem się na szosowego baranka, który ma kombinacji chwytów chyba najwięcej (plus świetna pozycja na zjazdy), tylko że kierownicę zainstalowałem na wyraźnie wyższym i krótszym wsporniku niż to się praktykuje w rowerach szosowych, by wyeliminować problemy z bólem pleców - na razie jestem z tego rozwiązania zadowolony (choć są lekkie problemy z hamowaniem w tzw. górnym chwycie), ale na poważnej wyprawie jeszcze nie miałem okazji go przetestować.

OPONY

Po tym jak na wyprawie do Grecji, jadąc wyłącznie po asfalcie złapałem aż 10 gum, poważniej zainteresowałem się tym często niedocenianym elementem roweru. Po przeglądzie wielu opinii doszedłem do wniosku, że firmą cieszącą się wyraźnie największą estymą jest Schwalbe, a szczególnie jej seria opon Marathon. Po zakupie modelu Comfort (622-37) okazało się że był strzał w 10! Przez 3 lata nie miałem ani jednej gumy, a i bieżnik po tym okresie jeszcze całkiem dobrze wygląda. Opony nie są takie tanie (120zł) para, ale z pewnością są warte tej ceny, a ze względu na trwałość (ponad 10tys km) opłacalne także i pod względem finansowym. Z innych firm warto również polecić Michelina, gdy jeździłem na jego oponach przygody z gumami miałem raczej sporadyczne, ale w Polsce modele do kół trekingowych tej firmy nie tak łatwo dostać, a wybór modeli jest niewielki (choć ostatnio pod tym względem nieco się poprawiło). Natomiast zdecydowanie odradzam Hutchkinsona, na którego produkcie tak strasznie naciąłem podczas wyprawy po Bałkanach.

BŁOTNIKI

Może powiem tu coś co wielu uzna za "herezję", ale wcale nie uważam że błotniki są na wyprawie koniecznością. Na swoich wszystkich siedmiu wyprawach ich nie miałem i wcale tego nie żałowałem. Przy jeździe w deszczu jeśli się nie ma wodoodpornych sakw to bagażu przed wodą i tak nie uchronią, mogą zaledwie minimalnie ograniczyć rozmiary katastrofy, a gdy się takie sakwy ma to stosować je można jedynie ze względu na estetykę, by rower tak się nie brudził, ale sakwy z PCV dość łatwo oczyścić. Jadąc z załadowanym tyłem większość wody i brudu spod kół ląduje nie na koszulce jadącego (jak w przypadku jazdy na pustym rowerze) ale na torbie ze śpiworem lub namiotem, więc "straty" są żadne. A same błotniki są elementem chyba najbardziej szpecącym rower, choć jest trochę prawdy w powiedzeniu, że od roweru z błotnikami gorzej wygląda tylko rower bez błotników po deszczu.

SAKWY

Sakwy to oprócz samego roweru chyba najistotniejszy element wyposażenia, na dłuższe wyjazdy jedyne dobre rozwiązanie, jeśli chodzi o przewóz bagażu (choć w Chorwacji miałem okazję spotkać rowerzystę z na oko 15 kilogramowym plecakiem na grzbiecie). W swojej "karierze" używałem trzech modeli sakw - pierwsze to tani (50zł) trzykomorowy model na tylni bagażnik - jakość bardzo kiepska, szybko się przecierały, usztywnienie było beznadziejne, mocowanie do bagażnika fatalne - na paski, komplet zakładało się parę minut; jednym słowem produkty w tym przedziale cenowym to nienajlepsze rozwiązanie na długi wyjazd, choć na kilkudniowym mogą zdać egzamin. Drugi model który stosowałem to sakwy Gianta - komplet 4 sakw na przód i tył (kosztowały ok.150zł za parę). Wykonane były z Cordury, co za tym idzie były dość odporne na rozdarcia i nie brudziły się tak łatwo. Niestety mocowanie na haki pozostawiało wiele do życzenia - brak skutecznej blokady powodował, że kilka razy gubiłem je w czasie jazdy, a to stwarza bardzo niebezpieczną sytuację na jezdni - przy zachwianej równowadze bagażu bardzo łatwo o wywrotkę. Ale największy problem z tymi sakwami to przede wszystkim brak wodoodporności, mimo specjalnych pokrowców na deszcz, już po 10min opadów potrafiły przemiękać. A na wyjeździe nie ma nic bardziej dołującego i wkurzającego niż to gdy człowiek mokry po całym dniu na deszczu usiłując się przebrać przekonuje się że ubranie w sakwach jest prawie tak samo mokre jak to na grzbiecie. Po nieprzyjemnych doświadczeniach z wyprawy w 2002 roku zdecydowałem się na zakup renomowanych sakw Ortlieba i była to bardzo dobra inwestycja - pełna wodoodporność bez żadnych niewygodnych pokrowców lub wkładów, bardzo wygodne i bezpieczne mocowanie z blokadą do bagażnika. Jeśli ktoś decyduje się na Ortlieby to na tył warto zakupić model Back Roller + torbę Rack Pack - są kompatybilne ze sobą co eliminuje potrzebę stosowania często zawodych gum , a np. śpiwór, karimatę czy nawet i namiot wkładamy po prostu do Rack Packa leżącego na tylnich sakwach. Minimalnym brakiem w sakwach Ortlieba jest brak kieszonek, ułatwiających szybki dostęp do często potrzebnych w podróży drobiazgów - co prawda można dokupić kieszenie zewnętrzne, ale są bardzo drogie - 75zł za sztukę. Trzeba bowiem przyznać, że Ortlieb do tanich firm nie należy - na komplet (z Rack Packiem) trzeba przeznaczyć 800-900zł. Jeśli kogoś na taki wydatek nie stać, bardzo dobrą alternatywę mogą stanowić polskie sakwy Crosso. Zdecydowanie tańsze od Ortliebów, w pełni wodoodporne (modele Dry i Expert), choć mocowanie do bagażnika już gorsze; spotkałem się z wieloma pozytywnymi opiniami na temat tego produktu, gdybym o nich wiedział przed zakupem Ortliebów to pewnie (ze względu na cenę) zdecydowałbym się na zakup.