ORGANIZACJA JAZDY

SAMEMU CZY W GRUPIE

Podstawowe pytanie przy organizacji wyjazdu - to jechać samotnie czy też w grupie. I jedno i drugie rozwiązanie ma swoje plusy i minusy. Dobrą strony jazdy we dwoje i więcej osób jest z pewnością większe bezpieczeństwo. Nie ma żadnych problemów przy robieniu zakupów, zwiedzaniu - zawsze jedna osoba może zostać z rowerami i bagażem. Także przy noclegach na dziko jest bezpieczniej - szansa że ktoś będzie chciał zaczepić kilka osób jest zawsze mniejsza niż pojedynczego rowerzystę. Druga sprawa to motywacja psychiczna i walka z różnymi słabościami na trasie - w dwie (i więcej) osób zawsze łatwiej przetrwać okresy załamania i momenty, gdy ma się wszystkiego dosyć i marzy się jedynie o powrocie do ciepłego domku; gdy widzi się, że druga osoba tak samo dostaje w tyłek - zawsze łatwiej takie chwile przetrzymać. Ale taka sytuacja może mieć i drugie dno - jeśli jedna osoba jest wyraźnie słabsza fizycznie lub zdecydowanie mniej odporna na warunki atmosferyczne to może zacząć nalegać na skrócenie trasy, rezygnację z jej niektórych elementów (jak np. wysokie przełęcze). Chyba najkorzystniejszym układem jest podróżowanie w 2 osoby, najlepiej jeśli ma się już jakieś wspólne doświadczenia z jazdy rowerem, chociażby i na trasach jedniodniowych. Jazda w trzy i więcej osób może prowadzić do częstszego powstawania konfliktów - tak już z reguły bywa, że gdy ludzie obcują w jednym towarzystwie przez dość długi czas to po pewnym okresie nieuchronnie zaczynają się czepiać. I w takich przypadkach widać wyraźną przewagę jazdy samotnej - jedzie się gdzie chce, człowiek nie jest ograniczony zamiarami, czy możliwościami fizycznymi drugiej osoby (w grupie dzienną odległość i często też prędkość średnią trzeba dostosować do najsłabszego ). Jeśli ma się ochotę na dokładne zwiedzanie, czy też jazdę krótszą ale bardziej ruchliwą drogą - to nie ma problemu. Poza tym przy ustalaniu całej trasy nie trzeba iść na żaden kompromis - np. omijając wysokie góry, duże miasta, czy też kraje lub regiony przez innych uznawane za niebezpieczne (tak niestety ciągle dość często ocenia się np. Albanię czy też Rumunię). Samemu na pewno podróżuje się sprawniej, na drugą osobę nie trzeba czekać (lub ją gonić), generalnie im więcej osób tym słabsze tempo (chyba że wszyscy mają podobną siłę i potrafią jeździć w grupie ze zmianami - wtedy tempo potrafi być wyraźnie wyższe niż samemu). Ale powyżej 5 osób to już dość trudne w realizacji i przy rozpisywaniu wyjazdu bezpieczniej jest planować odcinki rzędu 70-80km niż 100-140km.

PLANOWANIE TRASY

Przy stawianiu sobie celu wyjazdu należy oczywiście kierować się własnymi zainteresowaniami, a także kondycją fizyczną - jeden lubi zaliczać mordercze alpejskie przełęcze, komuś innemu większą satysfakcję sprawia zwiedzanie miast lub nie lubi się męczyć w górach i woli jazdę po płaskim (np. kraje nadbałtyckie, Finlandia czy też płn. Niemcy). Ja większość swoich tras rozpoczynałem bezpośrednio z Warszawy - ma to zarówno swoje plusy (można lepiej poznać Polskę) jak i minusy (dłuższa o kilka dni trasa, momentami śmiertelnie nudna jak np. odcinek Warszawa-Wrocław). Równie dobrym rozwiązniem może być podjechanie pod granicę lub nawet kawałek dalej - np. do Pragi lub Wiednia, choć wtedy zawsze dochodzą kłopoty z przewożeniem roweru przez granicę. Osobiście jestem zwolennikiem jazdy do jakiegoś celu - np.Rzym lub Ateny, nie lubię tras typu pętla - bo wtedy w drodze powrotnej zaczyna brakować motywacji, a kończenie trasy w Warszawie czy Krakowie to jednak nie to samo co np. Paryż czy Nordkapp. Ale przy kończeniu wyjazdu za granicą konieczne jest załatwienie transportu do kraju - ja dla świętego spokoju wolę zakupić bilet na konkretny dzień jeszcze w Polsce niż później denerwować się pod koniec wyjazdu. Taka jazda wymaga nieco większej dyscypliny i dość ścisłego planowania (nie można się spóźnić) - dla większej elastyczności warto doliczyć dodatkowy dzień lub dwa wolnego na jakieś nieoczekiwanie zdarzenia - jak załamanie pogody czy też poważniejsza awaria roweru.
Planując trasę należy zwrócić uwagę przede wszystkim na swoje możliwości fizyczne i ukształtowanie terenu. Generalnie , gdy danego dnia nie ma jakiś wysokich gór dość bezpieczną granicą jest 100km. Osoby "mocniejsze" na płaskim mogą to spokojnie wydłużyć do 130-150km, ale raczej przestrzegałbym przed bardzo długimi odcinkami dziennymi rzędu 200km - wyjazd rekreacyjny przeradza się wtedy w czysto wyczynowy. 200km przy średniej 20km/h (co znowu z ciężkim bagażem nie tak łatwo na takim dystansie osiągnąć) to bite 10h na siodełku, a przecież trzeba doliczyć czas na odpoczynki, jedzenie - na zwiedzać praktycznie nie ma kiedy, może to być dobry wariant jedynie dla terenów prawie bezludnych (jak np. płn. Skandynawia) lub dla osób bardzo mocnych fizycznie, które są w stanie jechać taki dystans niemal dzień w dzień i to często ze średnią dochodzącą nawet do 25km/h.
Przy jeździe po górach klasy alpejskiej, gdzie często codziennie trzeba zaliczać jakąś wysoką przełęcz dobrym rozwiązaniem jest takie zaplanowanie dziennej trasy by kończyć odcinek mniej więcej w połowie góry. W ten sposób następnego dnia, na świeżo jedziemy z reguły najtrudniejszy, szczytowy odcinek podjazdu; następnie po zjeździe zaliczamy łatwiejszą dolną część kolejnej przełęczy. Ten sposób rozplanowania pozwala na uniknięcie (lub przynajmniej ograniczenie) "zdychania" przed samym szczytem, gdy mamy już w nogach całodzienny dystans, a przed sobą właśnie najcięższy kawałek. Oczywiście ukształtowanie terenu nie zawsze pozwala na taki wariant, niemniej jeśli jest możliwy do zrealizowania, to warto się nad takim rozwiązaniem zastanowić.